
Bilet w jedną stronę
Jak ważna jest dla Ciebie pasja? Czy kiedykolwiek z niej zrezygnowałeś? Czy wygasła w Tobie naturalnie? Na każde z tych pytań mógłbym odpowiadać w różny sposób, na trzeźwo, pod wpływem wiśniowego Jim Beama, bez emocji, z emocjami, wybieraj. Pasja…
Pasją może być koszykówka, nagrywanie rapowych płyt, jezioro, rodzina. Kolejność dla niektórych w kontekście zainteresowań i pasji jest ważna, dla innych wydaje się być obojętną, jednak odpowiedzialny facet (chcąc nie chcąc) zaczyna szufladkować swoje priorytety wg ich wartości.
W 1995 roku nie miałem pojęcia o żadnych męskich wartościach, ale na przekór wszystkim moim ulubionym koszykarzem nie był Michael Jordan. Był nim Scottie Pippen, mój Scottie, którego wujek Jacek nazywał Metysem, bo że niby Scottie miał być pół-Indianinem. Wujek Jacek przez kolejne lata pił, a Scottie drążył moje serce i był kozacki w Playoffs dla Portland Trail Blazers. Gdzieś obok niego swoje ślady stawiały wielkie stopy Shaquille’a O’Neala, Grant Hill miał być nowym typem gracza w opcji all-around, jednak to Pippen był tym, który wprowadził mnie w świat pasji, magii, tego wszystkiego co staram się pielęgnować. Jeszcze, coraz rzadziej, ponieważ brakuje czasu, czasami sił i ochoty na cokolwiek.
Podczas sezonu 1995/96 spokojnie można było dostać karty Upper Decka, królował Magic Basketball, potem Pro-Basket. To solidna podstawa naszej historii – nas, 30-latków, nie wspominając o starszych Birdowo-Magicowo-Jordanowskich weteranach. I nagle z nieba spadła klasa Draftu ’95. Joe Smith, Jerry Stackhouse, Rasheed Wallace, Antonio McDyess i… Kevin Garnett. Ta piątka nagle dołączyła do Pippena, była taka świeża, orzeźwiająca, polana karmelowym talentem. Na stałe z tej fenomenalnej piątki w moim sercu pozostał tylko chudy dzieciak z Południowej Karoliny mimo, że to także Stackhouse długo trzymał się w mojej podświadomości.
Minnesota podczas początków Garnetta była młodym klubem bez wielkich planów, z Tomem Gugliottą i Christianem Leattnerem w składzie, których kariery były jakie były. Ale jak się później okazało, to jesień 1995 roku okazała się pierwszym etapem cichej przebudowy klubu spoza radaru wielkich marek NBA. To właśnie wtedy koszulkę Wolves założył Garnett, na ławce usiadł przebojowy i obiecujący Flip Saunders. To właśnie ich wspólny język po roku pracy dał pierwsze efekty, zalążki wielkiej nadziei dla wszystkich fanów „Leśnych Wilków”. To właśnie ta dwójka po dwóch latach wspólnej harówki wiosną 1997 roku dała miastu pierwsze w historii koszykarskie Playoffy, dostając w tyłek od Houston Rockets 0-3. I to właśnie ta dwójka chciała zrobić GRACZA ze Stephena Marbury’ego. Historie…
W tym wszystkim Kevin Garnett dorastał, grając już w swoim rookie year po 28 minut, robiąc solidne 10/6/2/1/1,5. Ale już w pamiętnym sezonie 1996/97 (50 lat NBA!) jego średnie skoczyły do aż niemal 39 minut – 17/8/3/1,5/2. I tak przez kolejne lata obok Saundersa i Marbury’ego, potem z Terrellem Brandonem, Garnett dorastał i zaliczał ogromny progres z sezonu na sezon, stając się gwiazdą nowej ery po Jordanie, obok Duncana, Bryanta, Iversona, później Cartera, Nowitzkiego, Pierce’a i… dopisz tu jeszcze kogo chcesz.
Minnesota w latach 1997-2004 przeorała w składzie wielu graczy, ale ich najlepsze lata z Garnettem, Szczerbiakiem, Cassellem, Sprewellem i Nesterovicem były moją małą perełką dojrzewania, zarówno koszykarskiego jak i męskiego. Ten pamiętny skład Wolves z sezonu 2003/04, MVP dla Garnetta za monstrualny sezon regularny (którego zapowiedzią był równie kozacki 2002/03 + MVP All-Star Game) okazały się zapowiedzią czegoś dużego i miały zakończyć wieczne porażki w pierwszej rundzie coraz mocniejszej Konferencji Zachodniej.
Rekordowe w historii klubu 58 zwycięstw (najlepszy bilans na Zachodzie!), Kevin Garnett w opcji 24/14/5/1,5/2 oraz determinacja takich graczy jak Cassell doprowadziły ekipę do najlepszego wyniku w dziejach ery Timberwolves – do finału Zachodu. Timbos po drodze tylko w pierwszej rundzie łatwo odprawili Nuggets z raczkującym dopiero Melo, w opcji 4-1, ale już w drugiej rundzie trafili na końcówkę tych Sacramento Kings, za którymi dzisiaj płaczemy. Adelman i pamiętna spółka wygrali w tym sezonie tylko trzy mecze mniej od Wolves, ale na papierze mieli bardziej zbilansowany i zgrany skład. Seria 4-3 dla Minny, w niej wręcz monstrualne bitwy Webbera z Garnettem i w końcu ten drugi… zaliczający najlepsze indywidualne mecze w swojej karierze, jak chociażby mecz nr 3 w serii na 30/15/3/3/5, albo niesamowity game 7 na 32/21/2/4/5. To były najlepsze, przede wszystkim moje czasy z Wolves, którzy rozbili się o ścianę Los Angeles Lakers (2-4) i Kobego Bryanta w primie atletycznym, który gnębił ich już wcześniej, podczas Playoffs 2003 – pamiętam ten dunk i monstrualną serię Bobby’ego, jakby to było wczoraj…
Po pamiętnym sezonie 2003/04 Garnett nie zwolnił, zwolniła Minnesota, zwolnił Glen Taylor, który nie był w stanie zapewnić wsparcia dla swojego gwiazdora. Aż w końcu wszystko trafił szlag po sezonie 2004/2005, bez Playoffs, ledwie dwa lata po wielkim sukcesie Wolves, kiedy statek opuścili Saunders i Sam I Am, najlepsi kompanii Garnetta, który nagle wziął wszystko na swoją klatę. Doskonale wiecie co było dalej. Gorycz trwała do wakacji 2007, kiedy na horyzoncie pojawiał się Boston…
Celtics w moich oczach okazali się dla KG zbawieniem. I nie chodzi tu o mistrzowski tytuł 2008, ale o fakt, że Garnett ewoluował w innego gracza. Stał się kompletnie kimś innym na boisku, będąc mózgiem defensywny, którą razem z Tomem Thibodeau wniósł na nowy poziom w NBA. Lata w Celtics ukazały mi Kevina w nowym świetle. Ten szczekający i pyskujący do wszystkich furiat, czasami zachowujący się jak cwaniak/idiota stał się mentalnym liderem wielkiej organizacji, chowając swoje indywidualne zapędy do kieszeni, nie patrząc na spadające średnie. Chyba od zawsze taki był. Przez kolejne sezony jego obecność wzbudzała w TD Garden emocje, a ja cholernie żałuję, że tamten Boston nie trwał wiecznie. I kto wie? Może z ery Wielkiej Trójki C’s przy odrobinie szczęścia (kolano Perka w finale 2010, jeden mecz z Miami w 2012) zrobiliby trzy tytuły? Naaah. Można gdybać, ale mimo wszystko Garnett na zawsze stał się kimś innym jako gracz.
Przede wszystkim później Da Kid wszedł w ten przykry dla sportowca okres, zaczął się starzeć. Koszykarsko, ale co za tym idzie trochę mentalnie, kiedy braki fizyczne starał się nadrabiać brudnymi zagraniami. Jestem mu to w stanie wybaczyć, bo skoro fani Kobego potrafią wybaczać wszystko, to czemu nie? Serce pękło po transferze na Brooklyn, ale konferencja prasowa z końca lutego 2015 wzbudziła we mnie nowe nadzieje. Jakie? Nie wiem, ale emocje we mnie wrzały, wokół latały endorfiny, było różowo. Po prostu oglądając wtedy KG obok Flipa na żywo byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, myśląc: „Hej! Jest Flip, jest KG. Kurwa, Wolves wracają!”. Nie zapomnę tego w jak serdeczny sposób The Big Ticket witał się ze starymi dziennikarzami Minnesoty. Wrócił do domu, do swoich. Bo jeżeli LeBron mógł, to czemu nie mógł zrobić tego KG? Zrobił to dla Wolves, dla siebie, dla rodziny, dla wspólnego szczęścia, dla przyszłości.
Jego nowa/stara droga w Minneapolis rozpoczęła się od mocnego szkolenia Karla Anthony’ego Townsa, który zaliczył jeden z najlepszych debiutanckich sezonów w ostatnich latach. KG został nowy mentorem dla Wiggisna, LaVine’a, dla całego młodego trzonu Wolves, który jest mega obiecujący, a dodajmy do tego samego Toma Thibodeau. Otoczony najpierw Flipem Saundersem, potem Samem Mitchellem i solidnie wypełniającym pracę GM-a Miltem Newtonem, został uderzony śmiercią tego pierwszego, swojego starego przyjaciela, ale miał przy swoim boku mimo wszystko Mitchella, który jeszcze jako gracz wprowadził Dzieciaka do wielkiej ligi NBA. Po sezonie 2015/16 Mitchell i Newton zostali zwolnieni, co nie spodobało się legendzie Wolves, dlatego Glen Taylor trochę moim zdaniem starał się ratować zatrudnieniem Thibsa, z którym Garnett doskonale rozumiał się w Bostonie. Nie zagrało coś na górze, kolana nie pozwoliły na więcej, ale wydaje mi się, że głównym powodem zakończenia kariery przez KG były działania Taylora, który trochę namieszał jako właściciel i w końcu… z którym Garnett nie miał do końca po drodze, ku czemu kłaniają się jego poprzednie lata w Wolves.
Z bólem serca, pisząc ten tekst i słuchając jeszcze raz konferencji z jego powrotu, mam po prostu szklanki w oczach. Mimo wszystko wspomnienia z KG są najlepsze. Szczególnie te z Target Center i te, kiedy kupowałem za małe, ale upragnione buty Garnetta. Cisnęły, ale grałem, dopóki nie zdarły się do ostatniej dziury.
Powroty naszych bohaterów są magią. Dlatego fani Cavaliers nigdy nie chcieli znienawidzić Jamesa. Dlatego w Bostonie nadal kochają Paula Pierce’a i liczą, że ten wróci do Celtics w roli kogoś innego, ale zawsze będzie ich kapitanem. Może dlatego pierwsi fani Raptors tak bardzo chcieliby chociaż raz zobaczyć Vince’a Cartera mimo, że też nie bardzo miał po drodze z władzami klubami. Ale na posterunku zostali tylko on, Paula Pierce i Dirk Nowitzki. Odeszli Kobe i Timmy, odszedł i on, mój KG, który już tęskni za grą, tak jak ja tęsknię za nim.
Dla nas, ludzi po 30-tce, takie momenty są swego rodzaju „fleszbekiem”, powrotem do stanu błogości, pamięcią o tym, że kiedyś było się kimś na starym, czarno-szarym asfalcie osiedlowego boiska. Głównie dzięki naszym bohaterom. Tak jak napisał kiedyś w komentarzu jeden z naszych czytelników – „to most pomiędzy dzieciństwem a współczesnością.”
Dzisiaj Kevin Garnett jest moim prywatnym bohaterem numer jeden, tak jak w przypadku kilku old-schoolowych fanów tamtej starej Minnesoty. Nie jestem wstanie określić tego jak bardzo bym chciał, żeby dzieciak z biletem w jedną stronę jednak zawrócił. Jestem zawieszony w czasie, flesze z końca lat 90-tych są jak diamenty, tak bardzo cenne, że na nowo chce się zacząć kochać koszykówkę, która w ostatnim czasie przestała mi sprawiać radość.
To tylko mały impuls, ale jednak. Dzięki KG, za wszystko…

Idealnie.
Boisko -asfalt wytyrany , linia za 3 ręcznie malowana pędzlem z piwnicy starego, składka na siatke z łańcucha i ogień do nocy… został jeszcze Vince.
I Dirk, czemu zawsze zapominacie o Dirku?
Bo Dirk nie należy do najntisów. Lata 90 są magiczne, bo odległe, bo Jordan, bo Orlando Magic, bo Hakeem, bo dream team, bo Reeboki z pompką etc.
bo z latami ’90 bardziej kojarzy się jego rodak Detlef? Zresztą Vince i Dirk wydraftowani już po LastShot
Pysznie! Ambasador powraca!
Świetny tekst, dzięki.
Fajnie, że nadal można spotkać ludzi, którzy w tak emocjonalny sposób podchodzą do sportu, do graczy, do wspomnień i nie porzucili młodzieńczych pasji 'na stare lata’. Bardzo fajnie.
Seba brakuje Cie na tej stronie!
Przecież nigdzie się nie wybieram :) idzie sezon :)
zajebiste jest to, że tak dużo osób tutaj, łącznie z redakcja, są z tych samych lat/roczników co ja (’85). mega fajnie się zawsze czyta te wspomnienia, bo tak dużo podobieństw, bez kitu czasem jakby własne wspomnienia.. gra skarpetkami czy czymkolwiek w kosza w pokoju, polowanie na różne buty KG, Granty, Kobasy czy koszulki itp MEGA !!!
Rocznik 93, a gra skarpetkami rzucanymi w moim przypadku do lekko uchylonej szuflady to klasyk nad klasyki, do dziś pamiętam jak rozgrywałem mecz 76ers – Hawks i Iversonem rzuciłem 50 punktów, ale Mutombo „zablokował” ostatni rzut i Atlanta wygrała, aż się łezka w oku kręci, chłopaki kiedyś zrobili przezajebisty artykuł o nerf basketball. Żeby nie było off – topu mogę dodać, że nie pamiętam jak u mnie „grał Garnett”, pamiętam tylko, że jako Shaq wszytskie piłki pakowałem bezpośrednio do szuflady, jako Carter starałem się o rozmaite wsady od tablicy (czyli szafki przy szufladzie), a jako Dirk i Duncan ładowałem z półdystansu, a teraz to pokolenie, do którego mam przez to taki sentyment sie faktycznie kończy…
w sumie nie wiem czemu to piszę xD
też, z 85, z nba na dobre i złe, od TheDreama w ’94. Choć nie mitologizuję lat ’90 i wtedy półboga MJa, jak i 'Olimpu’ NBA, wspomnienia tej dakady basketu są zawsze spoko. Dzieciństwo, lata nastolatka :)
Jeden z pierwszych plakatów NBA (zapewne z Magic Basketball), przyczepiony do tapety w pokoju to był Garnett i Marbury :D
A ja uwielbialem Muggsy Boguesa, ktory wtedy gral w Charlotte razem z Larrym Johnsonem. Lubilem go po prostu za to, ze byl najnizszym koszykarzem w NBA wtedy. Pamietam jak sie podjaralem kiedy w styczniowym numerze „Magic Basketball” z ’95 roku zobaczylem artykul o nim na 4 strony. Na 4 strony! To bylo cos niesamowitego.
super, wspomnienia wróciły
Tak jak Ty tesknisz za KG ja tesknie za Webber’em
FAB 5 :*
mówcie mi tato (’80) :)
BTW, jakieś wspomnienie o Kempie może kiedyś… plis, bo to z kolei moja młodość