Nowojorskie impresje 709… czyli czy to już DE-EN-O?

11

Melo znowu zwołał konklawe. Drugie w ciągu 14 dni. Zamknęli się w składziku na mopy i dwadzieścia minut okładali się słowami nader obelżywymi, żeby na końcu wybrać pomazańcem Argentyńczyka. Siwy dym. Ale to już było.

Syn marnotrawny słabo to rozegrał prawdę mówiąc. Wrzutka na tzw. Seksmisję – „lost in tame lost in space” – „nie wiem gdzie jestem”, „co ja tu robię” i „o matulu jadę do Denver zupełnie zapomniałem” wypadła dosyć blado i nieprzekonująco. Profesor Rońda ma więcej wiarygodności. Nie wiem, co to miało pokazać? Nonszalancję, arogancję, czy brak szacunku dla dawnych wiernych? Czy chciał wykrzesać w ten sposób wewnętrzną motywację? Zmusić ludzi do zbudowania pod kopułą Pepsi Center niewidzialnej ściany nienawiści, którą przebije niczym osikowy kołek? Efekt osiągnął. Tyle, że aczej odbił się od niej jak szmaciana laleczka. Kibice buczeli, ale widziałem na wielu twarzach wyraz niezrozumienia. „Dlaczego gwiżdżemy tupiemy i krzeszemy iskry między zębami? Carmelo Anthony? On tu grał? Kiedy? Naprawdę? A to nie pamiętam. Widocznie mnie wtedy mnie na świecie nie było”.

Pamięć kibica trwa tak ze trzy miesiące. Potem rozpływa się codzienności. Prawda jest też taka, że ie ma już tamtego Denver. Z dawnej konfraterni został tylko Ty Lawson i grzebień po George’u Karlu. Do czego wracać? Z kim się bratać? Z facetem od podawania ręczników? Tego się medialnie się nie sprzeda. Najlepszym dowodem na to jest to, że ESPN nie weszła w ten mecz i poszedł w eter na lokalnych łączach. Po za kamerami było spotkanie z Jared’em Jefferiesem. Mamy zdjęcia dzięki hatamoto77. Mieli taki mały reunion. W kopalni i na spływie Rio Col0rado…

O DEN, co nie może dziwić, mało wiem (lubię ten ich błękit, ale wczoraj byli jak to stadko  wielkanocnych kurczaczków), choć dziwnie dużo tam znajomych twarzy (ktoś mógłby powiedzieć – pojedynek NYK versus dawni NYK. Z drugiej strony ktoś mógłby słusznie zauważyć, że to pojedynek DEN i dawnych DEN. Zależy co, kto ma w sercu. Ja tam jestem negatywem błękitu i pomarańczy.

Nie tęsknię za tymi, co odeszli. Ani za pajacykiem W. Chandlera przy jumperze, ani za nakręconym jak na święto lasu kabanosem N. Robinsonem (ależ on był wczoraj zmotywowany by udowodnić coś włodarzom), ani za D. Gallinarim o spojrzeniu gołębia w parku nad rozsypaną kukurydzą (aromaterapia się przedłuża, bo chłopak tak się przejął swoim włoskim pochodzeniem, że związany omertą nie chcę powiedzieć co go boli, a obwiązywanie kolana lasagne’ia (patent Mamity) nadal nie przynosi pożądanych skutków), ani za smutnymi jak u spaniela oczami A. Randolpha pełnymi tęsknoty jak u Lessie za pociągiem, którym odjechał minister Nowak.

Ok. Może robi mi się trochę miękko za T. Mozgowem. Tylko widzę, że on się niestety cywilizacyjnie jakoś rozejrzał po świecie, poszedł w jakieś żele i werniksy nakładane szpachlą na włosy, przerobił sobie ksywę na Mozi i brakuje już tylko żeby wydał jakąś płytę z Jimsonem – pt. „Słowiański sket”. Niemniej jednak w wyrazie dobrodusznej tępoty nadal pozostał naszym Timofiejem facetem w słomkowym kapeluszu, zagryzającym źdźbło trawy i zastanawiającym się o brzasku, co to ta gorąca kula na niebie.

B. Shaw ma trudny start. Po pierwsze musi się zmierzyć z cieniem swojego poprzednika (hej Tyronie Corbinie), który być może wyników wielkich nie miał (blame Carmelo), ale do tych PO to regularnie wchodził. I… schodził. Oczekiwania publiczności są. Rozpasanie też. Ludzie lubią jak drużyna zdobywa ponad 100 pkt. bo wtedy jest darmowa serwetka w Taco. A tu co? Wizja raczej marna na przytulenie czegokolwiek z tym składem. Szczerze mówiąc patrząc tak przelotnie na rosterek przed sezonem tak sobie pomyślałem, że DEN idzie w batyskaf. Nie ma już Iggiego, Nate’a można traktować, jako wzmocnienie tylko w kategoriach paranormalnych, JJ Hickson – jest przehype’m zeszłego roku – zawodnik o obronie na wiatrak, R. Foye to taki autostopowicz wzięty z łapanki na stacji benzynowej, jako reszta za kupionego batona, D. Arthur –dwa wielkie chodzące zera –„00” – i choć nie odmawiam mu koszykarskich zdolności do wejścia na parkiet to jednak obiektywnie można by jego rolę porównać do latania klajstrem błotnika syrenki. Do tego odejście Kosty Moussaki, kontuzja Tytusa de Zoo. Kto zastąpi nieustępliwość długich cienkich ramion C. Brewera? Nie miałem odpowiedzi. Postawiłem krzyżyk.

Te pierwsze mecze DEN to taka próba zweryfikowania i zaprzeczenia wszystkiemu. Gramy wolno, żeby A. Miller nadążył, szanujemy piłkę. Nie szło. Nie podobało się. Wyników nie było. I wtedy Trener Shaw pokazał, że jest elastyczny jak PKP Cargo. Potrafi przewieźć wszystko. Popatrzył, że rewolucja ma wymiar zupełnie wywrotowy. Start 1-4, potem 4-6 a teraz już… 9-6 i trzecie tempo w lidze. Widać, że nie jest zakładnikiem myśli przewodniej i potrafi być jak Adam Słodowy. Kombinerki przerobić na przydomowy kombajn. Scott Brooks może się od niego uczyć kombinatoryki. Dla Mo Cheeksa zostało już tylko liczydło.

3-12

Mój świat nadal wiruje kolorami. Hej ho! Myślicie, że już po PO? Że też ten Wschód musi być takim dramatem. DEN się cieszy. Mają Knicksowy draft pick…

Gra NYK po konklawe nie zmieniła się ani o jotę. Melo nie podał żadnej piłki, bo tak strasznie boi się kolejnego Linsanity, które mogłoby wypączkować na jego plecach, że w ten sposób minimalizuje ryzyko powstania kolejnego fungusa. Po tym meczu chyba już nikt nie powinien za nim tęsknić w Denver. I zamiast buczenia następnym razem powinny być już tylko oklaski – że już nie męczy, K. Martin zdaje się też już jest po pogadance z Dr. Queen i jego kostki powiedziały pass, A. Bargnani jest taki sinusoidalny jak kobiecy nastój, I. Shumpert miał chwilę, kiedy przestał myśleć o faulu na P. George’u, ale potem znowu wpadał w totalną drętwotę myśli i członków. Jego wewnętrznego spokoju nie przywrócił nawet trener Woo, który na pytanie, dlaczego nie lubi Imana odpowiedział – „to jakaś psia kupka”. R. Felton miał chyba jakieś dawne zaszłości do wyrównania z Ty Lawsonem, kiedy nie za bardzo chciał się podporządkować temu, że będzie tylko jego zmiennikiem. Ale się nie porachowali, bo Ray zapomniał faktury. Amare był wczoraj +1 w pluso minusach, więc zdanie Doca Riversa – dlaczego wygraliśmy – „bo był z nimi STAT” nie ma dziś racji bytu i zadaje kłam, że Amare jest już skończony, JR Smith wykonał ze dwie agresywne rajzy pod kosz, ale ostatecznie jego gra była tak wyobcowana jak poglądy polityczne J. Korwina-Mikke, B. Udrih pojawił się meteorytalnie i on chyba sam nie wie po co, MWP co raz bardziej przypomina ceremonię zamknięcia igrzysk olimpijskich- gaśnie minutowo jak ten znicz tylko że jakoś nikt nie płacze (o tym, że przeszedł operację wycięcia torbieli z jajnika dowiemy się w Animal Planet za trzy lata), T. Hardaway Jr. taki lekki spacer merdającego psiaka po porannym wyjściu z budy, a P.Prigoni znowu z tiarą na głowie pracuje nad nową encykliką – „Motio Pila Natura Rerum Est”. Menda czerpie z Kopernika.

PS. Tyson Chandler został wystrzelony w kosmos i swoją terapię strzałkową odbywa na Księżycu. Bo jak inaczej tłumaczyć stwierdzenie, że jego rekonwalescencja odbywa się w warunkach „zero gravity”. Spokojnie komandor Pirx sprowadzi go na Ziemię.

0

KOMENTARZE

  1. Kurde gdyby ktoś jeszcze podawał terminy tych konklawe (Konklaw? Zastanawiam się jak to powiedzieć, bo konklawe jest z zasady jedno na jakiś czas, a tu były już dwa :)) to by biedny człowiek mógł zarobić, bo po nich Knicks albo wygrywają (jak z Bobcats bodajże) albo przynajmniej walczą. Wczoraj myślałem o dodatnim handicapie. Wierni kibice już chyba wyczekują powrotu Tysona…

    Lubię to: 0
  2. Wstyd , nie obejrzałem już drugiego meczu z rzędu Knicks. Powoli przychodzi mi na myśl zimowa wyprzedaż ubranek (koszulek) Knicks na allegro. Co ze mnie za kibic. Kibic sukcesu? :) Nic mi nie było jak przegrywali przez całe lata , jakoś to unosiłem . Ubiegły sezon spowodował ,że Ci co wierzyli zawierzyli jeszcze bardziej (przynajmniej ja), tylko po co …
    Poprzedni sezon to była tylko anomalia.
    Pozdro

    Lubię to: 0
  3. Ludzie więcej wiary w Knicks! Przypomnijmy sobie początek tamtego sezonu, całkiem inne nastroje panowały na NI wtedy. A dziś wyprzedaż koszulek, Indiana no proszę Was.

    Mariu7 a masz koszulkę Knicks ze Spree chętnie kupię.

    NYK for life!

    Lubię to: 0
    • Witaj. Akurat Spree koszulkę mam , ale …. damską .Żonę i dzieciaki też zaraziłem dawno temu. Z koszulek wyszywanych myślę o pozbyciu się A.Houstona #20 (niebieska) , oraz N. Robinsona #4 (zielona).
      Mogę wysłać fotki na maila .
      Co do kibicowania innej drużynie niż Knicks nie wchodzi to raczej w rachubę , ale na pewno będę oglądał więcej meczy pozostałych drużyn. Mam chyba chwilowy zanik wiary , ale wyjdę z tego hehe
      Pozdro

      Lubię to: 0
  4. Rzepka, jak możesz przejść na stronę największego wroga. Ty, który, jak pamiętam, z wielkim sentymentem wspominasz lata 90. John Starks jest niezadowolony :p

    Ja w obecnych czasach posuchy za alternatywę obrałem sobie kierunek naszego “rodzynka” w NBA. Duet Wall-Beal mnie intryguje. Szczególnie ten drugi. Obecnie to mój nr 1 w rankingu ulubionych zawodników.

    A co do Knicks. Z racji tego, że wschód jest tragicznie słaby, nie widzę możliwości, byśmy na koniec wypadli poza ósemkę. W końcu jakoś zaczniemy wrzucać po kolei wyższe biegi, może skończymy nawet na 3 miejscu, ale nie zmienia to faktu, że przebudowę wypadałoby zacząć teraz. Na wymianę Melo się nie łudzę, dlatego poszedłbym w kierunku wymiany Tyson’a. Ktoś, komu zależy na wyniku może jeszcze zaryzykować i dać coś rokującego na przyszłość za niego. Reszta jest bezwartościowa na tą chwile.

    Lubię to: 0
    • Ja kibicuje Knicksom, jestem z nimi zwiazany 4 life. Ale poniewaz jestesmy umoczeni jamesemdolanem przez najblizsze 15 lat co najmniej, to wiem ze ida kolejne lata posuchy. Wiec z punktu widzenia artystycznego mam zespoly zapasowe, ktorym kibicuje – i jest to Indiana z Birdem w roli glownej (jestem po jego autobiografii i mam pelen szacun do tego pana) oraz SAS z Popem. Jak w 2012 roku zainwestowalem za duzo emocji w Knicks to nawet finalow nie obejrzalem bo nie podobal mi sie sklad ;)

      Lubię to: 0