Jimmy wraca do Philly, ale nadal nie wiadomo czy Embiid wróci na Game 3

3
fot. League Pass

Obecny status Joela Embiida przed trzecim meczów półfinałów konferencji to „out”, ale w Filadelfii jeszcze nie tracą nadziei, że uda mu się zagrać. Wszystko zależy od tego, czy do czasu meczu zdąży opuścić protokoły w jakich się obecnie znajduje ze względu na wstrząśnienie mózgu. Dopóki objęty jest protokołami, formalnie jest „out”. Podobno jest szansa, że ten status jeszcze dzisiaj się zmieni.

Może Embiid w masce będzie mógł spróbować uratować Sixers, którym bardzo brakowało go w pierwszych meczach serii. Ale nie tylko w Philly czekają na jego powrót. Jimmy Butler też chciałby zmierzyć się z zawodnikiem, którego uważa za MVP.

Chciałby tego wyzwania. Chciałby móc pokonać swojego przyjaciela, z którym grał przez chwilę trzy lata temu. Dla Jimmy’ego to będzie pierwszy playoffowy występ na boisku w Wells Fargo Center od czasu gdy był zawodnikiem Sixers i ich najlepszym strzelcem serii, którą zakończył Kawhi Leonard. Ma coś tutaj do udowodnienia.

W wakacje 2019 Sixers nie wystarczająco postarali się, żeby zatrzymać Butlera, choć dopiero co kilka miesięcy wcześniej pozyskali go w wymianie z Timberwolves. Stworzyli gwiazdorski skład i mieli wielkie plany, a Jimmy udowodnił jak ważny może być dla sukcesu drużyny. Grał bardzo dobrze w playoffach, w których przejął rolę closera, biorąc piłkę i odpowiedzialność za wynik w decydujących momentach. Świetnie też dogadywał się z Embiidem. Dużo jednak było dyskusji o tym, czy Sixers są gotowi dać pięcioletniego maxa już prawie 30-letniemu zawodnikowi z trudnym charakterem, który ma na liczniku duży przebieg u Toma Thibodeau i sporo kłopotów zdrowotnych. Potem podobno położyli na stole maksymalną ofertę (choć nie wiadomo czy w pełni gwarantowaną), ale Jimmy już myślał o przeprowadzce. Nie dogadywał się z trenerem Brettem Brownem i nie był zadowolony, że w klubie pojawiają się obawy o to, że nie będą w stanie go kontrolować. A może po prostu chciał mieć swój team?

Nie zostało to wtedy jasno wyjaśnione, ale skończyło się na tym, że wybrał Miami i Sixers wysalali go tam w ramach sign-and-trade. W zamian pozyskali Josha Richardsona, wolne pieniądze wykorzystali na Ala Horforda, a do tego podpisali nowy kontrakt z Tobiasem Harrisem. Wtedy mogło się wydawać, że udało im się znaleźć całkiem niezły plan B. Z perspektywy czasu widać, że popełnili błąd. Trzy lat później to Butler ma za sobą występ w wielkim finale, podczas gdy Sixers nadal nie przebili się przez drugą rundę.

Embiid wiedział od początku. Nie krył swojego niezadowolenia z odejścia Butlera i od razu mówił, że to błąd. Przypomniał o tym niedawno, przy okazji dramy wokół Bena Simmonsa. Potwierdził to, co wcześniej było tylko spekulacjami – Sixers po prostu wybrali Simmonsa zamiast Butlera. Nie chcieli, żeby Jimmy zabierał piłkę z rąk ich młodego gwiazdora.

„The reason we signed Al (Horford) and got rid of Jimmy (Butler), which I still think was a mistake, just to make sure he needed the ball in his hands, and that’s the decision they made.”

Postawili na bardziej przyszłościowego gracza, co miało w tamtym czasie dużo sensu, ale okazało się, że postawili na nieodpowiedniego gracza.

Butler dzisiaj na parkiecie w Philly będzie chciał im o tym ponownie przypomnieć. Bo nawet trade po Jamesa Hardena nie okazał się wystarczająco dobrym ratunkiem od Simmonsa. Jimmy jest obecnie najlepszym zawodnikiem z tej trójki.


Jeśli Embiid dzisiaj nie wróci, ta seria może bardzo szybko się zakończyć, ale Philadelphia 76ers są przekonani, że nawet bez swojego MVP są w stanie wygrać na własnym parkiecie. W Miami pokazali już, że mogą podjąć walkę i trzymali się w grze, więc jeśli tylko zaczną wreszcie trafiać trójki – a na własnych koszach powinno być z tym dużo lepiej – mogą pokonać Heat.

W pierwszych dwóch meczach zanotowali ledwie 14/64 za trzy. Strasznie pudłowali, ale Doc Rivers jest zadowolony z tego jak funkcjonowała ofensywa, podkreślając, że mieli wiele otwartych pozycji i bardzo dobrych rzutów. Na NBA.com/stats łącznie aż 49 ich trójek sklasyfikowano jako open albo wide open. Duża w tym zasługa Hardena, który wykorzystuje skupienie obrony na sobie, znajdując wolnych kolegów i kreując te dobre rzuty. Teraz tylko trzeba zacząć je wykorzystywać.

Danny Green 2/14, Tyrese Maxey 2/10, Georges Niang 1/10. Każdy z nich w sezonie miał skuteczność na poziomie co najmniej 38%, więc te rzuty powinny im zacząć wpadać. A kiedy to się stanie i rozstrzelają się na dystansie, otworzy to nieco więcej miejsca dla Hardena. Oczywiście daleko mu do gry na miarę gwiazdora, ale też trzeba oddać Heat, że wykonują przeciwko niemu bardzo dobrą pracę. Miałby łatwiej, gdyby musieli też zajmować się Embiidem.

Bez Embiida wydaje się, że Sixers powinni pójść w smallball. Otoczyć Hardena zawodnikami, który mogą rzucać z dystansu i switchować wszystko w obronie. Granie dłuższych minut z DeAndre Jordanem czy Paulem Reedem nie jest rozwiązaniem. Mimo ich obecności pod koszem, Heat i tak dominują walkę na tablicach (+20 zbiórek). Do tego bezwzględnie wykorzystują brak mobilności DJa i niedoświadczenie Reeda, regularnie zdobywając na nich punkty.

Choć wykorzystują również słabości rywali, kiedy obniżają skład i atakują chociażby Furkana Korkmaza. Poza tym, w tych niskich ustawieniach kluczowy jest Georges Niang, a on niestety zmaga się z kontuzją kolana i na razie ma słabą serię.

Sixers walczą już o przetrwanie. To dla nich must-win, więc nawet bez Embiida na pewno wyjadą na parkiet bardzo zdeterminowani. Heat muszą przygotować się na trudniejszą walkę, ale oni też mogą jeszcze dostać wsparcie, bo jest szansa, że Kyle Lowry wróci do gry przy okazji wizyty w swoim rodzinnym mieście.

Game 3 dzisiaj o 1:00.

Poprzedni artykułMiędzy Rondem a Palmą (1093): Boska interwencja
Następny artykułKajzerek: Zgłodniał i znalazł Ja Moranta

3 KOMENTARZE