Magiczny czas Linsanity

5
fot. Jim Mcisaac / Newspix.pl

Pozytywne historie to jest teraz coś, co przyda się każdemu, żeby choć na chwilę oderwać się od otaczających nas problemów, dlatego pomyślałem, że to idealny moment, żeby przypomnieć jedną z najbardziej niesamowitych historii w dziejach NBA. Przypomnieć magię nieobecnego w tym momencie sportu, którego tak tam brakuje. Przypomnieć niezwykły czas, kiedy cały koszykarski świat nie był zatrzymany przez pandemię, tylko opanowany przez prawdziwe szaleństwo związane z jednym niepozornym zawodnikiem. A działo się to w skróconym sezonie, po tym jak z powodu lokautu przez kilka miesięcy byliśmy pozbawieni koszykówki, co nieco przypomina obecną sytuację. Teraz też czekamy aż sport wróci i znowu będzie dostarczał nam niezapomnianych emocji.


Linsanity to historia kopciuszka w wydaniu NBA, która wyglądała jak gotowy materiał na hollywoodzki film – zawodnik z końca ławki, na którego nikt nie zwracał szczególnej uwagi, wykorzystuję swoją szansę, nagle wybija się i w kilka dni staje się bohaterem na skalę światową. Z drugiej strony, gdyby to nie wydarzyło się naprawdę, pewnie nie uwierzylibyśmy, że jest realne i uznalibyśmy, że scenarzyści przesadzili próbując podkręcić tę historię.

Jeremy Lin nie wydawał się być materiałem na zawodnika NBA. Amerykanin azjatyckiego pochodzenia, który nie był olbrzymem jak Yao Ming, a też daleko mu było do wzrostu Yi Jianliana. Natura nie obdarzyła go specjalnymi warunkami fizycznymi, a wzrost wydawał się być niemal podstawowym kryterium dla zawodników azjatyckiego pochodzenia, żeby w ogóle mogli myśleć o karierze w najlepszej lidze świata. Jeśli już komuś się udawało, to środkowym, nie guardom. Mierzący 190 centymetrów Lin nie wyglądał jak profesjonalny koszykarz i nawet mając już kilka lat gry w NBA za sobą, zdarzały mu się jeszcze sytuacje, gdy był zatrzymywany przez ochroniarza, który nie chciał wpuścić go do hali wejściem dla zawodników.

Przełamywał stereotypy nie tylko jeśli chodzi o swoje pochodzenie, ale też wykształcenie. Bo nie dość, że niewielu Azjatów było w NBA, to jeszcze mniej w lidze było absolwentów Harvardu. To jedna z najbardziej znanych uczelni na świecie, ale nie w świecie sportu. Nie należy do tych, które produkują przyszłych koszykarzy. Ponad 50 lat czekali na swojego kolejnego reprezentanta w NBA, gdy pojawił się Jeremy. Spędził on na uczelni pełne cztery lata i był gwiazdą drużyny koszykarskiej, pobijając nie tylko rekordy szkoły, ale też konferencji Ivy League. Ale nawet wtedy wydawało się, że będąc na Harvardzie głównie zdobywa wykształcenie, a nie przygotowuje się do sportowej kariery.

Przez skautów z NBA nie był postrzegany jako obiecujący talent i po workoutach w kilku zespołach, nikt nie zdecydował się wybrać go w drafcie 2010. Dopiero swoja grą podczas Summer League przekonał, że warto dać mu szansę i dostał kilka ofert. Ostatecznie zdecydował się dołączyć do drużyny ze swoich rodzinnych stron, której zawsze kibicował – Golden State Warriors. Tam od razu stał się ulubieńcem kibiców, był bohaterem azjatyckiej społeczności w Bay Area, ale jego największym osiągnięciem było tylko to, że znalazł się w składzie drużyny NBA. Swój debiutancki sezon przesiedział głównie na końcu ławki oglądając poczynania młodego Stephena Curry’ego. Niewiele grał i zwracano uwagę na niego tylko ze względu na to, że był nietypową postacią w lidze. Napisałem nawet wtedy artykuł do MVP Magazyn o chłopaku z Harvardu.

Rozegrał 29 meczów w barwach Warriors i po roku został zwolniony, gdy ekipa z Oakland robiła miejsce w salary cap polując na zastrzeżonego wolnego agenta DeAndre Jordana. Przed kolejnym sezonem Lin dostał szansę sprawdzenia się w Houston Rockets, jednak skończyło się tylko na występach w preseason. Musiał szukać dla siebie innego miejsca i wtedy zgłosili się New York Knicks…


Knicks zawsze są w centrum uwagi, nawet jeśli mają kiepskie drużyny, a Madison Square Garden to jedna z największych scen w NBA, dlatego niemal wszystko co się tam dzieje jest bardziej eksponowane. I to oczywiście miało swoje znacznie również przy Linsanity. Gdziekolwiek by to się nie wydarzyło, byłoby wielką historią, ale z Nowego Jorku uderzyło z jeszcze większą mocną. Nie przez przypadek mówi się, że jeśli wygrywasz w Nowym Jorku, od razu stajesz się królem świata.

Ale też okoliczności sprawiły, że to co się wydarzyło było tak niezwykłe. Bo Knicks nie byli wtedy drużyną w przebudowie, która stawia na młodzież i sprawdzała różnych zawodników z obrzeży ligi. Lin wcale nie miał tu dostać szansy dłuższej gry, a już tym bardziej nie miał prawa przejąć pierwszoplanowej roli. Knicks byli zespołem gwiazd, chcącym włączyć się w walkę o tytuł. Sezon 2011/12 był pierwszym, w którym od samego początku mieli w składzie Carmelo Anthony’ego i Amare Stoudemire’a. Co więcej, w wakacje dodali do nich świeżo upieczonego mistrza Tysona Chandlera. Oczekiwania były ogromne. Ale jak to też przeważnie w Knicks bywa – szybko zrobiło się nerwowo, ponieważ początek tego skróconego sezonu był w ich wykonaniu bardzo rozczarowujący.

Zanim wybuchło Linsanity mieli bilans 8-15, przegrywając wcześniej 11 z 13 meczów. Cały Nowy Jorku trzymał wtedy kciuki za jak najszybszy powrót do zdrowia Barona Davisa, który leczył kontuzję pleców. Davis co prawda był już u schyłku swojej kariery, ale miał być podstawowym rozgrywającym i był postrzegany niczym zbawca. Brakowało dla niego dobrego zmiennika, więc wszyscy mieli nadzieję, że jest brakującym elementem układanki. Jego powrót miał sprawić, że drużyna wreszcie zacznie grać na miarę oczekiwań, niestety rehabilitacja się przeciągała. Do tego już w pierwszym meczu sezonu kontuzji doznał też Iman Shumpert i to wtedy Knicks zdecydowali się zatrudnić Lina, żeby poprawić głębię na obwodzie.


Jeremy dołączył do nowej drużyny i ponownie zajął miejsce na końcu ławki. W pierwszych 22 meczach, w których był w składzie Knicks, pojawił się na parkiecie w dziewięciu, dostając łącznie tylko 54 minuty gry. Nic nie wskazywało na to, żeby miał się bardziej przydać i Knicks szykowali się już do zwolnienia go, ponieważ zbliżał się moment, gdy jego kontrakt stałby się gwarantowany. Zamiast zatrzymywać Lina, woleli mieć wolne miejsce w składzie, które mogliby wykorzystać na JR Smitha, gdy wróci z Chin, albo żeby tymczasowo zatrudnić weterana jak Mike James.

Deadline na zwolnienie zawodnika przed zagwarantowaniem jego umowy przypadał na 6 lutego. Ale jeszcze zanim Knicks zdążyli usunąć Lina ze swojego składu, dwa dni wcześniej kończyli serię back-to-back-to-back, będącą jednym z symboli tego skróconego sezonu. Zmęczenie podstawowych zawodników przy trzecim meczu w trzy dni zmuszało do sięgnięcia w głąb ławki…

4.02.2012
(8-17) New Jersey Nets @ (9-15) New York Knicks 92:99
25 punktów, 10/19 z gry, 0/4 za trzy, 5 zbiórek, 7 asyst, 2 przechwyty

Carmelo Anthony zdobył tylko 11 punktów z 15 rzutów. Zmęczeni Knicks potrzebowali jakiegoś zastrzyku energii. Lin dzień wcześniej w Bostonie pojawił się na boisku już pod koniec pierwszej kwarty, ale grał tylko kilka minut i resztę meczu przesiedział na ławce. W pojedynku z Nets znowu trener szybko po niego sięgnął i tym razem zaprezentował się dużo lepiej. Pomógł gospodarzom zmniejszyć straty w drugiej kwarcie, a kiedy wrócił na boisko w trzeciej, pozostał na nim do samego końca. W czwartej kwarcie poprowadził Knicks zdobywając 12 punktów (tylko jeden mniej niż wynosił wówczas jego rekord kariery), w tym trafił dwa kluczowe layupy na finiszu, którymi powiększył przewagę i przypieczętował zwycięstwo.

Kibice w MSG byli zachwyceni. Zawodnik z końca ławki rozegrał mecz życia, ograł Derona Williamsa i wygrał dla Knicks. Lin wykorzystał swoją okazję, pokazując, że może warto go zatrzymać i wstawić do rotacji, ale wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że on dopiero się rozkręca. Po prostu miał swój dzień, a takie jednomeczowe wystrzały, kiedy rezerwowy nagle robi się gorący, nie są niczym szczególnym. To fajne historie, które zdarzą się raz na jakiś czas, ale przeważnie na tym się kończy. Dlatego nikt nie oczekiwał, że Lin będzie w stanie to powtórzyć. W Nowym Jorku byliby zachwyceni gdyby chociaż udowodnił, że może być solidnym zmiennikiem.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

32

KOMENTARZE

  1. Dobrze było sobie przypomnieć ten okres, gamewinnera z Raptors oglądałem na żywo przed komputerem z wypiekami na twarzy, w czasach, gdy byłem największym fanem Duranta i największym hejterem LeBrona. Dzięki Adam za kawał dobrej roboty!

    Lubię to: 5
  2. pozytywna historia nie odrywa od codziennych smutków, kiedy na samym wstępie przypomina o istnieniu codziennych smutków… pół żartem pół serio oczywiście, bardzo dobry tekst Adam!

    Lubię to: 0