Kolanowski: Drugi upadek Kermita Washingtona


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 20 lutego 2018
fot. AP Photo

fot. AP Photo

Od ponad 40 lat Kermit Washington dzielnie walczył o swoje dobre imię. Jego całkiem przyzwoita kariera w NBA została przyćmiona niesławnym incydentem, w którym poważnie ucierpiał Rudy Tomjanovich. Po ostatnich doniesieniach zza oceanu można jednak przypuszczać, że nazwisko Washingtona już na zawsze będzie odbierane negatywnie i nie ma większych szans na poprawę wizerunku.

Kilka dobrych lat temu, będąc w drodze na ślub kumpla z czasów szkolnych, otrzymałem sms-a od Macieja Kwiatkowskiego. Dość niespodziewany, nie był to bowiem okres transferowy, ani innych sensacyjnych wieści z naszej ulubionej ligi. W żołnierskich słowach napisał mi tylko, że koniecznie muszę sięgnąć po “The Breaks of the Game” Davida Halberstama. Wówczas kojarzyłem tę książkę jedynie z tytułu, choć nazwisko autora było mi doskonale znane. W dalszej części wiadomości było jeszcze napisane, że Halberstam dużo pisze w niej o Kermicie Washingtonie i to właściwie w samych superlatywach. Wcześniej, nie zastanawiałem się więcej nad tą postacią. To był po prostu ten gość, który znokautował Rudy’ego Tomjanovicha.

Nie było tu żadnej pomyłki. Po pierwsze, “Breaks of the Game” to naprawdę wyśmienita książka, (bezsprzecznie najlepszy prezent pod choinkę jaki otrzymałem w tej dekadzie), a po drugie Halberstam faktycznie w bardzo ciepłych słowach wyraża się o Washingtonie. I napisał o nim już po feralnym wieczorze w hali Forum w grudniu 1977 roku. Po trzecie, małżeństwo kumpla, na którego ślub jechałem tamtego dnia, nie przetrwało próby czasu.

Darujemy sobie spoilery z książki Halberstama, za to skupimy się na kilku kluczowych informacjach. No dobra, kilkunastu. Albo jeszcze kilku dodatkowych.


Kermit Washington był graczem, któremu chyba dość łatwo było kibicować. Potwierdził to Bill Simmons, który w swojej “The Book of Basketball” wspomina, że był on nawet przez moment jego ulubionym graczem Celtics. Wszyscy kochają walczaków. Poza tym mówimy przecież o imienniku być może najsłynniejszej żaby w historii. Takie połączenie po prostu musi wzbudzać sympatię.

Pochodzący nomen omen z Waszyngtonu chłopak miał w życiu pod górę właściwie od samego początku. Jego rodzice rozwiedli się kiedy miał ledwie 3 lata. Matka miała chorobę afektywną dwubiegunową. Został wychowany przez ojca i jego drugą żonę. Macocha nie znosiła małego Kermita. Znęcała się nad nim. W rezultacie dorastający Kermit Washington był bardzo nieśmiałym i niepewnym siebie chłopakiem. W szkole nie uczył się zbyt dobrze. Ukojenie znalazł – a jakże – w sporcie. Zaczęło się się od futbolu amerykańskiego, potem przyszła kolej na koszykówkę. Za mało powodów do wzruszeń? Czytaj dalej.

Kermit Washington wcale nie był wybitnie zapowiadającym się sportowcem. Nawet w ostatniej klasie liceum Coolidge był tylko niewiele znaczącym rezerwowym, który zdobywał po kilka punktów i zbiórek w meczu. Pod jego domem nie ustawiała się więc żadna kolejka rekruterów z ligi akademickiej. Stojący u progu dorosłości Washington nie miał właściwie żadnego pomysłu na życie. W dodatku, jego macocha otwarcie groziła mu wyrzuceniem go z domu zaraz po ukończeniu szkoły.

Ostatnią deską ratunku wydawał się turniej, właściwie try-out, dla czołowych graczy szkół średnich z Maryland. Oczywiście Washington nie został na niego zaproszony.

Choć był początkowo lekceważony przez organizatorów, ostatecznie udało mu się wziąć udział w testach. Nie wypadł szczególnie dobrze, ale jego waleczność zwróciła uwagę trenera Toma Younga z mało cenionego w koszykarskim światku uniwersytetu American (ciekawostka – wiele lat później absolwentem tej uczelni został znany z TNT David Aldridge).

Jeszcze pod koniec lat 60-tych Kermit Washington był nikomu nieznanym młokosem ze stolicy USA. Wystarczyły jednak 3 sezony w barwach American University, aby jego nazwisko znalazło się na liście potencjalnych reprezentantów kraju na Igrzyska Olimpijskie w Monachium. Ostatecznie jednak Washington nie znalazł się w kadrze, dzięki czemu uniknął też goryczy porażki w kontrowersyjnie zakończonym meczu o złoto ze Związkiem Radzieckim.

Choć Kermit był wciąż dość surowy w wielu elementach koszykarskiego rzemiosła, to jednak nie można było odmówić mu talentu do walki na tablicach. Zbiórki stały się właściwie jego domeną. Z piłek zbieranych na atakowanej desce zdobywał większość swoich punktów.

Średnie w obu tych kategoriach przekraczały 20. To prawdziwa magia liczb jak na kogoś, komu nie wróżono przecież żadnej kariery. Stał się dopiero siódmym zawodnikiem w historii NCAA, który przez całą karierę miał double-double złożone z 20 punktów i 20 zbiórek. Nieco dramaturgii dodaje fakt, że był to wynik osiągnięty nieco rzutem na taśmę, ponieważ przed ostatnim meczem sezonu brakowało mu do tej średniej aż 39 punktów. Washington nie zawiódł i na pożegnanie z karierą w American University zaliczył efektowną linijkę w protokole 40/28.

Takie średnie robiły wrażenie. W rzeczywistości był to jednak po prostu efekt ciężkiej pracy, którą Washington wykonywał na treningach oraz na siłowni. Spędzał w ten sposób większość swojego wolnego czasu. Pozostałą część doby przeznaczał na budowanie relacji ze swoją przyszłą żoną, Pat Carter. Jak to często bywa, studia okazały się więc najszczęśliwszym okresem w jego życiu.


Do NBA trafił jako piąty w drafcie w 1973 r. Początkowo Lakers nie widzieli dla niego zbyt wielu okazji do gry. Był daleko w rotacji. Pierwszeństwo mieli przede wszystkim Harold “Happy” Hairston, Bill Bridges oraz Stan Love (z tych Love’ów). Washington znowu czuł się niechciany, a droga do uzyskania większego respektu ponownie miała wieść przez nadgodziny na sali treningowej oraz siłowni.

Kermit miał jednak ponownie sporo szczęścia na horyzoncie. Lakers byli w tamtym czasie w przededniu przebudowy. Z klubu zdążył już ewakuować się Wilt Chamberlain, który planował zostać grającym trenerem San Diego Conquistadors z ligi ABA. Ostatecznie groźby procesów sądowych między obiema drużynami sprawiły, że Wilt pozostał tylko przy stanowisku szkoleniowca, a i tę rolę pełnił właściwie tylko oficjalnie.

Ciemne chmury zawisły również nad przyszłością w Lakers Jerry’ego Westa. Nie dość, że ten żywy symbol klubu – właściwie całej ligi – walczył wtedy z kontuzjami, to jeszcze nie był zadowolony z warunków swojego kontraktu i pozostawał w konflikcie z właścicielem zespołu Jackiem Kentem Cookiem.

Ponadto oddano do Phoenix Suns lubianego Keitha Ericksona w zamian za Connie’ego Hawkinsa, który miał spore problemy z przyswojeniem zagrywek trenera Billa Sharmana.

W rezultacie Lakers, z zespołu, który jeszcze niedawno bił się o tytuły w finałach z New York Knicks, spadli właściwie do miana przeciętniaków. W playoffs ’74 szybko uporali się z nimi Milwaukee Bucks, którzy – pamiętajmy – grali wówczas jeszcze w Konferencji Zachodniej.

W międzyczasie, w zaciszu hali Forum, Washington po cichu pracował na swoje minuty w meczach. Z pomocą przyszedł mu uznany trener, koszykarski guru Pete Newell – w tamtym czasie generalny menadżer Lakers, a później założyciel słynnych hawajskich obozów dla graczy podkoszowych. Można powiedzieć, że to właśnie Kermit Washington był pierwszym, a na pewno honorowym “absolwentem” szkółki Newella dla wysokich. Ich współpraca trwała zresztą przez wiele kolejnych lat.

Kermit Washington otrzymał swoją szansę w sezonie 1976/1977. Był to pierwszy rok pracy Jerry’ego Westa w roli trenera zespołu. Niech nie dziwi nikogo fakt, że i na tym stanowisku West radził sobie całkiem nieźle. W końcu nie na darmo jego sylwetka została użyta jako logo NBA. Trener West przez 3 lata prowadzenia Lakers uzyskał bilans 145 wygranych i 101 porażek. Dużo gorzej było jednak w playoffs, gdzie z 22 meczów udało się wygrać tylko 8. Pamiętajmy jednak, że Lakers z drugiej połowy lat 70-tych nie byli aż taką potęgą. Było to w końcu jeszcze na długo przed erą “Showtime”.


fot. nba.com

fot. nba.com

To właśnie brak talentu w drużynie był tym, co najbardziej gnębiło Westa. Posadę trenerską przyjął niezbyt chętnie. Jego kandydaturę mocno popierał jednak sam Newell. Ostatecznie West zgodził w dużej mierze dlatego, że po zakończeniu kariery zawodniczej pilnie potrzebował nowej, dobrze płatnej pracy. W połowie lat 70-tych rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną Jane, a w kolejce czekała już następna pani West, Karen Bua – sporo młodsza, była cheerleaderka z uczelni Pepperdine. Odstawił więc na bok niesnaski z właścicielem klubu i objął stanowisko trenera, pokonując kandydatury m.in. Bobby’ego Knighta i Jerry’ego “Sharka” Tarkaniana.

Pod względem mentalnym West nie był prawdopodobnie najlepszą osobą do prowadzenia zespołu, szczególnie mając na uwadze brak naturalnego talentu w składzie. West był wręcz chorobliwym perfekcjonistą. Wymagał wiele od siebie, ale także od innych. Miał spore pretensje do Kenta Cooke’a, że ten nie podjął większych starań o pozyskanie Juliusa Ervinga, który był “do wzięcia” po upadku ABA. Ostatecznie z gwiazd pierwszego formatu West miał do dyspozycji wyłącznie Kareema, będącego wówczas u szczytu swoich możliwości i to mimo jego niebezpiecznych zamiłowań do eksperymentowania z kokainą i heroiną.

W tamtym czasie narkotyki były wszechobecne nie tylko w zawodowym sporcie, ale w ogóle w świecie telewizji. Lakers, z racji sąsiedztwa Hollywood, byli niejako w grupie podwyższonego ryzyka. Był to tylko kolejny problem na głowie Westa i jego asystentów Stana Albecka i Jacka McCloskeya. Problem nie mniej istotny od braku klasowych graczy.

“Cholera. Mieliśmy samych gości na poziomie YMCA. (…) Gdyby nie Kareem, nie wygralibyśmy pewnie więcej niż 20 meczów” – cytował Westa Roland Lazenby w książce “Jerry West: The Life and Legend of a Basketball Icon”.

Ten brak naturalnego koszykarskiego talentu, boskiego daru do odnoszenia sukcesu w zawodowym sporcie, pozwolił jednak na to, aby do głosu doszli ci, którzy swoje braki, nadrabiali pracowitością.

To była idealna okazja właśnie dla takich ludzi, jak Kermit Washington.

Fizyczny styl gry Kermita idealnie uzupełniał się z dużo bardziej finezyjną grą Abdul-Jabbara. Washington przebił się do pierwszej piątki i zdobywał solidne 9,7 punktu oraz 9,3 zbiórki w ciągu nieco ponad 25 minut spędzanych na parkiecie. Szybko wyrobił sobie solidną reputację w lidze.

W październiku 1977 r. stał się nawet jednym z bohaterów ciekawego artykułu “Nobody, but nobody, is going to hurt my teammates” Johna Papanka ze “Sports Illustrated” poświęconego czołowym twardzielom w NBA. Jego nazwisko pojawiło się obok takich postaci, jak Bob Lanier, Dennis Awtrey, Calvin Murphy (zdecydowanie najmniejszy z całego towarzystwa) oraz Darryl Dawkins i Maurice Lucas, którzy kilka miesięcy wcześniej mieli sobie wiele do powiedzenia przy okazji finałów NBA.

Jerry West miał właściwie tylko jeden problem z Washingtonem. Uważał, że zdecydowanie za dużo ćwiczy na siłowni. Był zdania, że nadmiar masy mięśniowej w górnej partii ciała negatywnie wpływa na jego mechanikę rzutu i koordynację. Kermit, choć był duży jak na ówczesne ligowe standardy, nie umywał się jednak zbytnio do kafarów, jakich obserwowano w NBA w kolejnych kilkudziesięciu latach. Dla Westa to i tak było jednak za dużo. Groził Washingtonowi grzywną, jeżeli dojdą go słuchy, że za dużo czasu spędza wśród hantli i sztang. Kermit zaczął więc trenować potajemnie w znanej w środowisku World’s Gym w towarzystwie takich gwiazd kulturystyki, jak Sergio Oliva, Robbie Robinson, Lou Ferrigno, Franco Columbu, a nawet sam Arnold Schwarzenegger.

“Kiedy (Arnold) wchodził na siłownię, energia w pomieszczeniu sięgała zenitu. Cieszył się olbrzymim szacunkiem u wszystkich. Był w końcu kilkukrotnym Mr Olympia. Jego charyzma sprawiała, że każdy czuł się wyjątkowo w jego towarzystwie” – wspominał spotkania z przyszłym gubernatorem Kalifornii Kermit Washington.

W takim towarzystwie młody gracz Lakers nie wyglądał wcale imponująco. Przeciwnie. Na samym początku koledzy z siłowni nazywali go nawet złośliwie “Pencil Neck”. Szybko jednak nawiązał tam trwałe przyjaźnie i z powodzeniem udawało mu się trenować w tajemnicy przed Westem.


Ta maniakalność Kermita Washingtona w treningach siłowych i wytrzymałościowych (był też zapalonym pływakiem) brała się z jego świadomości o ograniczonych umiejętnościach w koszykówce. Wiedział, że po prostu nie przeskoczy pewnego poziomu. Uważał jednak, że jeżeli tylko będzie w stanie zdominować rywala pod względem fizycznym, ma szansę wyjść zwycięsko z każdej sytuacji. To była jego recepta na sukces. Tak było nie tylko w Los Angeles, ale również na kolejnych etapach kariery w Bostonie, San Diego czy wreszcie w Portland, gdzie zaliczył swoje najlepsze lata (dwukrotnie wybrany do All-Defensive 2nd Team , a do tego udział w All-Star Game w 1980 r.).

fot. twitter.com

fot. twitter.com

Cała kariera Washingtona miała jednak zostać zdefiniowana jednym, wyjątkowo nieszczęśliwym zdarzeniem z 9 grudnia 1977 r. Diametralnie odmieniło ono sposób postrzegania kariery nie tylko samego Kermita Washingtona, ale również głównej ofiary, czyli Rudy’ego Tomjanovicha. Wiadomo było, że ten filmik prędzej czy później będzie musiał znaleźć się w tym tekście. Proszę bardzo.

Bum.

Zdjęcia pobitego Tomjanovicha straszyły z nagłówków sportowych gazet i nie tylko, jeszcze przez wiele tygodni. Złamany nos i szczęka, popękane kości twarzy, wyciekający płyn mózgowo-rdzeniowy, wszechobecna krew, trwale uszkodzony słuch budziły przerażenie w opisach obrażeń skrzydłowego Houston Rockets.

Jedna sekunda wystarczyła, aby Tomjanovich już nigdy w pełni nie doszedł do siebie. Ta sama sekunda zadecydowała też o tym, że Washington miał być od tej pory postrzegany jako zbir, którego powinno się wykluczyć.

Tamto wydarzenie jest o tyle nieszczęśliwe, że Rudy Tomjanovich wcale nie był agresorem w spięciu, do którego doszło na parkiecie chwilę wcześniej. Chciał tylko rozdzielić awanturujących się na środku boiska Kevina Kunnerta oraz Kareema. Nie wiedział jednak o tym Kermit Washington, który “profilaktycznie” chciał obronić centra Lakers.

“To był huk jakby ktoś rzucił z dużej wysokości melonem na asfalt” – opisywał zajście John Radcliffe, który wówczas odpowiadał za prowadzenie protokołów meczowych w Los Angeles.

Za swój czyn Washington został zawieszony na 26 meczów i ukarany grzywną. W międzyczasie jego skrzynka pocztowa zapełniała się groźbami śmierci. Nie brakowało oczywiście w nich rasistowskich podtekstów. Fakt, że główny poszkodowany był przecież biały, z pewnością nie pomagał całej sytuacji. Kermit miał całkiem uzasadnione powody, aby obawiać się o życie swoje oraz najbliższych. Wzmagało to i tak już wysoki poziom stresu. W połączeniu z wyrzutami sumienia, nie trudno zgadnąć, że nie było mu łatwo.

Choć lata 70-te i wcześniejsze w NBA były przecież obfite w typowo niesportowe incydenty, bitki rodem z barów z filmów akcji klasy B, to jednak afera Kermita Washingtona była czymś dużo poważniejszym. Nie było tu miejsca na pobłażliwości, jak w przypadku tłukących się hokeistów, gdzie sędziowie wręcz pozwalają zawodnikom na rozładowanie agresji. Washington o mało co nie wysłał Tomjanovicha na tamten świat.

Nie dziwi więc fakt, że Lakers pozbyli się Washingtona niczym śmierdzącego jaja już przy pierwszej nadarzającej się okazji. Jeszcze w tym samym miesiącu odesłano go do Bostonu. Co ciekawe, w kolejnych dwóch sezonach – już w barwach San Diego Clippers (chociaż tak naprawdę to Celtics) oraz Portland Trail Blazers Washington grał wspólnie z Kevinem Kunnertem, który rozpoczął całą awanturę w Los Angeles.

Wiele lat później Kermit Washington zasłynął prowadzeniem imponujących akcji charytatywnych w Afryce, w których osobiście pomagał w szczepieniu dzieci, budowaniu szpitali i dostarczaniu najpotrzebniejszych rzeczy ubogim w rejonach ogarniętych wojną. Zrobiono o tym nawet całkiem ciekawy i wzruszający dokument, który można łatwo znaleźć w sieci.

Sam Rudy Tomjanovich również już dawno przebaczył mu zamierzchły incydent. W tej sytuacji bardzo trudno byłoby czuć do Washingtona jakąkolwiek odrazę. Przeciwnie, jego działalność na Czarnym Kontynencie budziła szczery podziw.


Wszystko zmieniło się jednak w maju 2016 roku, kiedy Kermita Washingtona oskarżono m.in. o defraudację środków fundacji 6th Man (zbieżność z nazwą naszego portalu absolutnie przypadkowa). Sprawa jest dość złożona. Na ławie oskarżonych zasiadło w sumie aż 11 osób.

Za stawiane zarzuty Washingtonowi groziło nawet 45 lat więzienia. Kilkadziesiąt dni temu, w grudniu minionego roku, równo 40 lat po uderzeniu Tomjanovicha, Washington przyznał się do części z nich. Ma to znacząco obniżyć jego wyrok. Bez względu jednak na to, ile ostatecznie lat przyjdzie Washingtonowi spędzić w więzieniu, nie zmieni to faktu, że jego wizerunek ostatecznie legł w gruzach.

Za czasów kariery zawodowej walczak i człowiek, z którym nie warto zadzierać. Jednocześnie bardzo miło wspominany przez kolegów z drużyn, w których występował. Wiele lat później, filantrop, który osobiście latał do najuboższych krajów Afryki, aby nieść pomoc. Prawdopodobnie ta chęć pomocy nie była wcale zakłamana.

Być może jednak pokusa przywłaszczenia sobie niemałych pieniędzy, niejako przy okazji, była po prostu zbyt duża. Washington grał w końcu w NBA w zupełnie innych czasach i nie dorobił się na tym fortuny. Nie może to być oczywiście żadnym usprawiedliwieniem, ani okolicznością łagodzącą. Kermit Washington popełnił wielki błąd i podobnie jak przed laty, będzie musiał za niego zapłacić.

25

Komentarze

  1. michcio

    20 lutego 2018 o 12:09

    Te pare dolców co zakosił, to pikuś przy tym co przyjął Rudi!

    Lubię to: 4
  2. zNYKający

    20 lutego 2018 o 19:42

    W artykule zabrakło tylko informacji dlaczego nie wyszło kumplowi i jego żonie.

    Liczyłem na jakieś słowa prawdy.

    Lubię to: 11
    • Piotr Kolanowski

      21 lutego 2018 o 09:12

      Nie wykluczam udziału osób trzecich. Ale ostatecznie śluby to przecież główna przyczyna rozwodów :)

      Lubię to: 13
  3. Spurs Protector

    21 lutego 2018 o 10:50

    A propos książek koszykarskich to jednak nic nie przebije Dream teamu Jacka McCalluma,Larry vs Magic Jackie Macmullan i oczywiście biografii Jordana autorstwa Rolanda Lazenbiego.Kanon.

    Lubię to: 2
  4. Piotr Kolanowski

    21 lutego 2018 o 11:28

    Ciężko byłoby wybrać najlepszą, bo to po prostu kwestia gustu. Te 3 wymienione na pewno godne polecenia. Jestem fanem każdej z nich.

    Jeżeli chodzi o Lazenby’ego to jedyny zarzut jaki bym mu postawił, to chyba jednak skłonność do przesadnego rozpisywania się na tematy poboczne (zamierzchłe historie rodzinne sprzed kilku pokoleń głównego bohatera itp.), które finalnie niewiele wnoszą do sprawy, a potrafią nieco zniechęcić czytelnika już na samym początku. Tak samo jest w przypadku przytoczonej biografii Westa. Chociaż generalnie książka jak najbardziej na plus, polecam.

    Lubię to: 5

Skomentuj