Flesz: Kareem po latach jest właściwie oceniany

10
fot. newspix.pl

Turniej 2K klapa, H-O-R-S-E klapa, granie bez kibiców powinno pójść jak z płatka.


Obejrzałem w ostatnim miesiącu kilka meczów Kareema Abdula-Jabbara, były to mecze z Finałów NBA 1980-88 przeciwko Celtics, Sixers i Pistons z czasów, gdy miał 33-41 lat. Kareem, podobnie jak Kevin McHale, był wybitnie efektywnym graczem w post-up, do tego pudłował tylko co czwarty rzut wolny, rzadko pokazywał swoje emocje, był bardzo dobrym – nie “świetnym – obrońcą i dobrym – nie “świetnym” – podającym.

Przy porównywaniu go z niemal każdym graczem w historii NBA różnicę na jego korzyść robią dwie kwestie: rzut hakiem, który faktycznie był nie do zablokowania i długowieczność. Kluczową rolę w drugiej odegrało oczywiście znakomite zdrowie, bo właśnie ta wielkość Kareema, rozpostarta na dwadzieścia lat gry, pozwala mu dziś być na 1. miejscu w klasyfikacji strzelców. Do dzisiaj jest to najlepszy argument za tym, żeby stawiać Kareema Abdula-Jabbara na drugim czy trzecim miejscu listy najlepszych zawodników w historii.

Ale oto dlaczego ten argument okazuje się trudny dla metod poznawczych: Kareem był najlepszym graczem NBA w latach 70-tych, ale druga połowa najlepszych zawodników grała wówczas w ABA, i po latach to o Juliusie Ervingu mówi się, jak o reprezentancie ery; natomiast w latach 80-tych rywalizacji Celtics i Lakers Kareem miał wielkie mecze, jak choćby wyjazdowy, kończący mecz nr 6 Finałów w 1985 roku, ale Kevin McHale też miał wielkie mecze (i nagrodę MVP Finałów), a przede wszystkim, oglądając te mecze, nie jestem w stanie przekonać się do myślenia, że Kareem jest bardziej wartościowym graczem niż Magic i Bird.

Jak bardzo bym się nie starał, w jak różny sposób nie próbowałbym na to spojrzeć, jak mocno nie przyssałbym się w tunelowej wizji do oglądania każdego z wymienionego kwartetu, jest to myślę poniekąd ewidentne, że Magic i Bird są lepsi: są lepiej wyszkoleni technicznie niż Kareem i lepiej myślą w trakcie gry: szybciej, widzą więcej, po obu stronach boiskach. I są czasem wspomniane mecze McHale’a – w jego primie połowy lat 80-tych – w których McHale jest po prostu lepszy, dominując w podobny sposób w post-up i na linii rzutów wolnych.

Więc właściwie: gdzie jest ten Kareem, “drugi czy trzeci” najlepszy gracz w historii, o którym ludzie mówią? Bo na pewno nie może być to ten sam gracz, który wymusił trade z Milwaukee do Lakers, a do czasu wybrania w drafcie Magica jego największym sukcesem było 0-4 w finałach Zachodu z Portland Trail Blazers Jacka Ramsay’a (choć fakt, że to jeden z 10 najlepszych teamów w historii).

Nigdy nie pomagał sobie Kareem wrodzoną introwersją, czy niechęcią, często wzajemną, do białych dziennikarzy, z drugiej strony jego typ charakteru w drużynowym sporcie nie powinien być też powodem, dla którego go nie doceniamy.

Bill Simmons w niedawnym podcaście u Zacha Lowe’a nazwał Kareema “najbardziej niedocenianą gwiazdą”, zNYK umieszcza w naszym podcaście go na 3. miejscu, a ja mógłbym mieć problem nie tylko w postawieniu Kareema przed Magicem czy Birdem, ale przed Kobe’em, Wiltem Chamberlainem i Billem Russellem (zobaczmy jak Curry dokończy karierę). Kobe, mimo całego swojego koszykarskiego egoizmu – o tym zaraz – był o niebo lepiej wyszkolonym graczem, Chamberlain dominował w ataku jeszcze bardziej, a Russell pokazał, że można być liderem drużyny, będąc centrem.

Kiedy oglądam Kareema dziś widzę dosyć jednostronnie zorientowanego gracza, poza boiskiem autora socjospołecznych kolumn i felietonów, kiedyś kogoś, kto grał jakby najchętniej chciał zostać sam na prawym bloku z piłką i obrońcą.

Jego rzut hakiem przez trzy czwarte jego kariery był tak niemożliwy do zablokowania (gdy mówią, że “był niemożliwy do zablokowania”, to nie jest wcale przesada), że aż do końcówki kariery nie musiał pracować nad innymi ruchami w post: rzutami z odchylenia, nad półhakami, czy nawet nad lewą ręką (na zdjęciu wyżej Finały 87′; Mikan np przyszedł do NBA i rzucał haki z obu rąk). Jego praworęczny hak był prawdopodobnie jeszcze trudniejszy do zablokowania niż fade-away hangtime jumper Michaela, bo doprawdy jedyną rzeczą jaką mogłeś zrobić – doprawdy “jedyną” – było nie pozwolić mu się ustawić na prawym bloku dwa metry od kosza. Tylko gracze tak głupi jak Darryl Dawkins mogli próbować liczyć kroki Kareema w dojściu do haka i iść z nim w górę po blok. Ci gracze wpadali w rosnące i prostujące się ciało Kareema. Nie dało bowiem rady pójść z dołu do góry w linii prostej – było niemożliwym tak zablokować rzut, z uwagi na to z jak wysokiego punktu rzucał (popatrz jak inaczej, gorzej robi to lewą ręką wyżej). Gdy szło się po piłkę, żeby złapać ją w punkcie, w którym Jabbar ją wyrzucał, wpadało się w ciało, a faule przypominały małe kolizje. Widziałem kilka z nich: ludzie z boku przewracali oczami, jakby chcieli powiedzieć do faulującego “po co w ogóle próbujesz?”.

I mimo wszystko mam wrażenie, że dziś, gdy mamy więcej czasu by oglądać stare mecze, przekonujemy się, że przeszłość nie była wcale tak znakomita, że oczywiście ogromną tendencje mamy do jej mitologizowania, co może też obrócić się w drugą stronę: prowadzić do przeceniania kogoś, kogo w naszej mitologii jeszcze nie wstawiliśmy na cokół.

Tim Duncan w przyszłości myślę, że będzie porównywany właśnie do Kareema: dziś jest tak zapomniany w dyskusji o Top-5 graczach, że Wooden wyzywał ludzi, gdy wybierał go z nr 3 Gry Draftowej. Już dziś widać, że Duncan może być oceniany jako “niedoceniany!”, przez co w przyszłości będzie się przeceniać jego osiągnięcia. Tymczasem wcale to nie znaczy, że był niedoceniany, czy będzie przeceniany. Może ocenialiśmy ich zawsze właściwie i może to, czego brakowało obu żeby wymieniani byli jednym tchem z Magicem, z Birdem czy z Kobe’em, to lepsza komunikacja na boisku z graczami obok siebie i wyraźniejsze liderowanie. Choć oczywiście ktoś, kto nigdy tego sportu nie uprawiał powie zaraz, że ten sposób liderowania jest czymś czego nie rozumiemy – liderowaniem po cichu. Liderowaniem po cichu, żeby jak najszybciej wyjść z szatni.

Proszę nie przeceniajmy liderowania dwóch koszykarskich mumii! Zwłaszcza nie przeceniajmy gracza, który w czasie gdy grał, być może nigdy nie był najlepszym graczem na świecie przez 20 lat swojego grania.

Kareem jest w Top-10 graczy w historii NBA, nie powinien być w Top-4, prawdopodobnie też i w Top-5.

37

KOMENTARZE

  1. Jako fan Spurs oczywiście nie jestem obiektywny, ale widzę kilka różnic między Kareemem i Duncanem. Duncan nie potrzebował przyjścia swojego Magica, on był tego typu graczem – 1st all NBA team w pierwszym sezonie, mistrzostwo i MVP Finałów w drugim. Żaden z graczy którzy po nim przyszli do ligi nie był na starcie tak dobry, chociaż oczywiście Duncan był starszy niż większość rookies. Duncan też w odróżnieniu od Kareema był przez wiele lat zdecydowanie najlepszym graczem mistrzowskiej drużyny. Dopiero w finałach 2013 i 2014 był jednym z wielu. I ostatnia rzecz, nie przez przypadek Spurs przez dwie dekady kariery Duncana byli cały czas topową defensywą. Jego dyrygowanie drużyną było na absolutnie najwyższym poziomie, ludzie pamiętają krzyczącego KG a nie zauważali Tima który po prostu mówił. Poza świetnymi instynktami i profesurą w niuansach defensywnych to też dzięki tej umiejętności ustawiania obrony Duncan był topowym obrońcą ligi w swoim ostatnim sezonie gdzie miał już 40 lat i ledwo odrywał się od ziemi. A o jego przywództwie w szatni gracze Spurs wypowiadają się bardzo pozytywnie, podobno w zespole nie był takim milczkiem jak na zewnątrz, a Kareem nie umiał budować relacji z innymi. I właśnie to budowanie defensywnej tożsamości było fundamentem dynastii Spurs więc wydaje mi się że było całkiem skuteczne.

    Także powierzchownie Duncan i Kareem rzeczywiście mają podobny wizerunek, natomiast jeśli zejdzie się trochę niżej to widać, że byli zupełnie innymi typami liderów. Duncan zdecydowanie bardziej przypomina mi współczesnego Billa Russella.

    Lubię to: 55
  2. Jest gdzieś w necie filmik jak Chamberlain blokuję 3 skyhooki pod rząd. Nie pamiętam kiedy to oglądałem, ale to tak tylko w temacie niemożliwości zablokowania tego rzutu.

    Lubię to: 3
  3. Bardzo fajny temat! :-) Problem z doceniem Kareema również wiąże się z tą jego długowiecznością. Ciężko zachwycać się jego grą u schyłku “Showtime”, kiedy często nie był już nawet cieniem samego siebie. W klasykach na LP jest np. mecz Lakers z Suns z PO ’89, gdzie po prostu żal patrzeć na jego opóźnione reakcje. Wisienką na torcie jest akcja, w której próbuje przekozłować piłkę na drugą połowę boiska, po czym zostaje w dziecinny sposób “obrabowany” przez Kevina Johnsona. Oddajmy jednak KAJ, że miał już wtedy 42 (!) lata.

    Co innego Kareem z lat 70. Szczególnie po przejściu do LA, gdzie nie miał już boku zrzędliwego Oscara. Był back 2 back MVP w latach 1976 (mimo że Lakers nie byli nawet w PO) i 1977, w którym nie wiadomo jakim cudem weszli do tych wspomnianych finałów konferencji. West w swojej biografii sam nazywał to cudem, zważywszy jak lipny skład był wtedy w LA. :) Wtedy Kareem = Lakers. Był prawie 220 cm gazelą, praktycznie nie do zatrzymania 1 na 1. A ten hak… Dear Lord :)

    A na deser taki gniot sprzed dwóch dekad:

    https://m.youtube.com/watch?v=MSWdbPRgGUc

    Lubię to: 8
    • A czy sport nie jest dla fanów ? poza czystymi statystykami tak samo ważna jest charyzma, umiejętność porywania tłumów, czasami polaryzacja. Kobe to wszystko dostarczał dlatego jest tak unikatowy, w erze post jordanowej nie było zawodnika, który budziłby takie emocje, nawet jeśli statystycznie ktoś mógł od niego wypadać lepiej.

      Lubię to: 3