Flesz: Czy wartość trenerów NBA faktycznie zmalała w ciągu 10 lat?

11
fot. AP Photo/Marta Lavandier

Oglądamy wtorkowy mecz na wodzie United z Bernem, głośno wyrażając się przez sześćdziesiąt ostatnich minut – ja mógłbym prowadzić United! Tak źle grali i przegrali. Jest to też całkiem popularne postawienie sprawy od czasu, gdy Marek uważał, że doprowadziłby Orły Górskiego do złota w 74.

Ale na końcu w piłce nożnej trudno znaleźć jest sytuacje, w których ktoś kto faktycznie po raz pierwszy zajmował się trenowaniem grupy, wygrywał na szczeblu zarobków liczonych w milionach dolarów. Nawet Pep Guardiola, przed wygraniem z Barceloną Ligi Mistrzów w 2009 roku, przez jeden sezon trenował jej drugi skład i raczej nie można porównywać doświadczenia prowadzenia młodych piłkarzy La Masii z trenowaniem szkolnej drużyny koszykówki swojego syna (różnica między tymi poziomami oczywiście się zmniejsza).

To dobry moment na pytanie o wartość trenerów dla wygrywania w NBA, odkąd to Mike Budenholzer, po jego „oczywistych” problemach w poprzednim roku i w dwóch pierwszych rundach ostatnich playoffów, zdobył wszystko z Milwaukee Bucks, a Brad Stevens w wieku dopiero 46 lat przeniósł siebie z ławki trenerskiej do menedżmentu.

Frank Vogel w 2020 roku wygrał z Lakers w swoim pierwszym sezonie. W 2019 roku Nick Nurse w swoim pierwszym sezonie pracy w NBA zdobył tytuł z Toronto Raptors i napisał książkę. Nurse wcześniej pracował długo w USA i Europie, ale już jego poprzednicy Tyronn Lue w 2016 roku i wcześniej Steve Kerr w 2015 zdobyli mistrzostwo nie tylko w swoich debiutanckich sezonach jako trenerzy w NBA, ale jako trenerzy w ogóle. Lue wcześniej przez pięć lat był asystentem, Kerr komentował mecze.

Nie było tak wcześniej. Żeby znaleźć poprzedniego debiutanta z tytułem, musielibyśmy się cofnąć najpierw do 1982 roku (Pat Riley), potem do 1980 (Paul Westhead), a następnie przeskoczyć aż do 1956. Dziś tymczasem możesz pójść do NBA i wygrać tytuł w pierwszym sezonie pracy jako trener drużyny koszykówki. Nie musisz być już nawet wcześniej asystentem. Rok temu Brooklyn Nets wskazywani byli na faworyta do tytułu, choć wydawało się, że mają dwucyfrową ilość trenerów i tylko jednym z nich był Steve Nash – bez żadnego doświadczenia trenerskiego. Ale czy „możesz złapać gościa z ulicy, wstawić go jako trenera i wygrać” jest tym samym co „wartość trenera spada”?

Oto inna rzecz: coraz mniej realnego trenowania koszykarzy.

Przede wszystkim trener drużyny NBA może tylko od października do kwietnia (czerwca) prowadzić swój zespół. Latem nie może pracować z grupami swoich zawodników. W czasie, który ma, dysponuje blisko jednomiesięcznym obozem przed sezonem, następnie musi zmieścić 82 mecze w około 170 dni, z lepszym obecnie rozeznaniem wszystkich w balansie praca-życie, maksymalizacją regeneracji i odpoczynku, lataniem samolotami i z niedużą ilością czasu na faktyczne trenowanie. W ostatnich dziesięciu latach teamy praktycznie porzuciły treningi, gdy mają jeden dzień przerwy między meczami. Poranne rzutówki to oddać kilka rzutów.

Dziś część opinii publicznej łaja i otwarcie naśmiewa się z trenerów, którzy przeprowadzają 2-godzinny trening dzień po meczu. Albo uderza w tych, którzy wymyślą trening w dzień Bożego Narodzenia. Oldskulowi trenerzy jak Thibodeau w zasadzie nie są już ludźmi, tylko czasownikami. Jest nowa delikatność, pewna feminizacja męskiego sportu, odpowiadająca wartościom hołubionym coraz powszechniej z roku na rok, ale czy „trenerzy mają mniej czasu na trening” to faktycznie to samo, co „ich wartość zmalała”?

Cóż, chciałbyś przecież, jako właściciel drużyny, wyciągnąć jak najwięcej z talentu, który zatrudniasz, tymczasem trenerzy trenują dziś mniej.

Inna kwestia to unifikacja stylów gry i trwające wciąż eksperymenty z wyważeniem balansu między rzutem za trzy i jego wartością, a poszukiwaniem możliwie najlepszego rzutu. Ale dwa ostatnie sezony pokazały postępujące odchylenia od trendu stylistycznej jednomyślności i podbierania sobie tych samych zagrywek.

Teza z bostońskiego odcinka Palmy była następująca: trenowanie dziś jest już nr 3, za wartością graczy i menedżmentu. Był czas, gdy było na drugim lub nawet pierwszym miejscu w czasach Popovicha i Phila Jacksona, zwłaszcza Jacksona, gdy ten po roku przerwy od prowadzenia Bulls wygrywał z Lakers w pierwszym sezonie pracy i przez dwa następne (Jackson wygrał sześć z rzędu nielokautowych sezonów NBA – ja bym co miesiąc pisał książkę o swoich metodach!). Tych dwóch – Jackson i Popovich – miało renomę, której dzisiejsi trenerzy – nawet Pop – nie są blisko. Nie są nawet blisko bycia blisko.

Dawno, dawno temu nie było też Free Agency. Menedżerowie budowali poprzez draft i wymiany. Skład z roku do roku potrafił zmienić się raptem o rezerwowego wingmana i trzeciego centra. Dziś istnieje maszyna – pompowana przez fanów, media i siłę internetu – wokół decyzji zawodników, gdy ci będą bez kontraktu. Nie zaraz, ale za dwa lata od teraz. Ta maszyna w epoce sensacjonalizmu dziś steruje naszą ligą.

Może też zwróciłeś latem uwagę na tweety i posty, typu” ten 23-latek jest najstarszym stażem graczem teamu X”?

Przykładów było sporo – np 23-letni Miles Bridges jest nim w Charlotte, 23-letni John Collins w Atlancie, 22-letni Zion w Pelicans, 23-letni Kevin Knox w Knicks, 23-letni Lu Dort w OKC czy 26-letni Dejounte Murray w Spurs. To szalone jak właśnie to zmieniło się w porównaniu z latami 80-tymi, 90-tymi i 00’s. Dziś to zupełnie inny plan i kompletnie inny poziom kontynuacji.

Dziś wzrosło też mam wrażenie znaczenie komunikacji z graczami i przez to, że ma się mniej czasu na trening i składy są częściej zmieniane, rośnie znaczenie in-game coachingu. Aby ogarnąć tę świeżość w swoich składach, może nie powinieneś oddawać już drużyn w ręce Popovichów, Carlisle’ów, Sloanów, Jacksonów, Thibsów, czyli trenerów z wypracowanymi stylami i mantrami, tylko szukać nuworyszów ze świeżymi pomysłami, potrafiących dostosować się, następnie zmieniać ich, gdy twój klub wejdzie w kolejną fazę (kariera Steve’a Clifforda w Charlotte i Orlando, przejście Nets z Kenny’ego Atkinsona na Nasha).

Więc, być może, tym co straciło na wartości w NBA jest pozycja trenera jako lidera szatni młodych mężczyzn, a nie sama wartość trenowania dla wygrywania. Masz mniej czasu – musisz go zmaksymalizować.

Ale wciąż – nie jestem pewien. Miłego dnia.

53
Poprzedni artykułWkrótce poznamy następcę Popovicha
Następny artykułJoe Johnson ciągle myśli o powrocie na parkiety NBA

11 KOMENTARZE

  1. Wychodzi na to, że wygrywa ten, co szybciej asymiluje, na każdym poziomie, meczowym, treningowym, mikrourazów itd itd. Czysta koszykarska osmoza, albo żeby uprościć jeszcze bardziej, po prostu ewolucja. I tak wracamy do punktu wyjścia :)

    Maćku! – Miłego dnia!

    I dla Was też, blogaski <3

    Lubię to: 9
    • Z jednej strony jest takie wrażenie ale jak się przyjrzeć bliżej mistrzom z ostatniej dekady to nie wygrywały drużyny które były zbudowane tylko na 1-2 sezony. Nawet w Toronto gdzie doszedł Kawhi i Danny fundamentem była baza w postaci Lowrego, VanFleeta, Siakama czy Powella. Waśnie czesto te projekty gdzie 2-3 allstarow łączy siły w jednym roku nie wypalają, patrz Clippers, Oklahoma, Houston czy Brooklyn.

      W sumie jedynym gościem, któremu udawało się skutecznie zbudować coś z niczego i połączyć siły w nowym miejscu z innymi all starami był Bronek. To właśnie świadczy tez o tym jak on rozumie tę grę.

      Lubię to: 12
    • Dlatego od zawsze w koszykówce kibicuję jednostkom, a nie drużynom. W piłce nożnej zmienia się 3-4 zawodników z 18stki meczowej co sezon, w koszykówce potrafi to być połowa składu z rotacji kontendera albo nawet 3/4 z rotacji drużyny tankującej. Z czym tu się utożsamiać, z maskotką drużyny?

      Kocham Sama Prestiego.

      Lubię to: 7
  2. A co do unifikacji stylu to nie idzmy ta droga. To, ze w ’90 wszyscy wszystko pchali pod kosz, a teraz wszyscy robia spacing to nie jest unifikacja. Przeciez jakby wrzucic na ekran noname kropki zamiast graczy to po jednym secie widac czy to jokicie, stephy, lilardy czy inne bronki.

    Nawet hornets mozna odgadnac ;)

    Lubię to: 3
  3. Wg mnie to jest nieco uproszczenie tematu. Każdy z tych debiutantów, odnoszących sukcesy miał świetnych drugich trenerów. Head Coach to taki menadżer nieco w stylu trenerów z angielskiej Premier League. Tudzież selekcjonera reprezentacji. Za treningi odpowiada cały sztab. Jest bardzo wąska specjalizacja, a główny trener ma nakreślić wizję i umieć ją wymóc na podwładnych. Dlatego pewnie ciężar przesunął się bardziej na jednostki rozumiejące grę i z talentami do zarządzania ludźmi, a nie samej trenerki. Od tego mają specjalistów. Nie odbiega to daleko od tego jak wyglada praca menadżera w normalnej firmie.

    Lubię to: 17
  4. Te rotacje graczy plus wzrost znaczenia trójek zniszczyły mi trochę tę grę. San Antonio Spurs z czasów Big 3 Miami to najlepsza drużyna jaką oglądałem. Było widać trenowanie i prowadzenie drużyny. OKC Duranta Brooka, Ibaki i Hardeba, Jest Spurs ze Splitterem, swoim trio i juz5 z Kawhiem. To moje czasy
    Teraz są boomerscy Bulls. Ja za parę lat będę dziadował nad tamtymi drużynami.

    Lubię to: 10