Kobe twierdzi, że w ESPN pracują idioci, ESPN odpowiada

10
fot. League Pass

Kiedyś dawno temu to była moja wojna. Zależało mi. Dzisiaj nie mam już pojęcia właściwie dlaczego. Późno młodzieńczy idealizm? Chęć, by “mieć rację”? Nie wiem, nie pamiętam. Może po prostu po tych setkach tysięcy zdań, które napisałem już w życiu o koszykówce, jestem odrobinę bardziej cyniczny i wolę postać z boku i popatrzeć.

Nie jest jednak tak, że moja opinia się zmieniła. Kobe Bryant jest dla mnie wciąż dla mnie najbardziej przecenianym koszykarzem w historii. Przecenianym, gdyż ma olbrzymie grono zwolenników, którzy próbują umieścić go gdzieś w okolicach Michaela Jordana. Dziś nie chce mi się już przytaczać liczb, nagród indywidualnych, rozważać wartości pierścieni i wspominać o zaawansowanych statystykach, które nawet te hołubione indywidualne umiejętności Bryanta lokują odrobinę poniżej elity. Zazwyczaj mówię po prostu, że Jordan (i nie on jeden) częściej trafiał do kosza i częściej wygrywał.

Nadal też zdaję sobie sprawę z tego, że Kobe był i jest dupkiem wobec swoich kolegów z drużyny. To “bycie dupkiem” było jednak zawsze częścią jego mitologii, którą on sam zdaje się bardzo lubić. Kiedy kręcący o nim film dokumentalny Gotham Chopra zapytał Steve’a Nasha, by opisał Bryanta w trzech słowach, ten odpowiedział:

Mother fucking asshole.

Muszę tłumaczyć?

Kobe był zachwycony.

To, co lata temu doprowadzało do szału Phila Jacksona próbującego w szatni Lakers zbudować plemienną wspólnotę, dzisiaj jest jak powracający żart: “No tak, Kobe jest dupkiem. Nie wiedziałeś?”. Kiedy Bryant wchodzi w tę postać, na przykład, dając rady debiutantom, czy wyśmiewając Nicka Younga, wszyscy wkoło po prostu się uśmiechają. “No tak, cały Kobe”.

Nie ma w tym nic złego. To jego modus operandi. Coś na czym zbudował swoją karierę. Bez takiego nastawienia najprawdopodobniej nie znalazłby się nigdy w miejscu, w którym jest teraz. W miejscu, w którym Lakers negocjują jego kontrakt za niego, bo wiedzą, że jest dla nich chodzącym złotem. To, o czym bowiem często zapominamy to, że Kobe Bryant osiągnął więcej niż powinien. Kobe Bryant po prostu tak ciężko nad sobą pracował.

W niedawnym wywiadzie dla new York Post ostateczne wyrazy uznania dla jego etyki pracy złożył Phil Jackson zapytany, czy Kobe powinien być wzorem dla Carmelo Anthony’ego odpowiedział:

Nie. Nikt nie jest w stanie się do tego zbliżyć. Nie oczekuję od niego, by był w stanie wzorować się na jego zachowaniu, bo nawet jeśli Kobe wzorował się na Michaelu Jordanie, to przeskoczył go w swoim podejściu do treningów. Wiem, że Michael pewnie by to zakwestionował, ale tak było.

W przypadku Kobe’ego po prostu ta wyświechtana klisza o tym, że był pierwszym i ostatnim na hali wydaje się być prawdziwa. Te setki anegdot, które wypluje wam Google muszą oczywiście pozostać naszym jedynym potwierdzeniem, ale – pod warunkiem, że nie wierzymy w teorię spiskową, że pisze je sam Bryant, by stworzyć swoje dziedzictwo – jest to chyba potwierdzenie wystarczające. Spośród nich zawsze jako pierwsza przypomina mi się jedna z nich, którą jeden z trenerów pracujących z kadrą USA w 2012 roku podzielił się kiedyś na Reddicie. Zakładając, że to prawdziwa historia, Kobe rozpoczynał swoje trening o 4 rano od ćwiczeń kondycyjnych, następnie pracując na siłowni, by przed treningiem z drużyną trafić jeszcze 800 rzutów.

To zawsze już będzie część jego legendy. Samotny wojownik zamknięty na hali z piłką, którego nikt inny nie potrafi zrozumieć. Jednocześnie zaś lider, który sam nie potrafił nigdy zrozumieć, że inni ludzie nie mają takiej mentalności. Trudna osobowość, ale też – poza koszykówką – ktoś, kto wydaje się być po prostu wrażliwym człowiekiem, na ile jesteśmy w stanie ocenić to na podstawie wywiadów i filmów na jego temat.

Rzecz w tym, że kiedy przychodzi do koszykówki Kobe musi utrzymywać swoją twarz z zaciśniętą szczęką. Kimkolwiek jest na co dzień, jest już za stary, by odrzucić tę maskę kogoś, kto we wszystkim szuka nowych motywacji. Stąd, kiedy rok temu ESPN umieścił go na 25 miejscu w swoim rankingu (u nas był na 16.), a Lakers wytypował do 12 miejsca w konferencji na jego awatarze na Twitterze znalazła się liczba “1225”, powiedział też, że każdy kto uważa, że jest 25. zawodnikiem ligi powinien się poddać testom na obecność narkotyków.

To było takie “Kobe”.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni120 zł

1

KOMENTARZE

  1. Czy ja wiem? Kobe już wcale nie chodzi ogłaszając o swej nieskończonej wielkości wszem i wobec. Jasne, zapytany co myśli o tym, że ranking sklasyfikowal go na ww miejscu byłby zaprzeczeniem tego na co pracował całą swoją karierę. Uderz w stół… Itp

    Bardzo dobry art Przemku.

    Lubię to: 0
  2. Koszykówka zmieniła się ostatnio w zasadniczy sposób. Czasy herosów zostały zmienione przez moneyball i zaawansowane statystyki.
    Za czasów prajmu Jordana, czy Kobego nikt się nie zastanawiał, nad efektywnością rzutu,obroną obręczy, perami czy innymi wskaźnikami. Liczyły się tylko punkty, asysty zbiórki (potem bloki). Nie było takiej możliwości analizowania gry. To były czasy w których Rudy Gay byłby w top 15 ligi (i mówię to o Rudym sprzed transferu do Sacto). Teraz jesteśmy mądrzejsi o całą masę statystyk i mamy inny obraz gry (przynajmniej ci, którzy się interesują koszykówką trochę bardziej) i znakiem naszych czasów (tzn. obecnych) nie będzie rzut Kobego z 8 metrów przez ręce ale oddanie piłki przez LeBrona na skrzydło do niekrytego Bosha. Co nie oznacza, że nie kochamy takich akcji jak Raya Allena, Greena (z Mia) czy Lillarda. Kochamy, uwielbiamy, ale to tylko jest wisienka na torcie zwanym NBA. Niestety Kobe jest “ZA WIELKI” aby to zrozumieć

    Lubię to: 0
  3. Od dwóch sezonów prognozuje i czekam na znaczny regres Kobe’ego, i tym razem zapewne się nie doczekam. Ale wojna się zaczęła i nawet gdyby doszło do transferu z udziałem Chris’a to nie znaleźli by porozumienia między sobą.

    Lubię to: 0
  4. Mysle ze Kobe zdaje sobie sprawe ze juz mistrza wiecej nie zdobecie.
    Wiec, zostaly mu juz tylko dwa cele – dolary i poprawienie rekordow Jordana.

    Mogl mu jeszcze zaszkodzic Nick Young, ale ten problem tez zalatwil niszczac mu reke. Droga wolna, przed nami sezon Kobiego rzucajacego 30+ :/

    Lubię to: 0
  5. Fajny tekst Abbota na ESPN magazine. Slusznie zauwazyl, ze wszyscy w mediach obrabiaja dupe Jimmowi Bussowi(Jax, Jeannie, Magic, Kobe jako “sources” ;)), a tylko on zachowuje sie jak facet i nie leci co chwile do prasy naskarzyc na kogos w odpowiedzi.

    Natomiast bardzo nie podobaja mi sie wstawki w stylu “zaufana osoba w zarzadzie LAL powiedzial…”, “znany GM innego teamu twierdzi…” – dla mnie to jest calkowity BULLSHIT. Takie wyssane z dupy ploteczki prosto z magla. Albo ktos cos mowi i sie pod tym podpisuje imieniem i nazwiskiem, albo jest cipa/ew. dziennikarz to po prostu zmysla zeby potwierdzic swoja teze.

    BTW. zapomnialbym o najwazniejszym – piekny tekst! :)

    Lubię to: 0
  6. I jeszcze jedna mysl. Czasem denerwujemy sie, ze KD jest taka idealna, nieskazitelna i nietykalna gwiazda, ktorej nikt nie krytykuje.

    Tylko czy przypadkiem z Kobem nie jest taka samo? Przeciez to zawsze byla wina Shaqa, Smusha Parkera, Pau/Bynuma, DH12, Mike’a D – nigdy Kobego. Jego gwaltu w Denver tez nigdy nie bylo itd. itp.

    Jednak co by nie mowi stary dobry Kobas nawet teraz budzi emocje :)))

    Lubię to: 0