Kolanowski: Następca Shaqa, którego nigdy nie było


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 1 stycznia 2018
fot. newsok.com

fot. newsok.com

W nie aż tak odległych czasach, kiedy Shaquille O’Neal z brutalną siłą przecierał sobie szlak (albo stąpał już po nieco zatartych śladach Wilta Chamberlaina) do miana najbardziej dominującego centra w historii, wielu skautów i menadżerów szukało już jego potencjalnych sukcesorów. Na początku XXI wieku w ich notesach z pewnością można było znaleźć nazwisko pewnego młodzieńca z Nashville w stanie Tennessee. Kiedy robiło się o nim głośno, ten chłopak nie miał wówczas jeszcze skończonych 13 lat.


Czerwiec 2001 r. O ile pamiętam było wtedy dosyć ciepło. Ostatnie tygodnie roku szkolnego zarywane z powodu kolejnych finałów NBA. Los Angeles Lakers bronią tytułu z Philadelphią 76ers. Pod wodzą Larry’ego Browna Sixers byli w gazie, a Iverson był fenomenalny. Choć „Życie to nie gra” to trudno wymazać z pamięci to jak wtedy grał, mimo niezliczonych kontuzji i przebalowanych nocy na koncie. Najwierniejsi fani Sixers liczyli po cichu na powtórkę z 1983 r. W rzeczywistości trudno było się oprzeć wrażeniu, że to może być krótka seria. Do momentu awansu do finałów NBA Lakers nie przegrali w playoffs ani razu. Upokorzyli nawet San Antonio Spurs Popovicha, którzy mimo lepszego bilansu, nie potrafili zatrzymać Lakers. Ostatnie dwa mecze w Staples Center przegrali różnicą łącznie 68 punktów.

Tymczasem Allen Iverson, w wigilię swoich 26. urodzin, tchnął nadzieję w realne szanse Sixers w tej serii. Jego poturbowane ciało o wadze co najwyżej rosłego gimnazjalisty mijało kolejnych obrońców Lakers w pogoni za punktami. W sumie rzucił ich 48, dając Philly sensacyjną wygraną po dogrywce 107:101 i prowadzenie w finałach.

Był to czas kiedy kibice i dziennikarze już wcale nie takim nieśmiałym szeptem zaczęli mówić o tym, że koszykówka to nie sport dla dużych ludzi i że to właśnie ci najniżsi będą w przyszłości decydować o losach swoich zespołów. Iverson był tu podawany jako najlepszy przykład. Takim komentarzom uważnie przysłuchiwał się m.in. dorastający Steph Curry, którego ojciec Dell był właśnie na finiszu swojej kariery w Toronto Raptors.

To nie był jednak czas małych ludzi. Duży po prostu mógł więcej. Wciąż niedoścignionym ideałem taktyki ofensywnej było posiadanie w składzie kogoś pokroju Shaqa. Wystarczyło jedno podanie pod kosz i często było po wszystkim. Jeden z jego niechlubnych albumów nosił zresztą tytuł „You can’t stop the reign”.

O ile w muzyce czy filmach ten charakterystyczny przecież dla Shaqa narcyzm niekiedy zakrawał na śmieszność, to w NBA faktycznie nie było wówczas na niego recepty. Nie dało się go zatrzymać w pojedynkę. Był jak Sprite przy pragnieniu, miotając na lewo i prawo zwłoki kolejnych centrów, którzy stawali mu na drodze. Wspominając finały 2001, był jak trudne pytanie, na które Iverson ze swoją drobną posturą na pewno nie był odpowiedzią. Nikt w lidze zresztą nie był. Wystarczy spytać Davida Robinsona albo Kelvina Cato.

Odpowiedzią na Shaqa nie był też świeżo upieczony DPOTY (a w sumie po raz czwarty w karierze) Dikembe Mutombo, chociaż to przecież jego transfer w połowie sezonu miał być jasnym sygnałem dla wszystkich, że Sixers poważnie myślą o zdetronizowaniu Lakers.

Mimo wygranej w pierwszym spotkaniu Larry Brown nie mógł spać spokojnie, patrząc na to co O’Neal robił pod koszami. BBQ Chicken Alert w swoim najlepszym wydaniu z 44 punktami, 20 zbiórkami i 5 asystami był zapowiedzią tego, co miało się dziać w kolejnych meczach.


Wiecznie z nadwagą, z dyskusyjną etyką pracy i legendarną niemocą na linii rzutów wolnych, ale Shaq i tak był największym dominatorem naszych czasów. Wydawało się, że tak niespotykane połączenie siły i szybkości pojedynczego ruchu trafia się raz na dekadę. W rzeczywistości trafiało się jeszcze rzadziej.

Nie przeszkadzało to ówczesnym skautom w dostrzeganiu potencjału Shaqa w każdym masywnym wielkoludzie, który pojawiał się na horyzoncie. Termin “Baby Shaq” był wtedy odmieniany przez wszystkie przypadki. Patrząc nawet na draft 2001, który odbywał się zaraz po finałach, możemy łatwo dostrzec ten trend. W samej tylko pierwszej dziesiątce było dwóch potencjalnych, w dodatku wciąż nastoletnich, “shaqopodobnych” graczy – Eddy Curry i DeSagana Diop. Szczególnie po tym pierwszym spodziewano się wiele. Do swojego pierwszego sezonu przygotowywał się pod okiem Tima Grovera, a portal nbadraft.net (ubogi krewny draftexpress.com) pisał o nim w samych superlatywach:

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

47

Komentarze

  1. bubsatchi

    1 stycznia 2018 o 16:13

    Jaden z wielu zmarnowanych potencjałów…

    Dzięki za coś do poczytania w Nowy Rok.

    Lubię to: 5
  2. pwoloszun

    1 stycznia 2018 o 16:17

    Chciałbym dostawac 10gr za kazdego kolejnego nastepce Shaqa.

    Oh, jak bardzo bym chcial

    Lubię to: 1
  3. kamil22kp@onet.pl

    2 stycznia 2018 o 14:52

    “He`s son will be his resuraction”, but in another way.

    Lubię to: 0

Skomentuj