Odszedł Muhammad Ali, a wraz z nim świat macho

17
fot. AP Photo
fot. AP Photo

“Joe Frazier is so ugly that when he cries, the tears turn around and go down the back of his head”

“I’ve seen George Foreman shadow boxing, and the shadow won”

Ostatniej nocy w szpitalu w Scottsdale, w stanie Arizona odszedł Cassius Marcellus Clay Jr., znany lepiej jako Muhammad Ali.

Bokser, maszynka do zabijania, maszynka do cytatów, raper zanim byli jeszcze raperzy, Don King zanim pojawił się Don King, bohater czarnoskórych, bohater uciśnionych, bohater dzieci kwiatów za opozycyjność względem wojny w Wietnamie i bohater też i mój. Potrzebowałem jednak dużo czasu, aby zrozumieć kim naprawdę był Muhammad Ali.

“I know where I’m going and I know the truth, and I don’t have to be what you want me to be. I’m free to be what I want.”

Piętnaście lat temu kupiłem przekozacką katanę w sklepie Underground w Szczecinie, aby możliwie jak najbardziej fancy – na tyle, na ile mnie stać – prezentować się na scenie z mikrofonem. Katany nosił m.in. Tupac czy Pan Zbyszek z chińczyka obok i dawno temu były bardziej popularne, niż teraz są. Ba, mój ojciec nosił taką, krótką w latach 70-tych. Z tyłu na plecach wyhaftowany został właśnie Muhammad Ali, jego postać, trzymający ręce w górze i nad nim dużymi literami napis “ALI”. Przekozacka. Mam ją do dziś, jest już na mnie za duża. Zresztą nie potrafiłbym jej już teraz nosić, tak jak kiedyś, dlatego nie noszę. Każdy kto obserwował mnie wtedy, kiedy nie mogłem spojrzeć mu w oczy i stałem obrócony do niego tyłem na backstage’u po koncercie w Łańcucie, miał pomyśleć “Ali”. W mojej głowie “Ali” było synonimem zwycięzcy.

I figured that if I said it enough, I would convince the world that I really was the greatest.

Katana miała być podkreśleniem gówniarskiego swagu, pojadę osiedlowo – klasycznej penerki, bo każdy kto znał mnie dobrze wiedział, że ze ‘swagiem’ ten jąkąjący się pełen kompleksów dzieciak w przydużych ciuchach, tyrany w katolickim liceum ogólnokształcącym, wiecznie krok w tył za swoimi myślami, spowolniony przez znaczne ilości marihuany, wiele wspólnego nie miał. Ale rolę trzeba było grać. Tego zresztą chyba uliczni raperzy nie znosili w wielu raperach sprzed komputera – że 90% ich stylu to był swag, 10% prawdziwe życie. Praktycznie cały styl to był fake. Ale przy tym najlepsze czasy, bo uczestniczyło w tym mnóstwo najlepszych osób.

“The man who has no imagination has no wings”

Dlatego czarny, to był styl. Biali ludzie nie mają wyobraźni.

Ali pojawił się w moim życiu w latach 90-tych w retransmisjach starych walk na DSF, w obejrzanym dokumencie “When We Were Kings” i w muzycznej interpretacji “Rumble in the Jungle”, w której Lauryn Hill przeszła się po męskich raperach, jak ostatnie dziesięć lat po kilkudziesięciu milionach poprzednich. Potem zacząłem o nim czytać, oglądać, gdy pojawił się youtube, skrupulatnie zacząłem oglądać każdy wywiad, każdą walkę. Ali przypominał mi stylem walki Lennoxa Lewisa, którego obaj z ojcem kochaliśmy oglądać za posturę i opanowanie w ringu. Ali dokładał do tego wajb – motylą pracę stóp, plus co jakiś czas z różnych źródeł docierał do mnie jeszcze jeden jego cytat, czy to w rapowym numerze, czy jako follow-up jednego z koszykarzy NBA.

A man who views the world the same at fifty as he did at twenty has wasted thirty years of his life.

Czytając i ucząc się o tym kim był Ali – nie znoszę pisać tak pompatycznie, ale ehm.. – studiując jego życie, ciężko było nie zauważyć (naprawdę trudno), że ten człowiek …żyje.

Czarny humor we mnie dziś zresztą mówi “macie szczęście, że możecie pisać RIP w internecie obok nazwiska Ali, bo kiedy był RIP, nie było jeszcze Twittera, Facebooka”.

Nie chcę tu trashować osób z Parkinsonem, w tym mojego ulubionego pisarza, ale Ali był już w późnym stadium i długo był chory – od 1984 roku, gdy po raz pierwszy zdiagnozowano u niego Parkinsona, a później domniemano – i tu Sherlock był niepotrzebny – że jest to efekt otrzymanych ciosów, urazów głowy, a konkretnie najprawdopodobniej wpieprzu – jednego z niewielu – jaki w 1980 roku otrzymał od Larry’ego Holmesa.

Więc – czytając o Alim i ucząc się o nim, robiąc to nawet jeszcze w ostatnim roku, dzięki książce otrzymanej w urodziny od Przemka, zdałem sobie po jakimś czasie sprawę, wraz z wiekiem, że ten oto Bóg nie był wyszczekanym, kozackim pięściarzem, ale miał w sobie duszę, której używał do tego, by wyrażać współczucie i czuć więcej, niż chce się o tym nawet dziś publicznie mówić i pisać.

Że te blisko 20 lat jego kariery, kariery jednego z najbardziej dominujących sportowców wszech czasów, było czymś co w mojej głowie figuruje jako – i tu Przemek się uśmiechniesz, bo piszesz o tym często – “The Great Fake of Machismo”.

Że głupi ludzie nie są macho, głupi ludzie są po prostu głupi, jak Joe Buck w “Nocnym Kowboju”. Że aby grać rolę macho, musisz być wystarczającym cynikiem, mieć wystarczająco dystansu, aby obrócić sobie ludzi, kobiety, prasę wokół palca.

Zabawne jest to, że kiedy myślisz ‘macho’, myślisz o czym? Może o sporcie, bo jesteśmy tutaj. O aktorach? O rolach? Ali zagrał tę rolę, bo tylko w ten sposób dzieciak z Louisville mógł zostać tym kim chciał zostać. Jednocześnie nigdy nie sprzeniewierzył się temu co miał sercu. Nie sprzedał się i nawet kiedy jego krytyczna postawa względem wojny w Wietnamie odebrała mu część kibiców, stał się jeszcze większym bohaterem, wrócił na ring i dopiero wtedy stał się Alim, który może nie zawsze wygryza się przez “wygadany gość, kozacki pięściarz”. Wtedy został Alim, odartym z tych wspominanych wyżej stu procent clinta eastwooda. Odzyskał tytuł, pokonał Fraziera w NY i w Manilli, pokonał Foremana w Kinszasie. Ten streak 26 walk od czasu porażki z Frazierem w 1971 roku, aż do 1978 roku był mniej więcej tym co Michael Jordan zrobił w latach 90-tych. Tylko, że towarzyszyło temu dużo większe zainteresowanie.

I said I was ‘The Greatest,’ I never said I was the smartest!

W 2008 roku napisałem numer, który praktycznie jest ostatnim napisanym przeze mnie numerem solo. Zatytułowałem go “Muhammad Ali”. Najpierw napisałem tytuł, potem numer. Nie ująłem wprost tego co chciałem napisać, bo chciałem postawić fasadę, która miała zdezorientować odbiorcę. Motywem przewodnim miała być i stała się fraza “Be a Man”, w drugiej zwrotce miało pojawić się i pojawiło się sporo fraz z żargonu wojskowego, jakieś karabiny i ich marki, o których większego pojęcia nie miałem (w skrócie – mój rap), w trzeciej skojarzenia z Hankiem Moodym. Ale numer był tak naprawdę o czymś zupełnie przeciwnym. O tym, że na koniec mężczyźni stają się ofiarami frontu i zostawiają dzieci bez ojca, matki bez męża. Że kobiety zamiast kolejnego, jakże intrygującego, bohatera książek Bukowskiego i wolnego ducha, na koniec wolą mężczyznę, który będzie współdzielił z nimi Kartę Rodzinka w Carrefourze.

Że “Be a man” znaczy już coś innego, niż w rzeczywistości wydaje się znaczyć i może w dużej mierze przez fakt, że na tym świecie stanowimy tylko 48% populacji ludzkiej, czasem w gruncie rzeczy jesteśmy a bunch of pussies, ale w dobrej sprawie.

Tu kończy się świat macho.

Czy mi się to podoba?

Hell no! #RIPALI

At home I am a nice guy: but I don’t want the world to know. Humble people, I’ve found, don’t get very far.

3

KOMENTARZE

  1. Piekny tekst.
    Przyznam ,że czasami wkurza mnie Maćku w Twoich tekstach,wypowiedziach sposób w jaki(IMO!) starasz się być trochę na siłę pod prąd.
    Hype’ować niektórych koszykarzy(Gobert,Stanley”hall of famer” Johnson),czy bezceremonialnie dogryzać innym (“wcześni” Townes i Winslow).
    Czasem wkurza mnie jak jedziesz od jednej bandy do drugiej,niektóre Flesze naprawdę są “meeh”a 3pytania w Gorącym Expresie mam wrażenie,że są sponsorowane przez OBOP czy coś tym rodzaju;), i wtedy myślę sobie “Nie to już nie to co ZPP.Przed wojną było lepiej”

    Po czym potrafisz przywalić takim tekstem… osobistym,nienagannym konstrukcyjne i nacechowanym tym co w Twoim stylu najlepsze,
    udowadniając,że po prostu czasem “widzisz więcej”…

    Myślę teraz,że jednak i Ty i reszta ekipy 6G nie patrzycie na świat takie jak dawniej,jesteście coraz lepsi(choć idealnie to nigdy i dla wszystkich nie będzie).

    Kończąc tę laurkę,dla Was wszystkich

    BIG THANKS.

    Ps
    “wpierdol” od L.Holmesa brzmiałby lepiej niż “wpieprz”.

    Lubię to: 1