Kolanowski: Wszystkie demony Lamara Odoma


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 22 lipca 2017
fot. Kamil Krzaczynski / Newspix.pl

fot. Kamil Krzaczynski / Newspix.pl

Sezon ogórkowy 2017 rozpoczął się już na dobre i w oczekiwaniu na jesień można powspominać nieco odległe już dzieje i pogadać „o starych Polakach”. Tym razem będzie coś o Lamarze Odomie. Spoiler – udało się nie wspomnieć imienia Khloe.

Równie dobrze tytuł niniejszego tekstu mógłby brzmieć „trzymaj się z dala od Kardashianów” albo „jeszcze jedna smutna historia zmarnowanego talentu”. Chociaż określenie „zmarnowany talent” byłoby tu zupełnie nie na miejscu. O ile można jeszcze kwestionować podejście Odoma do treningów, jego etykę pracy (bezgraniczna miłość od słodyczy, z czego robiono sobie jaja), to na pewno nie to, co potrafił robić na koszykarskim boisku. Rzadko widzisz takie połączenie talentów charakterystycznych dla zupełnie różnych pozycji w jednym graczu. A przynajmniej nie w tych czasach, w których Odom rozpoczynał swoja karierę. Dziś już pradziadek albo niedoskonały prototyp wszystkich Giannisów, Durantów i Jokiciów tej ligi, ale na przełomie wieków był to jeszcze prawdziwy fenomen, koszykarski jednorożec, coś, czego nie widziano właściwie od czasów, gdy Magic Johnson napędzał kontrataki Lakers w erze „Showtime”. Na samym finiszu lat 90-tych, gdy wszyscy zaczęli się już powoli oswajać z nieograniczonym potencjałem Kevina Garnetta, NBA miała przyjąć w swoje szeregi kolejnego gracza, któremu właściwie nie sposób było przypisać określoną rolę na boisku. Dzisiaj, niemal dwie dekady później, wiemy, że pojawienie się kogoś takiego jak Odom i jemu podobnych, było dla klasycznych silnych skrzydłowych tym, czym dla magnetowidów nastanie ery odtwarzaczy blu-ray.

Obserwowanie Odoma na boisku sprawiało sporo frajdy. Nie tylko dlatego, że grał jakby był z 30 cm niższy. Ta niebywała wszechstronność, swoboda, sposób poruszania się z piłką (te kocie ruchy!) oraz wrażenie, że gra z nim w jednej drużynie musiała dawać wiele radości, ponieważ chętnie dzielił się piłką, sprawiały, że łatwo było zapisać się do fan klubu Lamara Josepha Odoma. Był w nim nawet czołowy kolekcjoner różnorakich highlightów na youtube, czyli LamarMatic. Znajdziesz u niego całkiem spory zbiór poświęcony Odomowi, w razie gdyby umknęło ci, co wyprawiał w swoich najlepszych latach.

Nie będę ukrywał, że LO zawsze był jednym z moich ulubieńców. Dwukrotnie miałem okazję widzieć go na żywo i zawsze robił na mnie spore wrażenie. Nie tylko w czasie samych meczów, ale również podczas rozgrzewki na długo przed pierwszym gwizdkiem, kiedy ćwiczył jeden na jednego DJ’a Mbengę, Luke’a Waltona czy zapomnianego już dziś Chińczyka w NBA o nazwisku Sun Yue. Często jest zresztą tak, że to właśnie na rozgrzewkach dostrzegasz te elementy w grze danego gracza, których nie ujrzysz później. Przekonujesz się jak ci ludzie są silni i sprawni, i co potrafią robić na parkiecie. Widzisz np. jak Amar’e Stoudemire w 2006 r. potrafi seriami trafiać trójki z rogu albo Marc Gasol – jeszcze nie jako nasz ukochany „Dr Marc” – ma taką pracę nóg i koordynację, że mimo swojej masy, mógłby uprawiać jazdę figurową na lodzie.

Podobnie jak wspomniany wcześniej Magic Johnson, Odom także zaczynał grę w Los Angeles, aczkolwiek w tych zawsze wyśmiewanych Clippers, do których trafi jako czwarty numer draftu w 1999 r. Przez niektórych był brany pod uwagę nawet jako potencjalny pierwszy wybór, ale Bulls postawili ostatecznie na Eltona Branda. Odom z przytupem zaznaczył swoją obecność w NBA i już w pierwszym meczu przeciwko Sonics zaliczył 30 punktów, 12 zbiórek, 3 asysty oraz po 2 przechwyty i bloki, co być może sprawiło wówczas w osłupienie stałych czytelników telegazety. W kolejnych latach Lamar stał się ważnym elementem tych wiecznie słabych Clippers, jedną z twarzy „New Kids On The Block”. Jeżeli Clippers doczekaliby się plakatu w jakimś koszykarskim miesięczniku z początku XXI wieku, to obok Odoma staliby pewnie (w dowolnej kolejności) Keyon Dooling, Quentin Richardson, Darius Miles, Corey Maggette oraz wspomniany wyżej Elton Brand, który nie zagrzał dłużej miejsca w Chicago. W Michaela Olowokandiego już pewnie wtedy nikt nie wierzył.

Do pewnego momentu zdawało się nawet, że statek o nazwie Clippers – bo w końcu nazwa klubu ma żeglarskie korzenie z San Diego i nie ma nic wspólnego z „postrzygaczami owiec” – obrał właściwy kierunek. Jeszcze w 2002 r. pod wodzą Alvina Gentry’ego mieli na koncie 39 zwycięstw i otarli się o playoffy. Oczywiście w Clippers zawsze w pewnym momencie coś musiało pójść nie tak – szczególnie w czasach Donalda Sterlinga. Dodajmy do tego fakt, że LA ma w sobie wiele pokus, a Hollywood to po prostu „state of mind” jak powiedział mi kiedyś pewien starszy Afroamerykanin na przystanku autobusowym, i mamy gotowy przepis na kłopoty. A te nie unikały Odoma już od najmłodszych lat.

Od początku miał mocno pod górkę. Wychowywał się w South Jamaica w dzielnicy Queens, głównie pod opieką babci. Z ojcem – uzależnionym od heroiny – miał raczej lichy kontakt, a matka zmarła na raka jelita w 1991 r. Reszta historii jest mało oryginalna – to właśnie koszykówka okazała się ucieczką młodego Lamara do lepszego życia. Po drodze, w rozgrywkach szkolnych czy AAU, napotykał inne talenty nowojorskich boisk. Od dzieciaka kumplował się z Ronem Artestem i Eltonem Brandem. Z kolei na jednym z obozów ABCD organizowanym przez Adidasa i Sonny’ego Vaccaro poznał bohatera biografii, którą być może właśnie czytasz.

Odom długo rozważał zresztą opcję pójście śladami Kobiego Bryanta oraz Jermaine’a O’Neala, i zgłoszenie się do draftu już ukończeniu liceum. Ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu i przyjął ofertę stypendium z uczelni UNLV. W barwach Rebels nie zdołał jednak rozegrać ani jednego meczu. Wszystko przez kontrowersję związaną z jego wynikami na egzaminie, gdzie zdobył 22 na 36 możliwych punktów. Był to rezultat nadspodziewanie wysoki, zważywszy, że Odom w swoim liceum Christ The King był jednym z najgorszych uczniów – w swoim roczniku zajmował dokładnie 312. miejsce na 334 możliwe pod względem średniej ocen. Jakby tego mało, latem Odom był zamieszany w aferę z prostytutką w tle, a poza tym wyszło na jaw, że przyjmował co miesięczne kwoty od ludzi z UNLV w wysokości 5600 dolarów, co było oczywiście sprzeczne z zasadami NCAA. Ostatecznie uczelnia z Nevady została zawieszona w rozgrywkach na 4 lata, a trener Rebels Bill Bayno stracił pracę.

Odom wrócił do rodzinnych stron i trafił na uczelnię Rhode Island, chociaż był zawieszony na całe rozgrywki 1997/98. W NCAA pokazał się dopiero w kolejnym sezonie (średnio 17,6 punktu, 9,4 zbiórki oraz 3,8 asysty), po czym zgłosił się do draftu.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

55

Komentarze

  1. antygen

    24 lipca 2017 o 08:54

    Super pomysl na tekst, nawet pare ciekawych watkow. Ale kurcze z jednej strony mega powierzchowny, a z drugiej banaly same i ogolniki. Szkoda

    Lubię to: 0
  2. ToTylkoJa

    24 lipca 2017 o 09:07

    Fajnie, że doczekaliśmy się tekstu o Odomie. Chętnie przeczytałbym 3 razy dłuższy tekst z rozbudowanym akapitem o karierze ale nie ma co wybrzydzać.

    Lubię to: 1

Skomentuj