Kajzerek: Wyścig zabija generacje

9
jabari parker
AP Photo

Amerykański system szkolenia nigdy nie wymagał interwencji. Zrodzony z bardzo naturalnego procesu dużego zainteresowania koszykówką, zwłaszcza wśród czarnoskórej społeczności, był swoistym perpetuum mobile. Kolejne generacje dzieciaków przykładających się do pracy, wyrastały na wielkoformatowe gwiazdy zachwycające swoim przygotowaniem i fizycznymi atrybutami. Ostatnie lata odsłoniły jednak solidną rysę, będącą efektem ubocznym szalonej pogoni za marzeniami.

Stephen Curry, Derrick Rose, Joel Embiid, Ben Simmons, Julius Randle, Jabari Parker, Markelle Fultz, Zach LaVine i wielu innych młodych chłopaków, którzy już na starcie swojej przygody z profesjonalną koszykówką zostali spoliczkowani przez jej brutalną rzeczywistość. Wielu upatruje w tym reguły, która jest trendem zasianym w całym procesie budowania hype’u danego zawodnika. Kilka lat temu rozmawiałem z amerykańskim trenerem przygotowania fizycznego, który miał bardzo zdrowe podejście do swojej pracy i otwarcie krytykował kolegów po fachu.

– Na jakąkolwiek salę treningową nie wejdziesz, to na ścianach wiszą napisy “you got to be… faster, stronger, better”. Kontroluj swoje ciało, zapanuj nad nim, stwórz potwora, którego nikt nie będzie w stanie zatrzymać. Rozumiesz o co chodzi? Naginają swoje ciała do granic możliwości w wieku 17/18 lat, a potem się dziwią, że coś im strzela. To tak, jakbyś konsekwentnie naciągał sznurek… w końcu musi pęknąć.

Ośmiu graczy z TOP 11 draftu 2014 doznało bardzo poważnej kontuzji w trakcie swojego pierwszego sezonu. Już wtedy bito na alarm sugerując, że to nie będzie odosobniony przypadek i kolejni gracze będą padać jak muchy, zanim na dobre się z NBA oswoją. To wszystko w czasach, gdy rozwój medycyny sportowej sięga absolutnych wyżyn ludzkiego potencjału i stwarza możliwości wyciągane ze świata science-fiction.

Sztaby medyczne ekip NBA przytaczały w tym wypadku przykład kamienia, w który uderzysz 100 razy i nie będzie na nim śladu, ale gdy uderzysz 101 to złamie się w pół. To nie to jedno uderzenie, lecz wszystkie poprzednie. Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć z bardzo prostego powodu – organizm jest zbyt skomplikowanym systemem, by mieć całkowitą kontrolę nad jego funkcjonowaniem. Szukają więc sposobu, by ci młodzi koszykarze nie wchodzili do NBA z licznikiem nabitym do granic. Doskonałość, za którą tak bardzo gonisz potrafi być przewrotna.

Już kilka lat temu specjaliści scharakteryzowali i wskazali na cztery elementy, które decydują o tym, że obecne generacje są znacznie słabsze od poprzednich: 1. gorsza jakość snu, głównie przez technologię i internet; 2. słabe kości, które przyjmują więcej cukru, a mniej wapnia; 3. większe zużycie organizmu będące powodem przyspieszonego koszykarskiego dorastania; 4. słabsze mięśnie budowane nie w tradycyjny sposób, lecz poprzez nowoczesne metody treningowe, które zazwyczaj są eksperymentami trenerów przygotowania fizycznego.

W naszych organizmach – nie tylko wschodzących gwiazd sportu – jest za mało melatoniny. Ekrany telefonów, laptopów, telewizorów i pozostałych urządzeń emitujących niebieskie światło skutecznie utrudniają wytwarzanie hormonu niezbędnego w prawidłowym procesie zasypiania. Wielu graczy wchodzi do NBA i jest zaskoczonych informacjami, jakie otrzymuje od sztabu medycznego. Na żadnym etapie ich rozwoju nikt nie powiedział im, że oglądanie Netflixa do 2:00 w nocy może przełożyć się na zerwane więzadło w kolanie.

W przypadku młodych graczy sen jest skuteczniejszy w swoich zabiegach regeneracyjnych. Weteran może spać średnio 2/3 godziny dłużej, a i tak nie otrzyma takiej samej dawki energii, co jego młodszy kolega. NBA rozpoczęła nawet program nazwany “blue-light pollution”. Wchodzi w generalny skład problemów związanych z uzależnieniem od mediów społecznościowych, o czym zdarzyło mi się już tekst popełnić.

– W college’u nie masz tak napiętego terminarza. Jednego dnia idziesz spać o 23:00, bo grasz mecz, ale gdy wiesz, że nie musisz rano wstawać to zasypiasz o 3:00 w nocy – mówił Doug McDermott.

Weterani radzą kolegom czytać książki 10/15 minut przed snem. Gdy po raz pierwszy wypadnie ci z ręki wiesz, że to czas, by zgasić światło. Podejmujesz drugą próbę, ale kończy się podobnym rezultatem – ręce w górę wszyscy, którzy znają to z autopsji. Sztaby z kolei sugerują, by korzystać z urządzeń za dnia, a nie w nocy. Pewne mechanizmy XXI wieku są jednak zbyt uzależniające, by je wyprzeć wbijaniem do głowy ciągle tych samych rzeczy. Tymczasem “niebieskiego światła” będzie tylko przybywać.

Odkryto także powód, przez który w ostatnich latach tak często oglądaliśmy koszykarzy łamiących kości strzałkowe i piszczelowe. W całym społeczeństwie, zapewne nie tylko amerykańskim, drastycznie spadło spożycie mleka. Znalazło swój substytut we wszelkiej maści napojach energetycznych, czy koktajlach proteinowych. W efekcie młodzi sportowcy przestali przyjmować ilość wapnia niezbędnego do ciągłego wzmacniania kości. Najbardziej drastyczny przypadek oglądaliśmy w trakcie turnieju NCAA w 2013 roku. Kontuzja Kevina Ware’a wstrząsnęła koszykarską społecznością.

Zaledwie rok później podobnego urazu doznał Paul George w trakcie wewnętrznego sparingu reprezentacji USA. Kolejne lata mnożyły tego typu urazy. Gordon Hayward cały czas próbuje podnieść się po tym, co miało miejsce w pierwszym meczu sezonu 2017/2018. Coraz słabsze kości nie są wadą pokolenia, lecz wynikiem zmian, jakie zaszły w procesie żywieniowym.

Deficyt witaminy D spowodował, że lekarze zaczęli coraz częściej wprowadzać do diety zawodników pozbawione cukru mleczne szejki. Młodzi gracze poddawali się samodestrukcji poprzez niezdrowe nawyki wypracowane gdzieś na etapie współpracy z pseudo-trenerami. To właśnie oni stali się ambasadorami wszystkich trendów, które pchały młodych graczy w tragiczną otchłań. Po serii takich treningów wychodziłeś na parkiet AAU lub NCAA, gdzie z trybun obserwowało cię tuzin skautów z NBA i Europy decydujących o tym, czy w pierwszym roku gry na profesjonalnym poziomie zarobisz 4 miliony dolarów, czy 300 tys. euro. Podświadomie więc przesuwasz granice wytrzymałości aż doprowadzasz organizm do stanu, w którym więcej nie udźwignie.

Trafiają do NBA mając w nogach cztery/pięć/sześć lat katorżniczej rywalizacji w bardzo konkurencyjnym środowisku. Gdy zaczynają czuć, że są blisko spełnienia swojego marzenia, odpuszczają. Wtedy ciało schodzi z intensywnych obrotów i gdy musisz je ponownie rozpędzić, zaczyna agresywnie protestować. Julius Randle swoją przygodę z AAU rozpoczął mając 8 lat. Przez kolejnych dziesięć uczestniczył w każdym możliwym turnieju na najwyższym możliwym poziomie.

W międzyczasie zmieniały się metody treningowe. Nie było oldschoolowego przesiadywania na siłowni budując siłę poprzez podnoszenie ciężarów. Pojawiła się praca nad stabilnością, szybkością reakcji i pozostałych elementach kontrolowanych głównie przez impulsy twojego mózgu. Ciało samo w sobie było zaniedbywane, a co za tym idzie nie tworzyło dla mięśni, ścięgien i kości warstwy ochronnej. Zaczęto więc szukać balansu pomiędzy tradycyjnym podnoszeniem ciężarów, a nowymi technikami pobudzającymi przede wszystkim potencjał twojego mózgu.

“Players, they say, are physically broken down by the time they reach the NBA”

To epidemia – powtarzają generalni menedżerowie. Nigdy wcześniej w historii NBA sztaby medyczne nie zgłaszały aż tylu ortopedycznych nieścisłości u graczy wpisujących nazwiska na listę draftu. Na koniec musimy dołożyć do tego gotującego się kotła najprostszą z możliwych przyczyn – lenistwo. Cywilizacja XXI wieku to cywilizacja rozproszonej uwagi. Pisząc kolejne zdania spoglądam kątem oka na ekran telefonu kompletnie tego nie kontrolując. Jak musi żyć wschodzącą gwiazda koszykówki, która ma tak wiele kuszących alternatyw dla treningu? Tak łatwo jest osiąść na laurach, że robią to nawet, gdy w rozmowach z dziennikarzami szczerze przekonują o swojej wytrwałości wobec procesu.

American Medical Society for Sports Medicine i American Orthopedic Society for Sports Medicine od lat opracowują programy, które mają pomóc młodym sportowcom zarówno pod kątem przygotowania fizycznego, jak i mentalnego. W międzyczasie rodzą się kolejne generacje budujące swoja sportową tożsamość na kosmicznych standardach. Według obliczeń z 2017 roku, ponad 10 milionów dzieciaków w Ameryce myśli o profesjonalnym uprawianiu koszykówki. Wszystko ma jednak sens, gdy znajdziesz swój balans, a w Stanach od kilku lat widzimy chorobliwe dążenie do wykorzystania talentu i poszerzania skill-setu, zamiast budowania siły i odporności ciała. Dlatego w całym procesie cholernie ważna jest rola NBA. Nikt bowiem, poprzez swoje gwiazdy, nie dociera tak głęboko do świadomości młodych ludzi.

55

KOMENTARZE