Kevin Durant – nieskalany bohater naszych czasów

13
Albert Pena / Newspix.pl
Albert Pena / Newspix.pl

Najlepszy? Nie chcę rozmawiać o tym, kto jest najlepszy. Chcę rozmawiać o tym, kto jest “najgorszy”. Tak zaczyna się jedna z najnowszych reklam Nike’a. Starszy pan chce rozmawiać o tym, kto jest “najgorszy” i używa do tego slangowego słowa baddest. W tym znaczeniu “najgorszy” zmienia się w “najlepszy”. Najlepszy z nutką zła w sobie. Dobry, ale twardy i pewny swojej wartości. John McClane był baddest. Martin Riggs był baddest. Harry Callahan był “najgorszy” z nich wszystkich. Nie mamy takiego słowa w języku polskim i dlatego taka reklama nie miałaby u nas szans. W naszej kulturze nie ceni się zazwyczaj tego aroganckiego sposobu na bycie dobrym z małymi wyjątkami dla ról Bogusława Lindy. Co innego w NBA.

Nike próbuje powiedzieć nam, że Kevin Durant jest the baddest. W kolejnej odsłonie sam Kevin mówi wam, że możecie być tacy sami. Po prostu jeszcze o tym nie wiecie i obrusza się, że ktoś może sądzić, że jesteście na to zbyt mili. Zbyt mili? Tak, bo Kevin Durant jest miły. Jest tym dobrym synem swojej mamy, która jest prawdziwym MVP tej ligi.

Ludzie z Nike’a zawsze mieli smykałkę do tworzenia fantastycznych reklam, które sprzedawały marzenia. Teraz gdy LeBron James jest już tylko nudnym ojcem rodziny, który wrócił na stare śmieci, najgorętszą rzeczą na rynku jest KD. Nike zawsze trafiało w moment ze swoimi klipami, by dokładnie wtedy, kiedy trzeba powiedzieć nam, że koszykarze nie mają być wzorem do naśladowania i nie możemy mówić im, co powinni robić. Następnie kasowało do kieszeni kolejne miliony dolarów. Teraz może być podobnie, bo po raz kolejny komuś bardzo spostrzegawczemu udało się uchwycić to, kim w naszych oczach jest Kevin Durant (na jego miejscu nie odchodziłbym do Under Armour, jeśli nadal chce sprzedawać buty…).

Kevin Durant jest the baddest. Jest kimś, kto na parkiecie będzie próbował cię zabić, by potem przyjąć z uśmiechem zaproszenie na herbatę. Jest tym, kim nigdy nie stał się Grant Hill, który również swego czasu przeprowadzał staruszki przez jezdnię i uchodził za Pana Miłego. KD jest miły, ale wiecie, nie zawsze. KD jest niemiły, ale wiecie, nie zawsze. KD jest taki, jaki powinien być w danym momencie. Dlatego zarobi dla swoich sponsorów jeszcze całe ciężarówki kapusty. Nie trzeba próbować go sprzedawać, nie trzeba go reklamować. Wystarczy pozwolić mu być.

Wizerunek Kevina Durant jest dla mnie fascynujący właśnie z tego względu. Jest w nim odpowiednia proporcja dobra i zła. Jest miłym i ułożonym chłopcem, ale nie nudnym do wyrzygania. Jest bezlitosnym koszykarskim mordercą, ale nie przekracza granic dobrego smaku.

No i przede wszystkim wydaje się być nietykalny.

Mam wrażenie, że wszystko zaczęło się w 2010 roku, kiedy Durant miał swoje małe wyjście z szafy w czasie mistrzostw świata i nagle stał się medialnym przeciwieństwem – wtedy – tego złego LeBrona Jamesa. Świeżo po “Decyzji” wszelkie zachowania Jamesa interpretowano negatywnie. Durant był zazwyczaj pokazywany jako punkt odniesienia – jako dowód, że gwiazdy koszykówki mogą być “inne”. Mogą pisać o przedłużeniu swojego kontraktu z drużyną z małego rynku na Twitterze i nie mieć tatuaży. Durant miał tatuaże, ale byli ludzie, którzy w tym niebiańskim wizerunku nie potrafili ich zauważyć. To był dla mnie taki symbol tej wizji.

Z czasem LeBron James przestał być wrogiem publicznym numer jeden i medialnie nie było już sensu stawiać ich po dwóch stronach skali. Spodziewałem się, że po chwili wizerunkowego plateau szala zacznie przeważać się w drugą stronę. Myślałem, że koszykarska natura nie znosi próżni i wkrótce to Durant znajdzie się pod ostrzałem krytyki.

Pomyliłem się.

Kevin Durant wciąż nie wygrał mistrzostwa NBA. Wciąż nie udowodnił, że potrafi pociągnąć drużyny do zwycięstw w najważniejszych momentach playoffów. Po drodze zdarzyło mu się kilka wpadek w życiu prywatno-publicznym. Odzew ze strony, tak chętnych zazwyczaj do krytyki, mediów i kibiców był znikomy.

Kiedy więc już w czasie obozu kadry USA, Durant całkiem niespodziewanie opuścił drużynę, pomyślałem, że to właśnie jest ten moment. Z sępim uśmiechem zasiadłem do czytania najważniejszych amerykańskich źródeł poświęconych NBA i… cisza. Generalną opinię najważniejszych źródeł w kraju najlepiej chyba wyraził na łamach ESPN Royce Young:

Decyzja Duranta o wycofaniu się z mistrzostw świata nie ma jednego powodu. Nie chodzi tylko o lęk zrodzony z potwornej kontuzji George’a. Nie chodzi jedynie o pojedynek o jego podpis pomiędzy Nike i Under Armour. Nie chodzi jedynie o minuty gry, który zsumowały się i ciążyły na jego nogach w maju i czerwcu. Chodzi o cenę, jaką przyszłoby mu zapłacić, gdyby zagrał i potencjalne zyski, jeśliby nie grał.

Durant nigdy tak naprawdę nie powiedział koszykówce ‘nie’. Gra zawsze miała nad nim władze, zawsze podejmowała za niego decyzje. I może po raz pierwszy postanowił postawić swoje ciało i umysł na pierwszym miejscu.

Dziennikarze i kibice… strach to napisać… zrozumieli. Nawet duet Stephan A. Smith i Skip Bayless w programie First Take, którego istnienie uzależnione jest od sprzecznych decyzji i kontrowersji, wyjątkowo stanęli po jednej stronie barykady.

Czegoś tu nie rozumiałem. Ostatecznie była to idealna okazja, by wzniecić trochę ognia i nabić trochę klików. Dla któregoś z mniej istotnych dziennikarzy ESPN-u czy Yahoo, to mogła być niepowtarzalna szansa, by “zrobić sobie nazwisko”. Wystarczyło napisać coś, co polski kibic wycedziłby przez zęby w pierwszej sekundzie po dowiedzeniu się, że najlepszy gracz kadry zrezygnował z niej w czasie trwania obozu.

Jedynym znanym dziennikarzem, który odważył się skrytykować Duranta był Chris Sheridan:

Ludzie muszą przestać odpuszczać to Durantowi. Znajdźcie mi jednego ogólnokrajowego felietonistę z najważniejszych mediów, który dołożył Durantowi z powodu zostawienia kadry USA. No dalej, chociaż jednego. Wasze poszukiwania będą bezowocne, ponieważ ten dziennikarz jest jak jednorożec. On lub ona nie istnieje.

Cóż, tutaj mu nie odpuścimy.

Kevin Durant powinien się wstydzić.

Paradoksalnie krytyka Sheridana mogła jedynie utwierdzić resztę dziennikarskiej społeczności w słuszności swojej opinii. Chris Sheridan jest byłym dziennikarzem ESPN-u i Associated Press, który w 2011 roku postanowił pozwać do sądu nowojorskiego felietonistę Petera Vecseya po tym, gdy ten nazwał jego źródła “wymyślonymi”. Oczywiście tego typu sprawa sądowa pomiędzy dwoma “kolegami” z tej samej branży nie spodobała się w “towarzystwie”, a kontrakt Sheridana z ESPN-em nie został przedłużony. Od tego czasu Sheridan prowadzi swój własny portal i choć często zdarza mu się mieć dobre źródła, generalnie uważany jest za “poszukiwacza tanich sensacji”. Do tego nie zjednuje sobie sympatii, na każdym kroku chwaląc się swoimi osiągnięciami.

Patrząc na to z boku, fakt, że akurat Chris Sheridan jest jedynym krytykiem Duranta… poprawia wizerunek gwiazdy Thunder.

Prywatnie, rozumiem, że Kevin Durant zrobiłby lepiej, gdyby zrezygnował z kadry jeszcze przed obozem, ale nie kruszyłbym o to kopii. Każdy ma prawo podejmować własne decyzje w sprawach swojej kariery. To, co mnie autentycznie dziwi to fakt, że akurat w tym jednym przypadku mainstreamowe media zachowują się… dobrze.

Dziennikarze zamiast zajmować się ocenianiem decyzji Kevina Duranta, zastanawiają się, kto go zastąpi. Zamiast namawiać kolegów z drużyny do słownych ataków na swojego byłego lidera, rozważają, jak wyglądać będzie gra zespołu Mike’a Krzyzewskiego bez swojego najlepszego strzelca. Zamiast tworzyć sensację… cóż… nie tworzą sensacji.

Jak wielka jest moc wizerunku Kevina Duranta, że nikt nie próbuje go zniszczyć – choć powinno być to kuszącym zadaniem?

Pomyślcie tylko, jak wyglądałyby nagłówki, gdyby w czasie obozu kadrę opuścił LeBron James. Właściwie gdyby zrobił to ktokolwiek inny? Czy uniknąłby tego okropnego słowa “quitter”? Czy wzbudziłby tyle wyrozumiałości?

Nie jest też tak, że to pierwsze zdarzenie w karierze Duranta, które równie dobrze mogło zostać zinterpretowane negatywnie.

Jesienią 2013 roku Kevin Durant zaręczył się z koszykarką Moniką Wright, ale związek rozpadł się kilka miesięcy temu, gdy na jaw wyszły plotki o zdradach, których dopuszczał się KD. Monica nie chciała nigdy komentować szczegółów rozstania, choć wspominała o swojej głębokiej wierze i o tym, że Durant nie był w stanie dostosować się do jej wymagań w tym względzie. Czyżby Kevin nie był jednym z tych Currych i Linów tej ligi, jak często lubi się go przedstawiać?

Niedługo po rozstaniu Durant procesował się ze swoją byłą agentką podróżną, która twierdziła, że przez lata świadczyła Kevinowi “specjalne usługi”, wśród których była organizacja przelotów i hoteli dla wielu różnych pań. Sprawę wyciszyła szybko ugoda sądowa.

Nieco wcześniej tego samego roku z jego konta na Twitterze wysłane zostało zdjęcie, na którym Durant… pali. Co palił? Tego nie wie nikt, choć oficjalnie była to fajka wodna. Samo zdjęcie miał zaś wysłać ktoś, kto nielegalnie dostał się na jego konto.

Na parkiecie Kevin również nie bywał święty. Przekleństwa ze słowami na N włącznie i nielubiane przez ligę gesty były codziennością. Za tamto podcinanie gardła w meczu z Warriors Durant został zresztą ukarany przez NBA grzywną w wysokości 25 tysięcy dolarów. Dlaczego nagle cała biała brać panów w średnim wieku, która pisze o koszykówce dla największych krajowych dzienników nie dorobiła mu gęby gangstera, którą tak bardzo lubi dorabiać czarnym sportowcom? Cóż… Kevin wiedział po meczu dokładnie, co powinien powiedzieć:

Zabij ich, a po meczu módl się za nich. Nie mam nic przeciwko drużynie, przeciwko której gram. Gram z takim nastawieniem, ale po meczu znów jesteśmy przyjaciółmi.

To było idealne wyjaśnienie, bo Durant wytłumaczył swoje zachowanie teatrem. Sam postawił się w roli aktora i powiedział właściwie: na parkiecie gram, poza parkietem jestem miłym gościem. Tego właśnie najwyraźniej się oczekuje. Dlatego biała dziennikarska brać potrafiła wybaczyć mu nawet tak źle kojarzący się jeszcze niedawno w NBA rap.

Kevin Durant nie jest wzorem lojalności – w ciągu swojej kariery już dwukrotnie zmieniał agentów i bądźcie pewni, że nie będzie miał sentymentów, jeśli oferta z Under Armour będzie lepsza niż ta od Nike’a (nie będzie pewnie miał jej też w 2016, jeśli Thunder nie będą mogli dać mu tego, co chce). Nie jest jakimś koszykarskim idealistą, który nie chce się sprzedać. Nie jest miłym gościem na parkiecie, który zawsze się uśmiecha. Nie jest mistrzem NBA i nie wygrywa dla swojej drużyny meczów w najważniejszych momentach playoffów. Najwyraźniej nie jest również gotowy do ostatecznych poświęceń dla reprezentacji swojego kraju.

Dla publicznej opinii nie jest to jednak żaden problem. Wszystkie rzeczy, o których napisałem powyżej mogłyby zostać rozdmuchane i zinterpretowane negatywnie, gdyby tylko chodziło o kogoś innego. Być może też Kevin Durant bardzo skutecznie potrafi ukrywać niewygodne szczegóły swojego życia prywatnego (i bardzo dobrze – to jego życie prywatne). W każdym wypadku media i kibice są gotowi przymykać oko na wszystko, co nie pasuje do tej ładnej wizji jego osoby. Dlaczego?

W przypadku aspektów sportowych chodzi pewnie o natężenie oczekiwań. Durant nie przychodził do ligi z łatką wybrańca. Na jego barkach nie spoczywała tak wielka presja, więc cokolwiek obecnie robi na parkiecie jest to “coś ponad”. Dzięki temu wybacza mu się słabości, bo w jego przypadku nie istnieje aż tak dużo “coś poniżej”. W przypadku jego wizerunku poza parkietem mam teorię, że wierzymy po prostu, że Durant jest prawdziwy. Trudno nie ufać jego łzom i emocjom. Chcemy wierzyć, że znamy Kevina niczym kumpla z podwórka, dlatego tak trudno mu przyłożyć. Być może jest najmniej obecnie odległą od nas gwiazdą NBA. Jednocześnie jego “boiskowe zło” jest złem bezpiecznym. Wiemy, że to tylko deski teatru i z zachwytem przychodzimy oglądać na nich jednego z najlepszych żyjących aktorów, który do tego prywatnie jest miłym gościem.

Niestety – być może – niestety czyni go to produktem idealnym. W pewnym sensie nowym Michaelem Jordanem, który utknąć może niebawem w pewnym wyidealizowanym obrazie samego siebie. Ostatecznie w ten czy w inny sposób wszyscy zawsze przegrywają z – jak to w swoim świetnym artykule na temat młodego Tigera Woodsa “The Chosen One” nazwał kiedyś Gary Smith – maszyną. Fragment tamtego tekstu w odpowiednich proporcjach wydaje się pasować dziś do Kevina Duranta, który też “nie jest w stanie zrobić niczego złego”:

Maszyna wygra, ponieważ ten cały pomysł jest śmieszny. Dzieciak uderzający żelazną ósemką zmieniający losy świata. Nie, oczywiście, że nie. Tysiące ludzi nie usiądą przed czołgami z powodu Tigera Woodsa. Nie położy kresu tyranii, ani nie zbuduje religii, która pewnego dnia liczyć będzie 300 milionów wiernych.

Ewentualnie nie doceniam Kevina Duranta i tego, jak bardzo brakowało nam tego typu bohatera w tych naszych codziennych zmaganiach z koszykarskimi narracjami. Może odpowiedzią na tę “maszynę” jest po prostu bycie sobą?


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni44 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni139 zł

3

KOMENTARZE

  1. Super artykuł. A sprawa istotnie zakrawa na jakiś fenomen socjologiczny. Może ludzie po prostu potrzebują wreszcie kogoś, kto daje choć pozory bycia nieskalanym i innym od zblazowanych gwiazdorów. Może KD ma świetnych ludzi od PR. Może jest mniej ostentacyjny. Ten 2016 będzie chyba prawdziwym testem..

    Lubię to: 0
  2. bardzo czekalem na taki artykul tutaj, super Przemek

    nie wiem, skad sie wziela ta nietykalnosc Duranta, podejrzewam, ze to mistrzowska robota najlepszych specow od PR w NBA i calych stanach

    Lubię to: 0
    • Może tak być. Ale tu pojawia się inna kwestia – czy Durant jako jeden z niewielu zrozumiał potrzebę tworzenia wizerunku? czy go po prostu wymyślili, jako produkt stricte marketingowy? Oczywiście, potencjał wyjściowy musiał być, niemniej, jakoś to wszystko się udało. To, na ile to coś więcej niż PR, pokażą kolejne sezony i ewentualne mistrzostwa.

      Lubię to: 0
  3. Powiem tak: ile querwa trzeba było czekać na 6G na taki art.?! Żeby było jasne, nie hejtuje Duranta, ale double standards wobec niego to rzecz, która od dawna mnie irytuje. I nie mowię tylko o polskich mediach, ale ogólnie nietykalność Duranta to coś, co strasznie mnie wqrwia… Durant nie jest świętą krową.

    Lubię to: 0
  4. NIestety bakuje mi jakiekokolwiek Hejtu w stronę Durnata. Myślę że w może to w konsekwencji odbić się na nim bo nie bedzie przyzwyczajony do krytyki a ta mogłaby go troszke umotywować. Nie podoba mi sie zrzucanie winy prawie zawsze na Westbrooka choć jest to jeździec bez głowy to akurat w ostatnich PO zawiódł zdecydowanie w miniejszym stopniu. Czas powoli rozliczać Duranta tak jak czas rozliczać Brooksa, ich czas mija i wydaje mi się że jeśli nie tytuł w tym roku to możemy mieć bardzo ciekawy offseason 2015 szczególnie jeśli chodzi o Westbrooka(Durant jest nie tykalny w OKC)!!

    Lubię to: 0
  5. brawo Przemek, świetny tekst, ląduje w ulubionych :)
    “Durant nie przychodził do ligi z łatką wybrańca. Na jego barkach nie spoczywała tak wielka presja, więc cokolwiek obecnie robi na parkiecie jest to „coś ponad”. Dzięki temu wybacza mu się słabości, bo w jego przypadku nie istnieje aż tak dużo „coś poniżej”.”
    Nie zapominajmy że cały czas był/jest tym “drugim” najlepszym graczem na świecie a także że winę za porażki Thunder zrzucamy na “trenera” Brooksa. Może kiedy zdobędzie swój pierwszy pierścień ta “miłość” która Go otacza zamieni się w zniechęcenie?

    Lubię to: 0
  6. Przemku! Ja czuję się niezręcznie zaczynając każdy komentarz od słów “świetny /super /zajebisty artykuł”. Pracuj proszę nad książką, wszyscy ostrzymy sobie zęby!

    Lubię to: 0
  7. Też nie hejtuje Duranta ale ten klosz nad nim jest ogromny. Przecież nawet Adam w swoim tekście o rejteradzie KD z Teamu USA napisał coś w tym stylu: “Nikt nie może mieć pretensji do Kevina, że podjął taką decyzje.”. Jak nie można mieć pretensji? Wyobrażacie sobie, że Messi, czy Ronaldo mówią przed mistrzostwami, że są zmęczeni i nie jadą na turniej? Właśnie ten parasol ochronny chyba może być tym co przysporzy Kevinowi hejtów i presji w przyszłości. Już dziś ludzie zaczynają dostrzegać jego “wady” i przewinienia choć jeszcze nie robi się z tego wielkiego halo. Jeszcze…

    Lubię to: 0
    • Dokładnie, Messi czy C. Ronaldo mimo swojej świetności rozliczni są często z gry w kadrze narodowej, gdy grają tam słabiej niż w klubie (system nie jest tam im podporządkowany) to zawsze są oceniani negatywnie. Durant to zwykły tchórz, nie oszukujmy się, taki zawodnik doskonale zna swoje ciało, potrafi przewidzieć pewne rzeczy. Ucieczka z kadry w trakcie zgrupowania to po prostu brak jaj. I gdyby to zrobił Lebron to zostałby skrytykowany na wszelkie sposoby. A jak można krytykować gracza, który od 4 sezonów gra do ostatniego meczu ligi NBA, a drugiego najlepszego nie krytykować w ogóle?

      Lubię to: 0
      • No nie można krytykować, bo to Durant. Jamesowe “not one, not two…” do tej pory, co jakiś czas powraca. KD od “tired of being second” przez 2 lata nie wszedł nawet do finału, ale nikt mu tego nie wypomni. Mało tego – został MVP (gł. dzięki kontuzji RW i możliwości grania hero-ballu), więc pewnie niektórzy jeszcze powiedzą, że zrobił jak powiedział i faktycznie przestał był numer 2.

        KD jest po prostu na tyle dobry i na tyle mało kontrowersyjny, że taka “łatka” przechodzi. Wzięli z RW kupę kasy i nie starczyło jej na Hardena (zapewniali, że, mają brotherhood i Harden zostanie) – normalna rzecz. Melo rezygnuje z paru mln kontraktu (^^) – co za egoista, myśli tylko o kasie.

        Lubię to: 0