Kolanowski: Twardy jak Wendell Ladner


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 19 maja 2017
fot. alchetron.com

fot. alchetron.com

– Wygląda na to, że Wendell Ladner nie zna znaczenia slowa „strach” – zagadnął w przerwie Terry Stembridge trenera Jamesa „Babe’a” McCarthy’ego. – Zgadza się. Zresztą on nie zna znaczenia także wielu innych słów – odpowiedział krótko szkoleniowiec Kentucky Colonels…

Stembridge – będący wówczas mniej więcej na półmetku swojej kariery radiowca, regularnie komentującego mecze Dallas Chaparrals, a później San Antonio Spurs – to zapewne jedna z wielu osób z sentymentem wspominających odległe już czasy ABA oraz cały jej koloryt. Nie chodzi wcale o pamiętną trójkolorową piłkę, którą krytycy najchętniej umieściliby na czubku nosa foki w cyrku, ale o całą grupę ludzi będących wtedy otoczką tamtej ligi. Trener Babe McCarthy niewątpliwie do niej należał. Dziennikarze uwielbiali jego barwne i celne komentarze, jednocześnie często nabijali się przy tym z jego południowego akcentu.

Choć bilans McCarthy’ego w ABA nie był szczególnie imponujący, to jednak miał on nosa do wyszukiwania talentów. Nie bał się podejmować ryzyka. Wcześniej, gdy w latach 1955-1965 prowadził drużynę uniwersytecką Mississippi State, stawał w szranki z władzami własnej uczelni za to, że dopuszczał do gry ciemnoskórych koszykarzy. W rezultacie, trzykrotnie mimo zajęcia pierwszego miejsca w konferencji SEC, drużyna Mississippi State nie zameldowała się w finałowym turnieju NCAA.

Mniej więcej w tym samym czasie McCarthy odkrył dla koszykówki Wendella Ladnera.

Choć być może słowo „odkrył” jest tutaj małą przesadą.


Ladner nie miał jakichś nadzwyczajnych umiejętności, chociaż 4 sezony ze średnimi double-double i 2 występy w All-Star Game ABA piechotą nie chodzą. Miał fatalną selekcją rzutową, ale był ceniony za waleczność i serce do gry. Chyba nie wymyślono jeszcze zaawansowanych statystyk, które mogłyby to zmierzyć, ale dla dobra tekstu, załóżmy, że to prawda… Czytając różne anegdoty na temat Ladnera nie sposób się nie uśmiechnąć. Podobno jeśli zdarzyło mu się niedokładnie podać, był gotów pobiec za piłką, aby nie wypadła na aut lub nie została przechwycona przez rywala. Zdecydowanie nie miał najwyższego IQ, jednak mimo to pewnie chciałbyś go mieć w swoim zespole.

Mówiąc najprościej, Ladner był po prostu dobrze zbudowanym chłopakiem z Południa, który interesował się głównie sportem i kobietami (tym drugim znacznie bardziej). Rozmowa z nim na jakikolwiek inny temat nie miała podobno większego sensu. Na letnich obozach prowadzonych przez McCarthy’ego, dał się poznać jako surowy talent. Wyróżniała go jednak wola zwyciężania, nieustępliwość i wszystkie te cechy, które tak uwielbiamy obserwować w sporcie. Gość był dziarski, bardzo chętnie wdawał się w bójki, niejednokrotnie stając przy tym w obronie kolegów z drużyny. Jak na ironię, ten pochodzący z Mississippi dość prymitywny chłopak miał stać się w przyszłości pierwszym „ochroniarzem” Juliusa Ervinga.

Dziś rola prawdziwych enforcers odchodzi właściwie do lamusa. Dzieje się tak głównie za sprawą znacznie bardziej restrykcyjnych przepisów, jeśli chodzi o wszelkie zjawiska niezgodne z duchem gry. Podejrzewam, że gdyby np. Steven Adams urodził się 30 lat wcześniej, byłoby dziś co oglądać na Youtube w dziale „The biggest brawls in Sports History”. Kiedyś panowie od brudnej roboty byli potrzebni w każdej drużynie, nie tylko w koszykówce. Tak było od zarania dziejów profesjonalnego sportu. Szemrani chłopcy o złych zamiarach byli już przecież we wczesnej NBA, a ich rola była jeszcze bardziej znacząca w innym bardzo kontaktowym sporcie, czyli w hokeju. Czasy świetności Philadelphii Flyers a.k.a. „The Broad Street Bullies” są tego najlepszym dowodem. Zresztą przykładów nie trzeba wcale szukać za oceanem, ani wśród zawodowców. Pewnie każdy znalazłby podobne odniesienie na własnym podwórku.

Mam takiego kolegę, kumpla znaczy się dobrego. Właściwie „Brother from another mother”, bo znamy się w końcu od 18 lat. Nie będę się jednak ckliwie rozpisywał na temat genezy naszej znajomości. Nikt nie lubił przeciwko niemu grać. Jak przychodziło co do czego, chciałeś go mieć po swojej stronie, żeby nie musieć się z nim użerać. Zawsze bronił jak szajbus, a jeśli sytuacja tego wymagała, potrafił rzucać się po piłkę nawet na asfalcie. Gdyby Dave Cowens widział nasze najlepsze mecze, pewnie uśmiechałby się dumnie pod nosem. Mógł nawet nie oddać rzutu, ale i tak robił swoje. Lubił prowokować i nie raz było blisko burdy podczas kolejnego letniego dnia na miejscowym boisku, gdzie grało się całymi godzinami, a przerwy zdarzało się stosunkowo rzadko. Czasem wtedy, kiedy obok boiska przechodziła znana głównie z widzenia niewiasta, która kilkanaście lat temu doczekała się rozbieranej sesji w tzw. magazynie dla panów (tym na 3 litery) i była wówczas swoistą celebrytką na bydgoskich Bartodziejach.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni44 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni139 zł

43

Komentarze

  1. Bubu Zwierz

    19 maja 2017 o 19:40

    Swietny art na dzisiejsza posuche. Thx

    Lubię to: 3
  2. yaoming@wp.pl

    19 maja 2017 o 20:37

    Bardzo dobry artykuł, fajna historia, poproszę więcej takich. Swoją drogą, mamy tutaj ciekawy tekst, a nikt nie pisze, nie komentuje. A kwestia,czy stanął na stopie umyślnie czy nie, urasta do rangi nie wiadomo jakiej rzeczy i nagle powstaje wielka dyskusja. A tutaj nikt nie raczy nic napisać, choćby „nie podobało mi się” albo „nie interesują mnie takie historie” itp. A może historię, tę większą bądź mniejszą wszyscy mają w poważaniu, bo czytając niektóre wypowiedzi można odnieść wrażenie, że NBA zaczęła się wraz z przyjściem LeBrona a wcześniej nie było nic, jedna wielka posucha.

    Lubię to: 13
  3. PrzEMO

    20 maja 2017 o 07:40

    mega tekst, proszę o więcej!

    Lubię to: 6
  4. zNYKający

    20 maja 2017 o 08:13

    Chcemy odkurzenia Johna Briskera i Warrena Jabaliego!

    Lubię to: 22
  5. Wisznu

    20 maja 2017 o 08:36

    Czytam w częściach i bardzo mi się podoba. Historia kolorowa jak piłka z ABA

    Lubię to: 5
  6. qbeq

    20 maja 2017 o 20:02

    Zawsze uwazalem, ze was jest cool!

    Lubię to: 0

Skomentuj