Kolanowski: Fabryka Gwiazd w Oakland (II)

2
fot. YouTube

Piotr Kolanowski kontynuuje opowieść o Golden State Warriors. Tym razem czas na drugą część. Jeżeli ominąłeś pierwszą, koniecznie zacznij tutaj.


Młody obrońca Golden State Warriors rozpoczynał swoją karierę jako anonimowa postać.

Umknął wielu poszukiwaczom talentów w dużej mierze z tego względu, że nie grał w organizowaną koszykówkę aż do ostatniej klasy w Washington High School w północnej części Milwaukee. W reprezentacji szkoły znalazł się zresztą dosyć przypadkowo. Właściwie tylko dlatego, że pewnego dnia spotkał na korytarzu Jamesa Gordona – trenera szkolnej drużyny, który namówił go do przyjścia na salę.

Wcześniej temu utalentowanemu chłopakowi z rozbitej rodziny niespecjalnie zależało na regularnych treningach. Grał w kosza dla czystej przyjemności. Regularny streetball, dziesiątki godzin na asfaltowych boiskach, ale nic poza tym. Spotkanie z trenerem Gordonem na zawsze odmieniło jego życie. Od tamtej pory Latrell Fontaine Sprewell – może trochę nieświadomie, ale jednak – zaczął wyrabiać sobie pozycję w koszykarskim światku.

W swoim jedynym sezonie rzucał średnio 28 punktów i był największą gwiazdą szkolnej drużyny Washington. Było to jednak za mało, aby otrzymać choćby jedną ofertę stypendium z którejś uczelni z I dywizji NCAA. To byłoby zbyt piękne. Zamiast tego Latrell musiał zadowolić się opcją przeprowadzki do odległego Poplar Bluff w Missouri. W tym niewielkim mieście, w którym mieszka tylko kilkanaście tysięcy ludzi, znajduje się równie niewielka i mało znacząca szkoła Three Rivers Community College.

Przejście przez nawet tak pozornie mizerny etap aż do NBA nie byłoby wcale aż tak nieprawdopodobne. Nauka notowała w końcu już podobne przypadki, jak choćby ten Dennisa Rodmana. Tymczasem Latrell Sprewell nie wykorzystał nawet tej szansy. Został zawieszony przez trenera Gene’a Bessa za konflikt z prawem – został przyłapany na kradzieży w jednym z lokalnych sklepów.

Na parkiecie Sprewell był jak nieoszlifowany diament. Grał bardzo intensywnie, nie tylko w ataku, ale również w obronie. Po incydencie w Missouri tracił jednak szansę na jakąkolwiek poważną grę. W dodatku miał też inne problemy na głowie. Jego ówczesna dziewczyna spodziewała się drugiego dziecka i musiał myśleć o zapewnieniu jak najlepszych warunków swojej powiększającej się rodzinie.

Wszystko to w wieku niespełna 20 lat.

Kiedy wydawało się, że znalazł się pod ścianą, a jego dopiero co i tak raczkująca kariera legła w gruzach, dość nieoczekiwanie pomocną dłoń wyciągnęła uczelnia Alabama. Uznany trener Winfrey „Wimp” Sanderson widział go u siebie i wyszedł z propozycją transferu, co zgodnie z przepisami NCAA wiązało się oczywiście z kolejnym rokiem przerwy w grze. Dla Sprewella była to jednak niewielka cena za możliwość uratowania swojego koszykarskiego życiorysu.


W Alabamie trzymał się z dala od kłopotów. Według wspomnień Sandersona jego jedynym poważniejszym wykroczeniem było spóźnienie się na autobus na jeden z meczów wyjazdowych. Poza tym był wzorowym graczem do prowadzenia przez szkoleniowców. Punktualny na treningach, a przede wszystkim zdolny do poświęceń dla dobra zespołu.

Ta punktualność na treningi wiązała się poniekąd z inną pasją Sprewella, jaką były… sprzęty Hi-Fi. Dobry kumpel Latrella z Alabamy, a później jego rywal z NBA, Robert Horry pamięta, że zawsze ustawiał on budzik w swojej wieży o określonej godzinie, przez co głośna muzyka budziła wszystkich w akademiku.

Sprewell nie był zresztą tylko biernym użytkownikiem sprzętów grających, ale także zamiłowanym majsterkowiczem i chętnie reperował je w wolnym czasie. Wśród swoich kolegów z drużyny zawsze był znany jako specjalista od stereo.

Z racji wcześniejszych zawirowań Latrell nie zagrzał oczywiście długo miejsca w Alabamie. Swoją przygodę z NCAA skończył po ledwie dwóch sezonach. W ostatnim roku zaliczył solidne statystyki na poziomie 17,8 punktu oraz 5,2 zbiórki, po czym przyszła pora na NBA i przeprowadzkę do Oakland.

Sprewell znalazł się właściwie w wymarzonej dla każdego debiutanta sytuacji. Nie trafił przecież do zespołu będącego w przebudowie. Warriors byli na fali wznoszącej. Kiedy David Stern ogłaszał podczas ceremonii draftu, że Golden State wybierają właśnie Sprewella, komentujący to wydarzenie w telewizji Doug Collins wyrażał poniekąd obawy, czy w rotacji Dona Nelsona starczy minut dla debiutanta z Alabamy. W Oakland nie brakowało w końcu graczy obwodowych i wszyscy myśleli, że Dubs poświęcą swój wybór na kogoś wysokiego, jak Elmore Spencer czy Sean Rooks (sugerowani przez Collinsa) lub ewentualnie P.J’a Browna (faworyt Hubie’ego Browna).

Nelson w swoim stylu zagrał jednak wszystkim na nosie i jak się okazało, ponownie miał rację.

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Subskrybcja

Uzyskaj dostęp do
pełnej treści artykułów.
Poprzedni artykułDraft 2018: The good, the bad, the what the fuck
Następny artykułBig3, czyli Amar’e, Nate i Jermaine O’Neal w jednej drużynie

2 KOMENTARZE