Flesz: Golden State Houston 4-3

43
fot. AP Photo
fot. AP Photo

Finał Konferencji Zachodniej
(1) Houston Rockets, (2) Golden State Warriors 3-4
Mecz nr 1: 106:119
Mecz nr 2: 127:105
Mecz nr 3: 85:126
Mecz nr 4: 95:92
Mecz nr 5: 98:94
Mecz nr 6: 86:115
Mecz nr 7: 92:101

Na 6 minut i 28 sekund przed końcem meczu nr 7 finałów Konferencji Zachodniej P.J. Tucker złapał podanie w lewym rogu boiska od penetrującego Erica Gordona. Potężny i zadziorny wingman Houston Rockets złożył się do rzutu i wypuścił piłkę z rąk. Dynamiczny ruch prawego nadgarstka wybił piłkę łukiem na wysokość 4 metrów i 28 centymetrów nad parkiet. Piłka wzbiła się w powietrze znaną Tuckerowi trajektorią, następnie symetryczną parabolą opadła i delikatnie przebiła siatkę zawieszoną na obręczy przyczepionej do konstrukcji kosza w hali Toyota Center w Houston.

Był to celny rzut za trzy. A sight to behold.

Był to pierwszy celny rzut za trzy dla drużyny Houston Rockets, po tym jak zespół, który co rok bije rekordy w ilości celnych rzutów za trzy, nie trafił 27 rzutów za trzy z rzędu i ustanowił tym samym nowy, niechlubny rekord w historii play-offów NBA.

Nie znam odpowiedzi. Eric Sidewater, akredytowany przez 76ers bloger z podcastu “Sixers Science” napisał na Twitterze, że “Prawdopodobieństwo tego, że trafiający 36,2% rzutów za trzy Houston Rockets spudłują 26 – nie 27 – rzutów za trzy z rzędu to 0,00084% lub szansa jedna na 118757.”

Analityka może pokazać nam liczbę – i przysięgam moja cierpliwość do nich kończy się po drugiej cyfrze po przecinku – ale czy wytłumaczy, to co sprawiło, że w decydującym meczu finałów Konferencji Zachodniej Houston Rockets we własnej hali spudłowali 29 z ostatnich 30 rzutów za trzy w ostatnich 31 minutach meczu?

Trudno wytłumaczyć jest dlaczego James Harden poszedł w 0/11 za trzy w ostatnich 30 minutach decydującego meczu; dlaczego Trevor Ariza poszedł w 0/11 za trzy w ostatnich 48 minutach sezonu; dlaczego znakomity do przerwy Eric Gordon był nagle zupełnie innym graczem od startu trzeciej kwarty i poszedł w 0/7 za trzy po świetnym starcie.

Dlaczego w meczu nr 7 finałów Konferencji Wschodniej na swoim parkiecie, na swoich koszach Terry Rozier poszedł w 0/10 za trzy; dlaczego Marcus Smart poszedł w 1/10 z gry; dlaczego w ostatnich 6 minutach decydującego meczu sezonu Boston Celtics oddali 10 rzutów z dystansu i trafili tylko jeden.

Trudno wytłumaczyć dlaczego uzyskane zostały właśnie takie rezultaty, ponieważ większość tych rzutów za trzy oddanych zostało z dobrych do bardzo dobrych pozycji. A na pewno dramatycznie nie innych, niż te, które oba zespoły widziały w poprzednich sześciu meczach serii.

Wg nba.com Celtics trafili w drugiej połowie meczu nr 7 tylko 1 z 17 rzutów za trzy określanych jako “open” (4-6 stóp) i “wide-open” (6 stóp i dalej); Rockets 1 z 15.

Na koniec obu wielcy gracze trafiali trudne rzuty. Za to gracze klasy średniej nie mogli trafić łatwych. To na koniec okazała się być różnica. I takie wytłumaczenie znajduje multum przykładów w 72-letniej historii ligi. Gwiazdy są po to, by znajdować spokój i niewzruszenie w kluczowych momentach, kiedy gracze aspirujący nie są w stanie dorosnąć do momentu.

Znajduje też swoje, aczkolwiek śliskie i trudne do sprecyzowania, wytłumaczenie w psychologii. Presja, ciężar odpowiedzialności. Pamiętasz badania sprzed kilku lat, które wykazały, że zawodnicy w crunchtime lepiej trafiają rzuty wolne na wyjeździe, niż u siebie? Analityce koszykarskiej trudno będzie wytłumaczyć dlaczego Rockets i Celtics trafili na spółkę zaledwie 2 z ostatnich 40 rzutów za trzy w tym sezonie (!). Chociaż doceniając intelekt grupy, bez sarkazmu jestem przekonany, że podjęte zostaną próby i może wyjaśnienie się znajdzie.

Boston Celtics nie mogli poradzić sobie z LeBronem Jamesem, a Houston Rockets nie mogli poradzić sobie z mentalnym wytrzymaniem posiadań, w których Stephen Curry znajduje się pod koszem i zbiega do rogu. Zach Lowe zażartował na Twitterze, że ta akcja powinna mieć swoją nazwę. Jest to coś podobnego do wjazdów z piłką do kosza i powrotów na obwód Steve’a Nasha (“Nashing”). Tylko, że Curry pozbywa się piłki, przebiega przez pole trzech sekund i ta wraca do niego. Często otrzymuje podanie spod kosza, jako dowód czasów, w których jest NBA, gdy layupy zamieniane są na rzuty za trzy.

Curry trafił w ten sposób właśnie przynajmniej cztery ze swoich 7 trójek (7/15 3PT) i kiedy Rockets nie mogli trafić żadnej, Curry obracał mecz w trzeciej kwarcie, zdobywając w niej 14 ze swoich 27 PKT. Miał też 10 AST, 9 ZB, 4 PRZ. Następnie podpięli się pod ten zryw 33-15 z trzeciej kwarty rypany do przerwy na deskach przez Tuckera Kevin Durant – 5/11 3PT, 34 PKT – i faulujący jak opętany Klay Thompson – 3/7 3PT, 19 PKT.

Szmer publiczności w Houston w czwartej kwarcie był dokładnie ten sam, który towarzyszył koszykarzom w ostatnich minutach meczu nr 7 w Bostonie.

Ale możemy wrócić się do tego zamieniania rzutów za dwa, na rzuty za trzy, jako idei, która na końcu obu serii zniszczyła Boston i Houston.

Bo demolka, którą James Harden i Clint Capela do przerwy uskuteczniali selekcją fenomenalnych lobów, powinna być kontynuowana w drugiej połowie.

Że “jedna z naszych najgorszych kwart” powinna być kontynuowana po przerwie przeciwko drużynie autora tych słów, czyli Steve’a Kerra.

Że gracze obu drużyn – Houston i Bostonu – powinni pracować trudniej na to, żeby dostać się do pola trzech sekund i np oddać lay-up i spróbować go trafić. Dokonana musiałaby jednak zostać kompletna zmiana filozofii, a z każdym kolejnym sezonem przyzwyczajamy się do tego, że koszykówka może być grana już tylko w jeden sposób. I do myśli dziś, że za zaniechaniem penetracji i wykończeń stać może ewentualne zmęczenie graczy drużyn, które przez ostatni tydzień, co drugi dzień, grały krótkimi rotacjami 6-7 zawodników.

Nie tylko fizyczne zmęczenie, ale mentalne. Ten klif, który im bardziej człowiek zmęczony, staje się wyższy. Proces rozprężenia potrafi zaskoczyć swoją szybkością. I upadkiem. Nagle z koncentracji po małym niepowodzeniu możesz przejść do frustracji i paść na zbity pysk. Albo usiąść na chwile i już się nie podnieść. Ale co ze mnie za psycholog, żeby to analizować. Nie wiem. Myślę o obu meczach nr 7, bo oba były bardzo podobne. Trudno jest na końcu oddzielić zwycięzców od przegranych. Na pewno łatwiej, gdy jednym z tych pierwszych jest LeBron James w swojej 8 z rzędu wizycie do finałów NBA. Trudniej w serii Warriors i Rockets, w której Andre Iguodala opuścił cztery, a Chris Paul dwa ostatnie mecze.

Nie ma żadnego zaskoczenia w tym, że Golden State Warriors dostali się do finałów NBA. Może za kilka tygodni, miesięcy, a może dopiero za kilka lat, dowiemy się czy Steve Kerr i Draymond Green faktycznie tak bezgranicznie ufali w proces Warriors, że po meczu nr 5 obaj mówili o wielkim optymizmie związanym z dalszymi losami tej serii.

Warriors napisali swoją historię powrotu z dwóch najgorszych swoich crunchtime’ów w tym sezonie i ze stanu 2-3. Curry miał różną serię, ale wracał w niej spektakularnie w drugiej połowie meczu nr 3 i w drugiej połowie meczu nr 7. Na końcu był powodem nr 1 dla którego Warriors wygrali. Wielki gracz trafiał wielkie rzuty. Może Chris Paul, gdyby grał, trafiłby jakiś?

Ktoś dobrze napisał: trafiający Durant jest wielkim graczem, trafiający Curry zmienia mecze, zmienia sport.

Wrażenie jednak, że to w nie większym stopniu Golden State Warriors i LeBron James wygrali mecze nr 7, jak Houston Rockets i Boston Celtics je przegrali.

Wrażenie, że zadrżała ręka, że zawodnicy oddając rzut w drugiej połowie wiedzieli – jeśli nie dokładnie “Ile?” – to że dużo rzutów za trzy oddanych przed ich rzutem, było niecelnych. To, wraz z napięciem wyczekiwania kibiców na to, aż piłka rzucona niewysokim łukiem przebije wreszcie siatkę zawieszoną na obręczy przyczepionej do kosza w halach TD Garden i Toyota Center, mogło zaważyć na ich porażkach.

Gerald Green został zapytany przez dziennikarza po meczu jak się czuje:

“Heartbroken”

Dziennikarz dopytał się go, czy mógłby swoją odpowiedź zawrzeć w więcej, niż jednym słowie:

“Heart…. Broken”

To jest serce i serce jest złamane. To jest sport i jest w nim znacznie więcej, niż parabole i zera po przecinku.

A ból… ból jest prawdziwy.

“One day, in retrospect, the years of struggle will strike you as the most beautiful.”

Nie mam nic więcej. Naprawdę nie mam nic więcej. Czuję się wypalony.

31

KOMENTARZE

  1. Być może jesteśmy właśnie świadkami tworzenia się historii. Jimson ciągle powtarza, że to porażka GSW z Cavs w finałach 2016 sprawiła, że GSW zwerbowali Duranta do gry u nich. Czy dzisiejsza porażka Rockets i wielce prawdopodobna porażka LeBrona w finale z GSW nie sprawi, że LeBron i Rockets zjednoczą siły? Jeśli by tak się stało, to dominacja GSW skończyłaby się prędko, a na to 90% kibiców w NBA czeka z utęsknieniem…

    Lubię to: 14
  2. Warriors w finale! Co za niesamowity wyczyn, tyle adversity, nie grał Igoudala, Chris Paul tak świetnie zagrał w game 6, game 7. Boże, cóż to będą za finały….
    …gdzie czekają już Cavaliers, z potężnym władcą Wschodu, który tym razem ma wrzeszcie pomoc. K-Love, od weekendu wzmocniony tytanową płytką w głowie, Jeff “Ima 2nd option mothafucker” Green, Kyle “The Defender” Korver, “Michael” Jordan Clarkson czy też Jose “Big Dog” Calderon.

    To będzie niesamowita seria, proszę Państwa. Nie ma wyraźnego faworyta. Kto wygra? Kto wygra??? Czy Golden State Warriors pokonają niesamowitych tytanów defensywy?

    Lubię to: 26
  3. Mam pewien problem. Trochę ze mnie Janusz, zdaję sobie z tego sprawę… Ciężko mi się pogodzić z myślą, że zawodowy sportowiec, elitarny atleta, mający dostęp do kosmicznej odnowy biologicznej może być zmęczony ponieważ gra co dwa dni…. I to właśnie zmęczony fizycznie, nie wypalony mentalnie… Przyjmuję do wiadomości, że tak jest, jednak trudno mi się pogodzić z tą myślą.

    Lubię to: 2
  4. Dawno, dawno temu gdy wychodziła jeszcze Trybuna Ludu a zamiast Coli piło się wodę z sokiem z saturatora na ul. Obrońców Stalingradu. Byłem dobrze zapowiadającym się rozgrywającym w jakiejś II-III lidze w naszym kochanym kraju. Na treningach i sparingach wyczynialem cuda Panie cuda. Ale nigdy nie przełożyłem tego na plusowe granie dla drużyny w ważnych meczach. Po prostu głowa i stres w ważnych momentach mnie zjadał. Oczywiście nie porównuje się do graczy NBA, ale zgadzam się z Maćkiem. Psychika robi swoje i dla tego są wielkie gwiazdy i zawodnicy sezonu zasadniczego.

    Lubię to: 31
  5. może to ta nowoczesna koszykówka zdominowana przez trójki z dupy ale, oprócz momentów, brakowało mi w tych finałach pierwiastka walki, takiej do upadłego.. jakieś to wszystko było tak naprawdę bezpłciowe.. a może te finały konferencji to jeden wielki, ustawiony z góry szwindel biznesowy? NBA słabo zarobiła na poprzednich rundach więc może teraz ostateczne rozstrzygnięcia ustalone zostały gdzieś za zamkniętymi drzwiami prezesów? 2 serie finałów konferencji po 7 meczyków, do wielkiego finału awansowali ci, na których się lepiej zarobi, bo wzbudzają większe zainteresowanie.. przypadek?

    Lubię to: 7
          • nie wiem kto lajkował ten Twój komentarz, 24 lata minęły i wciąż boli ten mecz i ta statystyka.

            Po zastanowieniu, wiem: ok, fani Bostonu, będę polubiał wszystkie wspomnienia Waszych cegieł z wczorajszego meczu :):)

            Lubię to: 5
          • Płakałem jak bóbr, kiedy Starks dał ten popis.
            Największy cocky player w Knick’s i tak się spalił.

            Uwielbiałam tamtych Knick’s!

            Swoją drogą-co za inna liga była wtedy.
            Ewing i paru walczaków kontra Dream i paru shooterów.
            7 meczów w stylu 81:77

            A teraz,Panie bez 3allstarów nie podchodź.

            Lubię to: 7
          • @rzepka
            Ja zalajkowalem, ale to przez ogólne pozytywne wspomnienie czasów młodości :)
            Rzeczywiście, minęły 24 lata (ja pierdole, to jest przerażające !), miałem wtedy 17 lat, a pamiętam ten mecz doskonale.
            Nigdy nie byłem związany z żadnymi barwami w nba ale TA drużyna Knicks jest z całą pewnością moją ulubioną w całej mojej historii oglądania koszykówki

            Lubię to: 10
  6. Basket dzięki walonym trójom stał tak non contakt, przy spotkaniu na jednym metrze dwóch zawodników od razy jest faul. To gdzie tu miejsce na walkę, krew, pot, łzy. Wygrała druzyna która skumała że nie tylko trójami sie wygrywa która gotowa była je poświęcić na rzecz wjazdów za dwa. Czasami w wykonaniu Wojowników to wygladało karykaturalnie, często bez efektu ale na końcu, nie tracil kontaktu i te kilka 3 które wpadły zrobiły wynik.

    Lubię to: 5
  7. Obejrzałem skrót tych 27 nietrafionych rzutów z rzędu i akurat większości rzutów Hardena nie można zaliczyć do ‘dobrych lub bardzo dobrych’. Jego rzuty były tragiczne, z kategorii ‘Westbrook’.
    Nie można wygrać meczu jeśli twój lider oddaje rzuty, które nie mają prawa wpaść.

    Lubię to: 3
  8. @Angel

    Moja również.

    Ich serie z Bulls czy późniejsze z Heat jeszcze dzisiaj robią wrażenie(są całe na YT).

    Wolniejsza i prostsza koszykówka niż dziś,ale krew pot i nóże w zębach-jakich w tej NBA już nie zobaczymy.

    I jeszcze Brylantynowy Pat na ławce?

    Lubię to: 4
  9. A swoją drogą,wiem,że spóźniony jestem bo filmik ma już prawie rok.

    Ale jak ktoś nie widział to polecam obejrzeć na YT- kompilację kultowych momentów że wszystkich Finals z muzyką Metalliki w tle.

    Ciary….

    W sam raz,żeby jakoś nakręcić się na te finały.

    Lubię to: 3