5-na-5: Podsumowanie sezonu – antynagrody

6
Stephen Lew / Newspix.pl
Stephen Lew / Newspix.pl

Powoli kończymy nasze podsumowania. Rozdaliśmy już wszystkie nagrody, więc teraz czas, by poświęcić choć 5 minut tym, którym w tym sezonie nie wyszło. Nie znajdziecie jednak w tym zestawieniu tych graczy, którzy z trudem mieścili się na ławce rezerwowych drużyn. Skupiliśmy się na zawodnikach, którzy odgrywali większą rolę… na nieszczęście swoich drużyn.

1. Kto był najmniej wartościowym graczem tego sezonu?

Piotr Sitarz: Anthony Davis. Pelicans nie byli lepsi z Davisem na parkiecie i nie byli widocznie gorsi gdy siedział na ławce. I pewnie zrzucę zaraz całą winę za niepowodzenia Pelicans na jednego gracza, ale taka rola gwiazd i najlepszych zawodników NBA nad którymi nie wisi ochronny parasol, bo dlaczego miałby? Davis rozczarował, nie w sferze statystyk, ale jako lider, gracz robiący różnicę, talent dążący do ścisłej czołówki, wbijający się z impetem do grona trzech najlepszych graczy ligi. Rozczarował nie tylko pod względem moich oczekiwań, ale tym co robił na parkiecie, jak zachowywał się na nim i że przez większość sezonu nie potrafił dać impulsu i nadać odpowiedniego tempa. Nie skończył tego sezonu jako drugi/trzeci najlepszy koszykarz świata – nawet w przegrywającym zespole. Skończył jako jeden z kilku graczy słabych Pelicans.

Adam Szczepański: Kobe Bryant. Ma szósty najwyższy w lidze wskaźnik Usage (31.6%), wyższy niż LeBron James czy Kevin Durant. Oddaje średnio 21 rzutów PER-36, tylko o 0.2 mniej niż Stephen Curry. Trafia 35.4% z gry – najgorszej od początku lat 60-tych spośród wszystkich, którzy oddali ponad tysiąc rzutów. Z nim na parkiecie Lakers są średnio minus-16.2 punktów na sto posiadań. Kobe to legenda, tego nikt mu nie odbierze, ale teraz jest już tylko cieniem koszykarza NBA, a mimo to odgrywał nadal rolę gwiazdy. To świetny pomysł na tankowanie, żeby tak nieefektywnemu zawodnikowi cały czas oddawać piłkę, ale też to połączanie roli jaką odgrywał i poziomu na jakim grał to idealna kombinacja do tytułu Least Valuable Player. Oczywiście tylko w sensie stricte koszykarskim, bo jako maskotka był niezwykle wartościowy dla Lakers.

Przemek Kujawiński: Kobe Bryant. Nikt nie był nawet blisko. Wiedziałem, że Kobe nie jest już graczem NBA (raptem nim bywa), ale nie spodziewałem się, że na zakończenie kariery odda tę jedną rzecz, na której zbudował swoją legendę. Ogłoszenie przejścia na emeryturę przed sezonem sprawiło, że ten sezon w jego wykonaniu zamienił się serię pokazowych spotkań, prezenty, wspomnieniowe filmy i dużo uśmiechów. Prawdziwego Kobiego Bryanta widziałem po raz ostatni w 2013 roku, kiedy z zerwanym ścięgnem Achillesa wracał na parkiet, żeby wykonać rzuty wolne. Tamten Kobe Bryant nigdy nie uśmiechałby się, przegrywając mecz za meczem. Z tamtego Kobiego pozostała jedynie rewia głupich rzutów, których nie musieli już blokować rywale, bo blokowała je matka natura.

Maciej Kwiatkowski: Kobe Bryant. Interpretuję to jako ‘najbardziej szkodził swojej drużynie’, nie jak ‘grał 2 minuty w tym sezonie i nie zrobił nic’. Przed rozpoczęciem sezonu poznałem kobietę, która naprawdę jest psychofanką Bryanta. To dało mi powód, by łagodniej podchodzić do ostatniego sezonu Boba. Ale nawet ona sama od grudnia nie mogła już znieść oglądania cienia swojego ulubionego gracza. Jeszcze do grudnia dla tych oczu był to wyścig pomiędzy Bryantem, Mudiayem i Rosem. Mudiay stał się lepszy, Rose grał najlepszy sezon od kontuzji, a Bryant kradł i ceglił te 35% gry przy 16.5 rzutu w 28 minut, w tym 29% za trzy przy 7(!) próbach i Lakers byli blisko 10 punktów na 100 posiadań gorsi w obronie bez niego. Ależ jestem obiektywny. Chcę nagrodę.

Michał Kajzerek: Tyson Chandler. Sprawia wrażenie, jakby nie chciało mu się grać w koszykówkę. Wyraźnie wpływa na niego to, co dzieje się w Phoenix. Świadczą też o tym jego ostatnie słowa. W tym sezonie zabrakło mu profesjonalizmu na poziomie gracza, jakim jest i był w poprzednich latach. Z jednej strony to dziwne, z drugiej można go zrozumieć, bo oczekiwania wobec Suns opowiadały zupełnie inną historię.

2. Kto był najgorszym obrońcą tego sezonu?

Sitarz: DeMarcus Cousins. Obejrzałem w tym sezonie mniej niż 20 meczów Kings, ale w każdym z nich DeMarcus Cousins dosłownie stawał w obronie pick and roll. I to nie chodzi o schemat, o ice’owanie tych akcji, o wymuszanie rzutów z midrange. Po prostu gdy jego matchup rolował do obręczy i nie rzucał za trzy Cousins prostował nogi (całe ciało) i czekał. Do tej pory nie wiem na co. Przestawał bronić, nie brał udział w defensywnym posiadaniu i z tego brały się też błędy innych graczy, bo zadziałało proste prawo: dlaczego ja mam bronić skoro mój lider tego nie robi? Chciałbym, żeby koszykarz Cousins potrzebował dobrego trenera od zostania jednym z kilku najlepszych graczy ligi, ale póki co ten sezon skończył jako utalentowany głupek, który nie ma nic wspólnego z profesjonalizmem.

Szczepański: Jamal Crawford. Szukałem zawodnika wśród drużyn playoffowych, które mają co najmniej przyzwoitą obronę, bo wydaje mi się, że za łato jest nie bronić gdy cała drużyna odpuszcza jak choćby w Lakers czy Kings. Na tytuł najgorszego obrońcy trzeba sobie bardziej zapracować i dlatego ostatecznie postawiłem na Crawforda, który jak zwykle był fatalny po tej stronie parkietu. W jego słowniku obrona to tylko ta część gry, którą trzeba przeczekać, żeby móc ruszyć do ataku. Dlatego stoi na wyprostowanych nogach, obserwuje piłkę i czeka. Clippers mają najlepszy wskaźnik obrony kiedy Crawforda nie ma na parkiecie.

Kujawiński: Kevin Love. Kiedy jeszcze w barwach Timberwolves Love wskazaniem ręki wyznaczał kolegów, którzy mieli tuszować jego błędy w obronie i brak wysiłku, myślałem, że nie ma problemu. Ostatecznie to na nim opierał się cały atak zespołu. Myślałem, że w Cleveland, wobec mniejszej roli w ofensywie, będzie zmuszony podciągnąć się po bronionej stronie parkietu. I nie to, żebym oczekiwał po nim konkurowania o miejsca w zespołach All-Defensive. Bardziej liczyłem na to, że będzie wykorzystywał swoje koszykarskie IQ, żeby dobrze się ustawiać w systemie obronnym i po prostu – jak to łatwo czasem brzmi – bardziej się starał. W NBA absolutnie każdy gracz może być “zerowym” obrońcą. Potrzebny jest jedynie wysiłek. Wiem, ze Love nigdy nie będzie stoperem, ale w tej chwili, wobec nieregularnej gry w ataku, trudno wręcz obronić to, że powinien grać duże minuty.

Kwiatkowski: Bryant/Harden/Cousins. Interpretuję to jako ‘najbardziej niewartościowy obrońca’. Bryant to łatwy wybór, James Harden to drugi, DeMarcus Cousins to trzeci – wszyscy na poziomie wysiłku i ruszenia dupy. Statystycznie i wizualnie na pewno byli gorsi obrońcy. Np Zach LaVine nie myśli w obronie 360 stopni wokół siebie, sporo białych wysokich – np Kevin Love, Ryan Anderson – nie daje rady fizycznie. Dużo lilipucich playmakerów jest bez szans na zasłonie Stevena Adamsa. Tych graczy można jednak zdjąć i zastąpić innymi. Problem jeśli Twój lider podchodzi do obrony olewczo – kradnie rzuty i opieprza się z drugiej strony boiska. Nie bądź takim liderem gdziekolwiek grasz, bo nigdy nim nie zostaniesz.

Kajzerek: James Harden. Czasami nie potrafię patrzeć na to, w jaki sposób James Harden gra w koszykówkę. Sprawia wrażenie zobojętniałego na to, jak zareaguje druga linia, jeśli on odpuści swoje krycie na obwodzie. Nie ma nawet ochoty walczyć przez zasłony, poddając przy pierwszym kontakcie. Jego brak zaangażowania i chęci jest odpychający. Nie pasuje do zawodnika takiego kalibru. To mój największy zarzut do kariery Jamesa Hardena.

3. Kto był najgorszym trenerem tego sezonu?

Sitarz: Byron Scott. Dużo niezrozumiałych rzeczy, niepotrzebnych słów, mieszanie lineupami i tankowanie dla tankowania bez rozwoju zawodników. Z tych Lakers można było wyciągnąć więcej. Nie więcej zwycięstw, ale koszykarskiego poziomu. D’Angelo Russell pojawił się w drugiej części sezonu, duet z Juliusem Randle w ogóle. Nie jest tak, że ten człowiek nie wie nic o koszykówce, ale w ostatnich dwóch sezonach wygląda jakby nie chciał wiedzieć. Sprawiał wrażenie obojętnego i zagubionego gdy mówił o swoich graczach – zwłaszcza o tych najmłodszych. Może ta ciężka szkoła życia opłaci się, a może za 20 lat Russell w swojej książce napisze, że Scott po prostu zajmował stanowisko trenera i rzadko kiedy nim bywał.

Szczepański: George Karl. Było w tym sezonie kilku fatalnych trenerów, ale nawet Byron Scott pod koniec wreszcie zaczął stawiać na młodzież i też Sam Mitchell w końcu zaczął lepiej ustawiać swój zespół. Kurt Rambis przejął stery dopiero w tracie sezonu więc się tutaj nie kwalifikuje. Dlatego stawiam na Karla, który wyglądał jakby mu się nie po prostu chciało. Przez cały sezon był tylko ciałem na ławce Kings, które czasem się ruszyło, ale to też rzadko. Miał trochę talentu do dyspozycji, ale nic nie wyciągnął ze swoich graczy, nie zmusił ich do większego wysiłku, do walki, do pracy w obronie, w dodatku nigdy nie dogadał się z Cousinsem.

Kujawiński: Byron Scott. Właściwie nie wiem, czy pamiętam sezon trenerski, który lepiej nadawałby się do pokazywania młodym szkoleniowcom w ramach przestrogi. Oczywiście “sprytni fani Lakers” tłumaczyć będą, że o to właśnie chodziło. Ten zespół miał przegrywać, a Kobe miał mieć swoją defiladę. Problem polega na tym, że Lakers stracili ten rok. Drużyna nie ma systemu, tożsamości i charakteru, a rozwój młodych graczy został zahamowany. Scott nie sprawdził się nawet w roli mentora, czyli w tym, co teoretycznie miało być jego najsilniejszą stroną. Ktokolwiek go zastąpi, będzie musiał zacząć właściwie od zera.

Kwiatkowski: Byron Scott. Szybko przestałem rozumieć rotacje – od grania MWP w rotacji, Lou w piątce, limitowanych minut Russellem, Blackiem zamiast Bassa, kończenia meczów dziwnymi piątkami, nagradzania czasem gry w czwartych kwartach nie tych zawodników, którzy na to zasłużyli. Pierwsza połowa sezonu i jego ocena Russella były jakby sąsiad próbował wychowywać Twoje dziecko. W ostatnim miesiącu patrzyłem już beznamiętnie (jak George Karl na Kings), jego wypowiedzi wpadały mi do jednego ucha, a wypadały drugim. To mogła być fantastyczna maskarada i tankowanie (+ sezon Kobiego), ale Scott nie jest w tej lidze od wczoraj i nie powinien być w niej jutro.

Kajzerek: Byron Scott/Randy Wittman. Scott za brak rozeznania w sytuacji i nie do końca jasne podejście do pierwszoroczniaków. Trochę im odpuszczał, trochę na nich wisiał. Wyszło tak, że nikogo nie był w stanie upilnować i nikomu nie był w stanie zapewnić stosownej szansy. Wittman chciał uszczęśliwić Johna Walla, ale nie wiedział co zrobić z całą resztą. Jasne, problemy z kontuzjami, ale takie sytuacje stwarzają szansę do bycia kreatywnym. Poza tym jest nie najlepszym in-game coachem.

4. Kto był najgorszym GM-em tego sezonu?

Sitarz: Phil Jackson. Kurt Rambis jako trener do końca tego sezonu, narzucanie swojej wizji za wszelką cenę, a także dziwne plotki dochodzące z obozu Knicks, że Jackson chce zatrzymać Kurta Rambisa, albo trenować zespół tylko w Madison Square Garden. To wszystko wygląda na sabotaż i pracę od niechcenia, którą Jackson zamierza kontynuować do momentu wygaśnięcia kontraktu. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby w Nowym Jorku pojawił się dobry dalekosiężny plan. Tymczasem więcej niż o przyszłości zespołu Jamesa Dolana słyszy się o ucieczce Jacksona do Los Angeles. Nie pochwalam tego.

Szczepański: Dell Demps. Kontrakt Omera Asika był najgorszym jaki podpisano w zeszłym ofseason. Nowa umowa dla Alexisa Ajincy też okazała się dużą pomyłką, a wydając pieniądze na centrów Demps zapomniał o pozostałej części składu. Nie zadbał o głębie na jedyne i trójce, a później już w trakcie sezonu nie przehandlował nawet Ryana Andersona, żeby cokolwiek zyskać w zmian, zanim odejdzie w wakacje.

Kujawiński: Rob Hennigan. Phil Jackson uratował się wyborem Kristapsa Porzingisa. Della Dempsa oszczędzam przez wzgląd na plagę kontuzji. Dla Hennigana nie mam wiele usprawiedliwień. To jest ten czas, kiedy ten zespół miał wykonać skok jakościowy. I jakkolwiek Scott Skiles jest dobrym specjalistą w swojej wąskiej specjalizacji, to został zatrudniony 2 sezony za późno, bo teraz byłby właśnie czas, by go zwolnić. No, ale nie będę się czepiał faktu, że Magic nie ofiarowali góry złota Tomowi Thibodeau, który w tym sezonie awansowałby z tym zespołem do playoffów. Będę się za to czepiał tego, że spanikował w trakcie sezonu i oddał Tobiasa Harrisa za Ersana Ilyasowę i Brandona Jennigsa, którzy co? Mieli przerzucić Magic przez górkę? Niespodzianka, że tego nie zrobili?

Kwiatkowski: Tom Benson/Dell Demps. Phil Jackson nim zostanie, jeśli nie zrezygnuje z triangle-offense w przyszłym sezonie. Pelicans – ściągnęli Alvina Gentry’ego, wysłuchali o jego planach odtworzenia Warriors i nie zrobili nic na rynku, żeby mu w tym pomóc. Pelicans rozegrali po prostu jeszcze jeden sezon bez dobrego SF i C. Który z kolei? Drugi? Trzeci?

Kajzerek: Dell Demps. Nie udało im się przehandlować Erica Gordona ani Tyreke Evansa, latem mogą stracić Ryana Andersona. Poza tym jeśli Alvin Gentry miał wobec tej drużyny jakiekolwiek oczekiwania, to nie zostały one spełnione. Demps jest mało twórczy, stoi w miejscu, zastanawia się, ale tak naprawdę nie jest w stanie podjąć działania. Może się ogarnie, ma spore możliwości.

5. Twój All-Bad NBA Team to…

Sitarz: Derrick Rose, Tyreke Evans, James Harden, Kevin Love, Greg Monroe. Uznałem, że nie ma sensu pastwić się na graczach z głębokiej rotacji, na zmiennikach, czy 10-11 zawodnikach w składzie. To gwiazdy, które zawiodły i nie pomagały swoim zespołom, a ich jakość albo falowała albo nigdy się nie pojawiła. Rose i Harden grali dla siebie, Evans był jednym z najgorszych point-guardów w lidze gdy grał na pozycji numer jeden, Love pokazał dlaczego może grać w Finałach z GSW mniej niż 20 minut, a Monroe w końcu wylądował ławce. To gwiazdy i nie-gwiazdy ligi, ale zarabiają dużo, a gdy dużo zarabiasz  – tyle co oni – musisz grać lepiej.

Szczepański: Ty Lawson, Kobe Bryant, Alonzo Gee, Terrence Jones, Omer Asik. Asik był moim pierwszym typem na najmniej wartościowego gracza i ostatecznie znalazł się tylko za plecami Kobiego. Lawson głównie za to jak ogromny regres zaliczył. Jeszcze sezon temu był jednym z najlepszych rozgrywających, a teraz miał problemy z utrzymaniem się w rotacji będąc jednym z najbardziej minusowych graczy w całej lidze. Gee był startem Pelicans, ale nic dobrego nie wnosił do gry. Natomiast Jones w swoim contract year tak zawodził, że na koniec przed nim w rotacji są Michael Beasley i Josh Smith.

Kujawiński: Derrick Rose, Kobe Bryant, Kevin Love, Dwight Howard, Omer Asik. Asik to osobny przypadek. Nowe wcielenie Kendricka Perkinsa, z tym że bez jego dobrego wpływu w szatni. Czyli wcale nie nowe wcielenie Kendricka Perkinsa. Pozostała czwórka to gwiazdy, które z różnych powodów gwiazdami na tę chwilę nie są, ale niestety dla swoich drużyn wciąż się tak czują. Bryant, Rose i Howard są po prostu popsuci fizycznie. Na niekorzyść tego drugiego działa jeszcze fakt, że zabiera minuty Clintowi Capeli. Kevin Love jest natomiast popsuty psychicznie. Na szczęście dla niego, jako jedyny z tej grupy, ma wciąż szansę odmienić swój los.

Kwiatkowski: Rajon Rondo, Brandon Knight, George Karl, Kevin Love, Dwight Howard. Bez Bryanta – to był jego ostatni sezon i za pięć lat nie będziemy pamiętać jak zły był + po prostu nie irytował mnie. Rondo za sytuację z Kennedym i puste triple-doubles, Knight za rzutowe dziwkarstwo, Karl na SF bo nie stał, ale siedział w rogu boiska i nikogo nie bronił po drugiej stronie, Love bo był i jest wyrzutkiem w składzie Cavs, a Dwight dlatego, że jest waflem.

Kajzerek: Brandon Knight, Dion Waiters, Kobe Bryant, Markieff Morris, Dwight Howard. Knight ciągle jest graczem, którego wartość trudno ustalić, ani to shooter, ani playmaker. Dion Waiters bo stoi w miejscu, nie robi nic żeby się rozwijać. Kobe Bryant bo bez niego ten sezon Lakers byłby produktywniejszy. Markieff Morris – bo mógł być jednym z najlepszych silnych skrzydłowych w lidze, gdyby nie fochy. Dwight Howard, bo chyba sam nie wiem, czy chce mu się jeszcze uprawiać ten sport.

0

KOMENTARZE

  1. A, że w Lakerlandzie bywa zabawnie to w przyszłym sezonie Kobe Bryant zostanie pierwszym trenerem, a Byron Scott jego asystentem do rozwoju młodzieży :)))) To by dopiero było! ;)

    Lubię to: 0