Wzloty i upadki Zacha Randolpha

7
KAMIL KRZACZYNSKI / newspix.pl

To już oficjalnie koniec. Nasz kochany Z-Bo odwiesił buty na kołku, założył złoty łańcuch na szyję i na zawsze pożegnał się z grą w NBA. W zasadzie nie ma w tym żadnej niespodzianki, bo w końcu swój ostatni mecz rozegrał już dość dawno – jeszcze 19 marca 2018 r. przeciwko Detroit. Niemniej to idealny moment na podsumowanie jego kariery, która była przecież równie wyboista, co polskie drogi. Zach Randolph ma też specjalne miejsce w naszych sercach i uwielbiamy go jeszcze z czasów ZP-1.

Żeby było jasne – nie jest łatwo zasłużyć sobie na pożegnalny tekst na Szóstym Graczu. Przykłady spokojnie można zliczyć na palcach jednej ręki. Był Timmy, KG czy nie tak dawno Dirk i Wade. Na pewno swoje miejsce u nas znajdzie równiez Vince, kiedy tylko zamieni koszulkę Hawks na jakiś drogi garnitur i zapewne zasiądzie na szykowanym mu już miejscu w studiu TNT (cieszmy się każdym meczem Hawks na LP!).

A Z-Bo? Starsza gwardia czytelników zapewne wciąż pamięta, że to on przed blisko dekadą zdetronizował na krótko na jednoosobowym Mount Rushmore na “Zawsze Po Pierwsze” Kevina Garnetta. Przypadek? Nie sądzę. O szczegóły pytaj Macieja. Ja tu tylko coś napiszę.

 “Z-Bo robi grilla i wszyscy są zaproszeni”.

Dokładnie coś w tym stylu głoszono na blogu wiosną w 2011 r.

Ale to nie była przecież zwykła wiosna i kolejne playoffs. O nie! O tamtych wydarzeniach w mieście Elvisa jeszcze długo będą opowiadać kolejnym pokoleniom. To był czas odrodzenia Zacha Randolpha, odkupienia dawnych win, a przede wszystkim – jakby to ładnie napisać – “umiejscowienia Memphis Grizzlies na mapie”. To już nie byli chłopcy do bicia czy ofiary rzekomo nierównego transferu z Lakers, w którym Pau Gasol został oddany oddany do Lakers za czteropak piwa i 3 paczki fajek. “Misiaczki” stały się wtedy poważnym zespołem. Po raz czwarty w swojej historii awansowali do playoffs, ale po raz pierwszy awansowali w nich do półfinałów. Zrobili to, wyrzucając po drodze za burtę z ósmego miejsca San Antonio Spurs (bilans 61-21). Była to zapewne jedna z największych sensacji tego dziesięciolecia. Można to śmiało uwzględnić w niedalekich podsumowaniach.

To wtedy narodził się “Grit ‘n’ Grind” i to wtedy Z-Bo robił barbecue nawet z Tima Duncana.

Później był siedmiomeczowy maraton z OKC Thunder. Czwarte spotkanko miało 3 dogrywki, a ja wziąłem wtedy urlop na żądanie, aby nie przegapić ostatnich minut tego meczu (“Nie ma mnie dzisiaj i nie – wcale nie zachlałem!”). Myślisz, że “Irlandczyk” jest długi? Pff! Lepiej odśwież sobie tamten thriller. Tu jest tylko skrót i to niestety w niezbyt ciekawej jakości. Cóż, tak działały internety prawie 10 lat temu.

James Harden trafił wtedy 4/11 z gry przez prawie 50 minut, KD miał 35 punktów, Westbrook 40, Marc Gasol miał 26 punktów i 21 zbiórek, a Z-Bo 34 i 16 (9/25 z gry, ale nie czepiajmy się, bo to w końcu tekst na jego cześć). To był naprawdę świetny mecz.

Tak oto już na wstępie przypomnieliśmy sobie najlepsze czasy Randolpha, zupełnie zapominając o tym w jakich okolicznościach trafił on do Memphis. A przecież tylko najwięksi optymiści witali go tam w roli potencjalnego zbawcy klubu. To były złe czasy zarówno dla zawodowej koszykówki w stanie Tennessee, jak i samego Zacha Randolpha. Z-Bo był jak kukułcze jajo, żeby nie użyć gorszego określenia. Trudno się zresztą dziwić. Mówimy w końcu o kimś, kto zaczynał karierę jako członek “Jail Blazers”, a następnie grał w Knicks za czasów Isiaha Thomasa czy wreszcie w Clippers Donalda Sterlinga.

Randolph trafiał latem 2009 r. do zespołu, który przez 3 poprzednie sezony wygrał łącznie zaledwie 68 meczów. W dodatku, pod koszem (to był schyłek czasów, w których “duzi chłopcy” rządzili jeszcze ligą) miał połączyć siły z debiutującym w NBA Hiszpanem, tym “gorszym z braci” Gasolów. To nie miało prawa się udać.

Dwa niedźwiedzie, oba potrafiące przeskoczyć najwyżej książkę telefoniczną. Jeden polarny, drugi brunatny. Jeden z dobrze usytuowanej rodziny lekarzy w Barcelonie, w szkole nazywany  “The Big Buritto”, drugi z nieciekawych okolic miasteczka Marion w stanie Indiana, będący na bakier z prawem jeszcze przed ukończeniem liceum. Papież i Pablo Eskobar. Eksperyment skazany na porażkę już od samego początku.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

43

KOMENTARZE

  1. Dobry tekst, mimo że dla mnie dość nostalgiczny. Rok 2011 świetnie mi się kojarzy, studia, mój koszykarski prime time, sezon memphis z z-bo, genialna historia mistrzowskich Dallas (mimo że pokonali Lakers którym kibicowałem).

    Lubię to: 5