12G: Zapowiedź Week 12 (Rams vs Saints. Czy to już koniec Seattle?)


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 26 listopada 2017
fot. AP Photo

fot. AP Photo

Do zakończenia tego sezonu regularnego pozostało już włącznie z dzisiejszym tylko sześć tygodni i w ostatnich kilku dniach po raz pierwszy na poważnie pojawiły się dyskusje o tym, kto zrobi play-offy.

Czwartkowa egzekucja tysiącami kawałków papieru, dokonana przez Philipa Riversa na Dallas Cowboys – 434 jardy, 3TD, passer-rating 149.1 – przypomniała, że być może faktycznie Rivers wraz z trzema gwiazdami NFL Keenanem Allenem, Joey’em Bosą i Melvinem Ingramem wrócą z 0-4 i doprowadzą (5-6) Los Angeles Chargers do play-offów. Żal tych niefrasobliwych porażek Super Chargers na początku sezonu, ale w czwartek Chargers rozbili Cowboys w Teksasie 28-6 i wygrali 5 z 7 ostatnich meczów.

Świętodziękczynny futbol przypomniał też, że Jason Garrett trenerem (5-6) Dallas Cowboys powinien przestać być – 24 punkty Cowboys w trzech ostatnich meczach to najgorsza seria w całej historii Dallas Cowboys (RIP) i nie wytłumaczyć jej może tylko brak Zeke’a Elliotta, a wcześniej Tyrona Smitha, bo trenerzy są od trenowania, a nie od wciskania autopilota na „terrain ahead”.

Oglądałem wczoraj Kurta Warnera i pomyślałem sobie, że Case Keenum zaczyna go w tym sezonie przypominać. Oczywiście nie będzie to aż tak „Znikąd! Kto się spodziewał?”, że wygra zaraz nagrodę MVP, ale (9-2) Minnesota Vikings są w tym sezonie rewelacji w NFC być może tą największą rewelacją. Adam Thielen obok Antonio Browna i Allena jest jednym z trzech najlepszych receiverów sezonu, a obrona jest tylko poziom poniżej elity. W dodatku SuperBowl grany jest w Minneapolis – więc jest o co walczyć. 30-23 Vikings z Detroit Lions było w czwartek świetnym, pierwszym meczem, który mógłby potrwać kilka minut dłużej, gdyby tylko Golden Tate wiedział, w którą stronę pobiec.

Ten trzeci mecz, czyli 20-10 (5-6) Washington Redskins na Giants z kolei tylko niepotrzebnie odgrzał moją wiarę w to, że waleczny Kirk Cousins, Ryan Kerrigan, DJ Swearinger i mimo plagi kontuzji z heroizmem walczący zespół Skins może zrobić play-offy. To jest moja ulubiona drużyna w tym sezonie i próbuję nie inwestować w nią swoich emocji.

Kto więc zrobi play-offy? W AFC Steelers i Patriots otrzymają po bye-weeku, pozostałe dwie dywizje typuję, że wygrają jednak Chiefs i jednak Titans, a wejdą do play-offów też Jaguars i Ravens (wolelibyśmy chyba wszyscy Chargers). Przy czym żadna z tych pięciu drużyn nie awansowałaby do nich w NFC, więc tu za bardzo nie ma się nad czym rozpływać. AFC to dno i każda kolejna niedziela o tym przypomina.

Eagles wygranie NFC East mają już praktycznie w kieszeni i powinni mieć w drugiej bye-week. Dalej jest jednak tłok: 6 drużyn walczy o 5 miejsc. Są to Falcons, Seahawks, Panthers, Vikings, Rams i Saints. W dodatku przed nami jeszcze kilka bezpośrednich starć między tymi zespołami, dlatego nie zdecyduję się typować, który z nich odpadnie. Być może Seahawks, ale nagle kontuzje zaczynają uderzać w obronę Saints. A jako, że to dwie gorące historie – piszą o nich poniżej Piotr i Dominik.


fot. AP Photo

fot. AP Photo

Piotr Stokłosiński

W NFC wraz z zeszłym tygodniem zaczęła się zwyczajna bijatyka – zespoły, które zdominowały konferencję będą teraz regularnie grać między sobą, a na całe to zamieszanie z pozycji pierwszego zainteresowanego doścignięciem peletonu będą patrzeć (6-4) Seattle Seahawks. Co prawda po porażce z Falcons w poniedziałek 31-34, sytuacja Hawks nie jest z gatunku „szans matematycznych”, ale wszyscy na Century Link Field desperacko wypatrują innego promyka nadziei, niż Russell Wilson.

Bilans 6-4 nie wygląda w końcu źle, ten sam bilans w AFC mają choćby Chiefs i choć oba zespoły mierzą się raczej z tendencją spadkową, to w Seattle panika jest dużo większa. Dlaczego? Seattle wciąż nie mają na koncie żadnego statement win – ogranie 49ers, Colts, Giants, czy Cardinals to w tym sezonie obowiązek, w meczu z Texans zwycięstwo wyrwali rywalom z gardła, a przeciwko Rams byli o jedno niezłapane podanie Coopera Kuppa od porażki. Przed sobą mają jednak mnóstwo szans na taką wygraną.

Bo terminarz mają jeden z najtrudniejszych w całej stawce.

Nie mniej w wersji optymistycznej, trzeba przyznać, że nawet bez Richarda Shermana i Kama Chancellora, grają z drużynami stworzonymi pod siebie. 49ers? Do ogrania. Jaguars? Blake Bortles w końcu w pojedynkę przegra Jags jakiś mecz, a w starciu ze Seattle może nie mieć nawet chwili żeby rzucić tam-gdzie-nie-ma-Shermana przy tym pass-rushu. Cowboys? Wagner, Richardson, Bennett i spółka tylko czekają na wracającego z zawieszenia Zeke’a Elliotta, a Dak Prescott do tego czasu może nie mieć już psychiki. Zarówno Cardinals i Rams zawodnikom Seahawsks udało się już w tym sezonie pokonać, a w kluczowym momencie sezonu doświadczenie Seattle będzie tylko dodatkowym atutem + oba te mecze Seahawks grają u siebie. Pozostaje tylko mecz z Eagles, także na Century Link Field. Najlepsza linia defensywna w lidze z pewnością przyprawi Wilsona o ból (wszystkiego), ale to może być ten mecz. Zwłaszcza, że przeciwko Falcons linia ofensywna Seahawks zagrała chyba najlepszy mecz w tym sezonie.

Pete Carroll desperacko potrzebuje meczu, w którym jego podopieczni zdemolowaliby rywala, w którym nie tylko Wilson zagrałby na poziomie do którego nas przyzwyczaił w tym sezonie, ale i defensywa udowodniła, że radzi sobie przy tylu kontuzjach. Na horyzoncie, ponoć zupełnie niedaleko, widać już powrót cornerów Shaquilla Griffina i DeShawna Sheada, którzy mogą stworzyć zupełnie porządny duet. Póki co trzeba się jednak zadowolić Byronem Maxwellem i Jeremy’m Lane’m, którzy paradoksalnie spisali się zupełnie nieźle przeciwko Mattowi Ryanowi (nie przeskoczył nawet 200 jardów). Nie mniej, na 49ers powinno to wystarczyć. Eagles dopiero za tydzień.

Eagles, którzy choć są dominującą siłą w tej konferencji na tę chwilę, to ich dominacja nawet nie przypomina tej Panthers z 2015 roku, czy zeszłorocznej machiny ofensywnej w postaci Falcons. Warto zresztą przypomnieć, że drużyna z Atlanty właśnie od Week 12 zaczęła w zeszłym sezonie marsz, który skończył się sami-wiecie-czym. Podopieczni Dana Quinna zdemolowali wtedy Arizonę Cardinals, do końca sezonu regularnego nie uciułali mniej niż 29 punktów, wygrali 5 z 6 meczów, zaczęli rozgniatać resztę stawki po Thanksgiving Day. Po raz kolejny potwierdziło się, że to właśnie wtedy zaczyna się liga. I jeśli spojrzy się na terminarz, na to że cała czołówka do końca sezonu notorycznie gra teraz między sobą, to trzeba dojść do wniosku, że jeśli NFC chce wystawić w Super Bowl realnego rywala dla kogoś z dwójki Patriots/Steelers, to ten ktoś musi objawić się teraz. Kto?

Może Eagles, lecz Carson Wentz musi być jeszcze bardziej dominującym. Może Vikings, ale ta defensywa nie może pozwalać zbliżać się w końcówkach, takim rywalom jak Lions. Może Falcons, o ile Matt Ryan znów odnajdzie rytm, może Panthers, o ile powrót Grega Olsena okaże się brakującym elementem układanki. Może Saints, jeśli Kamara i Ingram wciąż będą zdejmować z Drew Breesa tak dużą część obowiązków. Może Rams, jeśli Todd Gurley zaliczy końcówkę sezonu w MVP Mode. Może w końcu Seahawks, jeśli Shaq Griffin wejdzie w buty Shermana i okaże się, że nieźle mu pasują, a Wilson wrzuci szósty bieg za linią ofensywną, która faktycznie zaczyna nieśmiało mu pomagać.

Nikogo poniżej nie ma – Lions, Packers, Cowboys, Redskins, wszystkie te drużyny mają swoje problemy, które w porównaniu z resztą stawki sprawiają, że ciężko będzie tam rozepchnąć się łokciami i znaleźć dla siebie miejsce. Seahawks z kolei muszą usiąść i czekać, a w międzyczasie wygrywać swoje. Od lat dopiero w drugiej połowie sezonu wskakują na najwyższe obroty i teraz, gdy z każdej strony słyszą, że nie tylko szanse na playoffy uciekają, ale że ich „Super Bowl Window” zamyka się nieubłaganie, mogą poczuć nóż na gardle i paradoksalnie czuć się w tej sytuacji znakomicie.

Ten sezon zresztą udowadnia to notorycznie. W połączeniu z jeszcze jedną dużą wadą tej ekipy, a właściwie sztabu szkoleniowego, który nie chce się pogodzić z tym, że ich drużyna nie umie biegać. Thomas Rawls, Eddie Lacy i C.J. Prosise mieli przywrócić tej drużynie running mentality, ale żaden z nich nie zdobył jeszcze przyłożenia w tym roku. Carroll godzi się z tym dopiero w trakcie meczu, bo zazwyczaj każdy mecz zaczyna od „a nuż tym razem się uda, to jest ten mecz”. Nie jest i w tym sezonie nie będzie. Proporcje akcji biegowych w poszczególnych kwartach dają zresztą do myślenia:

1 kwarta: 45% biegów

2 kwarta: 34% biegów

3 kwarta: 37% biegów

4 kwarta: 41% biegów

Lekki wzrost w 4 kwartach wynika często z chęci ubijania zegara, ale powyższa statystyka pokazuje, że Seattle przesypia początki meczów. W pierwszych kwartach mają nie tylko najwięcej biegów, ale też biegają najgorzej – zdobywają wtedy po 4.66 na próbę, w pozostałych najgorszy wynik mają w trzecich kwartach (6.93!). Jeśli dodamy do tego, że Wilson w czwartych kwartach ma rating 132.7 i zdobywa 11.1 jarda na próbę oraz ma 13 TD (w pozostałych kwartach odpowiednio 3, 3, 2), to doskonale widać, że w sytuacji podbramkowej futboliści ze Seattle czują się jak ryby w wodzie.

Kto wie, być może taka pierwsza połowa sezonu była im potrzebna, być może fakt, że grają teraz właśnie z 49ers jest dla nich fantastycznym prezentem. Być może zdemolują rywala, nie pozwalając mu nawet wykorzystać braków w defensywie, bo Wilson po prostu przejmie kontrolę. Dopóki drużyna ma wybitnego QB, Super Bowl Window jest szeroko otwarte – wystarczy spojrzeć choćby na tegorocznych Saints. Seahawks uczą się na błędach, ściągnięcie Duane Browna było krokiem w dobrą, bardziej zbalansowaną stronę. Pytanie, czy po meczu z Falcons też wyciągną naukę i ruszą wreszcie w dobrą stronę. Jeśli tak, ewentualna wygrana z 49ers może być biletem do czegoś fajnego w wide-open NFC, ale jeśli będzie to kolejne wymęczone zwycięstwo, bądź nawet porażka, to brak awansu do postseason może spowodować latem poważną rewolucję w tej drużynie. Paradoksalnie więc najłatwiejszy z pozostałych meczów, może się okazać dla nich najważniejszym.


fot. AP Photo

fot. AP Photo

Dominik Kędzierawski

Kiedy ostatni raz się czytaliśmy, przeprowadzałem Was przed Week 6 przez genezę Nowoorleańskiego dnia świstaka. Od tego czasu upłynęło jednak nieco wody w Mississippi, a Saints się z tego dnia w wielkim stylu wyrwali. Acz muszę wystawić erratę do tego jak skończyłem tamten tekst – to nie obrona jest Ritą. Jest nią Marshon Lattimore.

Dość jednak wstępu. Dzisiejszy mecz (8-2) New Orleans Saints z Rams to rzecz, która mnie osobiście przeraża. Ale także intryguje. Już od kilku dobrych tygodni pojawia się w mojej głowie widmo porażki i końca serii zwycięstw. Pięknym jest wszak uczuciem wygrywać, zwłaszcza osiągając przy tym tak imponującą serię. Serce zaś łamie przerwanie takiej serii. Pierwszy przykład z brzegu: Boston Celtics. Drugi? Kansas City Chiefs. Każda seria się w końcu kończy, o czym dobrze w Nowym Orleanie wiemy, mając na względzie mistrzowski sezon zaczęty trzynastoma zwycięstwami pod rząd. Kończąc te jednak dywagacje, muszę oddać, że mecz ten przeraża moją osobę, jak żaden inny w tym sezonie. Nie z Vikings w Week 1, czy z Pats w Week 2 – one były tylko rozczarowaniem. Ale właśnie mecz w Week 12 z tymi Rams. Nasza seria wygranych znowu zostaje rzucona na szalę, choć na dobrą sprawę po meczu z Redskins nie powinniśmy już tej serii posiadać…

Oto, dlaczego Rams przerażają większość środowiska Saints. Przez Redskins i Kirka Cousinsa. Jared Goff ma wszystko, czego mu potrzeba do powtórzenia wyczynów Kirka z Week 11. W przeciwieństwie jednak do niego, posiada o wiele groźniejszego biegacza, kreatywniejszego playcallera oraz lepszych skrzydłowych. A my? My bez Alexa Okafora jesteśmy bardziej podatni na grę Gurleya. Lecz co gorsza, nikt nie wie co się dzieje z Lattimore’m i jego kostką. Ken Crawley także nie był obecny na ostatnim treningu przed meczem. Obaj mogą dziś nie zagrać.

Ale to zarazem intryguje w tym spotkaniu. To widowisko może śmiało okazać się najlepszym spotkaniem sezonu. Lecz co ważniejsze, będzie to dobry sprawdzian dla obu zespołów. Chociaż słowo „sprawdzian” to raczej piękny eufemizm, bo bądźmy ze sobą szczerzy – niech pierwszy rzuci kamieniem, kto chce w tym spotkaniu twardej defensywy i niskiego wyniku. Ten mecz zwłaszcza dla postronnych fanów ma być ucztą dla oka, ofensywnym koncertem granym przez dwie z najlepszych orkiestr w lidze. Chleba i igrzysk! Nazwa Colliseum zobowiązuje!

Jestem tu jednak, by wstawić się za Saints. A to robię zawsze z wielką przyjemnością. Jak przed chwilą wspomniałem, to spotkanie rozstrzygnie się w ofensywie, a konkretnie w bitwie Seanów. Nie możemy zaprzeczyć, iż Sean McVay jest jedną z najbardziej imponujących postaci tego sezonu. Sposób, w jaki on przygotowuje się do spotkań jest wart najwyższych pochlebstw. Jego warsztat jest bardzo dynamiczny i nietrudno dostrzec inspiracje innymi trenerami. McVay nie pozwala się nudzić swoim oponentom, stale ewoluując swój playbook. Mając to na uwadze, bardzo żałuję, iż to spotkanie nie odbyło się tydzień temu, gdyż teraz McVay może wiele, a to naprawdę wiele podebrać z ostatniego występu Cousinsa, nomen omen swojego podopiecznego jeszcze rok temu. Tak, McVay jest imponujący i w mojej opinii zasługuje na nagrodę dla trenera roku. Ale to nie jest Sean Payton. O trenerze Saints nie mówi się wiele w tym sezonie, choć w tym sezonie raz za razem manifestuje swój geniusz. Przejął w tym sezonie dyktowanie zagrywek od Pete’a Carmichaela i w każdym spotkaniu wygrał pojedynek z umysłem oponenta. Nawet w przegranych meczach z Vikes i Pats to Payton był górą. Z szacunkiem dla Pana McVaya, ale nic się nie zmieni.

W języku angielskim funkcjonuje piękny idiom brzmiący „pick your poison”. I jeśli opisać ofensywę Saints, to właśnie nim. W krótkim jego przekładzie oznacza on możliwości wyboru swojej, nieuniknionej zguby. I niech wybaczą mi wszyscy fani nowych i pięknych Rams, ale nie dorównują w sile zniszczenia Świętym. Dwa ostatnie występy to potwierdzają, a zwłaszcza mecz z Redskins. Śmiem wątpić, iż w meczu z Rams Sean Payton aż tak nie nakieruje się na grę górą, raczej wracając do planu gry obecnego w Buffalo. Gra biegowa Saints jest teraz jedną z najbardziej, jeśli nie najbardziej, efektywnych w całej NFL. Rams z kolei zaś są jednymi z najgorszych w bronieniu biegów i nie pomoże im fakt, iż przyjdzie im się zmierzyć nie z jednym, a z dwoma groźnymi biegaczami. Bo „pick your poison” nie stosuje się tylko do wyboru pomiędzy byciem rozstrzelanym przez Breesa, czy wgniecionym w ziemię przez „Kamgrama”. Stosuje się to także do wyboru który RB Świętych ma zdominować. Dobitnie widzieliśmy to na przykładzie Redskins, którzy na starcie spotkania biegli w stronę Kamary nie bacząc na nic. Liczyło się dla nich tylko to, aby Kamara nie mógł nic wskórać. Otworzyli się jednak tym na Marka Ingrama, który szybko zdobył swoje przyłożenie. I to samo czeka Rams. Nie istnieje możliwość zatrzymania obu. Odejście Adriana Petersona wyzwoliło większą potęgę, aniżeli mityczna puszka pandory.

I na koniec creme de la creme – Drew Brees. Czy po meczu z Redskins ktokolwiek ma wątpliwości co do jego formy? 11 na 11 w ostatnich posiadaniach. Jedenaście na jedenaście. Jestem wielce przekonany, iż jeżeli wynik tego spotkania zadecyduje się w ostatnich sekundach, to Drew przechyli szalę na korzyść Saints. Czy Goff w takim momencie da radę udźwignąć presję?

Choć sam nie wierzę w to co mówię, tak na jeden wieczór zapomnijmy o obronie. Oddajmy się ofensywnemu pięknu w wydaniu dwóch geniuszy.

Acz na koniec niech tylko jedna melodia rozbrzmiewa na świecie. Muzyko graj! 


ZAPROŚ KOLEGĘ, TONY ROMO KOMENTUJE: (8-2) New Orleans Saints @ (7-3) Los Angeles Rams (godz. 22:05). Ze świecą szukać w niedzielę interesujących pojedynków, ale wizyta Saints w Los Angeles powinna zaspokoić apetyty nawet i za 12 pozostałych. Ten mecz może rozstrzygnąć o tym, kto oprócz Eagles będzie miał bye-week w NFC. Saints mają najlepszą grę biegową w NFL (5.3 jarda na próbę): Alvin Kamara i Mark Ingram zaliczają średnio 192,5 jarda na mecz ze scrimmage-line – w dodatku sam Kamara targetowany jest 6,2 razy w meczu jako receiver – ale stoi za tym też najlepiej blokująca przed pierwszym kontaktem z obrońcą ofensywna linia. Z drugiej strony Todd Gurley produkujący sam 121,6 jardów w meczu. Historią przed tym meczem są jednak kontuzje w szeregu cornerbacków obu drużyn, dlatego Drew Brees i Jared Goff mogą podejmować dziś więcej ryzyka, niż zwykle.


WARTO OBEJRZEĆ: (4-6) Tampa Bay Buccaneers @ (6-4) Atlanta Falcons (godz. 19). Po cichu Bucs Ryana Fitzpatricka wygrali dwa kolejne mecze, obrona stała się zdrowsza, a na przestrzeni dwóch ostatnich tygodni Gerald McCoy jest drugi w NFL w pass-rushu i zatrzymywaniu runu wg PFF. Dla Tampy jest już za późno, żeby zamieszać w NFC, ale mogą popsuć dziś szyki Falcons. 3 ze swoich 5 najlepszych meczów w tym sezonie Matt Ryan rozegrał w czterech ostatnich tygodniach (8 touchdownów, 2 INT’s), a OC Steve Sarkisian zaczyna czuć grunt pod nogami. Atlanta nie będzie nigdy już zespołem tak eksplozywnym na 1st-downach, jak sezon temu, ale pracuje z Ryanem coraz lepiej na 3rd downach (51% w trzech ostatnich tygodniach – nr 2 w lidze) i talent cały czas w tej drużynie jest.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

12

Skomentuj