Mój Ben Wallace

12

W związku z tym, że absolutny The GOAT został wreszcie nominowany do Hall of Fame w klasie 2019, przypominam mój tekst o nim z czasu kiedy jego koszulka wędrowała po kopułę hali The Palace. Każdy ma swojego najważniejszego koszykarza i zapraszam Cię do mojego serca, żebyś poznał tego który ukształtował moją historię z NBA.

Od czasu kiedy napisałem ten tekst, moja historia z historii koszykarza amatora zamieniła się w historię ojca, który wraz z 5 operacją kolana grać przestał… choć się nie poddaje, a Ben jest jedną z dwóch ostatnich postaci powstrzymujących mnie od porzucenia Detroit na rzecz jakiegoś Denver. On i Blake, ale tylko Blake w końcu zniknie.

Mam nadzieję, że Ci się spodoba jeśli jeszcze nie czytałeś, a jeśli czytałeś, to że z przyjemnością do tego wrócisz. Zaparz kawę, to nie jest tekst, który dasz radę przeczytać w 3 minuty. Zapraszam:

Jest rok 1974. W White Hall w Alabamie rodzi się mały Ben Camey Wallace. Jest dziesiątym z jedenaściorga dzieci Mamy Sadie, ma 7 starszych braci. Mama Sadie to twarda kobieta, utrzymująca całą rodzinę i własnoręcznie wytwarzająca ubrania dla wszystkich dzieci. Jej słowo jest prawem, a jej filozofią życiową jest ciężka praca. Trzeba brać to co przynosi los i wyciągać z tego maksimum. To podejście zdefiniuje całe życie Bena.

On jednak teraz jeszcze tego nie wie. Wychowuje się z całym licznym rodzeństwem w malutkim trzypokojowym domku. Kiedy chce wydać pieniądze, musi je najpierw zarobić. Kiedy mu się nudzi, łączy przyjemne z pożytecznym i łowi ryby. Ot rzeczywistość lat 70 dla wielodzietnej, biednej czarnej rodziny, w maleńkim miasteczku, gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych.

Niczym nie zwykłym nie jest też obręcz przymocowana do ściany ich maleńkiego domku, w końcu dzieciaki muszą jakoś pozbywać się energii. 8 braci to nawet aż za dużo do ustawienia gierki na jeden kosz. Chłopcy grają więc w koszykówkę w formułach 3 na 3 lub 4 na 4.  Ben nie dość, że jest najmłodszy, to jeszcze ciągle jest najmniejszy w rodzinie i wciąż musi walczyć. Jest szczęśliwy jeśli tylko zostanie wpuszczony na boisko, jednak żeby na nim zostać musi się wyjątkowo starać. Nikt mu nie podaje piłki, więc żeby ją zdobyć musi robić wszystko to, co teraz nazywamy hustle plays. Zbiórki. Przechwyty. Wyrywanie spornych piłek. Rzucanie się za piłką na ziemię. Przyjmowanie łokci na twarz w przepychankach. To wszystko jednak jest warte przywileju grania ze starszymi braćmi. Wracając poobijany do domu, ze zdartymi kolanami po licznych podkoszowych bataliach, nawet nie zdaje sobie sprawy, że to co przed domem daje mu szansę wejścia na boisko, przez kolejne 30 lat będzie przynosiło mu szacunek na każdym poziomie, na którym będzie walczył o prawo dotknięcia piłki.

W końcu jednak Ben zaczyna rosnąć. Dogania starszych braci (nigdy(!) ich nie przerośnie), coraz częściej wygrywa w przydomowych wojnach. Okazuje się, że jego coraz lepszy atletyzm i waleczność pozwalają mu być dobrym nie tylko w walce o wyrwanie piłki starszym chłopcom. Idzie do liceum i reprezentuje je w lekkiej atletyce oraz trafia do drużyn All State w footballu amerykańskim, baseballu i ukochanej koszykówce. Jako gracz wychowany na podwórkowych bataliach, ma jednak tę wadę, że chce robić wszystko. Denerwuje kolegów z drużyny i trenerów, próbując grać na każdej pozycji. Chce rzucać, chce rozgrywać, chce zbierać, chce kozłować i chce robić wsady. Sam o sobie mówi, że

Rzucam jak Isiah, podaję jak Magic i wsadzam jak Jordan”

Próbuje być all-around playerem, którym nigdy się nie stanie. Jednak jako licealista jest nim w swojej głowie i nikt nie może wytłumaczyć mu, że jest inaczej. Wygląda na to, że skończy jako kolejny atletyczny dzieciak, który zniknie w końcu ze sportu, bo jest zbyt uniwersalny, żeby robić coś naprawdę dobrze.

Po drugiej klasie jednak coś się zmienia, a dzieje się to przez… włosy.

Jest druga połowa lat 80 i na drugim końcu świata, w Polsce będącej u progu transformacji ustrojowej rodzi się całkiem normalny dzieciak płci męskiej. Jeszcze nie wie, że kiedyś pokocha koszykówkę. Nie ma też pojęcia co go do tego skłoni. Na razie myśli: “Kaka…”

Jest rok 1991. 17 letni Ben Wallace jest wychowany tak, żeby na siebie zarabiać. Jako licealista bez kwalifikacji decyduje się na… fryzjerstwo. Skąd taki wybór? Ben był gotowy do każdej pracy. Jak sam wspomina lata później:

Etyki pracy zdecydowanie nauczyłem się od mojej rodziny. Pokazali mi, jak to jest pracować w jakimś celu i jak wspaniale człowiek się czuje, kiedy ten cel osiągnie.”

Najmłodszy chłopiec w rodzinie zawsze musiał obcinać włosy reszcie rodzeństwa i, kiedy stał się w tym dobry, bez wahania podjął się w liceum, w ramach dorabiania, strzyżenia wszystkich sąsiadów. Bierze po 3 dolary za usługę. Ta praca i te pojedyncze dolary mają swój cel. Mają mu pozwolić na spełnianie marzeń. Wkrótce pojawia się szansa na realizację takiego marzenia. Nastolatek dowiaduje się o tym, że w mieście York, oddalonym o 170 kilometrów od White Hall, swój obóz dla młodych koszykarzy organizuje Charles Oakley z New York Knicks. Nie zastanawiając się dużo, Ben poświęca swoje oszczędności na dojazd i udział w tym Campie. Razem z nim jedzie jego najstarszy brat James – pastor, pilnować, żeby dzieciak nic głupiego nie zrobił.

Na obozie Ben trochę gwiazdorzy, wygłupia się ze znajomymi, robi sztuczki, kozłuje… Charles Oakley to widzi. I Charles Oakley jest niezadowolony. The Mighty Oak, jeden z największych twardzieli w NBA, boiskowy ochroniarz Michaela Jordana, postanawia dać szczeniakom nauczkę. Pyta Bena i jego kolegów, czy któryś odważy się zagrać z nim jeden na jednego. Chce nauczyć ich twardości, pokazać co to jest męska gra. Jak wspomina Big Ben:

“Charles się wściekł, powiedział nam, że jesteśmy mięczakami i według niego nie pracujemy wystarczająco ciężko. Wyzwał nas do gry jeden na jednego… Nie skorzystałem z okazji, jednak Oak wybrał mnie z grupy, żeby zrobić ze mnie przykład. Bez zbędnej zwłoki rzucił we mnie piłką, naprawdę mocno i powiedział ‘Zaczynajmy’.”

Widząc na co się zanosi, starszy brat Bena, zaniepokojony, zbliża się do parkietu, żeby interweniować, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ku zmartwieniu Jamesa, Oakley od początku idzie na mającego wtedy 193 cm wzrostu i ważącego 77 kg Bena pełną parą. Próbuje go zmiażdżyć, pokazać, że koszykówka to nie wygłupy, tylko twarda, trudna dyscyplina. Ku jego zaskoczeniu, roześmiany wcześniej nastolatek, nie chce ustąpić mu nawet o centymetr. Na każde uderzenie odpowiada uderzeniem, na każdy atak przeciwnika odpowiada wzmożoną aktywnością w obronie. Zawodnik NBA w swoim prime nie może oddać ani jednego łatwego rzutu i, co gorsza, nie może w ogóle zastawić deski. Ben choć nie radzi sobie w ataku tak dobrze i z akcji na akcję coraz boleśniej uświadamia sobie, że nie będzie nowym Magic’iem Johnsonem, po każdym swoim niecelnym rzucie zbiera piłkę i dobija, dobija do skutku. Walka na boisku jest coraz ostrzejsza, Oakley rozwala nastolatkowi wargę, Ben nie pozostaje dłużny i rozbija gwiazdorowi nos, 27 gwiazdor i 17 latek bez pomysłu na dalszą karierę, walczą pod koszem jak równy z równym, a na parkiet spada niejedna kropla krwi. Starszy brat Wallace’a chce interweniować, ale widzi, że dzieciak mimo siniaków jest zachwycony, dlatego tylko stoi z boku i patrzy.

“Byłem pod wrażeniem” – wspomina Oakley – “Myślałem, że to grupa mięczaków, pozbawionych motywacji i chęci do pracy… Wtedy Ben, który wcześniej nawet nie chciał przeciwko mnie grać, wyszedł na boisko i mi się naprawdę postawił. Zobaczyłem w nim ogień.”

Mecz się kończy… 17 latek, który właśnie się dowiedział, że jednak nie będzie rozgrywający, wygrywa z gwiazdą z NBA. Przynajmniej tak o tym opowiada 20 lat później.

“Wygrałem”-
 uśmiecha się po latach Ben – “Nie był w stanie oddać rzutu. Jeśli potem w NBA nie był w stanie tego zrobić przeciwko mi, zdecydowanie zaczęło się to kiedy miałem 17 lat.”

Oakley, mimo, że pokonany przez młodzika, jest zachwycony. Tłumaczy przeciwnikowi, żeby odpuścił marzenia o grze na obwodzie. Mówi mu, że jest klasycznym, potencjalnie świetnym bruiserem i jeśli tylko odpuści fanaberie o byciu kombinacją Jordana z Magic’iem i skoncentruje się na ciężkiej podkoszowej orce, może trafić do NBA. To przełomowy moment dla Bena Wallace’a. Pierwszy raz na poważnie myśli o karierze profesjonalnego koszykarza, a Oakley otacza go swoją opieką i zostaje jego mentorem –

Oak zawsze zachęcał mnie do ciężkiej pracy. Tłumaczył, że zawsze mogę się poprawić i nigdy nie mogę spocząć na laurach. Myślę, że to podejście zawsze stanowiło główną różnicę między mną a resztą graczy. Jego opieka stała się dla mnie przepustką do czegoś większego”.

Ben jednak nie przestaje uprawiać też pozostałych sportów i choć kocha koszykówkę, to w futbolu amerykańskim wydaje się być większym prospektem. Największe uczelnie w kraju przyjeżdżają do niego zaproponować mu pełne sportowe stypendium, jednak on nie chce słyszeć o zaniechaniu treningów koszykarskich. Wszystkim skautom, którzy do niego przyjeżdżają, mówi, że zobowiąże się do gry u nich, tylko wtedy, kiedy pozwolą mu się “obustronnie” rozwijać –

Chciałem z footballu uczynić przepustkę do swojej kariery koszykarskiej”.

Uniwersytet Auburn jest tym, który się zgadza na te warunki i Wallace podpisuje z nimi list intencyjny. Szybko okazuje się jednak, że ludzie z Auburn inaczej traktowali słowo “obustronnie” niż ich prospekt. Tam gdzie Ben miał na myśli futbol i koszykówkę, tam oni rozumieli formację w ataku i w obronie w futbolu. Nie chcą nawet słyszeć o rozszerzeniu jego sportowego stypendium o koszykówkę. Wallace zostaje na lodzie. Jest załamany niepowodzeniem. Tu ponownie dużą rolę odgrywa jego mentor.

“Charles zebrał mnie do kupy. To nie jest gość, który przebiera w słowach. Jeśli ma z tobą problem, dowiesz się o tym. Usłyszałem wiele krytycznych słów.”

Charles po gruntownym opieprzeniu młodzika za marnowanie szans, poleca go do Cuyahoga Community College w Cleveland i choć to uczelnia o nieporównywalnie niższej renomie niż te, które się biły wcześniej o Bena, ten decyduje się rozpocząć tam studia.

Problemem studenta Wallace’a jest nauka. Niskie wyniki SAT pisanego po liceum już wcześniej uniemożliwiły mu ubieganie się o stypendium sportowe na wielu uczelniach. Teraz też oddaje się w całości sportowi i choć wyróżnia sie na boisku notując w drugim roku 24 punkty, 17 zbiórek i 7 bloków na mecz, to regularnie odpuszcza zajęcia, a po zakończeniu sezonu koszykarskiego w ogóle przestaje się pojawiać na kampusie uczelni. Cała sprawa kończy się wyrzuceniem ze studiów, Ben marnuje swoją szansę na przeniesienie się do pierwszej dywizji NCAA i ponownie nie ma co ze sobą zrobić… jak trwoga to do Boga. Wallace znów dzwoni do swojego mentora, z prośbą o ratunek. Ten raz jeszcze wyciąga do niego pomocną dłoń i poleca do szkoły Virginia Union Univeristy, gdzie sam się wychował.

Ben trafia do drużyny, w której już nie będzie gwiazdą. Widzi, że nie będzie tu mowy  o 20 punktach na mecz, bo na boisku grają z nim dużo lepsi strzelcy, bardziej kreatywni kozłujący i mądrzejsi od niego weterani. Musi po raz kolejny w swojej karierze przemyśleć co chce w życiu robić i postanawia wzorować się na Oakleyu. Ostatecznie porzuca marzenia o byciu gwiazdą i skupia się na małych boiskowych rzeczach, na tym w czym błyszczał jego mentor, na tym co pozwoliło mu stać się gwiazdą. Zbiera i broni. Chodzi na siłownię. Rzuca outlet-passy. Blokuje ludzi. Broni i zbiera.

Jest rok 1995 i dzieciak z Polski tak jak Big Ben zaczyna odkrywać swoją drogę. W pierwszej klasie szkoły podstawowej stwierdza, że jednak nie będzie archeologiem tylko piłkarzem, jak kapitan Tsubasa. To nieważne, że jest najwyższy w klasie i ma wadę postawy. Będzie kopał piłkę całe życie i zdobędzie dla Japonii Polski mistrzostwo świata. Na razie jednak rodzice zapisują go na korektywę. “Małe kroki synku” – mówią – “Nie garb się.”

Jest rok 1995 i Ben Wallace, po raz pierwszy w swojej karierze rozumie już kim chce być i kim będzie. Staje się zadaniowcem nawet na poziomie NCAA II.  Jego drużyna nie ma żadnej gwiazdy, każdy gracz ma swoją rolę, 10 zawodników pracuje jak jedna, sprawdzona maszyna, dwa razy wygrywają swoją konferencję i w 1996 roku, już duży Ben Wallace, jako lider drużyny, grając głównie po bronionej stronie boiska, awansuje z nią do Final Four II Dywizji NCAA i zostaje wybrany do najlepszego składu ligi. Tym akcentem kończy uczelnię i postanawia spróbować swoich sił w NBA. Problem w tym, że żaden skaut nawet nie patrzył w stronę tej gorszej ligi uczelnianej i Wallace już dawno zniknął z ich radarów.

Choć Oakley dwoi sie i troi opowiadając wszystkim dookoła o swoim fantastycznym młodym podopiecznym, nikt nawet nie patrzy w jego stronę. To nie jest tak, że Ben ma małe szanse na bycie wybranym w drafcie. On nawet nie jest zapraszany na treningi, więc nikogo nie zaskakuje fakt, że Draft’96 mija bez choćby wspominania o młodym role playerze z Alabamy. Mentoring i wsparcie Oakleya dają jedyny efekt w postaci zaproszenia dzieciaka do składu Bostonu na ligę letnią. Trener ML Carr widzi atletycznego dzieciaka o wzroście około 2 metrów (Wallace sam przyznaje się do wzrostu 196 cm trochę go zaniżając, a w butach zmierzono go na 206 cm, ale była to bardzo zawyżona wartość, pewnie zmierzyli go razem z afro.) i postanawia z niego zrobić wingmana. Ustawia go naprzemiennie na pozycjach SG i SF i choć Ben bez problemu daje sobie radę w obronie, to w ataku ma problemy. A właściwie jeden problem. Nie umie rzucać. Skutek tego może być tylko jeden i młody zawodnik szybko zostaje wyrzucony ze składu.

Zdesperowany podpisuje kontrakt na grę we Włoszech. Na szczęście, miesiąc później dzwoni do niego Wes Unseld, GM Washington-wtedy-jeszcze-Bullet. Okazuje się, że atletyczne ciało Bena i pogłoski o fantastycznej etyce pracy fascynują go i jest mu gotów dać szansę jako dwunastemu zawodnikowi w rotacji zespołu.

“Jako zawodnik mierzyłem się z tymi samymi problemami co Ben” – wspomina Unseld – “Wszyscy zastanawiali się czy mogę być w NBA centrem przy wzroście 201cm, a między nami, Ben na pewno nie jest wyższy ode mnie. Jednak coś zaskoczyło kiedy go oglądałem i wiedziałem, że chcę go mieć u siebie”.

Wallace na swój sposób wykorzystuje tę szansę. Co prawda gra tylko po niecałe 6 minut w 34 meczach sezonu 96/97, jednak narasta wokół niego pewna legenda. Mówi się o zawodniku świetnym na treningach, przeciwko któremu nie chcą grać największe gwiazdy zespołu. Chris Webber i Juwan Howard głośno mówią, że dzieciak nie daje im żyć na wewnętrznych gierkach, a treningi w trakcie których muszą z nim rywalizować są dla nich mordęgą.

Z roku na rok Ben buduje sobie coraz silniejszą pozycję w zespole. W kolejnym sezonie debiutuje legendarne afro – Ben zapuścił je w wyniku zakładu z Chrisem Webberem i Darvinem Hamem, o to kto z nich zapuści najdłuższe włosy. Dla Wallace’a to wydarzenie przełomowe. Razem z włosami wzrastają mu statystyki. Ścisła korelacja między tymi zdarzeniami to coś wręcz pewnego. Z mniej istotnych wydarzeń, teraz-już-Wizards, po lockoucie 98, dają mu dwuletni kontrakt wart 1.6 mln $. W lockoutowym sezonie Wallace zalicza mały breakout po transferze Webbera i kontuzji Howarda. Jest liderem zespołu w ilości zbiórek i zaczyna regularnie zaliczać double-doubles. Po tym przełomowym sezonie Wizards postanawiają znaleźć sobie centra na lata. Big Ben z absolutnie niezrozumiałych przyczyn według nich im nie jest i w pakiecie z 3 rezerwowymi zostaje oddany do Orlando Magic za Ike Austina. W NBA trade przechodzi bez echa i tylko prasa w Waszyngtonie załamuje ręce, przeczuwając, że ktoś tu właśnie zrobił poważny błąd. (Nic dziwnego. Następny dobry center jaki będzie grał w tej drużynie to dopiero… Marcin Gortat.)

Jest rok 1998 i kiedy Big Ben próbuje przebić się do pierwszej piątki w NBA, dzieciak w Polsce przebija się przez całą twórczość Tolkiena. Ukończywszy “Niedokończone opowieści” wciąż chce być piłkarzem, ale zastanawia się czy nie lepiej byłoby być hobbitem. Albo elfem. Albo Valarem. Nie, jednak piłkarzem. Chce być bramkarzem jak Taffarel. Bronić karne z Holandią… Ale Claudio nie strzela bramek, więc może lepiej Chilavert. Albo od razu Robert Carlos. Albo… tak, dzieciak chce być piłkarzem.

Czyta dwutygodnik: Historię Polskiej Piłki Nożnej i choć interesuje się każdym sportem to wciąż wie więcej o składzie mistrzowskiej Pogoni Lwów z 1926 roku niż o składzie Washington Wizards. Jakich Wizards?

Jego rodzice jednak się nie poddają. Mają dość oglądania Ekstraklasy piłkarskiej. Mama próbuje go namówić na siatkówkę. Błąd. Dzieciak instynktownie wie, że zespołowe sporty nie-kontaktowe to nie jest fajna zabawa. Dlatego bardziej słucha Ojca. A Ojciec ma sposób. Wie, że do przyszłej gwiazdy piłki nożnej najlepiej przemawiać za pomocą książek. Więc daje mu album o najlepszych koszykarzach w NBA. Nie, nie ma w niej Big Bena. Ale są za to wielkie, piękne ilustracje i statystyczne ciekawostki. To jara młodego, bo jest też matematykiem. Nie wspomniałem? Chce być piłkarzem – matematykiem, studiować w Warszawie i grać w piłkę w Barcelonie. Jednak w książce od Taty widzi gladiatorów – wielkich, muskularnych facetów, którzy sprawiają wrażenie jakby jednym ruchem mogli zmienić losy świata. Po raz pierwszy zaczyna podejrzewać, że piłkarze są ciut wymoczkowaci. To przeświadczenie pozostało mu do dziś.

Jest rok 1999 i Ben Wallace po raz pierwszy w karierze staje się pewnym starterem. Razem z Chucky Atkinsem i Darrellem Armstrongiem, pod wodzą trenera debiutanta – Doca Riversa, tworzą zaskakujący wszystkich zespół, któremu na koniec sezonu brakuje tylko jednego zwycięstwa do Playoffs. Ben ma w trakcie sezonu problemy ze zdrowiem, między meczami musi nosić opatrunek z powodu ostrogi w nodze i między innymi przez to gra tylko 24 minuty na mecz. To jednak nie przeszkadza mu zagrać w pierwszej piątce w 81 meczach i być liderem drużyny w ilości zbiórek. Ujawnia też swój talent do blokowania, a biorąc pod uwagę okoliczności, nikt już nie wątpi w to, że ten nieduży wzrostem center ma serce lwa. Można też wyczuć w powietrzu, że, jeśli tylko dopisze mu zdrowie, może pewnego dnia stać się gwiazdą ligi. Ustawia też sobie kolejne cele:

Wraz z asystentem Doca, Johnnym Davisem, dużo o tym rozmawialiśmy. Cały czas zachęcał mnie do podejmowania kolejnych wyzwań. Jednym z nich było zbieranie co najmniej 4 piłek na kwartę. Kiedy w pewnym momencie nauczyłem się robić to regularnie, zaczęliśmy się zastanawiać co by było gdybym grał więcej. Pewnie statystyki poszłyby w górę. Nie mogłem się tego doczekać, chciałem zobaczyć na co będzie mnie stać, kiedy dostanę więcej minut”.

 

Jest rok 1999 i dzieciak, który chce być piłkarzem, lubi oglądać koszykówkę. Często na różnych obcojęzycznych kanałach. W NBA nawet kibicuje jednej drużynie. To drużyna największego twardziela z książki, którą dostał rok wcześniej. Nazywa się David Robinson, był żołnierzem i jest super. Kawał wielkiego byka, jest silniejszy od wszystkich, blokuje rzuty i wygląda jak statua. Pomaga mu jakiś fajny młodzik, chyba niezły, ale to Robinson jest Gościem.

Jest rok 2000 i Ben Wallace trafia do Detroit. W Motown pojawia się nowy, obiecujący GM, Joe Dumars, który wiedząc, że straci Granta Hilla, postanawia wyciągnąć w zamian jak najwięcej. Szuka zawodników, którzy pasowaliby do kultury organizacji stworzonej za czasów Bad Boys, których ważnym zawodnikiem sam był. Takich, którzy są niedoceniani, którzy rozumieją ciężką pracę i którzy wiedzą co to znaczy poświęcenie. Takich, którzy mają serce lwa i będąc skazywanymi na porażkę nie ugną się i twardo staną naprzeciw potencjalnie silniejszego przeciwnika. Gdy Orlando zgłasza się po jego dotychczasowego franchise playera, Joe od razu widzi dwóch zawodników, którzy pasują do tej filozofii. To Chucky Atkins i, przede wszystkim, Ben Wallace, który talentem do obrony i zbiórek przypomina pewnego niepokornego podkoszowego, wraz z którym Dumars zdobywał dwa mistrzostwa NBA. Oferuje im obu nowe kontrakty i podpisuje ich w ramach sign and trade. Stracił Granta Hilla, ale pozyskał dwóch graczy, z którymi wiąże olbrzymie nadzieje. Jeszcze nie wie jak dobry wykonał ruch.

Ben Wallace w wyniku tej wymiany otrzymuje wymarzony, 6 letni kontrakt, dający mu długo upragnioną stabilizację. Wreszcie znalazł miejsce, w którym czuje się chciany i potrzebny, miejsce, które może nazwać domem. Będąc zabezpieczonym finansowo, namawia swoją mamę, która wciąż mieszka w trzypokojowej klitce, na wyburzenie starego domku i postawienie w jego miejsce nowego, godnego kobiety, która wychowała jedenaścioro dzieci i zapewniła im dobre życie.

Jest rok 2002 i Ben Wallace jest wreszcie rozpoznawalną postacią w lidze. Właśnie dostał nagrodę dla Najlepszego Obrońcy Sezonu. Jego Detroit Pistons po bilansie 32-50 w pierwszym roku, pod Rickiem Carlisle poprawili się o 18 zwycięstw i po sezonie skończonym z bilansem 50-32 doszli do półfinału Konferencji Wschodniej, gdzie przegrali z Boston Celtics. Wallace grał jako silny skrzydłowy, żeby móc skupiać się na zbiórkach i obronie. Jako jedyny skrzydłowy w historii był liderem ligi zarówno w klasyfikacji zbiórek jak i bloków. Stworzył też dobrze zgrany duet z gwiazdą Pistons, Jerrym Stackhousem.

Generalny Menedżer Detroit, Joe Dumars, ma plan. Gotów jest rozbić trzon tego zespołu. Widzi, że Jerry jest nieefektywnym strzelcem. Wymienia go więc za Richarda Hamiltona. Dodatkowo podpisuje journey mana – Chaunceya Billupsa, czym spycha dotychczasowego rozgrywającego, Chucky’ego Atkinsa do roli rezerwowego. Drużyna traci pierwszą strzelbę, ale powstaje zgrany kolektyw, którego trzonem jest czwórka graczy Atkins – Billups – Hamilton – Wallace. Uzupełnia ich debiutant Tayshaun Prince. Wszyscy oni są underdogami i zawodnikami, po których nikt się nie spodziewa nic wielkiego. Mają coś do udowodnienia. A nikt nie ma do udowodnienia więcej niż Ben Wallace.

Jest rok 2003. Skład skompletowany przez Joe Dumarsa powtarza bilans z poprzedniego sezonu, a Ben ponownie zdobywa nagrodę dla najlepszego defensora. Pojawia się nawet w rozmowach dotyczących nagrody MVP. Okazuje się, że liderem i najlepszym graczem drużyny może być też zawodnik mający problem ze zdobywaniem punktów. Fani Pistons go kochają i już wszyscy kibice w lidze rozpoznają charakterystyczne afro. Staje się ono jednym z symboli Detroit, takim samym jak dźwięk syreny na meczach Pistons. Jednak ten sezon ma dla niego słodko-gorzki smak. Dzień przed swoim debiutem w All Star Game musi pochować ukochaną matkę. Mimo to występuje w meczu twierdząc, że tego właśnie by chciała.

Także na boisku sezon gracza nie ma happy endu. Mimo najlepszego bilansu na Wschodzie, Pistons mimo ostrej walki przegrywają w Finale Konferencji z Nets Jasona Kidda 4:0, a trener Rick Carlisle traci pracę.

Jest rok 2003. Nastolatek z Polski poznaje Przyjaciela. Najlepszego kumpla na całe życie. Pierwszy raz trafił na kogoś kto nie ustępuje mu w sporcie, a w większości dyscyplin nawet go przewyższa. Do tego trenuje koszykówkę W KLUBIE i przez to jest w szkole gwiazdą rocka. Pod jego wpływem nastolatek odpuszcza marzenia o piłce nożnej i na poważnie przerzuca się na koszykówkę. Ojciec wykorzystuje tę okazję i zaczyna zabierać go ze sobą na salę, gdzie młody gra z 2 i 3 razy starszymi od siebie gośćmi. W klubie ma zacząć trenować od przyszłego roku. Póki co jednak gra w kosza na sali z ojcem i marzy o tym, żeby kiedyś ograć Przyjaciela. On kocha Iversona, więc pod jego wpływem dzieciak kupuje sobie pierwsze Iversony, a potem Jordany, bo Jordany podobno są najlepsze i supercool.

Nastolatek wciąż ogląda dużo piłki nożnej, ale już wie, że to nie to. Wolałby koszykówkę, ale do NBA ma mały dostęp. W polskiej telewizji ogląda wszystko co pokażą, to samo w niemieckiej. Przeszedł już przez kilka ulubionych drużyn NBA. Po Spurs przyszła pora na Portland Trail Blazers z Pippenem, a potem na Philadelphię z Iversonem i Kings Webbera. Nie cierpi Lakers, bo za każdym razem jak polubi jakąś drużynę to łamią mu serce. Shaq mu imponuje, ale to dla niego kwintesencja zła. Pieprzony Darth Vader. W jego sercu długo panuje bezkrólewie. Mike, mimo powrotu, nigdy nawet nie był tematem. Jedyne związane z nim wspomnienie z tamtego czasu to zapowiedź sezonu Wizards zatytuowana “Michael Jordan? I co z tego”, bodajże z Magic Basketball.

Oglądając jakiś mecz Iversona, zobaczył też drużynę z Detroit. Nic specjalnego szczerze mówiąc. W tamtym teamie wyróżniał się jeden człowiek. Zbudowany lepiej niż Robinson. Broni lepiej niż Robinson. Wyraźnie niższy od rywali na swojej pozycji, jednak tego nie widać tak bardzo dzięki wielkiemu afro. Nawet graczy dużo wyższych od siebie przestawia gdzie chce. Zbiera jak szatan. Nie umie rzucać. Ben Wallace. To miłość od pierwszego wejrzenia. Od początku przygody z NBA miał słabość do obrony i specjalizujących się w niej graczy. Teraz chce być jak Ben i choć wciąż nie ma swojej ulubionej drużyny, to ma już gracza. Sam fatalnie kozłuje, więc chce jak Ben robić wsady. Jego ulubiona akcja to Jerry Stackhouse atakujący kosz, ściągający podwojenie i podający do Big Bena, który sadzi z tego kozackie paki. To efektowne, brutalne, surowe, pierwotne. Zajebiste. Ale Jerry’ego już nie ma w Detroit.

Przez to, że dzieciak szuka o nim wszystkich możliwych informacji, znajduje wszystkie możliwe informacje o Detroit Pistons. Życzy Benowi jak najlepiej, więc jak najlepiej życzy im. Na wiosnę 2003 roku kibicuje już Pistons na Wschodzie i swojej pierwszej miłości, Spurs na Zachodzie. W playoffach tamtego roku, orientuje się komu tak naprawdę kibicuje. Choć San Antonio bije znienawidzonych przez niego Lakers, niemal tego nie zauważa. Interesuje go tylko to, że Detroit mimo rozstawienia z 1 miejscem w swojej konferencji, męczy się przeokrutnie z Orlando w pierwszej rundzie, potem z Philadelphią i Iversonem w drugiej. Finał Konferencji to kolejny raz złamane serce i potężny łomot od Nets Kidda. Po raz pierwszy nie kończy się to odwróceniem od drużyny, która tak go zraniła, tylko ściskaniem kciuków za kolejny rok. Zaczyna się dojrzałe kibicowanie. Dopiero wtedy zauważa, że z drugiej strony wyszli Spurs z kończącym karierę Robinsonem. Kasują oni New Jersey, dobrze im tak!!!, a Admirał kończy karierę. Dzieciak żegna swojego pierwszego idola bez większego żalu. Umarł król, niech żyje król. W jego wizji NBA już rządzi tylko Ben Wallace. Spurs nawet nie mają startu do Pistons. Sezon kończy jakiś draft, w którym idzie z pierwszym numerem LeBron James. Detroit też wybierają wysoko, więc pewnie wezmą fajnego zawodnika. Będzie dobrze. Zwłaszcza, że w wakacje nastolatek robi pierwszy w życiu wsad.

Jest 16 czerwca 2004 roku. Ben Wallace rzuca za trzy. Airball. Jednak szczęśliwi fani wiwatują. Pistons właśnie robią blowout na Lakers w ostatnim meczu Finałów. Wiedzą, że już nic im nie zagrozi. Big Ben razem z Rasheedem Wallacem zatrzymali pod koszem Shaqa, a defensywa Detroit zjadła gwiazdorski team Los Angeles Lakers. Ben co prawda nie zostaje MVP, które zgarnia Chaucey Billups, w trakcie tych PO pracujący sobie na przydomek Mr. Big Shot, jednak wszyscy wiedzą, że to on jest najważniejszym graczem i sercem tej drużyny.

Wcześniej w tym roku Joe Dumars zatrudnił trenera Larry’ego Browna i pozyskał w transferze Rasheeda Wallace’a. W ten sposób stworzył drużynę będącą fizycznym odzwierciedleniem pojęcia synergia. Piątka Billups-Hamilton-Prince-Wallace-Wallace, zaczęła funkcjonować jak pięć palców jednej ręki, będąc w stanie w każdej chwili zacisnąć się w pięść i zgnieść nawet najlepszy atak przeciwnika. Obrona Pistons traciła zaledwie nieco ponad 84 punkty w meczu – 3 wynik w historii od czasu wprowadzenia zegara 24 sekund, a także rekordowe 11 razy  zatrzymywała rywali poniżej 70 punktów.
Najlepszym potwierdzeniem tego były playoffy, w trakcie których mecze wielokrotnie zahaczały o historyczne rekordy w ilości zdobytych punktów… a właściwie niezdobytych – w jednym ze spotkań gracze z Motown zatrzymali New Jersey Nets na 56 punktach. Zwycięstwa nie przychodziły łatwo, ale przychodziły. Pistons po dramatycznych seriach w półfinale i Finale Konferencji pokonali kolejno Nets i Pacers, odpowiednio 4:3 i 4:2, ostatni mecz wygrywając… 69:65. Po takim runie przystępowali do Finału NBA w roli totalnego underdoga. Naładowani talentem Lakers byli absolutnym faworytem. Seria rzeczywiście była zaskakująco jednostronna i skończyła się po zaledwie 5 spotkaniach… zwycięstwem Pistons. Mogło być nawet 4:0, ale w drugim meczu Finałów, Kobe Bryant trafił cudowną/szczęśliwą trójkę na dogrywkę. W Detroit i tak się mówi na to “Five game sweep”.

Przez defensywną mentalność i twardy styl gry, gracze Pistons zyskali sobie przydomek Bad Boys II, utwierdzając w ten sposób fanów, że tylko w ten sposób da się wygrywać w tym mieście. Oczywiście symbolem tej drużyny jest Ben Wallace i jego wielkie afro.

Jest 16 czerwca 2004 roku i ten dzieciak to ja. Po raz pierwszy rozumiem go, jego motywacje i to co nim rządzi. Koszykówka jest super, a piłka nożna lamerska. Palce mam poklejone plastrami, bo wciąż próbuję dunkować i wciąż rzadko mi to wychodzi.

Ciągle też nie ograłem Przyjaciela, ale już mogę chociaż walczyć. W przyszłym roku zacznę trenować w klubie i poziom się wyrówna. Mam luz w szkole, bo po egzaminach gimnazjalnych mogę robić co chcę.

Co jednak robię tego konkretnego dnia? DRĘ SIĘ. Jest noc a ja się drę. Budzę rodziców. Pewnie też sąsiadów. Ale mam to w dupie. Detroit Pistons właśnie prowadzą 20 punktami z Los Angeles w piątym meczu Finałów. Wychodzą z kontrą, zrezygnowani Lakers już nie wracają. Pistons mają przewagę w ataku, Ben Wallace wbiega jako trailer, dostaje piłkę na linii za 3, zatrzymuje się… rzuca… airball. Piłka przelatuje pewnie z metr na lewo od obręczy… a ja się DRĘ. To ten moment kiedy wiem, że nic im już nie zabierze tego zwycięstwa, że zniszczyli tych pieprzonych, znienawidzonych Lakers, że to w Los Angeles będzie płacz, że to koniec. MOJA DRUŻYNA ZOSTAŁA MISTRZEM NBA. MVP dla mnie jest oczywiście Ben Wallace, który razem z Sheedem zatrzymał Shaqa, a w ostatnim meczu zmiażdżył ten matchup. Bez żalu jednak przyjmuję nagrodę dla Billupsa, bo kocham go i zawsze będę kochał za te rzuty, które wtedy trafiał w tamtym runie Pistons. W tym ten jeden kluczowy z Nets z połowy boiska.

Ta drużyna jest moja, moja na zawsze i wiem jako kibic, że przy niej już zostanę.


Jest  19 listopada 2004 roku. Pistons grają pierwszy raz z młodą, rozwijającą się drużyną Indiana Pacers, po raz pierwszy od czasu wygranych przez siebie Finałów Konferencji. Między drużynami jest sporo złej krwi. Detroit wyraźnie przegrywa na niecałą minutę do końca czwartej kwarty. Ben Wallace ogrywa obrońcę w post i atakuje kosz. Ron Artest niepotrzebnie fauluje go przy próbie wsadu. Zawodnik Pistons nie wytrzymuje i popycha go tak potężnie, że na pierwszy rzut oka wygląda to na uderzenie. Dwaj najlepsi obrońcy w lidze i, być może, jej najlepiej zbudowani zawodnicy ruszają na siebie. Kiedy zaczynają rozdzielać ich koledzy, Ben wciąż jest w furii, a Ron leży na stoliku komentatorskim, szeroko się uśmiecha i stara jeszcze dodatkowo rozwścieczyć przeciwnika. Wtedy następuje zwrot akcji. Artest zostaje trafiony kubkiem z napojem i znika mu z twarzy pogardliwy uśmieszek. W szale rusza w trybuny wymierzyć sprawiedliwość razem z kilkoma zawodnikami Pacers. Zaczynają bić się z kibicami. To jedna z największych i najbardziej brzemiennych w skutki bójek w historii NBA. W jej konsekwencji Ben zostaje zawieszony na 6 spotkań, Artest na resztę sezonu, Stephen Jackson na 30 spotkań, a Jermaine O’Neal na 15. To początek końca tej drużyny Indiany Pacers, a Pistons wychodzą z niej suchą nogą.

Jest 20 listopada 2004 roku. Dowiaduję się o jednej z największych bójek w historii NBA. “Ben Wallace to twardziel” – myślę sobie.

Jest 23 czerwca 2005 i nienawidzę Spurs. Nienawidzę też Roberta Horry’ego bo znów mi to zrobił i w decydującym piątym meczu Finałów zamienił się na chwilę w Michaela Jordana. Pieprzony Robert Horry.

W liceum mój wuefista, kiedyś asystent w złotej drużynie Huberta Wagnera i tak już mówi na mnie EnBiEj. Frustruje się, że nie chcę grać w siatkówkę, a ja się frustruję, że on na wuefie każe mi grać w siatkówkę. To głupi sport. Przed prawie każdymi zajęciami daje mi szansę, robimy konkurs osobistych o to czy będzie siatkówka czy kosz. On rzuca podjajecznym. Niemal zawsze wygrywa, a jak przegrywa, pozwala reszcie klasy głosować czy będziemy grać w piłkę czy basket. Dlatego jeśli chcę grać w kosza, zostaje mi tylko SKS. No nic, nie szkodzi. I tak jestem w reprezentacji szkoły, złożonej z wszystkich 8 uczniów, którzy od matematyki wolą tu kosza… A za rok zacznę grać w klubie.

Jest 19 lutego 2006. Detroit Pistons po rozpoczęciu sezonu bilansem 37-5 umieszcza w All Star Game 4 zawodników. Mecz jest jedyny w swoim rodzaju. Tradycyjna zabawa i wesoła gra, zostaje przerwana, kiedy trener Wschodu, Flip Saunders, w drugiej połowie wypuszcza naraz 4 swoich zawodników z Motown wraz z Lebronem Jamesem. Oni nie potrafią grać dla jaj. Kibice są świadkami najlepszej obrony w All Star Game po 2000 roku, a Wschód wygrywa ostatni emocjonujący tego typu mecz 122 do 120. Lebron James zostaje MVP, jednak mi na zawsze pozostaje przed oczami widok Big Bena, Sheeda, Chauceya i Ripa, którzy zamiast robić festyn, przyszli pokazać gwiazdorkom na czym polega koszykówka.

Jest lipiec 2006 roku. Ben Wallace właśnie dostał ofertę kontraktu z Chicago Bulls. Wcześniej rynek spekulował czy podkoszowy walczak jest wart choćby 10 mln $ za sezon. Chicago daje 60 mln $ za 4 lata. Joe Dumars też jest hojny, jednak nie aż tak i nie zamierza przepłacać swojego zawodnika. Nie chce się zgodzić na nic powyżej 48 mln $. Ben nie chce opuszczać Detroit i w normalnych okolicznościach być może zrezygnowałby z większych pieniędzy. Jednak dwie rzeczy nie pozwalają mu przyjąć ich oferty. Po pierwsze większa kasa oznacza uznanie dla jego pracy. Z punktu widzenia tego co przeszedł, tak duży kontrakt to uhonorowanie jego kariery w równym stopniu co mistrzowski pierścień. Nieważne, że to co proponuje Joe Dumars to najwyższy kontrakt w historii Pistons. Po drugie Ben ma na pieńku z trenerem Flipem Saundersem. Flip, zamiast koncentrować się na niedociągnięciach obrony, kluczowych według Wallace’a, krytykuje swojego zawodnika za słabą grę w ataku. To dla zawodnika szokujące, bo wszyscy w lidze dobrze wiedzą, że nie to jest jego zadaniem. Te dwa czynniki, plus rozczarowujące playoffy, w których Detroit przegrywa w Finale Konferencji z Miami Heat, decydują o przyjęciu przez niego oferty Chicago Bulls. Ma być główną gwiazdą drużyny, mentorem i liderem w szatni. Pokaże Kirkowi Hinrichowi, Luolowi Dengowi i Benowi Gordonowi jak wygrywa się mistrzostwa.

Jest rok 2006 i stoję w rozkroku. Nie wiem co robić. Pieprzeni Chicago Bulls podkupili Big Bena. Pieprzony Joe Dumars poskąpił pieniędzy. Nienawidzę Joe. Kocham Bena i kocham Pistons. Teraz się zastanawiam, czy nie zacząć kibicować Bulls, skoro tam poszedł Wallace. To jedyny moment w moim życiu, kiedy zastanawiam się czy nie porzucić  drużyny z Motown i nie pójść za graczem. Ostatecznie moje serce zostaje w Detroit, ale oglądam wszystko co mogę zarówno w ich wykonaniu jak i w wykonaniu Bulls. Boli mnie to, bo widzę że Pistons stracili serce, a ono się nie przyjęło w Chicago jak nieudany przeszczep.

W ramach “Fruwając pod koszem” w Gazecie Wyborczej pojawia się tekst o Dumarsie “Zamienił stryjek trzy drągi na kijek”. Autorzy kultowego Supergiganta piszą:

“Wraz z odejściem “Big Bena” Pistons stracili charakter i serce. Tylko co miał zrobić Dumars? Zatrzymywać za wszelką cenę starzejącego się, słabnącego, skłóconego ze swym trenerem centra? Postąpił racjonalnie. Pozwolił Wallace’owi odejść. Tylko co z tego?”

Tekst wrył mi się w mózg, bo bardzo dobrze oddawał problem GMa Pistons. Głupie, logiczne decyzje. Ależ go wtedy nie lubiłem.

Obie moje drużyny mnie rozczarowują, a apogeum mojego bólu następuje wiosną 2007 roku, kiedy grają przeciwko sobie. Ben w serii przeciwko Detroit ewidentnie nie jest sobą, a ja oglądam te spotkania odrętwiały. Pistons wygrywają serię dość pewnie, prowadząc już 3-0, ale ja nie chcę tego pamiętać. Uwielbiam Chrisa Webbera, którego pozyskanie okazało się stealem dla drużyny z Motown w tamtym sezonie, ale nie mogę patrzeć jak nie ustępuje mojemu bohaterowi. Nawet kibicując Tłokom, czuję, że Big Ben POWINIEN go miażdżyć.

Detroit, grając bez serca, przegrywają potem w Finale Konferencji z coming-out party Lebrona Jamesa, a ja jestem smutny. Czuję, że oglądam zmierzch tej drużyny i mojego idola.

Sam chcę być jak Big Ben, ale przez to, że jestem w liceum matematycznym i mało tu orłów, w szkolnej kadrze mogę robić co chcę. I tak jak on w high school, lubię sobie rzucić za trzy. Nie to żebym trafiał, ale rzucanie jest fajne. Dopiero później dowiem się, jak bardzo podobny w tym jestem do idola. Nie gram jeszcze w klubie, ale za rok na pewno zacznę, w końcu w liceum mam marny poziom koszykówki.

Jest rok 2008 i na uczelnianym AZSie mam ksywkę Wooden. Przechodzę ten sam szok, co Wallace na początku studiów. Okazuje się, że nie jestem takim kozackim graczem jak myślałem i że nie powinienem rzucać za 3. Jestem za to drewniany i kumple mówią na mnie “Drewniany Maciek”, a trener z sobie tylko znanych przyczyn woła na mnie Oden. Ktoś to łączy i powstaje Wooden. Teraz jestem drewniany po angielsku. Jednak w historii Big Bena zawsze najbardziej kocham 3 rzeczy: jego waleczność, jego obronę i to że zawsze był underdogiem. Dlatego Wooden od razu przypada mi do gustu. Czuję się trochę Wallace’owato. Odkrywam też ligi amatorskie, a kumpel z AZSu pokazuje mi siłownię i koszykówkę na świeżym powietrzu. Przedstawia ludziom grającym na Agrykoli i wsiąkam. Moja pasja wchodzi na nowy poziom i już nigdy nie jest mniejsza. Trener na AZSie mówi mi, że powinienem zacząć trenować w klubie. Mówię mu, że za rok.

Jest 7 sierpnia 2009 roku. Z mocarstwowych planów Bena Wallace’a nic nie wyszło. Od czasu przyjęcia oferty Bulls, jego kariera znalazła się na równi pochyłej. Choć młoda drużyna z nim w składzie poczyniła wyraźny postęp, jego samego zaczęło zawodzić zdrowie. Ten człowiek z żelaza o perfekcyjnej etyce pracy, jest nawiedzany przez nieustanne problemy z kolanami. W końcu, po półtora roku obowiązywania kontraktu, Bulls oddają go do Cleveland Cavaliers, desperacko szukających wzmocnień po przegranych Finałach ze Spurs. Jednak w tamtej drużynie też nie pasuje i jest zmuszany do gry na, nienaturalnej już dla siebie, pozycji silnego skrzydłowego, obok Zydrunasa Ilgauskasa. W końcu, po kolejnych półtora roku rozczarowań i kłopotów ze zdrowiem, Cavs oddają go w czerwcu 2009 do Suns w wymianie za Shaquille’a O’Neala, a ci wykupują jego kontrakt.

Teraz Ben jako wolny agent postanawia wrócić do Detroit. To nie jest już ta drużyna jaką opuszczał. Dopiero co Allen-jużcięnielubię-Iverson rozpieprzył im szatnię.  W składzie panuje bałagan. Nie ma już Billupsa i Sheeda. Prince i Rip są przedmiotami ciągłych rozmów transferowych. Pistons wchodzą w fazę przebudowy i dla wszystkich jest jasne, że Wallace ma być kimś kto osłodzi fanom ten proces. Maskotką. Big Ben dołącza do zespołu, mając w głębi duszy świadomość, że prawdopodobnie już nigdy nie zagra w playoffs.

Jest rok 2009 i hej, cieszę się… ale tak na smutno. Big Ben znowu gra w Detroit, ale czuć w powietrzu, że ten team już nie żyje. I choć cieszę się, że Ben tu wrócił, czuję nadciągającą katastrofę.

W tym roku, kiedy kończą się na lata mistrzowskie ambicje Pistons, w trakcie artroskopii kolana, lekarz-bandyta przecina mi więzadło krzyżowe. Kończy tym też moje mistrzowskie aspiracje, więc razem z Detroit i Benem żegnam się z marzeniami o koszykarskich sukcesach. Wygląda na to, że nigdy nie będę grał w klubie.

Mam za to czas na oglądanie NBA i widząc, że Wallace jest na ostatniej prostej swojej kariery, głównie dla niego oglądam “na żywo” wszystkie spotkania Detroit w tym smutnym dla nas sezonie.

Jest rok 2012. Po kolejnym nieudanym sezonie zespołu Ben Wallace postanawia zakończyć karierę. Kończy zawodniczą karierę jako Mistrz NBA, 4-krotny najlepszy obrońca sezonu, 4-krotny All Star, 6-krotny członek All Defensive Teams, 5-krotny członek All-NBA Teams, co najmniej dwukrotny kandydat do nagrody MVP, były najlepszy blokujący i zbierający ligi, a także jedyny stricte defensywny zawodnik, który kiedykolwiek był na okładce dużej gry sportowej o NBA – NBA 2k5. Przyszły Hall of Famer.

Kończy tak jak przyszedł. Bez fajerwerków i bez fanfar. Jednak kto ma wiedzieć ten wie. Kto ma tęsknić ten będzie tęsknił

Jest kwiecień 2012 roku. Wróciłem do grania w koszykówkę i gram dużo.  Grywam w różnych klubach na poziomie okręgówki, a także w ligach akademickiej, biznesowej i dwóch głównych warszawskich. Gram przyzwoicie ale bez większych sukcesów. Już rozumiem że poziom amatorski to jest mój poziom. Cóż, nie mogę być Benem zawodowo, to będę amatorsko. W końcu ciągle jestem drewniany i lubię to. Nigdy też nie spędzałem tyle czasu na siłowni co teraz. To też lubię.

W jednej z drużyn, przez jakiś czas moim trenerem był były zawodnik NBA, Mike Ansley. Zapytał mnie “Kto jest Twoim ulubionym podkoszowym w lidze”. Powiedziałem, że zawsze Big Ben. Odpowiedział:

Sooo, you gotta defend big fella!”. Staram się tego trzymać.

Szykuję się właśnie na Akademickie Mistrzostwa Polski, gdzie mamy pewne szanse powalczyć, jednak nie jesteśmy faworytami. To i tak lepiej niż Detroit, które właśnie kończy sezon. Ostatni sezon w karierze Bena Wallace’a, który został w lidze dłużej niż zamierzał, chyba tylko po to żeby nauczyć twardości i obrony młodego, utalentowanego podkoszowego wyciągniętego przez Detroit w drafcie – Grega Monroe. Znowu oglądam każdy mecz tego żałosnego sezonu, bo żegnam się z człowiekiem, którego śledziłem przez 10 lat w NBA.

Ben przechodzi na emeryturę rok za wcześnie. Greg okazuje się nie być przyszłością Pistons, bo wybierają oni w drafcie 2012 roku jeszcze młodszego i jeszcze bardziej utalentowanego gracza niż on. Nazywa się Andre Drummond i nic nie przydałoby mu się bardziej niż wspólne trenowanie z Benem Wallace i jego mentoring.

Jest rok 2016. Ben Wallace chodzi po parkiecie The Palace of Auburn Hills. Na trybunach siedzi jego rodzina i przyjaciele z boiska. Hala jest pełna, tak jak za czasów kiedy notował w niej swoje najlepsze występy. Fani wiwatują. Wszystkie światła skierowane są tylko na niego, a on ze łzami w oczach deklamuje mowę pożegnalną. Potem, wraz z rodziną patrzy jak jego koszulka wędruje pod kopułę Pałacu. Nie jest w stanie ukryć wzruszenia. Nigdy nie powinien był odchodzić z klubu, ale teraz wie, że choć cząstka jego zostanie tu na zawsze. W jego prawdziwym domu. Tu ludzie go kochają i nigdy nie zapomną mu tego, jak niesamowitym koszykarzem był.

Jest rok 2016. Wróciłem do amatorskiego grania po drugiej operacji więzadła krzyżowego, znowu inspirując się Benem i jego ciężką pracą. W rok po kontuzji zajęliśmy z kolegami miejsce w Top 10 Mistrzostw Polski w koszykówce 3×3, a ja jak zawsze kryłem największych zawodników przeciwnika. Niemal zawsze sporo wyższych, często silniejszych i dużo lepiej wyszkolonych. Dawałem im się obijać i jedyne co mogłem im przeciwstawić to twardą obronę, waleczność i grę z pełnym zaangażowaniem. Nie zawsze się udawało, ale po rocznej rehabilitacji, ponownie mogłem się poczuć jakbym miał afro.

Prawdziwy człowiek od afro natomiast dostarczył mi znowu najlepszy moment sezonu. Oglądałem wzruszony ceremonię powieszenia jego koszulki pod kopułą hali w przerwie meczu z Golden State Warriors. W tym meczu przeciętna drużyna Pistons ograła blowoutem być może najlepszą drużynę w historii koszykówki. To jedyna porażka Warriors w tym sezonie, której nie da się łatwo wytłumaczyć. Ben Wallace znowu był na boisku i choć nie grał, zainspirował nowy team Detroit do gry pełnej serca i zaangażowania. Tak właśnie działa na ludzi.

Czytam list Draymonda Greena do Big Bena opublikowany przed meczem z Detroit i czuję się jakbym sam go pisał, choć nie wychowałem się w Michigan i nie jestem zawodowcem:

“Thank you, Mr. Wallace, for showing me that it is possible to make it to the NBA and wreak havoc while being undersized! Hopefully, there is a kid watching me and wondering the same things I did about you, realizing that man does not have the ability to judge what’s in another man’s heart! 
Congrats, Big Ben.”

Za to kocham Draya. To, obok rookie Stanleya Johnsona, mój nowy zawodnik po Big Benie. Ale Ben Wallace był tylko jeden.

Niemal 10 lat po tym jak Ben tak naprawdę opuścił Detroit, wciąż kibicuję tej drużynie. Oglądam jej kolejne mecze czy wygrywa czy przegrywa. Często sam się na siebie złoszczę za tę dobrowolną stratę czasu. Czas stał się dla mnie towarem deficytowym, gram już dużo mniej niż kiedyś, ale i tak zawsze znajdę chwilę żeby obejrzeć mecz Pistons. Czasem nawet coś o nich napiszę.

Jak gram, zawsze przede wszystkim skupiam się na obronie. Kocham zbierać, uwielbiam blokować i przechwytywać piłki. Nigdy nie byłem dobrym graczem i nigdy nie będę, ale nikt nie odmówi mi tego, że umiem grać twardo i z zaangażowaniem. Wciąż wszyscy moi znajomi z kosza mówią na mnie Wooden i kocham to, bo dla mnie brzmi to Benowato. Znam dużo ludzi zakochanych w Michaelu Jordanie, Kobe Bryancie czy LeBronie Jamesie. Tatuują sobie na ciele ich imiona i sylwetki. Chcą być jak oni. Ja zawsze chciałem być tylko Big Benem i mam go wyrytego w sercu.

Często słyszę pytania o moją pasję, która stała się dla mnie aż tak ważna: Czemu koszykówka? Czemu grasz w ten sposób? Czemu tak bardzo chcesz dalej grać? Czemu wracasz mimo kontuzji? Czemu tak lubisz swoją ksywkę? Czemu Detroit Pistons? Czemu po nocy oglądasz mecze tak miernej drużyny? Czemu…?
Znam tylko jedną odpowiedź.

Big Ben Wallace.

Mój.

50

KOMENTARZE

  1. widać, ze to fan Bena pisał, Ben to 100% prowodyr zadymy z Artestem. To Ben sie na niego rzucił a nie “na siebie” a stwierdzenie “niepotrzebnie faulowal” to jakis zart? Pisze o tym bo przez to nienawidzilem lige przez dlugo za to jak niskie kary dostali gracze DP w porownaniu z IP.

    Lubię to: 2
    • Każdy może tę sytuację odtworzyć, nawet dokumenty o niej robiono. Wciąż żałuję tamtych Pacers ale tak duże kary poszły za lanie kibiców, gdyby skończyło się na burdzie między graczami nikt by więcej niż 10 spotkań nie dostał.

      Lubię to: 0
  2. Z racji wieku nie pamiętam czasów, gdy Ben grał na parkietach NBA, ale oglądając mecze z tamtych czasów na prawdę pokochałem gościa. On i Dennis Rodman to mój ulubiony typ koszykarza. Aż chce się napisać coś, czego bardzo nie lubię: szkoda, że już takich nie ma.

    Lubię to: 4
  3. DEEEEEEEEEEEEETROIT BASKETBAAALLLL!!!!!!

    Ja najbardziej lubilem Chaunceya, ale tak naprawde kochalem cala pierwsza piatke, wlasnie za ten brak gwiazd zespolowa gre i twarda, najlepsza w lidze obrone.

    Oh jaki byl smuteczek po porazce w finalach ’04 ze swoim klonem z zachodu…

    Na strychu u rodzicow gdzies leza kasety z nagranymi finalami, ale nie oszukujmy sie – tego dzisiaj nie daloby sie ogladac

    Lubię to: 1