Dniówka: “The Last Dance” i inna rzeczywistość lat 90-tych

12
fot. Netflix

To mina Michaela Jordana opowiadającego o zwolnieniu Douga Collinsa, który dopiero co doprowadził Chicago Bulls do finałów konferencji wschodniej. Jordan dobrze dogadywał się z trenerem, nie był natomiast początkowo fanem Phila Jacksona, ale GM Jerry Krause i tak dokonał zmiany. Miał duże jaja podejmując tę decyzję, o czym mówi sam MJ. Po raz kolejny widzimy, że Krause zupełnie nie przejmował się opinią najlepszego zawodnika na świecie. Robił swoje i bardzo długo wychodziło to na dobre Chicago Bulls. Wynalazł Jacksona i kiedy Stan Albeck nie wybrał go na swojego asystenta, Krause ściągnął go z powrotem dwa lata później do sztabu Collinsa, a po kolejnych dwóch latach mianował head coachem. Później próbował to powtórzyć z Timem Floydem, którego także sobie wcześniej upatrzył i szykował na kolejnego trenera drużyny. Dlatego wypchnął Phila, niestety w tym przypadku już nie trafił.

Warto zwrócić uwagę, że ten styl działania Krasue’a mocno zakorzenił się w Bulls i podobnie wyglądała później sytuacja z Tomem Thibodeau. Znaleźli świetnego trenera, najlepszego od czasu Jacksona, jednak z czasem wyniki przestały odgrywać znaczenie, ponieważ coraz więcej było konfliktów na linii management-trener. Problemem było też między innymi to, że John Paxson i Gar Forman czuli, że całe zasługi spływają na Thibsa i na zawodników, podczas gdy za mało doceniana jest ich praca, a to w końcu oni zbudowali ten zespół. Podobnie jak u Krasue’a. I tak samo jak on, Forman także upatrzył sobie trenera uniwersyteckiego (i to z tej samej uczelni Iowa State), którym chciał zastąpić Thibodeau. Nie ważne, że Thibs wygrywał (50 zwycięstw w ostatnim sezonie). Fred Hoiberg stał się człowiekiem, którego chcieli posadzić na swojej ławce. Ale tak samo jak w przypadku Floyda okazał się niewypałem. To jednak niewiele nauczyło Bulls i przy kolejnej zmianie znowu oddali kontrolę w ręce coacha, którego sobie wymyślili i nie przeprowadzili nawet rozmów z innymi kandydatami przed podpisaniem kontraktu z Jimem Boylenem.

Innym podobieństwem między Formanem i Krause’m, jest to, że nie mieli dobrej opinii w lidze i nie byli lubiani. W przypadku Formana często było słychać zarzuty, że jest kłamcą i nie można mu ufać. Na szczęście Bulls są właśnie w tracie najpoważniejszych zmian w managemencie w erze Jerry’ego Reinsdorfa. Wreszcie sięgnęli po ludzi z zewnątrz, którzy powinni ich wyrwać z tych złych nawyków, które ciągnęły się od czasów Krause’a. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że do Arturasa Karnisovasa w roli generalnego managera dołączy Marc Eversley. Jest on obiecującym managerem, który ma już spore doświadczenie, a ostatnio miał odegrać kluczową rolę w wyborze Matisse’a Thybulle’a w drafcie. Ale przede wszystkim to człowiek, który przywiązuje dużą wagę do budowania relacji z zawodnikami, ich rodzinami i agentami. Tego w Chicago brakowało. Idzie nowe.


Wróćmy do „The Last Dance”, gdzie w trzecim i czwartym odcinku bardzo sprawnie zostajemy przeprowadzeni przez historie Dennisa Rodmana, Phila Jacksona i rywalizację z Detroit Pistons do pierwszego mistrzostwa Michaela Jordana, bo to przede wszystkim serial o nim. Poznajemy kolejne etapy tworzącej się legendy Jordana, który wreszcie pokonuje obijających go Bad Boys, a nienawidzi ich do dzisiaj. Widzimy też jak bardzo zmieniła się koszykówka. Nikt nie mówi o rzucaniu za trzy, Jackson wprowadza atak trójkątów, a głównym tematem jest defensywa, której integralną częścią była bardzo fizyczna i często brutalna gra. Kto dzisiaj przetrwałby takie bicie na parkiecie, jakie Jordanowi zafundowali Pistons?

Cofając się do tego ostatniego mistrzowskiego sezonu Bulls i lat 90-tych przypominamy sobie nie tylko to, że koszykówka wygląda zupełnie inaczej, ale też jak bardzo świat się zmienił. Pod koniec czwartego odcinka oglądamy Bulls w samolocie, trenerów czytających gazety zamiast patrzących w smartfony i zwracającego na siebie uwagę Billa Wenningtona z kamerą, którego Jordan nazywa najlepiej opłacanym na świecie media guy. Wtedy to było wydarzenie, że ktoś nagrywa kamerą, a sam film mało kto potem widział, bo robiło się go do domowego archiwum, a nie żeby zaraz podzielić się nim z całym światem na instagramie. Kompletnie inna rzeczywistość.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

62

KOMENTARZE

  1. To nie powinno się nazywać The Last Dance, tylko MJ, jego kariera i reszta. 45 minut odcinka, a o sezonie 97/98 dostajemy kilka minut, historia Phila też liznięta, o Rodmanie więcej, bo szokuje, więc ludzie to wezmą. Ale “franczyza” i “środkowy Pippen” rekompensują wszystko, wspaniała przygoda.

    Lubię to: 7
    • Dokładnie. Ciekawe czy MJ postawił takie warunki by było najwięcej o nim bo dziwnym trafem akurat po mistrzostwie Cavs zgodził się na publikację.
      Rozczarowuje mnie to lizanie tyłka Jordanowi. Ale pokazuje też, że Bulls bez Pippena są słabsi niż Bulls bez Jordana :) ciekawe czy zostanie to zauważone

      Lubię to: 7
      • No właśnie póki co te 4 odcinki pokazują, że Bulls mieli po prostu wielką DRUŻYNĘ. Mieli znakomitego trenera, ze świetnym podejście do graczy i nie bał się wprowadzać nowatorskich rozwiązań i zespół, który znakomicie się uzupełniał. Gdyby wyjąć z ich składu Pippena czy Rodmana ta drużyna mogłaby nie zdobyć połowy z tego co im się udało wygrać.. Uważam Jordana za GOAT (jeszcze), ale wciąż sądzę, że jego legenda kroczy przed nim. Mnóstwo sentymentów, idealizowania, odpowiedni timing (lata 90-te), i zapominania, że tak jak on uczynił Bulls wielkimi, tak Bulls uczynili wielkim Jordana. I doskonale wiem, że w świadomości społeczeństwa Jordan zawsze będzie najlepszy i to się nie zmieni. Bez względu na to czego dokona jeszcze James czy kolejni gracze, którzy będą rozpatrywani w kategorii GOAT..

        Lubię to: 5
        • Dobrze ujęte. Właśnie timing jest kluczem do legendy Jordana. Miał tutaj wielokrotnie niebywałe szczęście lub po prostu przypadek jak w przypadku morderstwa ojca. Nie rozpatruję tego jako szczęście, bez przesady. Po prostu nawet ta sytuacja wpłynęła na Jego legendę. Ponadto timing z emeryturą gdy Rockets byli baardzo mocni. Timing legendy gdy nie było internetu oraz rywala jak miał Magic i Larry – śmierć Lena Biasa, on mógł zmienić obraz ligi którą znamy. Ponadto drużyna i najlepszy trener.

          MJ mówił, że Pippen zachował się egoistycznie w ostatnim sezonie. Cóż… a co powiedzieć o
          1 emeryturze Jordana? Pippen ciągnął wtedy zespół.

          Lubię to: 6
          • Be żartów, za chwile się okaże, że Jordan i Bulls to najwięksi szczęśliwcy w historii sportu, a wszystko jest dziełem niesamowitego przypadku.
            Dziwnym trafem okazuje się, że akurat wtedy gdy pojawił się Jordan zabrakło prawdziwych rywali, spośród wszystkich druzyn z jakimi mierzyli się Bulls to rzekomo Rockets byli tymi najmocniejszymi, a facet, który nie zagrał minuty na boiskach NBA stanowił największe zagrożenie.

            Myślę też, że niektórzy oczekiwali od tego dokumentu nie wiadomo co.Odsłonienia nieznanego oblicza drużyny i gwiazd, raczenia co odcinek jakimiś głęboko skrytymi smaczkami, które wywrócą świat do góry nogami.A przecież ciężko powiedzieć coś nowego w temacie, który był wałkowany przez dziennikarzy sportowych przez ponad 20 lat na wszelkie sposoby.To nie jest materiał wyprodukowany z myślą o koszykarskich nerdach, tylko kierowany głównie do przeciętnego widza i fana sportu, celem usystematyzowania i zebrania w całość tej wiedzy.Z tego względu, zarzuty dotyczące powtarzalności czy wręcz oczywistości zawartych tam informacji, uważam za bezzasadne.

            Lubię to: 15
      • @The Last Pick – cyt. Bulls bez Pippena są słabsi niż Bulls bez Jordana?
        Żartujesz? Jeśli nie, to poszukaj danych dotyczących meczów Bulls bez Jordana i Pippena z sezonów w których grali razem. Scottie był moim ulubionym graczem w pierwszej połowie lat 90-tych ale nie wiem czy ktokolwiek by tu pisał o Pippenie jeśliby nie trafiłby On do drużyny Jordana. Jestem pewien, że nikt by o nim nie pamiętał. A Jordan swoje i tak by wygrał.
        Był już taki jeden co uważał, że Jordan hamuje jego ofensywny potencjał i rozwój, że ma talent na maiarę Karla Malone. Horace Grant się zwał. Popatrz jak dalej potoczyła się jego kariera.

        Lubię to: 1
      • Ale Jordan sam siebie “ciśnie”, jawnie kłamiąc swoich fanów w dokumencie o sobie, gdzie przykładowo przez 10 minut leci z narracją o limicie 14 minut w meczu z Indianą, gdzie zagrał dwa razy dłużej i miał ten limit stopniowo zwiększany od kilku spotkań. Można dorabiać ideologie, których nie da się fizycznie zweryfikować, ale żeby naginać fakty?

        A co do odniesień politycznych to proszę mnie w takowe nie wciągać, ponieważ nie mam możliwości zweryfikowania poprawności tezy, gdyż mam w dupie “Hofmana”, “PiS” i całą resztę.

        Lubię to: 1
        • bulls mogli Jordanowi karierę uratować ograniczeniami, a on się wkurzał na nich i uważał ich za wrogów. Może Durant niech się wypowie w tej kwestii.

          Co do Pippena. Nie mówię, że on bez Jordana lepiej by sobie poradził. Rozwinął się przy nim, go oczywiste. MJ również zyskał na obecności Pippena. Chodzi mi o to, że pod nieobecność Jordana, Bulls z Pippenem doszli do drugiej rundy i przegrali po 7 meczach z Knicks dopiero. Ciekawi mnie gdzie doszliby z Jordanem, ale bez Pippena.

          Co do szczęścia. Nie mówię, że wszystko jest szczęściem. Jordan był przechujem, to jasne. Mówię, że nie trafił na takiego rywala jak miał Magic i Bird. Uważam, że Jego legenda jest zawyżona z uwagi na timing i trochę szczęścia. Pomyśl sobie jakby LeBron powiedział do GMa, że jest gruby. Zajebaliby go w mediach. Jordan nie musiał się pilnować, wszystko uchodziło mu płazem.

          Mimo, że Jordana lubię jako zawodnika i cenię to staram się myśleć też krytycznie, bez zaslepienia, które często można spotkać czy to na fb czy innych komentarzach. Jordan nie był święty, był trochę dupkiem, który miał też trochę szczęścia w narracjach i w połączeniu z tym co prezentował na parkiecie powstała legenda, z którą trudno się bić.

          Lubię to: 1