Kolanowski: Historia męskiej przyjaźni


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 16 grudnia 2017
fot. planmygolfevent.com

fot. planmygolfevent.com

Wszelkiego rodzaju rywalizacje są motorem napędowym zawodowego sportu. O nich mówi się najchętniej. Nie przykładamy aż takiej wagi do ewentualnych przyjaźni między zawodnikami. To znacznie mniej ciekawe do opisywania, niż kolejne starcia czy złośliwości wymieniane w wywiadach lub na łamach mediów społecznościowych. Od każdej reguły są jednak wyjątki.

Historia notowała wiele przypadków wielkich rywali na sportowych arenach, a zarazem przyjaciół poza nimi. Spójrzmy na koszykówkę. Larry Bird i Magic Johnson to chyba przykład, który nasuwa się w pierwszej kolejności. I chociaż wątpię, aby obecnie Bird i Magic dzwonili do siebie chociaż raz w miesiącu (grudzień może być wyjątkiem – święta na horyzoncie, a Larry dopiero co skończył 61 wiosen i pewnie pozwolił sobie z tej okazji na małego Budweisera), to nie można zapomnieć o wzajemnym szacunku jakim się darzą się od lat. Ich kariery były przecież powiązane ze sobą od samego początku, już od pamiętnego finału NCAA w 1979 r. Z kolei później – jak wielu to ujmuje – wspólnie uratowali NBA przed medialnym upadkiem.

Można zaryzykować tezę, że ich przyjaźń nie była wcale jakimś romantycznym wytworem amerykańskich gryzipiórów. W 1991 roku, gdy w ponurej salce w hali Great Western Forum Magic Johnson ogłaszał światu, że jest nosicielem wirusa HIV, wiele osób odwróciło się od niego. Uważano go – cytując dosłownie Karla Malone’a – za „chodzącego trupa”. W Madison Square Garden, przed rozpoczęciem meczu Knicks z Orlando Magic, Pat Riley poprosił nawet kibiców o minutę ciszy i modlitwę, co dziś wydaje się dosyć kuriozalną sytuacją. Ludzie niewiele wiedzieli wtedy o HIV, dla większości był to synonim AIDS i najzwyczajniej w świecie wyrok śmierci. Sporo osób po prostu się bało i z perspektywy czasu trudno ich winić. W końcu nieco ponad 2 tygodnie po konferencji prasowej Johnsona świat obiegła wiadomość o śmierci Freddie’ego Mercury’ego.

W tym trudnym momencie, kiedy Johnsona traktowano niemal jak trędowatego, Bird był jednym z nielicznych, którzy pozostali przy nim. Wspierał go i udowodnił, że nie był przyjacielem na pokaz. Czasem jeden telefon może znaczyć dla człowieka więcej niż tysiąc listów.

Ludzie często przywołują też przykład Wilta Chamberlaina i Billa Russella. Nie wiem czy jest on trafiony. Często zapomina się o tym, że Wilton Norman i William Felton długo byli skonfliktowani. Po pamiętnym finale z 1969 roku przez ponad dwie dekady praktycznie w ogóle ze sobą nie rozmawiali. Chamberlain był obrażony na Russella za to, że ten oskarżał go (niesłusznie, jak twierdził) o symulowanie kontuzji w decydującym meczu wspomnianych finałów. Pojednali się dopiero w latach 90-tych, niedługo przed śmiercią Wilta.

Co innego historia Jacka Twymana i Maurice’a Stokesa, choć akurat oni grali przecież ze sobą w jednym zespole. To zupełnie inny poziom wsparcia, poświęcenia i przyjaźni przez duże P w niełatwych przecież czasach amerykańskiej historii.

Tym razem skupimy się jednak na innym przypadku. Być może dla wielu nieco zaskakującym, bowiem dotyczy on dwójki dawnych graczy, których na pierwszy rzut oka można by nie podejrzewać o zażyłą przyjaźń.

Obaj kojarzą się przede wszystkim z nieustępliwą grą pod koszami w latach 90-tych i raczej nierówną rywalizacją dwóch sąsiadujących ze sobą ekip z New Jersey i Nowego Jorku. Chociaż między halami Nets i Knicks była tylko niecała godzina jazdy, to jednak przez większość dekady oba kluby dzieliła koszykarska przepaść. Nie była ona jednak widoczna, patrząc na tych dwóch podkoszowych tytanów. Charles Oakley od samego początku był dla Jaysona Williamsa jak starszy brat. Nauczył go pewnie nawet tego, co w karierze Williamsa stało się właściwie jego znakiem rozpoznawczym. Był nieustępliwy w walce o zbiórki, tak samo jak Oakley, kiedy w 1988 roku jeszcze jako gracz Bulls, stoczył zażarty bój o miano lidera ligi w tej kategorii z Michaelem Cage’m. Ostatecznie „Oak” przegrał, chociaż na zakończenie tamtego sezonu zebrał z tablic rekordowe w karierze 35 piłek.


Ich znajomość rozpoczęła się jednak nieco później, już w czasach kiedy Oakley reprezentował barwy Knicks. Według słów Williamsa, ongiś istniała swego rodzaju tradycja, że gracze ostatniego roku nowojorskiej uczelni St John’s prosili absolwentów, którzy już wcześniej dostali się do NBA, o pożyczki finansowe. Williams udał się więc do Marka Jacksona – ówczesnego rozgrywającego Knicks, a wcześniej St. John’s – ale został szybko spławiony. Z nieoczekiwaną pomocą przyszedł mu Oakley, który jednak nie miał nic wspólnego z tą nowojorską uczelnią. Oakley grał przecież na peryferiach ligi NCAA, na mało znanej Virginia Union. Mało kto trafiał stamtąd do NBA. W historii szkoły było to ledwie kilka przypadków. Te bardziej rzucające się w oczy, to choćby Terry Davis oraz oczywiście Ben Wallace, którego Oakley osobiście wyprowadził na ludzi na jednym ze swoich obozów.

W kuluarach Madison Square Garden „Oak” miał udzielić Williamsowi pierwszej męskiej rady.

„Kiedy przyszedłem do hali gdzieś po raz piąty, Oakley podszedł do mnie. Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, chociaż od zawsze go podziwiałem. Każdy chciał być taki jak on. Powiedział, że jeżeli po pierwszej próbie, ktoś nie chce dać ci pożyczki, to nigdy o nią nie błagaj. Po czym zaprosił mnie do siebie do domu. Dał mi 20 000 dolarów i powiedział, że kiedy wybiorą mnie w drafcie, będzie oczekiwał zwrotu 25 000.” – wspominał Jayson Williams w wywiadzie dla stacji CBS.

Dług został spłacony, a jednocześnie zapoczątkował przyjaźń pomiędzy późniejszymi rywalami.

Wkrótce po tym Williams został wybrany z nr 21 draftu przez Phoenix Suns. Był rok 1990. Do NBA wkraczały kolejne potencjalne gwiazdy z Derrickiem Colemanem oraz Chrisem Jacksonem na czele. Williams nie miał potencjału na bycie kolejnym All-Star. Mało tego, sam nie ukrywał, że nie był zadowolony z konieczności przeprowadzki do odległej Arizony. Jako rodowity nowojorczyk wręcz wyśmiewał tamtejszy styl życia i zamiłowanie mieszkańców Phoenix do jazdy półciężarówkami.

Ostatecznie Williams nigdy nie zagrał w barwach Suns. Krótko przed startem sezonu 1990/91 został oddany do Philadelphia 76ers za prawo wyboru w pierwszej rundzie Draftu 1994. Warto przypomnieć, że ten wybór krążył w kolejnych latach w posiadaniu Phoenix Suns, Seattle Supersonics i Charlotte Hornets, ale finalnie i tak wrócił do Philly. Dzięki niemu Sixers wybrali Sharone’a Wrighta, który wiele lat później trafił do polskiej ligi i Anwilu Włocławek.

W swoim debiutanckim sezonie Williams szybko zaprzyjaźnił się z innym Charlesem, którym miał jednak nieco odmienne metody pracy niż Oakley. Charles Barkley – bo oczywiście o nim mowa – szybko nauczył Jaysona co znaczy zarywać noce w barach i klubach oraz przyjeżdżać na treningi z torbą hamburgerów z McDonalda. Zresztą, to właśnie po jednej z tych barowych burd mieli się mocno zakumplować. Williams przejął przy okazji jeszcze jedną charakterystyczną umiejętność od swojego mentora. Stał się ulubieńcem mediów, dzięki swoim szczerym i błyskotliwym wypowiedziom. Potrafi zresztą czarować nawet i dziś, długo po zakończeniu kariery.

Do historii przeszły jego dykteryjki na temat różnych zjawisk czy innych graczy ligi. Twierdził chociażby, że był bliski próby samobójczej po tym, jak starzejący się Larry Bird ośmieszył go w jednym z meczów w debiutanckim sezonie (lata później, przy okazji All-Star Game ’98, Bird – już jako trener – dalej nabijał się z Williamsa z tego powodu) albo, że Manute Bol nigdy nie rozegrał meczu w NBA na trzeźwo, ponieważ miał przyzwolenie od trenerów na picie piwa w szatni, co miało zwiększyć jego masę ciała.

Barwna osobowość to jedno, ale zanim Williams zaczął być kimś na parkietach, minęło trochę czasu. W 76ers spędził tylko dwa sezony, po czym oddano go do New Jersey za 2 wybory w drugiej rundzie draftu. Było to ledwie kilka miesięcy po tym, jak Charles Barkley został sprzedany do Phoenix. Można więc przypuszczać, że w jakiś sposób chciano po prostu oczyścić atmosferę w drużynie. Poza tym Williams nie rokował wówczas większych nadziei. W rotacji Philly był właściwie na samym końcu łańcucha pokarmowego wszystkich graczy podkoszowych, nie licząc może epizodycznych występów „naszego” Michaela Ansleya.

W Nets z początku nie było wiele lepiej. Najpierw długo zmieniał Derricka Colemana i dopiero w sezonie 1995/96 zaczął wyrabiać sobie nazwisko. Grając z ławki był bliski średniej double-double, spędzając na parkiecie mniej niż połowę meczu. Na nikim nie robiło to jednak wrażenia. To byli w końcu New Jersey Nets. Pewnie więc niewiele osób zwróciło uwagę na Williamsa także i rok później, kiedy w końcu na stałe przebił się do pierwszej piątki. Mimo szeregu kontuzji, które wyeliminowały go z połowy meczów oraz fatalnej jak na podkoszowca skuteczności tylko nieco ponad 40% z gry (to nie były jeszcze czasy stretch-four’s), Williams udowodnił, że jest elitarnym zbierającym ze średnią 13,5 (z czego prawie 6 ofensywnych). Niestety, fakt, że rozegrał tylko 41 spotkań, sprawia, że nie ma go na listach bardziej zaawansowanych statystyk w zbiórkach na basketball-reference.com. Nazwisko Williamsa znajdziemy za to w kronikach za kolejny sezon, w którym był już wybrany do All-Star Game.

W 1997/98, nie licząc kategorii związanych ściśle ze zbiórkami defensywnymi, Jayson Williams, już nie tylko deptał po piętach, co właściwie kopał Dennisa Rodmana po piszczelach albo jeszcze wyżej: drugie miejsce w średniej na mecz (13,6), pierwsze w Offensive Rebound Pct (20,5% – wyraźna przewaga nad resztą stawki) i drugie w Total Rebound Pct (21,8% – gorszy w lidze tylko od Rodmana). Podsumowując, Williams był naprawdę niezły. Barkley i Oakley z uznaniem kiwali głowami niczym członkowie Komisji Kontroli Gier i Zakładów. Z kolei Nets po raz pierwszy od lat, zaczynali liczyć się w lidze. Wrócili do playoffs, a to był przecież dopiero początek spełniania ambicji. Williams był twarzą tamtego zespołu.

Po zakończeniu lokautu zaoferowano mu nowy kontrakt – 90 mlionów dolarów płatnych w sześć sezonów. Williams długo nie zastanawiał się nad złożeniem podpisu. Czuł się związany z ze swoim miastem i tak naprawdę nie zamierzał się nigdzie przenosić. Tutaj czuł się jak u siebie. Tutaj był kimś. Wraz z ojcem wybudował sobie też imponujący dom z sześcioma sypialniami, kilkunastoma łazienkami, siedmioma kominkami, basenem, boiskiem do kosza i cholera wie czym jeszcze. Wszystko układało się jak w bajce, aż do feralnego Prima Aprilis w 1999 roku. W meczu przeciwko Atlancie Williams pechowo wpadł w Stephona Marbury’ego i doznał skomplikowanego złamania prawej nogi. Konieczna była operacja, która zmusiła Williamsa do przedwczesnego zakończenia kariery w wieku zaledwie 32 lat. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.


W tym samym czasie Charles Oakley chował już głęboko do szafy stare trykoty Knicks i paradował po Toronto w dredach w wersji mini, będąc naocznym świadkiem Carteromanii. Nie wiadomo jak układały się wówczas jego kontakty z Williamsem. W końcu „Oak” od zawsze miał wielu kumpli w NBA. Z wieloma do dziś pozostaje w zażyłych kontaktach, z Michaelem Jordanem na czele. To również MJ sprawił, że Oakley na samym finiszu kariery zawitał nawet do Waszyngtonu na sezon 2002/03. Wszystko wyglądało prawie tak jak w Chicago w połowie lat 80-tych. „Prawie” potrafi jednak zrobić sporą różnicę. Oakley nie potrafi chyba po prostu odmawiać starym znajomym (albo to oni nie potrafili odmawiać jemu). Mając już 4 dychy na karku wbił się nawet na krótko do składu Houston Rockets, których trenował wówczas Jeff Van Gundy.

Być może nie ma tutaj nic do gloryfikowania. Być może Oakley po prostu nie miał wtedy własnego pomysłu na życie i grał tak długo, jak długo byli chętni na jego usługi. Plany o powrocie do gry snuł przecież jeszcze kilka lat po zakończeniu kariery. W końcu znalazł drugą pasję poza koszykówką.

„Oak” jest dzisiaj zapalonym kucharzem i patrząc na zdjęcia jego potraw na Twitterze, przykłada sporą wagę do zdrowego odżywiania. Więcej szczegółów można znaleźć na oakleyinthekitchen.com. Choć, jak pewnie wszyscy pamiętamy, pozwala sobie również na małe „cheat days” i takie tam awanturki w MSG.

Powyższa afera na meczu Knicks była jednak niczym w porównaniu do problemów, z jakimi musiał zmagać się Jayson Williams. W Walentynki 2002 r., podczas przyjęcia w swoim domu, niefortunnie – jak sam określił – zastrzelił swojego szofera, Costasa Christofiego.

Szczegóły tego morderstwa do dziś nie są do końca jasne. Williams bronił się, że był to nieszczęśliwy wypadek podczas prezentowania znajomym swojej kolekcji broni. Nie zmienia to jednak faktu, że chwilę po zastrzeleniu Christofiego nieudolnie starał się ukryć wszelkie okoliczności zbrodni, co kilka lat później zostało mu udowodnione. Z kolei sama wersja o nieszczęśliwym wypadku nie była jednoznacznie potwierdzona przez świadków tego zdarzenia. Jednym z nich był chociażby Benoit Benjamin – wcześniej były gracz NBA, a w tamtym czasie członek grupy Harlem Golebtrotters .

Darujmy sobie tutaj wszelkie gangstersko-sebiksowe filozofie o tym, co dzieje się z tymi, którzy donoszą. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Jayson Williams popełnił błąd. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni. Podczas trwającej wiele lat rozprawy w sądzie, w której kilkukrotnie zmieniano zarzuty, Williams zdołał jeszcze popełnić na wolności kilka innych wybryków: awanturę w hotelu, w wyniku której policjanci musieli obezwładnić go paralizatorem, jazdę po pijaku oraz bitkę w barze w Północnej Karolinie. Wszystko to na krótko zanim sąd wydał wyrok w sprawie zabójstwa Christofiego. W styczniu 2010 roku Williamsa skazano na 5 lat więzienia, ale opuścił areszt ostatecznie nieco ponad dwa lata później.

W tym czasie Williams praktycznie nie miał żadnych sprzymierzeńców. Jeszcze przed sprawą zabójstwa Christofiego rozstał się z drugą żoną. W nagłówkach jego nazwisko pojawiało się właściwie wyłącznie w związku z tą sprawą. Zapewne często ci mniej obeznani kibice mylili je w pierwszych chwilach z Jasonem Williamsem – zarówno tym znanym również jako „White Chocolate”, jak i Jayem Williamsem, który musiał zakończyć karierę po ledwie jednym sezonie w Chicago Bulls.

Od Williamsa odwrócili się praktycznie wszyscy. Wszyscy, ale nie Charles Oakley, który blisko ćwierć wieku wcześniej pożyczył mu na słowo honoru 20 000 dolarów (to było dużo więcej pieniędzy niż obecnie), mimo że widzieli się po raz pierwszy w życiu. „Oak” regularnie odwiedzał Williamsa w areszcie, dzwonił kilka razy w tygodniu i nie zapomniał o nim także po wyjściu na wolność. Cały czas pozostają w bliskim kontakcie. Ta znajomość – długa, niekiedy pewnie szorstka, ale przede wszystkim szczera – jest prawdopodobnie tym, czego Jayson Williams dziś najbardziej potrzebuje. Nie mieszka już ani na przedmieściach Jersey, ani Nowego Jorku. Większość czasu spędza na Florydzie. Jest niepijącym alkoholikiem (w styczniu mają minąć dwa lata w trzeźwości), który poświęca swój czas na pomaganiu innym w walce z nałogiem.

Podobnie jak w czasach swojej koszykarskiej świetności, Williams chętnie udziela się w mediach i nie tylko. Na Youtube znajdziesz sporo materiałów z nim w roli głównej. Jest wiele wywiadów, w których opowiada o swoim wyroku, czasie spędzonym za kratami oraz kulisach życia w NBA.

Stanął również w obronie swojego przyjaciela, kiedy właściciel Knicks James Dolan zasugerował w oświadczeniu po incydencie w Madison Square Garden, że Charles Oakley ma problemy z alkoholem lub innymi używkami. Williams zarzeka się, że Oakley nigdy nie upił się w jego obecności. Co więcej, twierdzi, że „Oak” ma generalnie negatywny stosunek do picia, ponieważ jego brat długo zmagał się z uzależnieniem i ostatecznie przypłacił tę walkę życiem.

Z naszej perspektywy trudno to oczywiście zweryfikować, ale jedno nie ulega wątpliwości. Fakty z życia Jaysona Williamsa pozwalają dostrzec nieco inny obraz, jaki do tej pory sporo osób miało przed oczami, myśląc o tym wiecznie ponurym Charlesie z Knicks. Oakley właściwie od zawsze kojarzył się z brutalnym i nieustępliwym typem. Uosobieniem tego, za czym wielu skrycie tęskni, wspominając koszykówkę NBA lat 90-tych. Mówimy w końcu o człowieku, który nie bał się nikogo. Był stanowczy na obradach związku zawodników, a na boisku był gotów walczyć z każdym.

Internet na szczęście nie zapomina. Aż dziw bierze brak kanału na Youtube „Oakley przeciwko światu”. Barkley, Shaq, Rodman, Mourning, Dennis Johnson, a nawet Paul Mokeski to tylko kilka przykładów, w których awantura wisiała w powietrzu. Jeżeli trzeba było iść na wojnę, lepiej było go mieć po swojej stronie.

Tymczasem Oakley ma również swoje drugie oblicze. Można powiedzieć, że totalnie anonimowe dla kibiców. Charles Oakley niechętnie o tym gada. Właściwie, gdyby nie wylewność Williamsa, ten tekst pewnie nigdy by nie powstał. Nie wiedzielibyśmy, że parę lat temu „Oak” często wpadał do Williamsa na widzenia, a dziś odwiedza go na Florydzie, gdzie okazjonalnie popisuje się swoimi zdolnościami kulinarnymi i gotuje dla innych podopiecznych z ośrodka Epiphany Treatment Center.

Wszystko to dzieje się z reguły poza kamerami, nie licząc może okazjonalnych zdjęć na Twitterze. Nikt jednak tak naprawdę nie wie, ile dziesiątek, a może i setek godzin Oakley i Williams poświęcili na szczere do bólu rozmowy o życiu i o tym, że w każdej – nawet najgorszej sytuacji – trzeba dostrzegać jakieś pozytywne strony, wyciągać wnioski i szukać kolejnych motywacji do stawania się lepszą wersją samego siebie. W takich momentach dobrze jest wiedzieć, że jest ktoś, kto służy wsparciem i pomoże wyjść z dołka. Na tym chyba powinna właśnie polegać prawdziwa męska przyjaźń.

39

Komentarze

  1. bubsatchi

    17 grudnia 2017 o 01:01

    Dobre czytadło na sobotni podwieczorek. Dzięki Piotrze.

    Lubię to: 7
  2. Greg7

    17 grudnia 2017 o 11:37

    Mądry tekst. Życie i przyjaźń. Dobro…
    Dzięki dla Autora.

    Lubię to: 5
  3. rzepka

    24 grudnia 2017 o 09:14

    Super tekst, dziekuje

    Lubię to: 2

Skomentuj