Dzień, w którym Ron Artest wtargnął na trybuny

5
cbssports.com

Często zdarza się, że kwestia zdobycia mistrzostwa rozstrzyga się w ciągu zaledwie kilku sekund. Ta jedna chwila wystarczy, aby wielomiesięczny wysiłek poszedł na marne. Z reguły takie dramaty obserwujemy późną wiosną, ale historia notowała również przypadki, kiedy realne szanse na tytuł zostały zaprzepaszczone już w listopadzie.

Wydaje się, że po blisko 14 latach ciężko jest napisać coś nowego na temat niesławnych wydarzeń z Detroit. Wiele osób do dziś pamięta przebiegającego przez kolejne rzędy krzeseł Rona Artesta czy uciekających tunelem do szatni graczy Pacers. To nie był codzienny widok – nawet dla ludzi, którzy mieli okazję obserwować liczne draki na zawodowych parkietach w poprzednich dekadach. Słynący przecież z brutalnego, a na pewno niesportowego stylu gry “Bad Boys” nie raz prowokowali swoich rywali do rękoczynów. Cięzko byłoby pewnie znaleźć fana Pistons, który nie wspomina z nostalgią Billa Laimbeera czy Ricka Mahorna.

W Detroit kibice byli więc przyzwyczajeni do poza koszykarskich atrakcji rodem z “Wrestlemanii”. Jeśli ktoś chce, może tu też poszukać mniej lub bardziej na siłę jakichś dodatkowych powiązań z faktem, że to miasto niemal od zawsze zaliczało się do krajowej czołówki niemal we wszystkich kryminalnych statystykach.

Mieszkańcy Detroit widzieli już wiele, ale na coś takiego jak awantura z 19 listopada 2004 r. nawet oni nie byli gotowi.

Zacznijmy od początku.

Mecz, który miał być hitem piątkowego wieczoru w dopiero co rozkręcającym się sezonie NBA był w rzeczywistości dość jednostronnym widowiskiem. Grający u siebie obrońcy tytułu nie pokazali się z najlepszej strony i już do przerwy przegrywali różnicą 16 punktów. W małym stopniu przypominali zespół, który niecałe pół roku wcześniej, głównie dzięki fenomenalnej defensywie, zapewnił sobie mistrzostwo w serii z faworyzowanymi Lakers.

Akurat tego dnia Pistons byli wyjątkowo niedysponowani, nawet na bronionej części boiska. Ledwie dwie kwarty wystarczyły, aby stracili blisko 60 punktów. Dla porównania – sezon wcześniej ich rywale z reguły przekraczali tę granicę dopiero w ostatniej części gry. W marcu 2004 r. Detroit Pistons zaliczyli nawet rekordową serię pięciu kolejnych meczów, w których przeciwnicy nie dawali rady rzucić 70 (!) punktów. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, to absolutnie niebywałe osiągnięcie.

Tego dnia kibice zgromadzeni w hali The Palace nie mieli jednak wielu powodów do dumy. Trybuny wyraźnie opustoszały w ostatnich minutach, kiedy Pacers wciąż dość łatwo kontrolowali przebieg spotkania. Gdy zegar odliczał ostatnie kilkadziesiąt sekund nikt nie spodziewał się już ani sensacyjnych rozstrzygnięć, ani zapierających dech w piersiach akcji. To był typowy garbage time, nazwijmy to dosłownie “śmietnikowym czasem”, który – jak sama nazwa wskazuje – z reguły zarezerwowany jest dla graczy z samego końca ławki rezerwowych.

Tymczasem z  jakiegoś powodu oba zespoły miały jeszcze na parkiecie swoich kluczowych przedstawicieli. Skutki tych decyzji okazały się katastrofalne, szczególnie dla gości z Indianapolis.

Przy wyraźnej przewadze jednej ze stron ostatnia minuta meczu nie ma z reguły większego znaczenia. Wszyscy są już myślami w szatni albo wręcz hotelowym pokoju. Nie ma w tym nic dziwnego przy tak napiętym terminarzu.

W nieco chaotycznie rozegranej akcji zbudowany niczym gladiator Ben Wallace otrzymuje piłkę od Ripa Hamiltona, mając za swoimi plecami sporo mniejszego Stephena Jacksona. Co naturalne w tej sytuacji, gra z nim jeden na jeden i bez większych problemów dostaje się pod sam kosz. Jackson niespecjalnie się tym przejmuje, właściwie tylko odprowadza Wallace’a wzrokiem. Na zegarze pozostało w końcu tylko kilkadziesiąt sekund do końca meczu.

Nieoczekiwanie znikąd pojawia się Ron Artest, który zdecydowanym, aczkolwiek wcale nie aż tak brutalnym faulem przerywa całą zabawę. Wszystko w myśl zasady, że nie ma łatwych punktów – bez względu na wynik.

Dochodzi do bezpośredniej konfrontacji dwóch być może najlepszych defensorów poprzedniej dekady.

Poznajmy głównych bohaterów zdarzenia, które dziś wszyscy pamiętają po prostu jako “Malice at The Palace”.

Ron Artest miał już wówczas reputację jednego z największych twardzieli w lidze. Dla nikogo nie był anonimowy. Był aktualnym laureatem nagrody dla najlepszego obrońcy sezonu. Wiosną otrzymał to wyróżnienie kosztem Bruce’a Bowena z San Antonio Spurs. Gregg Popovich otwarcie krytykował  wówczas wybór dziennikarzy. Artest nie miał jednak większego respektu przed Bowenem. Jego odpowiedź na zarzuty Popa? Szczera aż do bólu:

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

37

KOMENTARZE

  1. Fajny art.
    Zawsze mnie jednak dziwi, że akcja z G7 Lakers-TB – ten lob do Shaqa od KB jest uważany za najważniejszą akcję meczu.
    “Gwoździem do trumny być może kolejnej “Blazermanii” okazała się ta akcja.”
    Lakers prowadzili już czterema punktami po dwóm osobistych Kobego i potem jego jumperze nad Pippenem. I ten jumper dzieciaka KB nad wyjadaczem Pippenem jakoś umyka w highlightach.
    Poza tym ten mecz jeszcze się trochę ciągnął. Było jeszcze trochę nietrafionych rzutów wolnych i wszystko mogło się różnie potoczyć. Obszerniejszy skrót dostępny na YT.
    Taka tam dygresja.

    Lubię to: 1