Największy prześladowca Celtics

3
fot. Steve Lipofsky / Newspix.pl

Ci starsi kibice w Bostonie do dziś mają dreszcze na samo wspomnienie jego nazwiska. Z kolei ci bardziej zagorzali sympatycy polskiej ligi mogą nawet nie wiedzieć, że niejaki Channing Toney, który kiedyś zaliczył epizod w Gdyni to syn jednego z najbardziej utalentowanych graczy w dziejach 76ers. Przypomnijmy koszykarskiego “Dusiciela z Bostonu”.

Andrew Toney – nazywany po prostu “The Boston Strangler” (“Bostoński dusiciel” lub jak kto woli “Dusiciel z Bostonu”) – jest być może posiadaczem najbardziej niefortunnego pseudonimu  w historii NBA. Fakt, że został ochrzczony przez dziennikarzy sportowych tym samym mianem co niesławny Albert DeSalvo, morderca 13 kobiet na terenie Bostonu w latach 1962-1964, można by wręcz uznać za ogromny nietakt względem rodzin tamtych ofiar. Dziś taka akcja w mediach raczej by nie przeszła.

Warto jednocześnie dodać, że ten sam pseudonim od dziennikarzy otrzymał wcześniej World (wtedy jeszcze Lloyd) B. Free, który w 1977 r. zdobył w meczu nr 7 półfinałów konferencji przeciwko Celtics 27 punktów. Był to jednak klasyczny przypadek “artysty jednego przeboju”.

Andrew Toney pozostaje jedną z najbardziej enigmatycznych gwiazd lat 80., czasów kiedy kluczowe akcje w koszykówce z reguły odbywały się nie na obwodzie, a przy samej obręczy. To byłby prawdziwy raj dla niektórych graczy, za którymi dziś tak bardzo tęsknimy.

Nasz bohater nie jest jednak kolejnym, tak charakterystycznym dla tamtej epoki podkoszowym drwalem, który łokciami torował sobie drogę do sukcesów w naszej ulubionej lidze. To nie był Rick Mahorn czy Buck Williams, dla których czas wspominek na Szóstym Graczu pewnie jeszcze kiedyś nadejdzie. Andrew Toney był w rzeczy samej niepozornym “mordercą” na półdystansie i w wejściach pod samą obręcz. To człowiek, który kiedyś zdobył 46 punktów (21/29 z gry) w przeciwko “Showtime” Lakers w zaledwie 35 minut gry i nie potrzebował do tego ani jednego celnego rzutu z obwodu.

Poza tym, Toney był być może jedynym graczem, z którym podobno nawet Larry Bird nie chciał wdawać się w trash talking i którego Charles Barkley, mając przecież do wyboru choćby Juliusa Ervinga, Mosesa Malone’a, Bobby’ego Jonesa czy Maurice’a Cheeksa, nazwał “najlepszym graczem z jakim kiedykolwiek grał w jednym zespole”. Z pozoru odważne stwierdzenie, zważywszy, że raczej nikt nie spodziewa się takich komplementów pod adresem gracza, który nie jest (i chyba już nigdy będzie) członkiem Hall of Fame.

Toney był jednak w swoim czasie jednym z najtrudniejszych do upilnowania strzelców w lidze, a swoje najlepsze mecze często rozgrywał w najważniejszych spotkaniach playoffs. Nie pomagały próby podwajania, ani odcinania od piłki. Idealna kombinacja do tego, aby być uznawanym za gwiazdę z najwyższej półki.

Według bardzo ciekawej strony na Facebooku Crazy Stats, to jedyny gracz w historii NBA, który rzucał po minimum 35 punktów w meczach sezonu regularnego i playoffs zarówno jako gracz pierwszej piątki, jak i rezerwowy. Nie Manu Ginobili, Jamal Crawford, Jason Terry czy Lou Williams, ale właśnie Andrew Toney.

Nic więc dziwnego, że Barkley darzy swojego dawnego partnera z Sixers ogromnym szacunkiem. Zresztą od zawsze wyrażał się o nim z uznaniem:

“Był niesamowicie silny. Kiedy graliśmy razem w Sixers, był jedynym gościem obok Mosesa Malone’a, który potrafił bronić przeciwko mnie tyłem do kosza”.

W samych superlatywach na temat Toneya wypowiadają się także inne osobistości nieodłącznie związane z koszykówką NBA sprzed trzech dekad.

Oddajmy głos Larry’emu:

“On był jak zabójca. Nazwano go w Bostonie “dusicielem”, ponieważ za każdym razem kiedy był przy piłce, wiedzieliśmy że zdobędzie punkty. Był absolutnie najlepszym graczem jakiego kiedykolwiek widziałem w końcówkach meczów. Nie mieliśmy wówczas nikogo w składzie, kto byłby w stanie go zatrzymać”.

Z Birdem w pełni zgadzał się Pat Riley, który skuteczność Toneya w kluczowych momentach stawiał nawet wyżej niż Jerry’ego Westa.

Z kolei Danny Ainge nie raz po meczach z Sixers mógł tylko bezradnie zakryć głowę ręcznikiem.

“Sprawiał, że miałeś koszmary na samą myśl o grze przeciwko niemu. (…) Bałem się Andrew Toneya bardziej niż kogokolwiek, wliczając w to Michaela Jordana”.

Kim więc był tajemniczy dżentelmen z numerem 22, którego kiedyś obawiali się wszyscy kibice w Boston Garden z nastoletnim wówczas Billem Simmonsem na czele (później mówił o nim, że “Toney to najbardziej niedoceniany gracz całej dekady lat 80.”) i który regularnie zapewniał bezsenne noce swoim bezpośrednim rywalom? Przyjrzyjmy się bliżej jego (niestety bardzo krótkiej) karierze.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

29

KOMENTARZE

  1. Świetna lektura! I przykra konkluzja, że to bardziej z winy pecha i właściciela, a nie własnych decyzji tak zakończyła się kariera.

    Ciekawostka: Kevin Bacon pochodzi z Phily ale bardzo często obsadzany jest w roli postaci z Bostonu, szczególnie gliniarzy. I nie jest przez to lubiany w Bostonie, opowiadał o tym w wywiadach. To taka cegiełka do tej rywalizacji miast.

    Lubię to: 8