Kujawiński spotyka Harasimowicza

43
Charles Trainor Jr / Newspix.pl
Charles Trainor Jr / Newspix.pl

Muszę.

Zjadłem tabliczkę czekolady, dojechałem do 2048 w 2048, przesłuchałem płytę jednej duńskiej wokalistki, poszedłem na boisko i oddałem 400 rzutów, wziąłem długą kąpiel, obejrzałem jak Argentyna łamie szwajcarskie serca. Nic nie pomogło.

Muszę.

To nie jest recenzja. To będą emocje.

Bywam emocjonalny z dziwnych powodów. Mam taką swoją małą wizję świata, która zakłada, że w ostateczności, jeśli jesteś w czymś naprawdę dobry i pracujesz nad sobą to odniesiesz sukces. Wizja ta od dzieciństwa bywała rozszarpywana przez rzeczywistość i zawsze popadałem w trudne do sprecyzowania stany emocjonalne w momentach, w których to do mnie docierało. Nie, nie dlatego, żebym narzekał na brak sukcesów. Dlatego, że rozglądając się dokoła widzę, że w większości dziedzin “przydział” sukcesów jest właściwie losowy (lub ja jeszcze nie odkryłem do niego klucza).

Idąc do mojej pierwszej poważnej pracy miałem wyidealizowane przekonanie, że oto nastaje czas, w którym otaczać mnie będą ludzie, którzy chcą się realizować w tym, co robią i przede wszystkim starają się to robić dobrze. Więcej. Nie tyle po prostu “starają się” co “łapią się każdej możliwej sposobności, by być lepszymi w tym, co robią”. Do tego byłem przekonany (głupi ja), że im wyższe stanowisko tym ludzie będą lepsi i tym bardziej będą promować ludzi, którzy też rozwijają się w podobnym kierunku.

Utopia.

Przez kilka lat, pracując z największymi światowymi firmami (9/10 z was zobaczy logo, którejś z tych firm, jeśli tylko rozejrzy się po pokoju), zorientowałem się, że świat różni się od mojej wizji. Nie chodzi o to, że zaraz zacznę się skarżyć, że świat biznesu jest skorumpowany i decydują w nim znajomości. Rzecz w tym, że do dzisiaj nie wiem, co decyduje. Weryfikacja umiejętności i kompetencji ludzi w wielu branżach jest najwyraźniej tak trudnym zadaniem, że na najwyższych stanowiskach spotykałem ludzi bez żadnych zdolności i odwrotnie miałem okazje poznawać niedocenianych szaraczków z większą wiedzą niż cała reszta ich firm.

Analogia do świata koszykówki.

Wyobraźcie sobie, że pierwszym rozgrywającym Clippers jest Giuseppe Poeta, a trenerem Eugeniusz Kijewski (przy całym szacunku do obu panów), a na skrzydle biegam ja. Tymczasem LeBron James siedzi na ławce w siódmym zespole ligi tureckiej, Doc Rivers jest asystentem u Jasona Kidda w Zielonej Górze, a Chris Paul nigdy nie został wybrany w drafcie.

Koszykówka ma to do siebie, że bezlitośnie weryfikuje rzeczy dobre i złe. Nawet, jeśli zżymamy się na niektórych menadżerów czy trenerów, że podejmują złe decyzje kadrowe, to patrząc na większy obraz nikt nigdy nie powie, że w NBA nie grają najlepsi gracze świata.

Większość światów niestety nie ma takiej właściwości.

Takim światem była moja poprzednia branża. Takim światem nie jest branża, na której obrzeży funkcjonuję w tej chwili – dziennikarstwo (na obrzeżu, bo jestem blogerem). Pomijając opinie wyrażane przez dziennikarzy (bo te mają prawo być subiektywne), można najzwyczajniej w świecie zweryfikować umiejętność pisania. Jest to umiejętność, którą można w stosunkowo prosty sposób ocenić – wystarczy trochę wiedzy i doświadczenia. Dlaczego więc świat dziennikarstwa w Polsce przypomina mi tak bardzo moją poprzednią branżę? Nie widzę wielkich różnic i to sprawia, że popadam w ten dziwny emocjonalny stan, ni to rozczarowania, ni to wkurzenia.

Dzisiaj moim elementem spustowym, by w ten stan popaść była książka Marcina Harasimowicza “LeBron James. Król jest tylko jeden?”.

To nie jest recenzja. To będą emocje.

To nie jest tak, że spodziewałem się dużo po tej lekturze. Sam fakt, że ktoś decyduje się na napisanie biografii aktywnego (sic!) koszykarza, bez autoryzacji głównego bohatera sprawia, że jestem podejrzliwy. No bo po co? Mimo wszystko nie sądziłem, że będzie aż tak źle.

Nie znam Marcina Harasimowicza. Kojarzę jego nazwisko. Obaj pojawiamy się czasem na łamach Magazynu MVP. Słyszałem to i owo o Marcinie Harasimowiczu, ale nigdy nie był on dla mnie postacią interesującą. Co najwyżej było mi odrobinę przykro (czysto zawodowo przykro), kiedy czytałem jego artykuły i opinie wiedząc, że jest “tam”, na miejscu, w Stanach, w szatniach, przy parkietach. Przykro, bo w tym co pisał nie było nigdy nic specjalnego, wręcz przeciwnie często miał tendencję do publikowania bardzo “prostych” i “bezrefleksyjnych” opisów rzeczywistości (gdy ja oczekiwałem, że z jego pióra spłynie zapach klepek w Staples Center).

W posłowiu do książki Marcin Harasimowicz opisuje swój trudny start w Stanach i to, jak dzięki ciężkiej pracy realizował krok po kroku swoje marzenia:

Ja tylko zaciskałem pasa i harowałem – od szóstej rano do pierwszej w nocy. Siedem dni w tygodniu, cztery tygodnie w miesiącu, dwanaście miesięcy w roku.

Umiem się z tym utożsamić. Naprawdę.

Niestety nie umiem tego szanować. Nie umiem, po książce którą przeczytałem.

Analogia: Ja harowałem zawsze jak wół na wszystkich treningach, w których uczestniczyłem. Nie wystarczyło, żebym został koszykarzem.

Rozumiecie, co chcę napisać? Jeśli Marcin Harasimowicz harował nad swoim warsztatem dziennikarza, to wyszło mu tak samo jak mi z koszykówką.

To jest zła książka.

I to bardzo, bardzo mnie boli, bo w pojawia się tak mało polskich książek o koszykówce, że całym sobą chciałbym, żeby była dobra. I nie, nie kupię tłumaczeń, że trzeba na nią spojrzeć inaczej, bo ostatecznie to “tylko książka o koszykówce” i nie musi być dziełem literackim. David Halberstam napisał kiedyś, że amerykańskie dziennikarstwo sportowe stało na tak wysokim poziomie, bo dziennikarze chcieli być pisarzami, a pisarze chcieli pisać o sporcie.

Dobra książka sportowa, to po prostu dobra książka.

Marcin Harasimowicz nie napisał dobrej książki. Dlaczego? Zdaję sobie sprawę, że jeśli decyduję się na taką krytykę, to powinienem wymienić wszystkie powody. Do dzieła.

Już sam sens pisania tego typu książki jest dla mnie bardzo wątpliwy. Mówimy tu o biografii 30-letniego koszykarza u szczytu swojej kariery. Czy to naprawdę czas na jakiekolwiek podsumowania?

Nawet jeśli zdecydujemy, że warto taką książkę napisać to kompletnie nie rozumiem, jak można choćby marzyć o wykonaniu solidnej pracy przy pisaniu biografii żyjącej osoby bez jej najmniejszego nawet udziału. To nie jest biografia. To jest jakiś dziwny zapis arbitralnie dobranych wydarzeń z życia LeBrona Jamesa na podstawie… tego, co ukazywało się w mediach. Nie wiem tego na pewno, ale nic w tej książce nie wskazuje na to, by autor odbył jakiekolwiek rozmowy (z myślą o niej) z samym Jamesem, jego otoczeniem, przyjaciółmi, krytykami, kolegami z dzieciństwa. Właściwie z kimkolwiek poza koszykarzami, z którymi rozmawiał (lub notował rozmowy) w szatniach po meczach i kilkoma dziennikarzami.

Marcin Harasimowicz pisze:

Zdecydowałem się spędzić ponad rok na zbieraniu materiałów, przeglądaniu dziesiątków książek, tysięcy publikacji oraz milionów stron internetowych (…)

Potwierdzam. Pamiętam dokładnie przy jakiej okazji i gdzie przeczytałem wiele z cytatów użytych w książce. W gruncie rzeczy nie jest to nawet książka, to zwykła kompilacja informacji znalezionych w różnych publikacjach. Nie dowiecie się z niej niczego nowego. Wszystkie informacje w niej zawarte znajdziecie w Google. Mówię serio, to po prostu chronologiczny spis tego, co pisano o LeBronie Jamesie.

Praca, którą Marcin Harasimowicz wykonał przy pisaniu może zostać śmiało przyrównana do pisania pracy magisterskiej.

No dobrze, ale załóżmy że było trochę inaczej. Może autor postawił sobie za cel napisanie takiej właśnie kompilacji. W takim układzie nie mógłbym go krytykować za to, że książka nie ma absolutnie żadnego przesłania, żadnego większego sensu, że nie chce nic powiedzieć przez pokazanie historii LeBrona Jamesa. W takim układzie jedynym celem jej istnienia miałoby być zebranie w jednym miejscu faktów na temat życia Jamesa, które dostępne są w Internecie. Załóżmy, że taka była intencja Marcina Harasimowicza. Co wtedy? Wtedy należałoby to zrobić dobrze technicznie.

To jest coś, co podnosi mi ciśnienie. Mówimy o dziennikarzu, o kimś kto pisuje dla redakcji X i dla redakcji Y i dla redakcji Z. Mówimy o kimś, z jakąś tam marką i pozycją – na którą ponoć zapracował. Dlaczego więc w takim razie nie potrafi dobrze pisać?

Stylistycznie książka ta jest na poziomie wypracowania ze szkoły średniej. Momentami są to suche zlepki zdań jak w depeszy polskiej agencji prasowej (LeBron zrobił to, potem zrobił tamto, a ktoś powiedział, że coś), momentami infantylne wstawki, których celu nie potrafię określić (“LeBron nie mógł się doczekać kolejnego sezonu, ale chyba pomyliły mu się daty, bo na noc otwarcia postanowił wziąć sobie wolne”), narracja jest do bólu monotonna (popychana do przodu właściwie jedynie za pomocą zwrotów typu “następnie”, “później”, “wcześniej”, czas przeszły i teraźniejszy mieszają się bez żadnej wyraźnej konsekwencji i celu (co jest czasem całkiem zabawne, na przykład gdy po kilkunastu rozdziałach w czasie przeszłym z LeBronem w roli głównej kolejny rozpoczyna się od “Połowa listopada 2013 roku. Trzydziestokilkuletni Antawn Jamison długo rozmawia z lokalnymi dziennikarzami (…)”), a podziału na akapity nie umiem nawet skomentować (serio, są miejsca, gdzie akapit ma 2 strony bez żadnego uzasadnienia).

Czytając miałem refleksję, że Marcin Harasimowicz próbuje pisać “językiem Internetu”, czy też “językiem blogów”. Niestety nie umie tak pisać, bo “język blogów”, to język opinii, których on właściwie nie posiada. Jego język zawiera za to mnóstwo pustych zwrotów typu “drużyna A zmasakrowała/zmiażdżyła/zniszczyła drużynę B”, “zawodnik zagrał bardzo dobrze”, “media ciągle trąbiły o gwiazdach”, “telewizje na okrągło transmitowały mecze” etc.

Wyobraźcie sobie sprawozdanie z meczu na kiepskim koszykarskim blogu. To właśnie zrobił Marcin Harasimowicz. Tylko to nie blog, a książka i ma 300 stron. Jednocześnie na tychże 300 stronach nie ma właściwie niczego interesującego. Nie ma refleksji nad tym, kim jest LeBron James. Nie ma próby wyjaśnienia jego charakteru czy zachowań. Do diaska, nie ma nawet solidnego opisu jego osobowości (zakładam, że dlatego, że autor takiej wiedzy nie posiada). W zamian jest toporny opis meczu za meczem: “Cavs wygrali tu, LeBron zdobył tyle i tyle punktów, pojechali tam, przegrali tutaj, LeBron miał tyle i tyle asyst”.

Konkretny przykład. Igrzyska Olimpijskie w 2008 roku. Amerykanie jadą odzyskać złoty medal. James gra w drużynie z innymi wielkim gwiazdami ligi. Mieszają się charaktery, nawiązują przyjaźnie, iskrzy. Dzieją się rzeczy, które warto opisać. Rzeczy, które należy opisać, jeśli potem chce się podjąć jakąkolwiek próbę wyjaśnienia tego, co wydarzyło się w 2010 roku. Co na to Marcin Harasimowicz? Rozdział o Pekinie ma dwie strony (czyli coś koło jednej strony A4), w większości składa się z cytatów, a opis turnieju wygląda tak:

Amerykanie dominowali wyraźnie od samego początku turnieju olimpijskiego. W pierwszej fazie pokonali Chiny, Angolę, Grecję, Hiszpanię oraz Niemcy średnią różnicą 32,2 punktu. W ćwierćfinale najpierw uporali się z Australią, a później w półfinale wygrali łatwo z Argentyną. W meczu o złoto, 24 sierpnia w Pekinie, Hiszpania z Pau Gasolem w szczytowej formie stawiała opór, ale drużyna Krzyzewskiego ostatecznie triumfowała 118:107. Tego dnia najlepszym strzelcem był Wade, który zdobył 27 punktów. Bryant dodał 20, a James 14 i 6 zbiórek.

Ostatnim gwoździem do trumny jest coś, co akurat powinno być mocną stroną tej książki, jakakolwiek by nie była, czyli wartość merytoryczna. Ostatecznie autor jest w NBA akredytowanym dziennikarzem. Mimo to potrafi Chrisa Copelanda nazwać Lewisem, twierdzić, że w pierwszym sezonie Jamesa hala Heat “na większość spotkań w połowie świeciła pustkami” i że “dopiero transfer do Phoenix pozwolił Shaqowi odbudować karierę”.

Cały ten śmietnik, do którego Marcin Harasimowicz wrzucił bezrefleksyjnie wszystko, co przeczytał w Internecie okraszony jest wywiadami z różnymi zawodnikami i dziennikarzami. Część z nich (podejrzewam, że wszystkie, ale tego nie wiem) nie została zrobiona z myślą o książce, a po prostu przy okazji, w szatni po jakimś meczu, więc ich tematyka jest również właściwie całkowicie losowa.

Marcin Harasimowicz chce pochwalić się wam, że przeczytał Internet, że ma akredytację na mecze Clippers i Lakers i rozmawiał z tym i owym. W zamian oczekuje 39,90.

Powiedziałem to.

Teraz na spokojniej, bo mój tekst ma pewną głębszą refleksję. Z jakiegoś powodu w polskim dziennikarstwie (sportowym przede wszystkim, ale chyba generalnie również) nie ocenia się już warsztatu, który posiada dana osoba (a więc tych całkiem mierzalnych umiejętności). Nie wiem, co się ocenia. Naprawdę nie wiem. Nie rozumiem, dlaczego zawód ten wykonują przypadkowi ludzie tylko dlatego, że jak na przykład Marcin Harasimowicz mieli takie marzenie, ewentualnie “lubią dany sport”.

Jest mi z tego powodu przykro.

Staram się nie nazywać sam siebie dziennikarzem. Byłem niedawno na spotkaniu z Jackiem Dehnelem, który opowiadał o technicznych aspektach pisania i zdałem sobie sprawę, ile jeszcze muszę się nauczyć. Dlatego jestem blogerem i korzystam z tego przywileju, że w moim przypadku ważniejsza od formy jest opinia. Nie oznacza to jednak, że nie myślę refleksyjnie o moim pisaniu i nie zastanawiam się, co mogę wciąż poprawić w każdym jego elemencie. Czytając – uznanych – autorów takich jak Marcin Harasimowicz czuję się jak frajer, bo mam pewność, że on sam nie ma podobnych rozterek. Gdyby miał, wstydziłby się wydać tak słabą książkę.

Jest mi przykro, bo myślę, że cokolwiek robię, by być lepszym w mojej wymarzonej pracy, nie ma wielkiego znaczenia, bo ostatecznie o moim losie zadecyduje szczęście lub jego brak.

Wymagajcie więcej od siebie. Wymagajcie więcej od nas. Wymagajcie więcej od ludzi, którym płacicie za to, co czytacie, bo wygląda na to, że ani oni sami ani ich redakcje nie zrobią tego za was.

Straciłem kilka godzin mojego życia na przeczytanie tej książki. Marcin Harasimowicz stracił kilkanaście miesięcy na jej napisanie. Ostatecznie to chyba jednak nie ja przegrałem w tym starciu.


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

12

KOMENTARZE

  1. @Przemek zarzuca Harasimowiczowi, że ten nie formułuje opinii, nie analizuje.
    Na Boga, Przemysławie oszalałaś?
    Nie idź tą drogą!
    Osobiście cieszę się, że Harasimowicz zabawił się w skrybę lub sofera.
    Z dwojga złego wolę jak przepisuję statystki niż miałby pisać np. o “mieszających się charakterach” lub “nawiązywaniu przyjaźni”
    W końcu to On w swojej główce skonstruował tezę, że Paul Pierce w żaden sposób nie zasługuje na status legendy Celtics oraz, że to Bryant zlecił MWP pieprznięcie Hardena łokciem, za wcześniejsze docinki.
    Jak widzisz, słabo mu idzie formułowanie myśli/wniosków. Ta książka, a raczej kronika występów LBJ, jest najmniejszym złem, jaka mogła spotkać sympatyka koszykówki od tego Pana.
    Bottom line, Maciek miał rację, “może Marcin Harasimowicz jest głupi, po prostu.”

    http://zawszepopierwsze.bloog.pl/id,331041897,title,MARCIN-HARASIMOWICZ-JEST-GLUPI-PO-PROSTU,index.html?smoybbtticaid=61302e

    Lubię to: 0
    • cyt. “Słyszałem, że powoli zabierasz się za kolejną książkę. Tym razem o Lakersach. To prawda?

      – Tak. Chodzę na ich mecze od ponad sześciu lat, rozmawiałem z wieloma ludźmi i słyszałem też mnóstwo kapitalnych historii.”

      tak mi się skojarzyło z klasyką:)

      “-Może ty się jeszcze, kurwa, zajmiesz hodowlą jedwabników? Przecież ty nie znasz się na muzyce.

      -Od trzech lat oglądam codziennie MTV! To na początek wystarczy.”

      Lubię to: 3
    • to ja też dorzucę swoje 3 grosze,

      “Opowiedział mi to mój mentor, Bill Simmons z ESPN, z którym często rozmawiam o koszykówce, więc wierzę mu na słowo (śmiech).”

      a teraz wyleje kubeł typowo polskich pomyj: kuuurwa, jasne… mitoman

      Lubię to: 2
  2. Czy ktoś pamięta Marcina Harasimowicza z gry komputerowej Championship Manager 2000/01? ;-)))
    W sumie podobne.

    Książkę mam, przeczytałem, słabsza była tylko ostatnia biografia Rodmana. Tylko, że Rodman opisywał jedynie swoje “cool imprezy”, i czytelnik był tym zmęczony po 100 stronach (ileż można czytać o tym samym), o tyle Harasimowicz rzeczywiście zebrał czyjeś opinie w jedno miejsce, i uczynił to po prostu w nudny sposób)
    Artykuły p. Harasimowicza w MVP przeczytałem wszystkie, i zgadza się z jednym – płytkość, płytkość wszędzie. Pytania, które narzucają rozmówcy bezpłciową odpowiedź. NUDY.

    Lubię to: 0
  3. Dostałem książkę na urodziny od żony. Przeczytałem. Powiem tak: nie byłem zachwycony ani formą ani treścią. Myślę jednak że MH z tą pozycją znajdzie swoich usatysfakcjonowanych czytelników. W tej chwili każdy mądrze wprowadzany na rynek produkt ma swój wcześniej określany target. Jest w naszym kraju wielu ludzi bardziej lub mniej świadomie interesujących sie koszykówką. Po prostu abonenci 6G nie należą chyba do docelowej grupy odbiorców tej pozycji ;-)
    A sam MH wydaje się być raczej miłym i wyluzowanym gościem. Ustąpił mi kiedyś nawet miejsce w kolejce do baru. Pił chyba czysty sok pomarańczowy. Ja piłem czystą bez soku :-)

    Lubię to: 3
  4. wydanie tej ksiazki,Twoj stracony czas na jej przeczytanie,wyrobienie sobie o niej opinii,a na koniec ten wpis sa Twoim kolejnym krokiem w wiadomym celu…jestes coraz blizej:) jak chcesz zeby w koncu powstala swietna ksiazka o koszykowce naszego rodzimego autora,to sam ja napisz:)ja do 100zl moge Ci przelac za nia jak tylko zaczniesz pisac,nawet jak bedzie miala sie ukazac dwa lata pozniej:)

    Lubię to: 1
  5. Nie będzie mi dane odnieść się do tekstu Przemka, bo skutecznie sprawił, że nie przeczytam tej książki…No może tylko dodam, że chyba Cię Przemku do dzisiaj jeszcze skręca:) Trzymaj się:)

    Lubię to: 0
  6. Ja na szczęście błędów kilku poprzedników nie popełniłem i książkę autorstwa Pana Martina Harasimowicza ominąłem szerokim łukiem. Celowo, świadomie. Niczego innego poza jałowymi, bezrefleksyjnymi stwierdzeniami i kronikarskim przepisaniem wyników nie można się było spodziewać. Kojarzę tego pana jeszcze z czasów, gdy bodajże pisywał do tygodnika “Piłka Nożna”. Warsztat raczej żałosny, a po zmianie dyscypliny i uzyskaniu tych akredytacji (Ameryka!) człowiek ten całkiem odpłynął w oceanie groteski. Szkoda, że MVP wciąż współpracuje z tym człowiekiem, któremu do miana dziennikarza bardzo daleko.
    Dzisiaj pokusił się o komentarz odnośnie Pana Kujawińskiego na facebooku MVP, ośmieszając się doszczętnie.

    A tak poza tym, rzeczywiście jeśli chodzi o poziom dziennikarstwa naszego, polskiego (nie tylko sportowego) rzeczywiście jest zatrważająco słaby . Grafomania i kronikarstwo, zero treści, pseudochwytliwe nagłówki. Strasznie to przykre. Trudno jednak się temu dziwić, gdyż odzwierciedla to chyba ogólną kondycję naszego państwa i społeczeństwa. Dobrze, że są perełki, choćby ten blog. Dobrze, że internet daje wybór :)

    Lubię to: 1