Misogi Kyle’a Korvera

Misogi Kyle’a Korvera

Co sprawia, że ludzie chcą wejść na najwyższą górę w zasięgu wzroku? Co sprawia, że chcą opuścić się ku największej głębinie? Co sprawia, że ludzie decydują się biec dziesiątki lub nawet setki kilometrów? Co sprawia, że wsiadają w kajak i płyną zmierzyć się z oceanem?

Chcą być lepsi?

I „lepsi” w tym przypadku oznaczać może wiele rzeczy. Lepsi od siebie samych z poprzedniego dnia. Lepsi od innych. Lepsi od wizji tego, kim chcą być.

I dlatego gotowi są znosić ból i torturować siebie samych. Fizycznie, kiedy doprowadzają się na skraj wyczerpania. I psychicznie, kiedy próbują kontrolować każdy najmniejszy nawet szczegół. Każdy oddech. Każdy ruch. Każdą myśl.

Ale dzięki temu ostatecznie są…

…lepsi.

Minęło może sześć godzin, kiedy kompletnie znikąd pojawiła się ta grupa delfinów. Były pod nami, były wokół nas. To było coś magicznego. Coś jak z filmu. Zacząłem krzyczeć: „Płyńcie z nami! To musi się udać!”. Zacząłem bardzo szybko wiosłować. Godzinę później z wody tuż koło nas wyłoniła się płetwa grzbietowa. Robiła się coraz większa i większa. Miała prawie metr wysokości i zaczęła się do nas zbliżać. Zaczęła się do nas zbliżać! Zapytałem: „Czy to orka zabójca? Jest taka wielka!”. Ale w Santa Barbara nie ma orek zabójców.

Gość na łódce podskoczył i krzyknął „To mola mola”.

Zapytałem: „Czy ma zęby? Boję się”.

Staliśmy na naszych deskach z wiosłami w ręku. Okazało się, że to po prostu ryba, która waży 900 kilo.

Mógłbym o tym opowiadać w nieskończoność. Chodziło o to, że wiosłowaliśmy… i tam nie było drzewa, nie było żadnego zakrętu, nie było żadnego oznaczenia odległości. Musiałeś skupić na mniejszych rzeczach. Na pojedynczych ruchach wiosłem. Siedziałem i starałem się doprowadzić do perfekcji każdy mój ruch. Kąt, pod jakim wsuwałem wiosło do wody, jak długo przesuwam je pod wodą, jak używam nadgarstka. Skupiałem się na tym wszystkim i starałam znaleźć idealny ruch. To trwało przez dziewięć godzin.

Tego dnia Kyle Korver przepłynął około 40 kilometrów, wiosłując na desce z jednej z wysp archipelagu Channel Islands do Santa Barbara. Wcześniej miał okazję potrenować raptem siedem czy osiem razy. Nic dziwnego, że przewrócił się po raz pierwszy już po około 45 sekundach na pełnym oceanie. Przez kolejne godziny, walcząc z wiatrem i równowagą, często wiosłował na kolanach. Jego palce krwawiły, a wiara w to, że uda mu się dopłynąć o własnych siłach do miasta, topniała z każdą minutą.

Był początek września 2013 roku i Korver przygotowywał się do swojego drugiego sezonu w barwach Atlanty Hawks. Miał już wtedy skończone 32 lata i z dużym prawdopodobieństwem można było założyć, że najlepsze momenty kariery już za sobą. Owszem sezon wcześniej trafiał 46% swoich rzutów zza łuku i ta umiejętność wciąż trzymała go w lidze, ale jak długo jeszcze miała go w niej trzymać? Bez szybkości, bez atletyzmu i coraz starszy, miał przed sobą kilkuletnią jazdę po równi pochyłej w dół, w czasie której jego rola i minuty gry miały dążyć ku zeru.

Czy idea pływania na desce przez ocean, mogła pomóc mu w przedłużeniu kariery? Generalny menadżer Hawks nie łudził się, że Korver wróci po tym wyczynie jako lepszy zawodnik, ale niechętnie wyraził zgodę na to, by jego gracz uczestniczył w tym szaleństwie. Prawdopodobnie tylko i wyłącznie dlatego, że zapytał go o to doktor Marcus Elliott i jakkolwiek jego pomysł brzmiał absurdalnie, Elliott miał już w tamtym czasie w NBA reputację człowieka, który wie, co robi.

Elliott miał 17 lat, kiedy na jednym z treningów swojej szkolnej drużyny futbolowej zerwał więzadła w kolanie. To pozbawiło go szans na stypendium sportowe i całkowicie odmieniło jego życie. Jego zainteresowanie sportem przerodziło się w zainteresowanie zdrowiem sportowców, co w ostateczności doprowadziło go do studiów medycznych na Harvardzie. Tam poznał profesora Berta Zarinsa wykładowcę i lekarza New England Patriots. Elliott przedstawił mu pomysł analizy kontuzji, które spotykają graczy NFL i zaimponował mu na tyle, by dostać dostęp do danych z ligi. Wspólnie przeanalizowali historię urazów z poprzednich 10 lat, skupiając się przede wszystkim na kontuzjach ścięgna udowego i przebadali graczy Patriots, co pomogło im stworzyć dla nich zindywidualizowane programy treningowe. W rezultacie średnia liczba tego typu urazów zmalała z ponad 21 do raptem 3 na sezon.

Elliott zdał sobie sprawę, że w zakresie wiedzy o unikaniu kontuzji sport zawodowy znajduje się wciąż w średniowieczu i tym samym znalazł dla siebie idealną niszę. Początkowo zarabiał jako trener personalny, pomagając sportowcom w budowaniu planów treningów, które miały minimalizować szanse na wystąpienie kontuzji. Z tych doświadczeń w 2006 roku w Santa Barbara narodził się Peak Performance Project, w skrócie P3.

Pierwszym koszykarzem NBA, który trafił pod jego skrzydła był rezerwowy center Jazz Rafael Araujo. Rezultaty tej współpracy były na tyle zachęcające, że już wkrótce klub zaczął przysyłać mu kolejnych graczy. W P3 zawodnicy poddawani byli skrupulatnym testom i analizie, dzięki którym Elliott mógł dotrzeć do źródła problemów, z którymi borykają się gracze. Jego odkrycia bywały czasem fascynujące. Dany gracz miał regularne problemy ze skręceniami kostek? Mogło się okazać, że problemem była nigdy niedoleczona kontuzja biodra, która sprawiała, że stawiał stopy w określony sposób. Dany gracz borykał się z problemami z kolanem? Mogło się okazać, że wszystkiemu winne było skręcenie kostki jeszcze z czasów szkoły średniej, które sprawiło, że do dzisiaj źle rozkłada ciężar ciała.

Problemem Kyle’a Korvera było ułożenie lewej nogi w czasie rzutu.

Korver w ciągu prawie 3 lat w barwach Jazz przez większość czasu borykał się z urazami lewego kolana. Nikt nie przypuszczał jednak, że może to wynikać z formy rzutowej. Ostatecznie w swojej dotychczasowej karierze trafiał ponad 40% swoich rzutów z dystansu i uchodził za jednego z najlepiej… i najładniej rzucających graczy w lidze. Tymczasem lekarze w P3 zauważyli, że kiedy wyskakuje do rzutu, jego lewe kolano ma tendencję do wyginania się do wewnątrz i uderzania w prawe. To miało być źródło jego problemów i aby to zmienić, musiał zmienić mechanikę rzutu.

Kiedy Elliott przedstawił mu swoją teorię, Korver miał prawo mieć wątpliwości. Owszem już raz w przeszłości zmienił swoją formę rzutową, ale było to, kiedy nie miał jeszcze 10 lat i rzucał… lewą ręką, bo tylko w ten sposób był w stanie dorzucić do kosza. Teraz miał już 27 lat i dowiedział się właśnie, że aby przedłużyć swoją karierę, musi zbudować swój rzut raz jeszcze od podstaw. Jak wspominał w książce „Chasing Perfection” Andy’ego Glocknera:

To było naprawdę zabawne. Marcus stał tam z grupką kolesi, a ja musiałem tego wszystkiego słuchać, kiedy mówił: „No tak, jest okropny w tym, a tu brakuje mu tego”. Byłem jak: „Przecież ja tu stoję!”. Czułem się źle, bo mówili o mnie, jakbym był najgorszym sportowcem w historii. Jakim cudem tu jeszcze jestem? Oczywiście wcale nie mówił o mnie w ten sposób, ale tak się właśnie czułem w tym czasie. Pamiętam jednak, że kiedy spojrzałem na taśmę, na której pokazał mi ujęcie, na którym skaczę, to było dla mnie coś wielkiego zobaczyć, jak się ruszam, bo jestem wzrokowcem. Prawie zwymiotowałem. Byłem przerażony moją techniką. Byłem wstrząśnięty. Naprawdę robiłem to za każdym razem, kiedy podskakiwałem? Kiedy skakałem wysoko, dokładnie to robiłem.

Oczywiście tak gruntowne zmiany nie są możliwe do wykonania w ciągu miesiąca czy dwóch. Korver musiał przy pomocy Elliotta rozłożyć swój rzut na części pierwsze, a następnie złożyć go z powrotem, eliminując niepotrzebne ruchy i nie tracąc techniki, którą wypracował przez lata treningów. Na rezultaty musiał jednak poczekać i sam nie był pewny, czy będzie miał odpowiednio dużo cierpliwości:

Pamiętam, że siedziałem w pokoju hotelowym w Orlando i myślałem, czy nadal chcę grać w koszykówkę. Nie chodziło o to, że już jej nie kochałem, po prostu moje ciało bolało i nie sądziłem, że mogę być wciąż dobry. A jeśli nie mogłem być dobry, nie zamierzałem wciąż próbować bez skutku.

Na szczęście Korver miał też jedną cechę, która sprawiła, że przetrwał najgorsze chwile: Uwielbiał ciężko trenować. Być może była to kwestia miłości do gry, którą właściwie wyssał z mlekiem matki, która zgodnie z rodzinną legendą rzuciła kiedyś 73 punkty w meczu swojej szkolnej drużyny. Przygodę z koszykówką na poziomie trzeciej dywizji NCAA zaliczyli również jego ojciec i czterech wujków. W domu Korverów koszykówka była religią i rodzina nigdy nie przegapiła okazji, by spędzać wspólnie czas na parkiecie.

Nieważne, w jakim mieście akurat byliśmy, w każde święta któryś z moich wujków zawsze w jakiś sposób zdobywał klucze do sali gimnastycznej i graliśmy 5 na 5. Kuzynowie kontra wujkowie. W czasie świąt cieszysz się różnymi rzeczami, ale na nic nie czekałem tak bardzo, jak na te mecze.

Ciężkie treningi nie były dla niego niczym nowym. Jedyne czego potrzebował, to odrobina nadziei. A ta pojawiła się, gdy okazało się, że diagnoza i metody Elliotta w końcu przyniosły skutek. Kiedy w grudniu 2009 roku wrócił wreszcie na parkiet po kolejnej kontuzji, okazało się, że coś się zmieniło. Do końca sezonu Korver trafił 54% swoich rzutów za trzy w cuglach wygrywając w klasyfikacji skuteczności z dystansu. W kolejnym, już w barwach Chicago Bulls, nie opuścił żadnego spotkania.

Od tego czasu Korver nigdy już nie wątpił w metody Elliott i stał się regularnym klientem P3. Całkiem przy okazji panowie zaprzyjaźnili się i kiedy 3 lata później zdecydowali się wspólnie przepłynąć na deskach 40 kilometrów, był to raczej pomysł na wspólne spędzenie czasu niż część trenerskich zaleceń. A może jedno i drugie?

Elliott marzył o podobnym wyczynie od lat. Niekoniecznie o pływaniu na desce. Chodziło raczej o przekraczanie własnych granic. O sprawdzenie się w nieznanym środowisku. To nie miał być maraton dla biegacza. To nie miała być kolejna wysoka góra dla alpinisty. Elliott marzył o czymś więcej:

Chodzi o testowanie własnych możliwości w nieznanym otoczeniu. Im bardziej ślepy jesteś, tym bardziej śmiały jest to wyczyn. To nic nie kosztuje. Nie ma tu widowni. To nie jest wycieczka do Disneylandu. To osobiste wyzwanie zaprojektowane specjalnie dla ciebie. I jest naprawdę kurwa trudne.

Pomysł narodził się w głowie Elliotta jeszcze na studiach, kiedy w czasie wakacji podróżował autostopem ze swoim znajomym po Wyoming i usłyszał o japońskim rytuale oczyszczenia misogi. Po latach w jego głowie pozostała jedynie nazwa i koncept przesuwania swoich mentalnych granic przez wykonanie czynności, która wydaje się niemożliwa do wykonania.

Kiedy przedstawił tę ideę Korverowi, ten nie zastanawiał się długo i kiedy po dziewięciu godzinach dopłynął do brzegu nie żałował:

To była fantastyczna chwila. W pewnym momencie musiałem zaakceptować fakt, że nie mam już odwrotu i muszę się nastawić na ciągłe powtórzenia, aż dopłynę do mety. Musiałem porzucić wszelkie wymówki. Mój umysł musiał być skoncentrowany. Musiałem trenować swoje nastawienie. Wszystko składało się w jedną całość, kiedy idealnie wykonywałem najmniejsze ruchy. Lekcję tę przeniosłem później na moje rzucanie.

Te ostatnie słowa są prawdopodobnie sporą przesadą, bo już wtedy rozkładanie całości na atomy nie było dla niego niczym nowym. Robił to pod okiem Marcusa Elliotta w ośrodku P3 i robił to pod okiem Toma Thibodeau w Chicago:

Rozkładał wszystko na części pierwsze: w którą stronę mam wypychać gracza, którego kryję, jak dokładnie mają być ustawione moje stopy, kiedy go kryję, kiedy dokładnie mam go odepchnąć i kiedy dokładnie mam odejść od niego. Wszystko zostało rozłożone na tak małe części, że nie musiałem się skupiać na całości, wystarczały detale. (…) Potrzebuję tych detali. Wielu świetnych graczy nie będzie dobrymi trenerami, bo nie wiedzą, co robią, po prostu to robią. Wielu graczy nie wie, w jaki sposób coś robi, po prostu to robią. Ja tak nie potrafię. Muszę dokładnie wiedzieć, dlaczego coś się dzieje albo dlaczego mam kogoś popchnąć i gdzie powinna być pomoc i jak powinna wyglądać rotacja i dlaczego nie trafiam. Chcę wiedzieć wszystko. Chcę wiedzieć, dlaczego boli mnie kolano.

I tak, jak Kyle Korver nie skupiał się na tym, czy dopłynie w końcu do brzegu, a skupiał się na każdym pociągnięciu wiosłem, tak nauczył się podchodzić do swojego rzutu:

Nie dbam o to, czy piłka wpadnie do kosza. Chcę tylko być w miejscu, gdzie moja technika jest poprawna, bo jeśli jest poprawna, to piłka wpadnie do kosza. Jeśli rzucę w sposób, w jaki chcę rzucić, wierzę, że wpadnie do kosza za każdym razem. Kiedy pudłuję, czuję, że coś jest nie tak. Dlaczego zdarzają się serie pudeł? Dlaczego mi się to zdarza? Zazwyczaj dlatego, że coś jest nie tak z moim ciałem, że dzieje się coś złego.

Nie to, żeby do wszystkiego doszedł tylko i wyłącznie dzięki obserwacjom swojego ciała i pomocy specjalistów z P3. Aby zbliżyć się do perfekcji potrzebował też odrobiny szczęścia… w nieszczęściu.

W czasie przerwy na Weekend Gwiazd w 2012 roku Korver pojechał na Karaiby, żeby odpocząć i doleczyć kontuzję biodra. Tam na hotelowym korcie spotkał znajomego tenisistę. Myśląc, że odrobina ruchu nie powinna mu zaszkodzić, rozegrał z nim kilka gemów. Dwie godziny później okazało się, że był to fatalny pomysł:

Mój prawy łokieć strasznie opuchł. Nie mogłem nim poruszać. Był cały sztywny. Zacząłem panikować: „O nie, będę musiał wrócić do Chicago i powiedzieć Thibsowi, że nie mogę grać, bo odbiłem kilka tenisowych piłek”. (…) Ściągnęli mi płyn z łokcia i dostałem zastrzyk z kortyzolu i próbowałem pograć następnego dnia, bo nie zamierzałem stracić meczu przez grę w tenisa, ale nie byłem w stanie normalnie rzucać. Przez prawie dwa tygodnie nie byłem w stanie rzucać za dwa punkty. Mogłem jednak rzucać trójki, z tym że mój łokieć musiał być zgięty całkiem pod kątem prostym.

Ku zaskoczeniu Korvera delikatna zmiana w technice rzutu przyniosła fantastyczne efekty i do końca sezonu trafił prawie 47% swoich rzutów za trzy. Od tej pory zaczął zwracać uwagę, by jego łokieć ustawiony był zawsze dokładnie w taki sam sposób. To wszystko i regularne powroty do Santa Barbara, by latem trenować w P3 sprawiły, że w wieku 33 lat czuł się fizycznie lepiej niż w wieku 22 lat, gdy z odległym numerem w drafcie trafił do NBA. Wciąż to wszystko nie wystarczyłoby prawdopodobnie, gdyby nie Mike Budenholzer.

Korver przez większość swojej kariery uznawany był za niebezpiecznego strzelca. W najlepszym wypadku bywał jednak jedynie solidnym graczem zadaniowym. Trenerzy traktowali go raczej jako przypis w ataku swoich drużyn. Budenholzer wiedział, że jego skrzydłowy jest kimś więcej i wkrótce dostrzec miała to cała NBA.

Korver być może urodził się o kilka lat zbyt wcześnie, by liga w pełni go doceniła. Musiało bowiem minąć sporo czasu od jego debiutu, zanim menadżerowie i trenerzy drużyny zauważyli wartość rzutów za trzy i niezwykłą wartość gracza, który potrafił ściągać na siebie uwagę obrońców, nawet gdy nie miał piłki w ręku. Korver stał się jednym z prototypowych graczy typu gravity, którzy samą swoją obecnością otwierają parkiet dla swoich partnerów. Jak mówił o nim Brad Stevens:

To niesamowite, bo on zdobywa średnio 13 punktów w meczu, a musisz go traktować, jakby zdobywał po 30, bo w innym wypadku zdobędzie 30. Bronienie go to wyzwanie. To, w jaki sposób ścina. To, ile musisz mu poświęcić uwagi, kiedy ścina. To, jak bardzo otwiera grę dla innych. To naprawdę bardzo dobry gracz.

Korver w systemie Budenholezera, który opierał się na ruchu piłki i jego ucieczka po zasłonach, odnalazł swoją drugą młodość, a „analityczna” NBA doceniła go nominacją do Meczu Gwiazd. Zanim jednak rozegrał swój najlepszy sezon w karierze, w którym zaliczył historyczne skuteczności na poziomie 49, 49 i 89 procent, zmierzył się ze swoim drugim misogi. We wrześniu 2014 roku Korver wrócił nad ocean. Tym razem jednak nie poruszał się po jego powierzchni, a pod nią.

Jeszcze pod koniec wakacji Korver miał drobne kłopoty ze stopą. Lekarzowi powiedział, że ma zamiar pobiegać trochę w wodzie. Ten uznał to za dobry pomysł. Nie mógł oczywiście przypuszczać, że jego pacjent ma zamiar wziąć udział w pięciokilometrowej sztafecie, w której przeniesie 40-kilogramowy głaz pięć kilometrów po dnie oceanu.

Przed rozpoczęciem swojego podwodnego biegu panowie nie mieli nawet pojęcia, czy jest on w ogóle realnie możliwy do wykonania. Nie przeszkodziło im to podjąć próby. Po co? By sprawdzić swoje własne granice. By przesunąć swoje granice. To banalna odpowiedź, ale ostatecznie chyba nie istnieje inna. I nie zrozumie tego nikt, kto nie rozumie ludzi, którzy widząc przed sobą górę, myślą o tym, by na nią wejść. Nie zrozumie tego nikt, kto zastanawia się, po co ludzie ryzykują swoje życie, wykonując absurdalne czynności. Kyle’a Korvera nie zrozumie nikt, kto nigdy nie zrobił „czegoś więcej”, by być lepszym. Nie zrozumie go nikt, kto jest zadowolony sam z siebie.

Kyle Korver i Marcus Elliott przenieśli swój kamień po dnie oceanu. Korver wrócił potem do Atlanty i rozegrał najlepszy sezon w swojej karierze. Miał wtedy 33 lata. Rok później zaplanował kolejne misogi. Panowie zapragnęli, by wbiec po schodach jednego z najwyższych budynków Los Angeles na wysokość Mount Everest, robiąc przerwy jedynie na zjeżdżanie windą na parter. Tym razem jednak Kyle Korver przegrał z kontuzją. Być może w tym roku spróbuje raz jeszcze.

Wcale nie będzie to oznaczać, że możemy się spodziewać kolejnego wielkiego sezonu w jego wykonaniu. Jego misogi nie jest przecież magicznym rytuałem, który zatrzymuje czas. Jest jedynie symbolem. Symbolem tego, że Kyle Korver gotów jest zrobić dosłownie wszystko, by być lepszym. I dzięki temu jest…

lepszy.

Dyskusja 6G

Komentarze 16

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

Bubu Zwierz09.07.2016, 13:16

Gdzie wcielo art z podcastem Twoim i Piotrka?

CelticFan09.07.2016, 13:20

Wlasnie moalem odpalic na rower a tak zostaje Jalen & Jacoby

Bubu Zwierz09.07.2016, 13:40

+ piatkowy Simmons +2x Lowe

CelticFan09.07.2016, 13:43

Get the people what they want!!!

rzepka09.07.2016, 15:44

Hooooo…hold me baaaaack :D

Barton09.07.2016, 13:17

Rewelacyjny i arcyciekawy tekst.

Bubu Zwierz09.07.2016, 14:28

Podcast Specjalny – !!!

Dzieki Panowie – na dziendobry macie duzy plus za Texas Blues ;) props

Bolaczka polskich podcastow jest jakosc mikrofonow nadajacych – oprocz tego audycja jest swietna. Dzieki.

Kropa09.07.2016, 14:47

Przemek nie pojawia się często ale jak już to częstuje nas kawiorem:) Czas przedłużyć abonament ;)

Bubu Zwierz09.07.2016, 17:02

Świetny art, choć wkradło się parę literówek Przemku.

Przemek Kujawiński09.07.2016, 17:39

Hej, nie możesz mi tego robić. Jeśli już wytyka literówki, to przynajmniej powiedz gdzie są, żebym mógł poprawić. Inaczej nie będę mógł spać w nocy!

Bubu Zwierz09.07.2016, 18:06

Oops, przepraszam, myślałem że to byłoby niegrzecznie ;-)

…jego palce krwawiła

…bez szybkość

i technika żótó

;-)

Przemek Kujawiński09.07.2016, 18:57

Got it;)

Arek Aaron rzutzdystansu.wordpress.com09.07.2016, 20:12

Rewelacyjny artykuł.

Oskar Pilch21.09.2016, 16:20

Świetny tekst Przemek :)

turobert@tlen.pl16.10.2017, 19:29

wróciłem do tego tekstu po roku i znów znakomicie się go czytało! jeśli miałbym zmonetyzować to uczucie – to także dla takich tekstów od kilku lat odnawiam abonament. jeśli porównać do nba – tego typu teksty są Kylem Korverem

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.