Kujawiński spotyka Harasimowicza

43
Charles Trainor Jr / Newspix.pl
Charles Trainor Jr / Newspix.pl

Muszę.

Zjadłem tabliczkę czekolady, dojechałem do 2048 w 2048, przesłuchałem płytę jednej duńskiej wokalistki, poszedłem na boisko i oddałem 400 rzutów, wziąłem długą kąpiel, obejrzałem jak Argentyna łamie szwajcarskie serca. Nic nie pomogło.

Muszę.

To nie jest recenzja. To będą emocje.

Bywam emocjonalny z dziwnych powodów. Mam taką swoją małą wizję świata, która zakłada, że w ostateczności, jeśli jesteś w czymś naprawdę dobry i pracujesz nad sobą to odniesiesz sukces. Wizja ta od dzieciństwa bywała rozszarpywana przez rzeczywistość i zawsze popadałem w trudne do sprecyzowania stany emocjonalne w momentach, w których to do mnie docierało. Nie, nie dlatego, żebym narzekał na brak sukcesów. Dlatego, że rozglądając się dokoła widzę, że w większości dziedzin “przydział” sukcesów jest właściwie losowy (lub ja jeszcze nie odkryłem do niego klucza).

Idąc do mojej pierwszej poważnej pracy miałem wyidealizowane przekonanie, że oto nastaje czas, w którym otaczać mnie będą ludzie, którzy chcą się realizować w tym, co robią i przede wszystkim starają się to robić dobrze. Więcej. Nie tyle po prostu “starają się” co “łapią się każdej możliwej sposobności, by być lepszymi w tym, co robią”. Do tego byłem przekonany (głupi ja), że im wyższe stanowisko tym ludzie będą lepsi i tym bardziej będą promować ludzi, którzy też rozwijają się w podobnym kierunku.

Utopia.

Przez kilka lat, pracując z największymi światowymi firmami (9/10 z was zobaczy logo, którejś z tych firm, jeśli tylko rozejrzy się po pokoju), zorientowałem się, że świat różni się od mojej wizji. Nie chodzi o to, że zaraz zacznę się skarżyć, że świat biznesu jest skorumpowany i decydują w nim znajomości. Rzecz w tym, że do dzisiaj nie wiem, co decyduje. Weryfikacja umiejętności i kompetencji ludzi w wielu branżach jest najwyraźniej tak trudnym zadaniem, że na najwyższych stanowiskach spotykałem ludzi bez żadnych zdolności i odwrotnie miałem okazje poznawać niedocenianych szaraczków z większą wiedzą niż cała reszta ich firm.

Analogia do świata koszykówki.

Wyobraźcie sobie, że pierwszym rozgrywającym Clippers jest Giuseppe Poeta, a trenerem Eugeniusz Kijewski (przy całym szacunku do obu panów), a na skrzydle biegam ja. Tymczasem LeBron James siedzi na ławce w siódmym zespole ligi tureckiej, Doc Rivers jest asystentem u Jasona Kidda w Zielonej Górze, a Chris Paul nigdy nie został wybrany w drafcie.

Koszykówka ma to do siebie, że bezlitośnie weryfikuje rzeczy dobre i złe. Nawet, jeśli zżymamy się na niektórych menadżerów czy trenerów, że podejmują złe decyzje kadrowe, to patrząc na większy obraz nikt nigdy nie powie, że w NBA nie grają najlepsi gracze świata.

Większość światów niestety nie ma takiej właściwości.

Takim światem była moja poprzednia branża. Takim światem nie jest branża, na której obrzeży funkcjonuję w tej chwili – dziennikarstwo (na obrzeżu, bo jestem blogerem). Pomijając opinie wyrażane przez dziennikarzy (bo te mają prawo być subiektywne), można najzwyczajniej w świecie zweryfikować umiejętność pisania. Jest to umiejętność, którą można w stosunkowo prosty sposób ocenić – wystarczy trochę wiedzy i doświadczenia. Dlaczego więc świat dziennikarstwa w Polsce przypomina mi tak bardzo moją poprzednią branżę? Nie widzę wielkich różnic i to sprawia, że popadam w ten dziwny emocjonalny stan, ni to rozczarowania, ni to wkurzenia.

Dzisiaj moim elementem spustowym, by w ten stan popaść była książka Marcina Harasimowicza “LeBron James. Król jest tylko jeden?”.

To nie jest recenzja. To będą emocje.

To nie jest tak, że spodziewałem się dużo po tej lekturze. Sam fakt, że ktoś decyduje się na napisanie biografii aktywnego (sic!) koszykarza, bez autoryzacji głównego bohatera sprawia, że jestem podejrzliwy. No bo po co? Mimo wszystko nie sądziłem, że będzie aż tak źle.

Nie znam Marcina Harasimowicza. Kojarzę jego nazwisko. Obaj pojawiamy się czasem na łamach Magazynu MVP. Słyszałem to i owo o Marcinie Harasimowiczu, ale nigdy nie był on dla mnie postacią interesującą. Co najwyżej było mi odrobinę przykro (czysto zawodowo przykro), kiedy czytałem jego artykuły i opinie wiedząc, że jest “tam”, na miejscu, w Stanach, w szatniach, przy parkietach. Przykro, bo w tym co pisał nie było nigdy nic specjalnego, wręcz przeciwnie często miał tendencję do publikowania bardzo “prostych” i “bezrefleksyjnych” opisów rzeczywistości (gdy ja oczekiwałem, że z jego pióra spłynie zapach klepek w Staples Center).

W posłowiu do książki Marcin Harasimowicz opisuje swój trudny start w Stanach i to, jak dzięki ciężkiej pracy realizował krok po kroku swoje marzenia:

Ja tylko zaciskałem pasa i harowałem – od szóstej rano do pierwszej w nocy. Siedem dni w tygodniu, cztery tygodnie w miesiącu, dwanaście miesięcy w roku.

Umiem się z tym utożsamić. Naprawdę.

Niestety nie umiem tego szanować. Nie umiem, po książce którą przeczytałem.

Analogia: Ja harowałem zawsze jak wół na wszystkich treningach, w których uczestniczyłem. Nie wystarczyło, żebym został koszykarzem.

Rozumiecie, co chcę napisać? Jeśli Marcin Harasimowicz harował nad swoim warsztatem dziennikarza, to wyszło mu tak samo jak mi z koszykówką.

To jest zła książka.

I to bardzo, bardzo mnie boli, bo w pojawia się tak mało polskich książek o koszykówce, że całym sobą chciałbym, żeby była dobra. I nie, nie kupię tłumaczeń, że trzeba na nią spojrzeć inaczej, bo ostatecznie to “tylko książka o koszykówce” i nie musi być dziełem literackim. David Halberstam napisał kiedyś, że amerykańskie dziennikarstwo sportowe stało na tak wysokim poziomie, bo dziennikarze chcieli być pisarzami, a pisarze chcieli pisać o sporcie.

Dobra książka sportowa, to po prostu dobra książka.

Marcin Harasimowicz nie napisał dobrej książki. Dlaczego? Zdaję sobie sprawę, że jeśli decyduję się na taką krytykę, to powinienem wymienić wszystkie powody. Do dzieła.

Już sam sens pisania tego typu książki jest dla mnie bardzo wątpliwy. Mówimy tu o biografii 30-letniego koszykarza u szczytu swojej kariery. Czy to naprawdę czas na jakiekolwiek podsumowania?

Nawet jeśli zdecydujemy, że warto taką książkę napisać to kompletnie nie rozumiem, jak można choćby marzyć o wykonaniu solidnej pracy przy pisaniu biografii żyjącej osoby bez jej najmniejszego nawet udziału. To nie jest biografia. To jest jakiś dziwny zapis arbitralnie dobranych wydarzeń z życia LeBrona Jamesa na podstawie… tego, co ukazywało się w mediach. Nie wiem tego na pewno, ale nic w tej książce nie wskazuje na to, by autor odbył jakiekolwiek rozmowy (z myślą o niej) z samym Jamesem, jego otoczeniem, przyjaciółmi, krytykami, kolegami z dzieciństwa. Właściwie z kimkolwiek poza koszykarzami, z którymi rozmawiał (lub notował rozmowy) w szatniach po meczach i kilkoma dziennikarzami.

Marcin Harasimowicz pisze:

Zdecydowałem się spędzić ponad rok na zbieraniu materiałów, przeglądaniu dziesiątków książek, tysięcy publikacji oraz milionów stron internetowych (…)

Potwierdzam. Pamiętam dokładnie przy jakiej okazji i gdzie przeczytałem wiele z cytatów użytych w książce. W gruncie rzeczy nie jest to nawet książka, to zwykła kompilacja informacji znalezionych w różnych publikacjach. Nie dowiecie się z niej niczego nowego. Wszystkie informacje w niej zawarte znajdziecie w Google. Mówię serio, to po prostu chronologiczny spis tego, co pisano o LeBronie Jamesie.

Praca, którą Marcin Harasimowicz wykonał przy pisaniu może zostać śmiało przyrównana do pisania pracy magisterskiej.

No dobrze, ale załóżmy że było trochę inaczej. Może autor postawił sobie za cel napisanie takiej właśnie kompilacji. W takim układzie nie mógłbym go krytykować za to, że książka nie ma absolutnie żadnego przesłania, żadnego większego sensu, że nie chce nic powiedzieć przez pokazanie historii LeBrona Jamesa. W takim układzie jedynym celem jej istnienia miałoby być zebranie w jednym miejscu faktów na temat życia Jamesa, które dostępne są w Internecie. Załóżmy, że taka była intencja Marcina Harasimowicza. Co wtedy? Wtedy należałoby to zrobić dobrze technicznie.

To jest coś, co podnosi mi ciśnienie. Mówimy o dziennikarzu, o kimś kto pisuje dla redakcji X i dla redakcji Y i dla redakcji Z. Mówimy o kimś, z jakąś tam marką i pozycją – na którą ponoć zapracował. Dlaczego więc w takim razie nie potrafi dobrze pisać?

Stylistycznie książka ta jest na poziomie wypracowania ze szkoły średniej. Momentami są to suche zlepki zdań jak w depeszy polskiej agencji prasowej (LeBron zrobił to, potem zrobił tamto, a ktoś powiedział, że coś), momentami infantylne wstawki, których celu nie potrafię określić (“LeBron nie mógł się doczekać kolejnego sezonu, ale chyba pomyliły mu się daty, bo na noc otwarcia postanowił wziąć sobie wolne”), narracja jest do bólu monotonna (popychana do przodu właściwie jedynie za pomocą zwrotów typu “następnie”, “później”, “wcześniej”, czas przeszły i teraźniejszy mieszają się bez żadnej wyraźnej konsekwencji i celu (co jest czasem całkiem zabawne, na przykład gdy po kilkunastu rozdziałach w czasie przeszłym z LeBronem w roli głównej kolejny rozpoczyna się od “Połowa listopada 2013 roku. Trzydziestokilkuletni Antawn Jamison długo rozmawia z lokalnymi dziennikarzami (…)”), a podziału na akapity nie umiem nawet skomentować (serio, są miejsca, gdzie akapit ma 2 strony bez żadnego uzasadnienia).

Czytając miałem refleksję, że Marcin Harasimowicz próbuje pisać “językiem Internetu”, czy też “językiem blogów”. Niestety nie umie tak pisać, bo “język blogów”, to język opinii, których on właściwie nie posiada. Jego język zawiera za to mnóstwo pustych zwrotów typu “drużyna A zmasakrowała/zmiażdżyła/zniszczyła drużynę B”, “zawodnik zagrał bardzo dobrze”, “media ciągle trąbiły o gwiazdach”, “telewizje na okrągło transmitowały mecze” etc.

Wyobraźcie sobie sprawozdanie z meczu na kiepskim koszykarskim blogu. To właśnie zrobił Marcin Harasimowicz. Tylko to nie blog, a książka i ma 300 stron. Jednocześnie na tychże 300 stronach nie ma właściwie niczego interesującego. Nie ma refleksji nad tym, kim jest LeBron James. Nie ma próby wyjaśnienia jego charakteru czy zachowań. Do diaska, nie ma nawet solidnego opisu jego osobowości (zakładam, że dlatego, że autor takiej wiedzy nie posiada). W zamian jest toporny opis meczu za meczem: “Cavs wygrali tu, LeBron zdobył tyle i tyle punktów, pojechali tam, przegrali tutaj, LeBron miał tyle i tyle asyst”.

Konkretny przykład. Igrzyska Olimpijskie w 2008 roku. Amerykanie jadą odzyskać złoty medal. James gra w drużynie z innymi wielkim gwiazdami ligi. Mieszają się charaktery, nawiązują przyjaźnie, iskrzy. Dzieją się rzeczy, które warto opisać. Rzeczy, które należy opisać, jeśli potem chce się podjąć jakąkolwiek próbę wyjaśnienia tego, co wydarzyło się w 2010 roku. Co na to Marcin Harasimowicz? Rozdział o Pekinie ma dwie strony (czyli coś koło jednej strony A4), w większości składa się z cytatów, a opis turnieju wygląda tak:

Amerykanie dominowali wyraźnie od samego początku turnieju olimpijskiego. W pierwszej fazie pokonali Chiny, Angolę, Grecję, Hiszpanię oraz Niemcy średnią różnicą 32,2 punktu. W ćwierćfinale najpierw uporali się z Australią, a później w półfinale wygrali łatwo z Argentyną. W meczu o złoto, 24 sierpnia w Pekinie, Hiszpania z Pau Gasolem w szczytowej formie stawiała opór, ale drużyna Krzyzewskiego ostatecznie triumfowała 118:107. Tego dnia najlepszym strzelcem był Wade, który zdobył 27 punktów. Bryant dodał 20, a James 14 i 6 zbiórek.

Ostatnim gwoździem do trumny jest coś, co akurat powinno być mocną stroną tej książki, jakakolwiek by nie była, czyli wartość merytoryczna. Ostatecznie autor jest w NBA akredytowanym dziennikarzem. Mimo to potrafi Chrisa Copelanda nazwać Lewisem, twierdzić, że w pierwszym sezonie Jamesa hala Heat “na większość spotkań w połowie świeciła pustkami” i że “dopiero transfer do Phoenix pozwolił Shaqowi odbudować karierę”.

Cały ten śmietnik, do którego Marcin Harasimowicz wrzucił bezrefleksyjnie wszystko, co przeczytał w Internecie okraszony jest wywiadami z różnymi zawodnikami i dziennikarzami. Część z nich (podejrzewam, że wszystkie, ale tego nie wiem) nie została zrobiona z myślą o książce, a po prostu przy okazji, w szatni po jakimś meczu, więc ich tematyka jest również właściwie całkowicie losowa.

Marcin Harasimowicz chce pochwalić się wam, że przeczytał Internet, że ma akredytację na mecze Clippers i Lakers i rozmawiał z tym i owym. W zamian oczekuje 39,90.

Powiedziałem to.

Teraz na spokojniej, bo mój tekst ma pewną głębszą refleksję. Z jakiegoś powodu w polskim dziennikarstwie (sportowym przede wszystkim, ale chyba generalnie również) nie ocenia się już warsztatu, który posiada dana osoba (a więc tych całkiem mierzalnych umiejętności). Nie wiem, co się ocenia. Naprawdę nie wiem. Nie rozumiem, dlaczego zawód ten wykonują przypadkowi ludzie tylko dlatego, że jak na przykład Marcin Harasimowicz mieli takie marzenie, ewentualnie “lubią dany sport”.

Jest mi z tego powodu przykro.

Staram się nie nazywać sam siebie dziennikarzem. Byłem niedawno na spotkaniu z Jackiem Dehnelem, który opowiadał o technicznych aspektach pisania i zdałem sobie sprawę, ile jeszcze muszę się nauczyć. Dlatego jestem blogerem i korzystam z tego przywileju, że w moim przypadku ważniejsza od formy jest opinia. Nie oznacza to jednak, że nie myślę refleksyjnie o moim pisaniu i nie zastanawiam się, co mogę wciąż poprawić w każdym jego elemencie. Czytając – uznanych – autorów takich jak Marcin Harasimowicz czuję się jak frajer, bo mam pewność, że on sam nie ma podobnych rozterek. Gdyby miał, wstydziłby się wydać tak słabą książkę.

Jest mi przykro, bo myślę, że cokolwiek robię, by być lepszym w mojej wymarzonej pracy, nie ma wielkiego znaczenia, bo ostatecznie o moim losie zadecyduje szczęście lub jego brak.

Wymagajcie więcej od siebie. Wymagajcie więcej od nas. Wymagajcie więcej od ludzi, którym płacicie za to, co czytacie, bo wygląda na to, że ani oni sami ani ich redakcje nie zrobią tego za was.

Straciłem kilka godzin mojego życia na przeczytanie tej książki. Marcin Harasimowicz stracił kilkanaście miesięcy na jej napisanie. Ostatecznie to chyba jednak nie ja przegrałem w tym starciu.


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

20

KOMENTARZE

  1. Podziwiam Cię Przemku że dałeś radę przeczytać ten chłam. Na szczęście Marcin H. nie pisze na 6 graczu :) Chociaż każda wioska potrzebuje swojego głupka, może naczelny sprawi Nam czytającym trochę radości?

    Lubię to: 0
  2. Przyznawanie się do naiwności nie jest zbyt rozsądne, zwłaszcza kiedy owej naiwności buduje się poglądy.

    Być może to nie takie skomplikowane, być może chodzi o sprzedaż? Tylko i wyłącznie tyle. Sukces głównie towarzyszy takim Jasonom Kiddom, a nie idealistom. Rzecz w tym, że w hierarchii nie awansuje lepszy a raczej odpowiedniejszy, czyli częstokroć ktoś wtórny.

    Natomiast kiedy zaczyna się od zera, trzeba mieć też pewną dozę szczęścia.

    Lubię to: 0
  3. Ja to coś kupiłem i przeczytałem. Potwierdzam , syf. Niczego nowego tam nie ma. Jedna z najgorszych książek jakie przeczytałem, a może najgorsza.

    Lubię to: 0
  4. Ta książka jest bardzo słaba i ciesze się Przemku, że to napisałeś. Może ktoś się zastanawiał, czy ją kupić i dzięki temu tekstowi tego nie zrobił.

    Lubię to: 0
  5. Ha! To się nazywa pocisk kogoś. Rozumie Przemku, że nie był to Twój cel sam w sobie ale wyszło jak wyszło. Ja dziękuję za ten artykuł. Bankowo ominę tę książkę szerokim łukiem :)

    Lubię to: 0
  6. Widocznie autor uznał, że jest zapotrzebowanie na tego typu publikacje. Będąc w Empiku widzę mnóstwo biografii piłkarzy i artystów, którzy jeszcze nie przeszli na emeryturę, więc dlaczego nie miałaby tam znaleźć się pozycja o najlepszym obecnie koszykarzu na świecie.

    Lubię to: 0
  7. no istotnie nie było to zbyt dobre.. delikatnie mówiąc. Po tym, co autor deklarował we wstępie, gdy zacząłem czytać rozdziały, przecierałam oczy. to często recapy na nba.com po meczach są bardziej fascynujące i żywe. Nie było tam rzeczy i informacji, której – będąc laikiem, a nie akredytowanym przy NBA dziennikarzem – nie znalazłbym sam w necie nie obrobił, być może nawet lepiej. a co do stylu – niekiedy kalki językowe z angielskiego aż bolały, co nasuwa pewne wątpliwości i obawy.. Czyli -Harasimowicz na Szóstego tak, ale na staż :-)

    Lubię to: 0
  8. No ale ogólnie całe polskie dziennikarstwo sportowe jest takim dramatem. Wcale nie chodzi o parcie na kliki i nagłówki, ale jakość. Podobają mi się prognozy, że blogerzy wyprą dziennikarzy – bo dostają opinię, zazwyczaj jest w tym więcej pasji. Czytając o piłce wolę rzucić okiem na teksty kolegów niż wejść na jakikolwiek mainstreamowy portal, gdzie jeden robi wywiad z piłką, a inny upycha na siłę Lewandowskiego, bo to się kliknie. I to niezależnie od tego czy te wpisy kolegów są na blogach, na grupach na fejsie, czy na forach. Dlaczego ludzie płacą za 6 gracza? Bo mają świadomość, że to jest dobry content. A ile z osób zapłaciłoby za sport.onet.pl sport.wp.pl albo jakikolwiek inny portal, który opiera się na newsach. Gdzie można przeczytać jakieś wartościowe analizy poza blogami?

    Pracuję w marketingu i czytam sporo też na tematy z nim związane. Połowa tekstów to jest klepanie tych samych frazesów, które dowiadujesz się po pierwszym miesiącu pracy z ludźmi, którzy mają pojęcie o tym co robią. I to leci w gazety, których prenumerata kosztuje kilka stów rocznie, a teksty mają certyfikat jakości (w postaci jego podpisu) od gościa, który jest dyrektorem albo kimś ważnym w jakiejś firmie. Warsztat przeciętny, jakiś natłok banalnych żartów, ale nikt nie chce się dzielić case study i jakimiś rzeczywistymi efektami i działaniami, same ogólniki.

    Lubię to: 0
  9. A czy ktoś się spodziewał, że ta książka będzie dobra? Przepraszam, ale naprawdę nie było trudno przewidzieć, że to “dzieło” będzie strasznym syfem. Pana Ha(hahahaha)rasimowicza wspominam z wielu tekstów, w których potwierdził, że jest człowiekiem, który nie ma zielonego pojęcia o czym mówi, moim ulubionym jest chyba jego opinia (hej, przynajmniej jakąś miał!), że Paul Pierce nie zasłużył swoją karierą na zastrzeżenie numeru przez Celtics i na uznawanie go za legendę Bostonu (a było to jeszcze przed przejściem PP do Nets).

    A tu tak znalazłem, jeszcze z czasów ZP1 :)
    http://zawszepopierwsze.bloog.pl/id,331041897,title,MARCIN-HARASIMOWICZ-JEST-GLUPI-PO-PROSTU,index.html?smoybbtticaid=61302a

    Lubię to: 0
  10. Jednak opatrzność nade mną czuwała! Ostatnio chciałem kupić tę książkę, ale terminal nie działał, a nie miałem papierów przy sobie :) Teraz już sobie daruję, dzięki za info.
    PS Macie może wiedzę, czy ktoś wyda w Polsce “Eleven rings” Jacksona?

    Lubię to: 0
    • “Eleven Rings” powinna ukazać się na jesień nakładem wydawnictwa SQN. Marcin Rutkowski i Paweł Wujec są podobno w trakcie prac nad tłumaczeniem.

      Lubię to: 0
  11. Książkę kupilem z ciekawości, szukałem prezentu dla siostry na urodziny, coś takiego, wróciłem bez prezentu (o mój egoizmie) Jestem przy książkach, widze biografię lebrona, biore bez zastanowienia, żałuję. Jakos tak ten cykl wyglądał. Ksiazka w ogole jest marnie wydana, spis wyników, faktów, statystyk, opini. Właśnie prawdę mówiąc czekałem na to az ktoś coś o niej powie, fajnie, ze zrobił to Przemek.
    NAJGORSZA RZECZĄ JEST TO, ŻE NA KOŃCU PAN MARCIN H. GROZI MOZLIWOSCIA NAPISANIA KOLEJNEJ, BO PRZECIEZ LEBRON MA JESZCZE DŁUGIE LATA KARIERY I WARTO BEDZIE PODSUMOWAC RESZTĘ. MARNOSC.
    39,99 to 1L cytrynowki lubelskiej, dobra płyta, 1kg nutelli, 1l wisniowki lubelskiej, tyle lepszych opcji.

    Dlatego powtarzam sw8je pytanie z czata: Poleci ktoś coś dobrego do czytania? Biografie spoko ale bardziej szukam czegos z analizami, schematami gry w ogóle koszykówka od strony ławki. POMOCY. NIE CHCE BYĆ JUZ NIGDY JOE DUMRASEM KUPOWANIA BASKETKSIĄŻEK.

    Lubię to: 0
    • Jeśli chcesz książek po polsku, to nie ma ich jeszcze wiele, typowo trenerskich właściwie prawie wcale (albo ja po prostu nie orientuję się, że jest ich dużo). Jeśli czytasz po angielsku, to większość wielkich trenerów ma przynajmniej po jednej książce na koncie, gdzie piszą o swoich doświadczeniach. Wrzuć w Amazon nazwiska Johna Woodena, Mike’a Krzyzewskiego, czy Boba Knighta i potem idź od rekomendacji do rekomendacji i powinieneś znaleźć dużo rzeczy, które Cię zainteresują.

      Lubię to: 0
  12. Przepraszam za ignorancję ale kim jest ku..a Marcin Harasimowicz ???
    Z innej beczki czy kupilibyście książkę o NBA redaktora Michałowicza, albo o piłce Darka Szpakowskiego ?

    Lubię to: 0
    • Nie wiem. Myślę, że tak.
      Szpakowski przez wiele lat komentowania poznał sporo piłkarzy działaczy, był na wielkich imprezach na pewno ma o czym pisać. Tak samo Michałowicz. Czym innym jest książka o graczu z którym się nigdy nie rozmawiało, a czym innym opowieści o kulisach sportu w którym się siedzi od lat

      Lubię to: 0
      • Zgadzam się. To, że Szpaku nie potrafi dwa razy wymówić tak samo nazwiska, nie oznacza jeszcze, ze nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Gdy czasami puszczają z nim wywiady na TVP to słucham z zaciekawieniem. Co do Michałowicza to byłbym trochę ostrożniejszy, ale myslę, że tez mogłoby byc ciekawie.

        Lubię to: 0