
Z Archiwum 6G: Wszystkie demony Lamara Odoma
Na Netflixie pojawił się właśnie dokument „Sportowe opowieści: Śmierć i życie Lamara Odoma”. Jeszcze go nie oglądałem, ale to raczej pozycja obowiązkowa do sprawdzenia. Świetnie pamiętamy Lamara jako szóstego gracza Los Angeles Lakers. Niestety w czasach Szóstego Gracza był już coraz bardziej pogrążony w swoich demonach.
Pisaliśmy o tym wcześniej i warto przy tej okazji wrócić do tamtych artykułów. Poniżej znajdziecie tekst Piotrka Kolanowskiego (który obecnie opowiada o historii NBA w podcaście Gruba Lady) z 2017 roku, przedstawiający ścieżkę kariery Odoma. Nowszy jest tekst „Pokręcona historia Lamara Odoma” Michała Kajzerka, o jego wychodzeniu na prostą.
[22.07.2017] Sezon ogórkowy 2017 rozpoczął się już na dobre i w oczekiwaniu na jesień można powspominać nieco odległe już dzieje i pogadać „o starych Polakach”. Tym razem będzie coś o Lamarze Odomie. Spoiler – udało się nie wspomnieć imienia Khloe.
Równie dobrze tytuł niniejszego tekstu mógłby brzmieć „trzymaj się z dala od Kardashianów” albo „jeszcze jedna smutna historia zmarnowanego talentu”. Chociaż określenie „zmarnowany talent” byłoby tu zupełnie nie na miejscu. O ile można jeszcze kwestionować podejście Odoma do treningów, jego etykę pracy (bezgraniczna miłość od słodyczy, z czego robiono sobie jaja), to na pewno nie to, co potrafił robić na koszykarskim boisku. Rzadko widzisz takie połączenie talentów charakterystycznych dla zupełnie różnych pozycji w jednym graczu. A przynajmniej nie w tych czasach, w których Odom rozpoczynał swoja karierę. Dziś już pradziadek albo niedoskonały prototyp wszystkich Giannisów, Durantów i Jokiciów tej ligi, ale na przełomie wieków był to jeszcze prawdziwy fenomen, koszykarski jednorożec, coś, czego nie widziano właściwie od czasów, gdy Magic Johnson napędzał kontrataki Lakers w erze „Showtime”. Na samym finiszu lat 90-tych, gdy wszyscy zaczęli się już powoli oswajać z nieograniczonym potencjałem Kevina Garnetta, NBA miała przyjąć w swoje szeregi kolejnego gracza, któremu właściwie nie sposób było przypisać określoną rolę na boisku. Dzisiaj, niemal dwie dekady później, wiemy, że pojawienie się kogoś takiego jak Odom i jemu podobnych, było dla klasycznych silnych skrzydłowych tym, czym dla magnetowidów nastanie ery odtwarzaczy blu-ray.
–
Obserwowanie Odoma na boisku sprawiało sporo frajdy. Nie tylko dlatego, że grał jakby był z 30 cm niższy. Ta niebywała wszechstronność, swoboda, sposób poruszania się z piłką (te kocie ruchy!) oraz wrażenie, że gra z nim w jednej drużynie musiała dawać wiele radości, ponieważ chętnie dzielił się piłką, sprawiały, że łatwo było zapisać się do fan klubu Lamara Josepha Odoma. Był w nim nawet czołowy kolekcjoner różnorakich highlightów na youtube, czyli LamarMatic. Znajdziesz u niego całkiem spory zbiór poświęcony Odomowi, w razie gdyby umknęło ci, co wyprawiał w swoich najlepszych latach.
Nie będę ukrywał, że LO zawsze był jednym z moich ulubieńców. Dwukrotnie miałem okazję widzieć go na żywo i zawsze robił na mnie spore wrażenie. Nie tylko w czasie samych meczów, ale również podczas rozgrzewki na długo przed pierwszym gwizdkiem, kiedy ćwiczył jeden na jednego DJ’a Mbengę, Luke’a Waltona czy zapomnianego już dziś Chińczyka w NBA o nazwisku Sun Yue. Często jest zresztą tak, że to właśnie na rozgrzewkach dostrzegasz te elementy w grze danego gracza, których nie ujrzysz później. Przekonujesz się jak ci ludzie są silni i sprawni, i co potrafią robić na parkiecie. Widzisz np. jak Amar’e Stoudemire w 2006 r. potrafi seriami trafiać trójki z rogu albo Marc Gasol – jeszcze nie jako nasz ukochany „Dr Marc” – ma taką pracę nóg i koordynację, że mimo swojej masy, mógłby uprawiać jazdę figurową na lodzie.
–
Podobnie jak wspomniany wcześniej Magic Johnson, Odom także zaczynał grę w Los Angeles, aczkolwiek w tych zawsze wyśmiewanych Clippers, do których trafi jako czwarty numer draftu w 1999 r. Przez niektórych był brany pod uwagę nawet jako potencjalny pierwszy wybór, ale Bulls postawili ostatecznie na Eltona Branda. Odom z przytupem zaznaczył swoją obecność w NBA i już w pierwszym meczu przeciwko Sonics zaliczył 30 punktów, 12 zbiórek, 3 asysty oraz po 2 przechwyty i bloki, co być może sprawiło wówczas w osłupienie stałych czytelników telegazety. W kolejnych latach Lamar stał się ważnym elementem tych wiecznie słabych Clippers, jedną z twarzy „New Kids On The Block”. Jeżeli Clippers doczekaliby się plakatu w jakimś koszykarskim miesięczniku z początku XXI wieku, to obok Odoma staliby pewnie (w dowolnej kolejności) Keyon Dooling, Quentin Richardson, Darius Miles, Corey Maggette oraz wspomniany wyżej Elton Brand, który nie zagrzał dłużej miejsca w Chicago. W Michaela Olowokandiego już pewnie wtedy nikt nie wierzył.
Do pewnego momentu zdawało się nawet, że statek o nazwie Clippers – bo w końcu nazwa klubu ma żeglarskie korzenie z San Diego i nie ma nic wspólnego z „postrzygaczami owiec” – obrał właściwy kierunek. Jeszcze w 2002 r. pod wodzą Alvina Gentry’ego mieli na koncie 39 zwycięstw i otarli się o playoffy. Oczywiście w Clippers zawsze w pewnym momencie coś musiało pójść nie tak – szczególnie w czasach Donalda Sterlinga. Dodajmy do tego fakt, że LA ma w sobie wiele pokus, a Hollywood to po prostu „state of mind” jak powiedział mi kiedyś pewien starszy Afroamerykanin na przystanku autobusowym, i mamy gotowy przepis na kłopoty. A te nie unikały Odoma już od najmłodszych lat.
–
Od początku miał mocno pod górkę. Wychowywał się w South Jamaica w dzielnicy Queens, głównie pod opieką babci. Z ojcem – uzależnionym od heroiny – miał raczej lichy kontakt, a matka zmarła na raka jelita w 1991 r. Reszta historii jest mało oryginalna – to właśnie koszykówka okazała się ucieczką młodego Lamara do lepszego życia. Po drodze, w rozgrywkach szkolnych czy AAU, napotykał inne talenty nowojorskich boisk. Od dzieciaka kumplował się z Ronem Artestem i Eltonem Brandem. Z kolei na jednym z obozów ABCD organizowanym przez Adidasa i Sonny’ego Vaccaro poznał bohatera biografii, którą być może właśnie czytasz.
Odom długo rozważał zresztą opcję pójście śladami Kobiego Bryanta oraz Jermaine’a O’Neala, i zgłoszenie się do draftu już ukończeniu liceum. Ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu i przyjął ofertę stypendium z uczelni UNLV. W barwach Rebels nie zdołał jednak rozegrać ani jednego meczu. Wszystko przez kontrowersję związaną z jego wynikami na egzaminie, gdzie zdobył 22 na 36 możliwych punktów. Był to rezultat nadspodziewanie wysoki, zważywszy, że Odom w swoim liceum Christ The King był jednym z najgorszych uczniów – w swoim roczniku zajmował dokładnie 312. miejsce na 334 możliwe pod względem średniej ocen. Jakby tego mało, latem Odom był zamieszany w aferę z prostytutką w tle, a poza tym wyszło na jaw, że przyjmował co miesięczne kwoty od ludzi z UNLV w wysokości 5600 dolarów, co było oczywiście sprzeczne z zasadami NCAA. Ostatecznie uczelnia z Nevady została zawieszona w rozgrywkach na 4 lata, a trener Rebels Bill Bayno stracił pracę.
Odom wrócił do rodzinnych stron i trafił na uczelnię Rhode Island, chociaż był zawieszony na całe rozgrywki 1997/98. W NCAA pokazał się dopiero w kolejnym sezonie (średnio 17,6 punktu, 9,4 zbiórki oraz 3,8 asysty), po czym zgłosił się do draftu.
–
Kłopotliwa przeszłość przypomniała o sobie jeszcze zanim Odomowi skończył się pierwszy kontrakt w NBA. Gdzieś pomiędzy robieniem furory na parkietach, a okazjonalnym gibaniem się u Jadakissa, dał się po raz pierwszy złapać na paleniu marihuany, za co ukarano go zawieszeniem na pięć spotkań w marcu 2001 r. Niecałe 8 miesięcy później sytuacja się powtórzyła. Do Odoma została przypięta łatka gracza, który sprawia nieustanne problemy. Opieranie przyszłości zespołu na kimś takim było więc obarczone sporym ryzykiem. W rezultacie latem 2003 r., kiedy miał status zastrzeżonego wolnego agenta, Clippers nie wyrównali oferty złożonej mu wcześniej przez Miami Heat. Inna sprawa, że nie bardzo mogli – wcześniej zdecydowali się bowiem zatrzymać Eltona Branda, którego także chciał mieć u siebie Pat Riley, Sterling jednak zaskoczył wszystkich i w końcu wyłożył na stół $82 miliony płatne w sześć lat.
Przeprowadzka z jednego wybrzeża na drugie było szansą na nowy start dla Odoma, a ten nie zmarnował okazji. Heat byli wówczas odradzająca się drużyną. Na Florydzie dopiero co zameldował się Dwyane Wade, wybrany jako piąty w pamiętnym drafcie. W Miami było wówczas też kilka innych znanych nazwisk, jak Eddie Jones, Brian Grant, Caron Butler czy Rafer Alston. Pod kątem statystycznym Odom zaliczył jeden z najlepszych sezonów w karierze. W meczu z Kings z 6 marca miał kozackie 30 punktów, 19 zbiórek i 11 asyst. Wybrano go też wtedy graczem miesiąca.
Wiosną Heat powrócili do playoffs, gdzie najpierw w dramatycznych okolicznościach jak zawał Jurka w „Klanie” pokonali New Orelans Hornets (4-3), a potem stawiali opór Indianie Pacers (2-4). Zanim jednak Odom na dobre osiedlił się na Florydzie musiał znowu pakować walizki i szykować się do powrotnej drogi do Los Angeles. Tym razem jednak chodziło oczywiście o grę dla Lakers. Tym sposobem Lamar Odom stał się częścią być może najważniejszego transferu poprzedniej dekady, który dał Miami Heat wciąż jeszcze dominującego pod koszami Shaquille’a O’Neala.
Tymczasem Odom znalazł się w ciemnej dup… tj. wielkiej niewiadomej, jaką byli wówczas Lakers. W tym momencie był to już niekwestionowany zespół Bryanta, co jednoznacznie potwierdziła wymiana z Heat. To on był najważniejszą postacią w klubie, szeryfem, jednoosobową ławą przysięgłych i egzekutorem w jednym. Inni gracze albo to akceptowali, albo mogli pakować swoją szafkę w Staples Center i szukać szczęścia gdzie indziej. Z drużyny, która dopiero co w słabym stylu przegrała finały z Pistons, nie zostało praktycznie nic. Kiedy spojrzy się teraz na ich skład z tamtego sezonu, pewnie niejeden zdziwi się kto wówczas w ogóle grał w barwach Lakers. Chucky Atkins nie był nowym Derekiem Fisherem, Jumaine Jones nie stał się kolejnym wcieleniem Ricka Foxa, a Tierre Brown… Kim właściwie był Tierre Brown?
Wielu obawiało się także czy powracający do LA Odom nie odnowi starych kontaktów, które przysporzyły mu kłopotów w czasach występów w Clippers. Nie powtórzył jednak błędów z przeszłości i rozegrał całkiem niezły sezon, choć Lakers nie znaleźli się w playoffs – wówczas dopiero po raz piąty w historii klubu. Sytuacja miała zmienić się na lepsze wraz z powrotem na ławkę trenerską Phila Jacksona. Choć ich relacje miały swoje wzloty i upadki, to jednak ciężko kwestionować ich ostateczny rezultat. Dwa mistrzostwa z rzędu, back-2-back, to w końcu spora zasługa Odoma, który wraz z Andrew Bynumem i Pau Gasolem był wtedy jak King Ghidorah w starych japońskich filmach z Godzillą.
–
Mimo, że Odom nigdy nie zagrał w All-Star Game, nikt nie kwestionował jego wartości. Pieniądze na koncie się zgadzały (wg. Basketball-Reference zarobił blisko $116 mln na przestrzeni całej kariery) i żył jak na gwiazdę przystało. Poza parkietem uwagę wszystkich pudelków świata przykuwał jego romans, a później małżeństwo z – jak niektórzy twierdzą – tą zawsze brzydszą z sióstr Kardashian. Było to celebryctwo pełną gębą w najgorszym możliwym wydaniu okraszonym pamiętnym reality show.
Kolejne lata pokazały, że jeżeli faktycznie istnieje coś takiego jak „klątwa Kardashianów”, to Odom stał się jej największą ofiarą. Nieudane małżeństwo zdecydowanie przedwcześnie pogrzebało karierę jednego z wszechstronniejszych skrzydłowych w historii. Jego ostatnie sezony w Mavs oraz Clippers (dwumeczowego epizodu w Laboral Kutxa Baskonia nie licząc) to jazda po równi pochyłej prosto w stronę piekła bez biletu powrotnego. Odom nie tylko zaprzepaścił swój imponujący koszykarski dorobek, ale przede wszystkim życie. Nie pomogła nawet wyciągnięta ręka Phila Jacksona, który nieco po starej znajomości chciał mu dać szansę na powrót w Nowym Jorku. Dobitnie przypomniał o tym niedawno Stephen A. Smith w swojej medialnej tyradzie przeciwko Zen Masterowi.
Pogrążony w ciemnościach swojej duszy Odom usiadł do pokerowego stołu z imprezowymi demonami Mike’a Tysona, Spencera Haywooda czy Dennisa Rodmana. Jako tańczący z dziwkami otarł się o granice ludzkiej wytrzymałości na wszelkie używki gdzieś w Nevadzie. Przeżył i pozostaje mieć nadzieję, że z czasem wyjdzie na prostą, bo – cytując klasyka – był już właściwie jedną nogą w grobie, a drugą stał na skórce od banana.
–
Z wszelkimi nałogami jest tak, że każdy może stać się ich ofiarą. Wszystko jedno czy mówimy o uzależnieniu od alkoholu, narkotyków, skłonnościach do hazardu lub nadmiernym oglądaniem pornosów. Takie problemy przytrafiają się ludziom z wszelkich warstw społecznych. Cierpią nie tylko sami zainteresowani, ale (może przede wszystkim) ich najbliżsi. Nie wiemy co sprawiło, że tego typu problemy nie ominęły także Odoma. Być może to kwestia środowiska z jakiego się wywodzi, może tragiczna śmierć syna w 2006 r., a może wszystko razem plus masa innych historii, które być może nigdy nie ujrzą światła dziennego. „Klątwa Kardashianów” będzie pewnie i tak najczęściej pojawiającym się terminem.
Nie jestem żadnym specjalistą w tym temacie, ale podejrzewam, że kluczem do wyjścia z uzależnienia jest przede wszystkim wola samego chorego, oparta na długiej i żmudnej pracy nad sobą. Jeżeli można wierzyć takim doniesieniom, Odom chyba już zrobił ten pierwszy i najważniejszy krok. Wyraża chęć powrotu do NBA w roli trenera. W sieci łatwo znaleźć filmiki z letnich oraz jeszcze przeddraftowych treningów Lakers, w których Odom nieśmiało kręci się po parkiecie wśród starych znajomych – Luke’a Waltona i Briana Shawa.
Czas pokaże czy dostanie od NBA kolejną szansę. Niewielu jest gości, którzy mogą powiedzieć o sobie, że widzieli i przeżyli właściwie wszystko, co ma do zaoferowanie życie zawodowego koszykarza. Odom był na szczycie, miał nieprzeciętne umiejętności, grał nawet na Igrzyskach Olimpijskich w niesławnym dla Amerykanów roku 2004 i na Mistrzostwach Świata w 2010. Może przy okazji posłużyć jako żywy znak ostrzegawczy przed najgorszymi obliczami sławy. Ktoś taki byłby bezcenny w każdej młodej drużynie. Wierzę (chciałbym wierzyć), że jeszcze usłyszymy o Lamarze Odomie i nie będą to tym razem kolejne doniesienia z TMZ czy innych portali plotkarskich o narkotykowych ekscesach. Stać go na znacznie więcej.

Super pomysl na tekst, nawet pare ciekawych watkow. Ale kurcze z jednej strony mega powierzchowny, a z drugiej banaly same i ogolniki. Szkoda
Fajnie, że doczekaliśmy się tekstu o Odomie. Chętnie przeczytałbym 3 razy dłuższy tekst z rozbudowanym akapitem o karierze ale nie ma co wybrzydzać.