
Turniej NCAA, Sweet 16: Broda, szpady, lasy i trójki

Niesamowite. Fenomenalne. Te określenia będą się pojawiać coraz częściej, ponieważ tegoroczny NCAA Tournament staje się heroiną. Początkowo nie wiesz czego się spodziewać, ale za każdym kolejnym razem jest lepiej, przyjemniej. Nie wiem, może, nie brałem.
„Za ostatnie grosze kupię Ci chociaż hel…” – tym optymistycznym cytatem jednego ze ćpunów z mojego dawnego osiedla rozpoczynamy dzień, który w zasadzie już dawno się rozpoczął. Klikalne portale zebrały swoje kliki na Gonzadze – i dobrze, każdy zasłużył dzisiaj na wszystko. Dla mnie duża flat white i ciężarówka Snickersów!
I jak na złość, niespodziewanie, za to uroczo, moje kochane córki odpaliły się w nocy we dwójkę, dlatego kilka opcji dokańczałem po prostu z samego rana. Było warto, zdecydowanie. To jak pierwsze wagary. Jak raz spierdolisz podczas wiosny, to potem masz jakieś 3-4 tygodnie do kolejnej wywiadówki. Tutaj czas odlicza się do 1 kwietnia – wtedy startuje upragnione Final Four.
1. Broda i psia defensywa
Emocje, triumfalnie zaciśnięta pięść w górze, kiedy ostatecznie to Gonzaga wyrwała się ze szponów diabła, a w tle moja starsza córka pytająca z uśmiechem „Tatuś, co robisz?”.
Jeszcze wczoraj podczas Pikli rozmawialiśmy z Maćkiem, że to może być najtrudniejszy mecz Gonzagi od dwóch lat, bo tak się w zasadzie uparłem i nie widziałem niczego innego na horyzoncie. No i chyba trochę się sprawdziło, ponieważ wczoraj Bulldogs przeszli przez istne piekło defensywny West Virginii, a te wspomniane dwa lata nawołują do pamiętnego starcia w Elite 8 z Duke – Jahlilem Okaforem, Justisem Winslowem, Tyusem Jonesem, Graysonem Allenem z ławki, tym Quinnem Cookiem – wszystko podczas NCAA Tournament 2015, kiedy Gonzaga walczyła do ostatnich sił, ale mimo wszystko to Blue Devils kontrolowali cały Turniej, aż do mistrzostwa NCAA.
Dlatego ja tak bardzo bałem się tego match-upu z West Virginią – i tutaj absolutnie nie zrozum mnie źle, po prostu dmuchałem na zimne Gonzagi, mając na uwadze nie tylko ich słabszą Konferencję WCC, ale poprzednie lata, które nie były obdarowane mega mocnymi terminarzami, pomijając cykliczne spotkania z Arizoną.
Kolejne starcie heavyweight, niesamowite zwroty akcji, mimo wszystko presja West Virginii, ale bardziej odzwierciedlająca się w half court defense, ponieważ Bulldogs mieli kozłujących, w tym niespodziewanie Jonathana Williamsa III, który momentami był cichym game changerem Marka Few (13 punktów, 6 zbiórek). Williams robił małe rzeczy, zachowywał przytomność po obu stronach parkietu, atakował deskę, co tu dużo pisać – ratował dupska swoich kolegów po pick and rollach.
Ta mega dobra rzecz od Bulldogs przyszła naturalnie, ponieważ team mający tyle kozłujących osób mimo wszystko nie został stonowany przez Marka Few, który twardo grał Przemem Karnowskim przez 29 minut. Ukłon leci w stronę Karnozaura za ten cholerny cool off, szczególnie kiedy był podwajany. Inside-outside plus oczywiście izolacje – jeżeli była taka okazja i milion rąk West Virginii nie wyrywało piłki Karnowi – akcje kończyły się punktami, a nikt w promieniu kilkudziesięciu mil nie był w stanie zatrzymać naszego Misia, naszej pieprzonej i świetne ułożonej Brody.
The Przemo, The Wielki Chłop, The Chris Webber Favourite Player. To m.in. Przemek w pewnym momencie zatrzymał momentum Mountaineers, kiedy Baba Jaga Bob Huggins kazał hustlować wszystko co się da. Dlatego WVU mieli aż 20 zbiórek w ataku! DWADZIEŚCIA! Coś takiego nie może powtórzyć się w Elite 8, szczególnie w sytuacjach 50/50 balls.
Karn skończył na 13 punktów, 5 zbiórek, 2 asysty i przechwyt, na szczęście nie martwiąc ludzi tak bardzo jak Nigel Williams-Goss, który ofensywie przeszedł obok tegu meczu (2/10 z gry, 5 strat), ale odkupił winy w defensywie, kiedy FE-NO-ME-NAL-NIE wytrzymał ostatnie 25 sekund piłki w rękach rewelacyjnego w tym sezonie Jevona Carter (21 punktów, 7 zbiórek, 4/9 za trzy).
Oglądam piąty raz defense Williamsa-Gossa na Carterze w ostatnich 25 sekundach… fenomenalne odkupienie słabego dnia w ofensywie. Zags up!
— Sebastian Hetman (@buniobuniek) March 24, 2017
58-letni Carter, DPOY w Big 12 Conference, trafiał wczoraj jak (jak zwykle) wielkie rzuty, wymuszał straty, był West Virginią dla West Virignii, a w samej końcówce albo dostał „prikaz” od Baby Jagi Hugginsa, albo postanowił wbrew sobie zagrać odważny hero ball. I wtedy z kapelusza wyskoczył Williams-Goss, który dał popis kurewsko świetnego fokstrota na nogach, ratując sezon Gonzagi oraz swoją głowę. I ta pomoc Silasa Melsona. Poziom Pro…
W tym wszystkim oczywiście Jordan Mathews (13 punktów) i back-to-back trójki, w tym druga z faulem, podczas cichego runu Gonzagi na starcie drugiej połowy. I najważniejsza – ta na 50 sekund przed końcem meczu w transition (ulubiony krzyżyk Zags), po zbiórce i asyście Williamsa-Gossa.
Świat wtedy dostał za przeproszeniem pierdolca, momentum Spokane przetrwało, John Stockton z Adamem Morrisonem podpalili kubeł i wrzucili go komuś przez okno. Zawał bez kawy…
Gonzaga przetrwała być może najważniejszy mecz ostatniej dekady. Zagra trzeci raz w Elite 8, ale ten pierwszy z 1999 roku był trochę przypadkowy. W roku 2015 zabrakło może i talentu podczas starcia z potężnymi Duke Coacha K, ale w sobotę szanse na upragniony awans do Final Four będą naprawdę spore. Nie będzie tam Arizony, która nieoczekiwanie odpadła z Xavier i dlatego ten Turniej już stał się heroiną.
Niech nie zwiedzie Cię drogi czytelniku sama obecność Xavier, a także ich bilans z sezonu regularnego.
Emocje będą buzować do ostatniego meczu w Phoenix – oby Broda zamiatał ludzi w świecie kaktusów, jaszczurek i kasyn…
2. Szpady i 286-letni Bill Murray
Tak, liczyłem na Arizonę. Tak, moim zdaniem mieli zgarnąć wszystko. I tak, nie zrobili tego.
Wszystko przez Xavier i Chrisa Macka, który niegdyś jako asystent Seana Millera uczył się od swojego mistrza (prywatnie przyjaciela) wielkiej koszykówki. Miller odszedł do Arizony, a Mack przejął program Musketeers. Po starciu Gonzagi z WVU obaj Panowie rozgrywali szachy przeciwko sobie i uwierzcie mi – było naprawdę co oglądać.
Nadal, wszystko przez Xavier, którzy obok South Caroliny i fenomenalnych Michigan stali się rewelacją Turnieju. Nie kopciuszkiem, bo nie ma tutaj miejsca na przypadki. I to np. Xavier zagrają w Elite 8, a nie Michigan, który byli tam już jedną nogą.
Zwrot akcji – wstaw sobie definicję jaką chcesz, ale w życiu nie spodziewałbym się czegoś takiego co widziałem w zasadzie dzisiaj nad ranem. To był typowy mecz ups nad downs, szczególnie po stronie Arizony, który zaczęła dość mocno, ale co z tego, skoro Trevon Bluiett (25 punktów, 9/17 z gry) na starcie zrobił 18 punktów dla Xavier, trafiając pierwsze 7 rzutów z gry. Bluiett jest obok Sindariusa Thornwella z South Caroliny najgorętszym graczem Turnieju. W swojej skrzynce z narzędziami ma wszystko, przede wszystkim old-school game polegającą na szukaniu łatwych punktów, nawet w ciasnym korytarzu, który starali się robić obrońcy Arizony.
Kabaret kręcił się przez dobre 32-33 minuty i nagle ‘Zona zaliczyła jakże ważny run 12-0, niesiona wielkimi rzutami Alonzo Triera (19 punktów, 9 zbiórek, 3 asysty) oraz solidną szkołą Dusana Rstica, który w pomalowanym po cichu mordował ludzi na 17 punktów z 10 rzutów. I jak kocham swoje córki, byłem święcie przekonany, że Arizona jest w domu, że team Seana Millera nie odda wyjścia ze stanu 57:61 na 69:61.
Myślałem, że ‘Zona jest na to za dobra. Nawet mimo ssającego fińskie kciuki Lauri Markkanena (9 punktów, 8 zbiórek, 3/8 z gry), który chował się za firanką jak małe dziecko chcące się tam po prostu zesrać w gacie. Fiński Bóg jak na złość uciekał na obwód, nie hustlował sytuacji, które były przewagą w match-upie podczas drugiej rundy z Saint Mary’s, a ci przecież mieli groźniejszych wysokich niż Xavier. Minus i smutek…
‘Zona miała być na to za dobra, ale nagle Trier przestrzelił trzy posiadania z rzędu, trójkę trafił Paul Pierce Bluiett, potem kolejną Malcom Bernard (15 punktów, 3/3 zza łuku), który dorzucił w kolejnej akcji dwa rzuty wolne i… zrobiło się 69:71. Sean Miller w myślach kurwował jak mój sąsiad po dwóch małych piwach, ale nie złożył rękawic w ostatniej minucie, w której zdarzył się cud – Sean O’Mara (8 punktów, 4 zbiórki) grający z ławki idealnie zastawił się przy stanie 71:71 2-3 metry od kosza, wziął cały kampus Arizony na plecy i trafił chyba najważniejszy rzut w swoim życiu, a potem zebrał najważniejszą piłkę w swoim życiu, kiedy Kadeem Allen nie wyciągnął tego dla Wildcats.
Serca w tyłkach, O’Mara nie trafia rzutu wolnego, piłka do Triera – byliśmy świadkami. Rzut zza łuku wyskakuje z obręczy. Chce mi się kurwa płakać, ale po kilku głębszych oddechach zaczynam się cieszyć. Xavier i Chris Mack zasłużyli na wszystko co osiągnęli w tym sezonie. Na tym polega przecież NCAA Tournament.
Chwilo trwaj – 286-letni Bill Murray (jego syn Luke jest w staffie trenerskim Macka) prawie się rozleciał na kawałki jak klaskał, Davida Westa nie widziałem w tym momencie, ale w trakcie meczu realizatorzy przypomnieli jak mega dobrym graczem był w Xavier. Ludzie ocipieli, San Jose zostało zalane alkoholem. Fala nadchodzi, u mnie pod balkonem morze tequili – Kacha ma kupić przyczepkę cytryn po pracy, sąsiad (nie ten od dwóch piwek) wiezie z roboty beczki.
Po prostu – chwilo trwaj…
3. Lasy i jeziora, tam straszy
Lasy… uwielbiam lasy i jeziora. Żaden innych klimat od dziecka tak mnie nie pociąga. W lesie można kiedyś było zrobić kupę jak nie było latryn, ale można też było zastawiać wykopane pułapki, których ofiarą padł jakieś 20 lat temu Pan Krzysiek. Skręcił kostkę, wyklinał mnie i moich kolegów, nazwał mnie Zasranym Grubasem. Powiedziałbyś tak teraz do 10-latka? Bilans był taki, że za tydzień znowu na jego ścieżce do latryny (on akurat miał latrynę w Puszczy Noteckiej) znowu wykopaliśmy pułapkę i… Krzychu wpadł tą samą nogą. Karma, karmunia, karmeczunieczka…
Lasy – Oregon ma ich sporo, jeziora też się znajdą. Portland, serial Grimm, marzenia mojej żony, kiedyś tam dotrzemy. I w końcu – Oregon Ducks z Dillonem Brooksem, Jordanem Bellem, bez Chrisa Bouchera, ale z Tylerem Dorseyem, który w marcu wszedł na „ponad poziom” (nowa definicja, jak „prawie asysta), zostawiając na swojej drodze trupy z Rhode Island i w końcu, aczkolwiek trochę szkoda, z Michigan.
Nie było wielkich runów, nie było polskości i „hej Mamba!”, nie było na trybunach LaVara Balla – tylko dobra koszykówka. Przecież ktoś musiał wygrać. Chciałem awansu jednych i drugich, a historia Michigan miała być historią tego sezonu. Kemba Walker znowu straszył, kiedy wszedł ponownie w ciało Derricka Waltona Jr. – ten seniorski Draft Statement na 20 punktów, 8 asyst i 5 zbiórek oraz oczywiście masa ważnych rzeczy w końcówce. Walton od turnieju Big Ten Conference daje do zrozumienia, że należy mu się miejsce w NBA. Doceńcie to ludzie z Draft Express.
Mimo starań to nie Walton trafił dwie trójczyny w kranczu czasie, zrobili to D.J. Wilson (12 punktów, 6 zbiórek, 4/8 za trzy) i Zak Irvin (19 punktów, 8 zbiórek, 3 asysty), który w sytuacjach kreowanych na koźle był jednym z najlepszych graczy tego Turnieju. No właśnie… był.
Nie tylko dobre rzuty, ale przede wszystkim mały hustling Jordana Bella (16 punktów, 13 zbiórek, 2 bloki) ciągnęły Oregon do ziemi obiecanej i uwaga – w tym wszystkim doświadczony Dillon Brooks, który nie miał dnia (5/13 z gry) i wiedział, że może pomagać swoim ludziom w inny sposób. Brooks miał 5 asyst, w tym dwie po bardzo dobrych set plays w końcówce, ale ostatecznie show ukradł Tyler Dorsey, który zamyka Top 3 najgorętszych ludzi NCAA Tournament.
20 punktów i 5 trafionych trójek Dorseya, w tym ten spin move, po którym zjadł defensywę Michigan.
Lasy, jeziora, pułapki…
4. Trójki – co się stało w starciu Purdue z Kansas?
No właśnie, co? Nie widziałem tego meczu i mam go zamiar obejrzeć dzisiaj wieczorem, ale obstawiałem, że to spotkanie rozegra się na obwodzie.
Patrząc na sam box score – Kansas wyszli sobie spokojnie na podwórko w pierwszej połowie, żeby w drugiej zabić dosłownie wszystkich, wyrywając przy tym trzepaki, tagując bramy garażowe.
Frank Mason – 26 punktów, 7 asyst, 7 zbiórek, 4/5 za trzy. POY!
Devonte Graham – 26 punktów, 5/9 za trzy. Kolega gościa od POY!
Josh Jackson – jaki Lonzo Ball?
Kansas – 15/28 za trzy, 51:26 w drugiej połowie. Gimnazjum.
Bill Self w Turniejkuczeczku: +38 w pierwszej rundzie z UC Davis, +20 w drugiej rundzie z Michigan State, +32 w Sweet 16 z Purdue – w SWEET 16! Dobry Boże…
Boję się to odpalać, ale to zrobię.
Zakładajmy pieluchy na starcie z Oregonem…
Piątek.
Kansas tylko sami z sobą mogą przegrać mistrzostwo inna liga,a Król/potwór/legenda Mason jest 59 na DE.
Pytanie z ciekawości – Przemo jest w stanie dunkować? Bo tak oglądając to gra w stylu ZBoo chyba, o tablicę, bez podskakiwania.
Stracił sporo na tej kontuzji pleców, ale dunkuje jeszcze :)
Nie oszukujmy się, nie wygląda na atlete. Bliżej mu do Big Sofo niż wczesnego M. Gasola.
Cały czas mam wrażenie ze musi zapisać się na crossfit ;)
Pyrosze: https://youtu.be/ucg_5lP9ITM?t=16 :) Takie śmieszniutkie …
Seba <3
Zastanawiam się drogi Bunio, czy rzeczywiście warto przerywać taką fajną narrację aż trzema odwoływaniami się do srania?
Zrozumiesz jak zostaniesz rodzicem. Jestem tylko grubym blogerem, który raz na ruski rok coś tutaj napisze. Mimo wszystko dziękuję za konstruktywną uwagę. Jako trzeci liczysz te niewinne pieluchy na końcu tekstu? Wezmę do serducha i nie będę aż tak wielkiej ilości patologii przemycał w tekstach. Albo będę? Miłego!
Opowieści o heroinistach i sposobie na wagary są mega. A te o sraniu już mniej. I psują tą fajną, charakterystyczną stylówę, którą masz. :)
Seba pisz codziennie!
Kansas droczyli się z Purdue przez pierwszą połowę i kawałek drugiej. Jak wrzucili wyższy bieg to ze Swanigana i spółki nie było co zbierać. Jayhawks jechali w semi-transition i ostro przyspieszali tempo po każdej defensywnej zbiórce. IMO jedyne, co może ich powstrzymać w tym roku to podobna eksplozja ofensywna UCLA albo wpierdol pod koszem od North Caroliny (wczoraj takowy miał być od Purdue, ale ludzie Selfa wygrali deski 36-29, a Biggie nie mógł nic zrobić Jacksonowi i przeciwko podwojeniom).
Jestem po pierwszej połowie. Drugą zostawiam na wieczór. Jak wszedł Haas to pomyślałem – „a może jednak”, ale potem był hustling Josha Jacksona…
Derrick Walton Jr. to jest gracz !
Arizona przegrała, wlasciwie oddala to zwycięstwo w ostatniej minucie, ale Markkanen i Trier powinni zrobic kariery w NBA. Zwlaszcza ten drugi dzisiaj trzymał Arizonę w grze.
Trier i te jego ceglenie w ostatnich dwóch minutach…serce bolało, ale widać, że nikt nie miał już w drużynie Arizony jaj, by przejąć piłkę i przechylić szalę na ich korzyść…
Mieć 71:64 i przegrać 71:73 w ostatnich dwóch minutach, to lamerstwo jednak…
Przemek razem z Marcinem Gortatem powinni poćwiczyć wolne, bo nie wygląda to dobrze i może być problemem dla Gonzagi w dalszej części turnieju.
Ten mecz Gonzagi to oprócz emocji czysto sportowych też te spowodowane po prostu chujowym sędziowaniem.Fatalne gwizdki z obu stron a zwieńczeniem tego była akcja w końcówce gdzie dwóch sędziów nie potrafiło chyba przez 5 minut(!) stwierdzić przy komputerze do kogo powinna powędrować piłka mimo, że cały stadion i widzowie po 10 z kolei powtórce już wiedzieli, że Adrian uratował piłkę.Tragedia.
Williams-Goss rzeczywiście zagrał świetnie w defensywie w ostatniej akcji ale to on mógł kosztować Gonzagę mecz.Oprócz fatalnej dyspozycji rzutowej głupie faule w ataku i straty czasem w akcjach back-2-back.Nawet w ostatniej minucie omal nie stracił piłki chwilę przed tym podaniem do Mathewsa.Propsy za to dla Przemka bo znów robił swoje czyli rozstawiał ludzi na bloku i rozsyłał podania z podwojeń czy potrojeń.To w czasie sekwencji jego trafień Gonzaga wyszła na największe prowadzenie.
Po stronie Wirginii świetny był Carter – 21 lat, wygląda na 10 więcej a jaja ma jak weteran z 15 letnim stażem.W drugiej połowie ciągnął zespół w pojedynkę rzucając kosz za koszem a do tego prezentując niesamowity pressing i wymuszanie strat.W tym meczu wyglądał jak mix Avery’ego Bradleya z Pattym Millsem.