Kolanowski: Parszywa 14-tka


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 1 września 2017
fot. nba.com

fot. nba.com

Jeżeli nie lubisz Knicks albo koszykówki rodem z lat 90-tych, nawet nie czytaj tego tekstu. To prawie dwadzieścia tysięcy znaków wyrażających lekką tęsknotę za tym co było i co się nie wróci. To po prostu krótka historia o życiu pewnego twardziela z nowojorskiego Queens.

O Nowym Jorku można by mówić w nieskończoność. O tym, że to miasto nigdy nie śpi, o jego niepowtarzalnym klimacie, o całym bogactwie kulturowym czy wreszcie oferowanych rozrywkach i czyhających na każdym rogu niebezpieczeństwach. Nowy Jork ma w sobie wszystko. O bogatej scenie streetballowej, boiskach Rucker Park czy The Cage, trzeba by zaś pisać w oddzielnych tekstach.

Ciężko też zliczyć ile utworów muzycznych poświęconych temu miastu powstało do tej pory. Można przebierać pośród tak różnych autorów, jak: Frank Sinatra, Beastie Boys, Jay-Z, Lou Reed czy Billie Holiday, a to przecież tylko kilka przykładów.

Nie sposób policzyć też filmów i seriali z Nowym Jorkiem w tle. To właśnie tam dochodziło do większości filmowych katastrof i kataklizmów. To Nowy Jork był atakowany przez Godzillę i King Konga, i to właśnie tam urzędowali herosi w pelerynkach i nie tylko z uniwersum Marvela. Przez lata była to też nieoficjalna stolica największych organizacji przestępczych na czele z pięcioma rodzinami włoskiego pochodzenia.

Wreszcie Nowy Jork a.k.a. „The Big Apple” (choć etymologia tej nazwy nie jest do końca jasna, prawdopodobnie użyta po raz pierwszy w latach 20-tych ubiegłego wieku) to metropolia zamieszkała przez wiele milionów ludzi: celebrytów, bogatych przedsiębiorców, generalnie „ludzi sukcesu” oraz zwykłych obywateli, tych ciężko pracujących i tych, którzy wyruszyli kiedyś na podbój Nowego Jorku, ale ich „American Dream” po prostu się nie spełnił. Spotkasz ich wielu na Greenpoincie i nie tylko.

Jednak bez względu na status społeczny, każdy szanujący się nowojorczyk od Staten Island po Manhattan szuka okazji do odreagowania stresów i powodów do dumy. Często ta ucieczka od codziennych problemów kieruje w stronę sportu. W Nowym Jorku każdy znajdzie coś dla siebie. Mówimy tu przecież o miejscu, które jako jedyne w kraju ma aż po 2 zespoły w każdej głównej zawodowej lidze: NFL, MLS, NHL, MLB, czy w końcu NBA. Derby to tylko kolejna okazja do przeżycia sportowych emocji.

Nowojorczycy kochają swoje drużyny. Uwielbiają swoje największe gwiazdy, choć bywa to miłość niekiedy dość trudna. To w końcu ta największa scena i sportowcy często muszą mierzyć się z ogniem krytyki po słabych występach. Jednak obok tych wielkich nazwisk, nowojorczycy znajdują też uznanie dla graczy z drugiego planu. Tych właśnie ciężko pracujących jak oni, wykonujących niekiedy najmniej wdzięczne zadania na boisku. Aby zdobyć sympatię fanów nie musisz wcale osiągać kosmicznych statystyk. Wystarczy, że zostawisz serce na boisku, a wtedy – niczym Russell Crowe w „Gladiatorze” – zdobędziesz Koloseum, tj. Madison Square Garden. Wówczas publiczność ma pewność, że kupno biletów to była dobra inwestycja.

Na każdego Willisa Reeda, Walta Fraziera, Bernarda Kinga czy Patricka Ewinga przypada cała chmara graczy, których najstarsi kibice do dziś pamiętają i cenią. Wśród wszystkich Marków Jacksonów, Johnów Starksów, Kurtów Thomasów i Charlesów Oakleyów na szczególne miejsce w panteonie Knicksów ciężko pracujących na chleb i paliwo do Mercedesa może liczyć na pewno Anthony George Douglas Mason. Dla przyjaciół i fanów po prostu „Mase”. Dla nieprzyjaciół – „dzisiaj ty kryjesz tego z #14, bo mnie do teraz bolą żebra”.


Samo spojrzenie na archiwalne zdjęcia z najlepszych lat Masona lub obejrzenie filmowych archiwów z jego grą może przyprawić o nagły przypływ nostalgii tych, którzy tęsknią za „dawną NBA”. Za ligą, która rzekomo była zarezerwowana tylko dla twardzieli, i w której gracze byli znacznie bardziej utalentowani od tych występujących obecnie. Według malkontentów nie byłoby w niej miejsca dla drużyn, które swój atak opierają na rzutach za 3, ani dla centrów latających po obwodzie. To była liga, gdzie klasyczny power forward – jak sama nazwa wskazuje – był niejako zobligowany do twardej gry pod koszem.

Każdy ma prawo do swojej opinii. Zarówno ci wieczni maruderzy twierdzący, że „przed wojną było lepiej”, jak i ci, którzy nie pamiętają lub po prostu nie doceniają osiągnięć poprzedników swoich obecnych idoli. Czasy się zmieniają i nie każdy zasiada w komisjach. Zapewne nawet najzagorzalsi fanatycy Jordana doczekają w końcu czasów, w których termin „GOAT” nie będzie już nadawany tak bezrefleksyjnie jak obecnie. Wystarczy zmiana pokoleń kibiców oraz dziennikarzy, lekko zmieniona narracja, dyskretna deprecjacja tu i ówdzie, i gotowe.

Niniejszy tekst nie jest jednak poświęcony rozstrzyganiu sporu, które czasy były najlepsze dla NBA i jej kibiców. Każdy okres ma swoje wady i zalety. Nie idziemy tą drogą. Tym razem idziemy 33. ulicą, z impetem przecinamy 8. aleję, denerwując trąbiących taksówkarzy i kierujemy się prosto do Madison Square Garden.

Jest połowa lat 90-tych. Żaden z pobliskich przechodniów nie ma w rękach smartfona. Nikt nie sprawdza Twittera i nie wysyła zaproszeń na Facebooku. Liczy się tylko mecz. Dziś grają Knicks. Nowojorscy kibice zaciekle walczą jeszcze o bilety u koników, ale szczęśliwców w najsłynniejszej hali świata może być przecież tylko niecałe 20 000.

Wszyscy kibice doskonale znają nazwiska koszykarzy swojej ulubionej drużyny. Patricka Ewinga nikomu nie trzeba przedstawiać. Charles Oakley, John Starks – obaj znaleźli się nawet w składzie na All-Star Game w 1994 r. w Minneapolis. Jest młokos z Pólnocnej Karoliny, Hubert Davis oraz Charles Smith, którego przestrzelone rzuty w kluczowym momencie w playoffs ’93 przeciwko Chicago Bulls już chyba na zawsze pozostaną największym koszmarem wszystkich sympatyków Knicks.

Na ławce w białym ortalionowym uniformie siedzi z kolei potężnie zbudowany gość o trudnej koszykarskiej przeszłości.

Po udanej karierze na uczelni Tennessee State wybrany w 3. rundzie draftu w 1988 roku z nr 53 przez Portland Trail Blazers. Nie rozgrywa jednak w Oregon ani jednego meczu. Swoją zawodową karierę musi rozpocząć w odległej Turcji, a potem z niewielkim powodzeniem próbuje dostać się do NBA poprzez epizody w New Jersey Nets i Denver Nuggets. W międzyczasie zalicza tułaczkę po niszowych ligach CBA i USBL, a także wyprawę do Wenezueli. Dopiero Knicks dają mu szansę w 1991 roku.

Ledwie 4 lata później zdobywa nagrodę dla najlepszego rezerwowego w NBA i dla nikogo nie jest już wtedy anonimowy. To właśnie Anthony Mason. Jeden z moich ulubionych graczy w czasie, kiedy nieuleczalnie zarażałem się wirusem NBA.


„Mase” to absolutna czołówka power rankingu na podstawie punktów w skali Kolanowskiego. Ma mocne 8 na 10 możliwych. Zawsze lubiłem wszelką nieszablonowość wśród graczy. Jeśli więc ktoś jest nieatletycznym rozgrywającym, wyjątkowo niskim centrem albo chociaż wyróżnia się śmieszną techniką lub gra na przekór swojej pozycji, to zawsze będzie w gronie moich faworytów. Anthony Mason miał wszystko, żeby zająć honorowe miejsce przy stoliku.

Nie będę spekulował czy problemy sercowe Masona, które ostatecznie spowodowały jego przedwczesną śmierć, mogły być pokłosiem zażywania środków anabolicznych. Faktem jest, że jego postura robiła ogromne wrażenie. W dodatku potrafił zrobić ogromny użytek pod koszem, mimo niezbyt imponującego wzrostu i nie jakiejś nadludzkiej skoczności. Idealnie pasował do tamtych Knickerbockers. Ba, właściwie miał spory udział w tworzeniu klimatu „błotnej koszykówki”, nad którą czuwał chcący odciąć się od ery „Showtime” Pat Riley. Ten ostry, fizyczny styl gry był jednak dość mało telewizyjny. Warto pamiętać, że przecież piąty mecz finałowy z 1994 roku pomiędzy Knicks i Rockets odbywał się niejako w cieniu transmisji na żywo z pościgu policyjnego za O.J’em Simpsonem (edytujący: jest cały dokument HBO 30for30 o tym dniu i jak został on pokazany w telewizji. Znajdź i obejrzyj. Koniecznie).

Z rzeczy, które również rzucały się w oczy podczas obserwowania Masona to dosyć ciekawa technika rzutów wolnych. Ale przede wszystkim inklinacja do bycia rozgrywającym. Szczególnie łatwo to dostrzec w okresie jego gry w Charlotte Hornets. Za czasów trenera Paula Silasa stał się nawet w pewnym momencie playmakerem niemal na pełen etat i całkiem nieźle mu to wychodziło.

Prawie dwie dekady temu nie był to częsty obrazek. Anthony Mason był bodaj jedynym obok Antoine’a Walkera silnym skrzydłowym, który dość regularnie rozgrywał akcje swojego zespołu. „Mase” to właściwie dziś dziadek Draymonda Greena i stryjek Juliusa Randle’a. Nazwiska Royce’a White’a aż żal tu wymieniać. Wielka szkoda, że nie ma go w lidze.

Szczególnie w nowojorskich czasach trudno nie było też zwrócić uwagi na często zmieniające się napisy w fikuśnych fryzurach Masona. Ich autorem był Freddy Avila z salonu Cutty’s Hair Studio w Queens. Chcąc nie chcąc, „Mase” zwracał na siebie uwagę. Nowymi tekstami na głowie, budową kulomiota i charakterystycznym głębokim głosem, którym zburzyłby The Metropolitan Opera House, gdyby miał tam odśpiewać „Jest taki samotny dom” Budki Suflera.

I niczym kobieta pracująca z „40-latka” nie bał się żadnych wyzwań. We wspomnianych finałach ’94 miał dobre momenty w obronie przeciwko Hakeemowi.

A jako gracz Hornets robił co mógł, kryjąc Jordana w półfinałach konferencji w 1998 roku.

MJ trafił 14 z 31 rzutów z gry w tym meczu. Mason przez ponad 42 min. oddał tylko 6 rzutów (4 były celne), koncentrując się głównie na defensywie. Bulls i tak wygrali jednak dość łatwo to spotkanie 94:80.

Zresztą to właśnie w Charlotte Mason zaliczył bodaj najlepszy okres w swojej karierze. Trafił tam latem w 1996 roku w wymianie za Larry’ego Johnsona. Hornets dość nieoczekiwanie stali się sensacją kolejnego sezonu, wygrywając 54 mecze, co dało im szóste miejsce w konferencji (Detroit Pistons mieli identyczny bilans, ale lepiej spisali się w bezpośrednich spotkaniach). Istniały jednak też teorie, że Hornets specjalnie odpuścili końcówkę rozgrywek (przegrali swoje ostatnie 2 mecze przeciwko słabiutkim wtedy Toronto Raptors i Milwaukee Bucks), żeby trafić w pierwszej rundzie playoffs na Knicks, a nie na Atlantę Hawks.

Sam Mason bardzo chciał grać przeciwko byłym kolegom, z którymi nie żegnał się w najlepszych okolicznościach. Na otwarcie serii z Knicks w Madison Square Garden stawił się z napisem „There is only one judge” na głowie. Jeżeli niecny plan Hornets faktycznie był prawdą, to zakończył się totalnym niepowodzeniem. Knicks łatwo wygrali serię w 3 meczach, natomiast Mason wypadł gorzej na tle Larry’ego Johnsona, za którego został oddany niecały rok wcześniej.

Mimo to, pod względem indywidualnym, był to wyjątkowo udany rok dla „Mase’a”. Drugi raz z rzędu przewodził w lidze pod względem średniej minut gry. z imponującym wynikiem ponad 43 na mecz. Jego pozostałe statystyki również robiły wrażenie – 16,2 pkt, 11,4 zbiórej oraz 5,7 asyst. Wiosną dziennikarze wybrali go do trzeciej piątki All-NBA i drugiego składu All-Defensive Team. Byli nawet i tacy, którzy umieścili nazwisko Masona w głosowaniu na MVP rozgrywek (zajął 9. miejsce ex aequo z Shaqiem).

Choć Mason nie był może celebrytą z pierwszych stron gazet, to jednak zdołał też przy okazji zasmakować pozaboiskowej sławy w tym lepszym i gorszym wydaniu. Epizodycznie pojawiał się na dużym i małym ekranie. Miał rólkę w pamiętnym filmie „Eddie”, poza tym zagrał razem z Chrisem Webberem w jednym z odcinków znanego również w Polsce serialu „New York Undercover” (polski tytuł „Oblicza Nowego Jorku” na kanale RTL 7) oraz kilku teledyskach, m.in. „Root down” Beastie Boys.

W lutym 1998 roku podczas przerwy na All-Star Weekend wywołał z kolei niemałą aferę, po tym jak oskarżono go o seks z nieletnimi dziewczynami. Mason został aresztowany, ale zwolniono go po wpłaceniu 20 000 dolarów kaucji. Ostatecznie zmieniono część zarzutów i pomiędzy stronami doszło do ugody. Wprawdzie badania DNA nie wykazały, aby sam Mason spółkował z którąś z dziewczyn, to jednak tego samego nie można było już powiedzieć o jego kuzynie Williamie Dugginsie, który również uczestniczył w imprezie.


Nie ma co ukrywać, że „Mase” na pewno nie był przykładem do naśladowania dla młodszych zawodników. Słowo „mentor” nie istniało w jego słowniku. Oprócz wspomnianej historii z nastolatkami, Mason miał też na koncie inne konflikty z prawem, w tym nielegalne posiadanie broni oraz czynną napaść na policjanta.

W późniejszym okresie występów w Hornets miał dosyć osobliwy sposób traktowania debiutantów w zespole. Na portalu „Grantland” swoje początki wśród zawodowców wspominał nie kto inny, jak Ricky Davis. Poniższa anegdota była już wcześniej przytaczana na blogu „Mercy Mercy Jerome Kersey”.

[I could] go out hard the night before, then come out the next day and give you 40,” Davis says. “You know why? I came in with Anthony Mason, Derrick Coleman, Eddie Jones. [They would tell rookies] ‘You put the bags up. You better have the condoms. You better meet us.’ That’s what I came into.” “It was instilled in me,” he says.

“Anthony Mason coming in with 50 shots of tequila. This was before they brought the bottles. The waitress coming out with 50 shots and I’m 17, 18 years old. So now when I’m 25, 26, I go out and hang out, kick it. The league changed so fast and so drastically. It was hard to change sometimes. This routine, I’m not used to that.”

Być może również takie podejście Masona przyczyniło się w jakimś stopniu do jego rozstania z Charlotte w sierpniu 2000 roku. Mase został sprzedany do raju wszystkich imprezowiczów, czyli do Miami. W tamtym czasie była to dość sensacyjna wymiana z udziałem aż 9 zawodników.

Często zapominanym faktem jest to, że Mason- choć wychowywał się w Queens – to urodził się właśnie w Miami. Ponadto spotkał na Florydzie znajome twarze. Na ławce trenerskiej Heat zasiadał w końcu Pat Riley, którego brylantynę „Mase” pamiętał przecież bardzo dobrze jeszcze z czasów Knicks.

W Miami kończyła się wówczas era tych potężnych Heat. Wspomniany wyżej transfer z Charlotte miał nieco odświeżyć skład (pozbyto się m.in. często kontuzjowanego Jamala Mashburna, który jak na złość, rozkwitł później właśnie w Hornets). W innej wymianie pozyskano też Briana Granta z Portland. Jednocześnie rosły obawy w sprawie sytuacji Alonzo Mourninga, który zmagał się z chorobą nerki.

Okazało się, że największym beneficjentem tej krótkotrwałej rewolucji w Miami został właśnie Mason. Znów grał jak za swoich najlepszych lat, spędzał sporo minut na parkiecie i w wyniku plagi kontuzji największych gwiazd w Konferencji Wschodniej, pojechał w lutym 2001 roku do Waszyngtonu na swój pierwszy All-Star Game. W wieku 34 lat był wówczas najstarszym debiutantem w historii tej imprezy. Jego rekord pobił dopiero nieznacznie Sam Cassell w 2004 roku.

Przygoda Masona z Miami była jednak krótka. Zespół posypał się po rozczarowującej porażce w pierwszej rundzie playoffs z… Charlotte Hornets. Jako wolny agent „Mase” związał się z Milwaukee Bucks, gdzie jednak niczym szczególnym się nie wyróżnił. Po dwóch sezonach w Wisconsin został zwolniony i jego kariera dobiegła końca.


W lutym 2015 roku nazwisko Anthony’ego Masona ponownie trafiło na nagłówki portali sportowych i nie tylko. Zmarł w wyniku rozległego zawału serca. Ledwie dwa miesiące wcześniej obchodził 48. urodziny.

W tych burzliwych dla Knicks czasach, w których Charles Oakley jest wyrzucany z MSG, a największa nadzieja zespołu jest rzekomo nazywana przez głównego trenera „pizdą”, dość ciężko jest mówić o szacunku wobec byłych i obecnych zawodników. Nawet mimo obchodzenia 70-lecia istnienia klubu. Masona każdy mógł upamiętnić na swój sposób. Jego syn, Anthony Jr we współpracy z Ewing Athletics zdołał stworzyć i wypuścić na rynek linię butów upamiętniających ojca – oczywiście w kolorystyce Knicks. Ich premiera miała miejsce we wspomnianym Cutty’s Hair Studio w Queens.

Z kolei inne grube Józki dzielą się w mediach nieco złośliwymi dykteryjkami, których autentyczność trudno jest dziś zweryfikować.

Zarówno John Starks, jak i przede wszystkim Charles Oakley zaprzeczają, aby to Mason był niechlubnym bohaterem utworu „I got a story to tell”. Akurat Oakley znalazł dużo lepszy sposób na odkurzenie wspomnień o Masonie i dawnych Knicks, pojawiając się w wieku 53 lat na parkiecie w lidze Big 3 i rozdając na lewo i prawo kuksańce pod koszem. Dokładnie jak czynił to przed laty jego druh „Mase”.

#14 Anthony Mason – „once a Knick, always a Knick.”

__________________________________

Jeszcze więcej równie ciekawych tekstów o NBA przeczytasz będąc subskrybentem Szóstego Gracza.

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

44

Komentarze

  1. zNYKający

    1 września 2017 o 19:11

    Dziękujemy! Dziękujemy!

    Lubię to: 33
  2. bartosz.j@op.pl

    1 września 2017 o 21:15

    Super artykuł!!!!!!!!!!!!! Szkoda że nie ma już takich graczy i takich drużyn.

    Lubię to: 11
  3. artnigo@gmail.com

    1 września 2017 o 21:22

    Mój ulubiony okres w NBA, mój ulubiony zespół i jeden z Top-5 zawodników tamtego okresu. Szacunek za artykuł. Świetna robota. Wymienił bym jeszcze Spike Lee w tym zacnym gronie.?

    Lubię to: 13
  4. rzepka

    1 września 2017 o 21:53

    Tym tekstem stałeś się moim internetowym przyjacielem. Gdyby to był fejsbuk to dodałbym Cię do znajomych. Gdyby to była knajpa, to leciałyby właśnie kieliszki z tekilą. Gdyby to był kościół, to razem przeżywalibyśmy znak pokoju. Gdyby to były play-offy to razem przeżywalibyśmy fakt, że Knicks znowu w nich nie są. Gdyby to była Palma, to razem byśmy narzekali, że Znyk się opierdala i nie pisze. Gdyby to była restauracja to postawiłbym Ci steka.
    Mason nie był z mojej bajki, mimo że kocham tych Knicks z lat 90tych. Dla mnie top 5 to: Ewing, Starks, Oakley, Houston, LJ. Mason zawsze był dziwny, eksperymentem Nelsona z rozgrywaniem, z dziwnym rzutem wolnym, ale z epickimi fryzurami, ale co najwazniejsze sercem.
    Dziękuję za tekst
    Respect!

    Lubię to: 24
    • artnigo@gmail.com

      2 września 2017 o 13:35

      Jeśli rozmawiamy o samych Knicks to Antony Top 3 – Ewing Oakley Mase Top 5 z tamtych czasów w całej Nba Ewing, LJ, Rice, Oakley, Mason i jeszcze Shawn Kemp tak na równi. Dobrze widzieć, że są jeszcze miłośnicy tamtych czasów:-)

      Lubię to: 0
  5. Maka Paka

    1 września 2017 o 22:56

    Ja akurat zawsze lubiłem dziwacznego wszędobylskiego Masona od rozgrywającego w ataku, po centra w obronie. Muszę przyznać, że bardziej pamiętam go z gry w Charlotte. Tam momentami przejmował grę i mógł więcej dominować/znaczyć niż w NYK.

    Lubię to: 3
  6. Sebastian Hetman

    2 września 2017 o 07:25

    Uszanowanko Piotruś!

    Lubię to: 3
  7. Oskar Pilch

    2 września 2017 o 08:37

    Super, dzięki.

    Lubię to: 0
  8. mariu7

    2 września 2017 o 08:48

    10/10 tyle w temacie.
    Wielkie gratulacje za ten tekst.

    Lubię to: 4
  9. dlewandowskidariusz@gmail.com

    2 września 2017 o 09:58

    Wieeeeeeelkie dzięki za artykuł!!! Choć dzisiejsza NBA jest fajna. To jednak brakuje klimatu tamtych lat. Tamta liga była jakaś bardziej wyrazista. Dzisiaj jest jakaś taka soft.

    Lubię to: 1
  10. 30+

    2 września 2017 o 12:13

    Mason gość który przy osobistych bicepsem zasłaniał pół swojej głowy.

    Lubię to: 4
  11. antygen

    2 września 2017 o 17:46

    Naprawde sie nie wyroznial w Mil? Nie sprawdzalem, wiec sie nie kloce. Tylko sie zdziwilem bo ja pamietam ze promowano wtedy ich jako Big 3 – Ray Allen, Sam Cassel i Mason wlasnie. Cos pomylilem?

    Lubię to: 0
  12. ToTylkoJa

    4 września 2017 o 14:50

    Więcej takich wspominek !

    Lubię to: 1

Skomentuj