Turniej NCAA, Elite 8: Deszcz, groźne ptactwo i Lucky Luke


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 27 marca 2017
fot. AP Photo

fot. AP Photo

Nie było bomby od Smukłego Sebka wczoraj. Sprawy rodzinne, niedziela, spacer z dziećmi. W końcu, wiosno w pizdę, przybywaj.

Nie tęsknię tak za żadną porą roku jak za wiosną. Nie trzeba ubierać tak grubo dzieci, pojawiają się kwiaty, można chodzić na działkę z cytrynówką, można więcej. No i największy plus – nie widzisz tych zapyziałych „lodów cytrynowych” na śniegu, zostawionych przez psy lub okoliczny element, tudzież „kwiat dzielnicy”. Wiosna, marzec, koszykówka akademicka – mlask!

1. Let it rain!

Historie. Nadal się dzieją. To nadal trwa – i w końcu, Mark Few, cały program Gonzagi, te wszystkie rzeczy, które Bulldogs robili w przeszłości. Małpa spadła z ramienia, jest awans do Final Four!

Deszcz trójek (12/24) z kolei spadł na fenomenalną w tym Turnieju ekipę Chrisa Macka. Proste gry inside-outside i przede wszystkim flow w transition offense – Gonzaga złapała za ogon swoją grę, rozbijając Xavier 83:59, pokazując kawał dobrej defensywy i właśnie wspomniane transition, które było ich wizytówką przez cały sezon.

Zaczynam oczywiście od Przemka Karnowskiego (portale klikają Buldogu!) – 5 punktów, 3 zbiórki, 3 asysty, blok, przechwyt. Skromnie, ale te 20 minut Największego Człowieka w tegorocznym Final Four pokazały jak zbudowana jest defensywa Gonzagi. Przemo wyrastał na pomocy, trzymając tylko szerokie ramiona w górze, nie robiąc nic atletycznego, ale za to jego IQ i szerokie pole widzenia złożyły się na punkt, który jest najważniejszym elementem team defense Bulldogs.

Karnozaur po ofensywnej stronie parkietu (zaleciało Eurosportem!) robił mega proste i jakże skuteczne rzeczy – ściągał na siebie dwóch/trzech obrońców i z lekkością smarowania świeżej chałki masłem oddawał piłkę na obwód, gdzie ludzie (THE PEEPS!) trafiali wielkie rzuty trzypunktowe. To była cała filozofia, która połknęła Xavier w drugiej połowie, ale najprzyjemniejsze było to, że całe momentum nie zgasło. Liczył się nie sam wynik, ale fakt, że Gonzaga zmieniała kolejne biegi w swoim monstrualnym pick-upie.

Nigel Williams-Goss (23 punkty, 8 zbiórek, 4 asysty, 2 przechwyty) odkupił z nawiązką słaby mecz z West Virginią, był w swoim żywiole jeszcze tlącego się poziomu z Konferencji WCC, trafiał wielkie rzuty (4/7 za trzy), bo po prostu chciał to zrobić. Chciał zaciągnąć Zags do Final Four, dlatego utrzymywał skupienie do ostatniego gwizdka tego meczu. To było widać w jego oczach, jest to niesamowite i pomyślcie jak bardzo musi zależeć tym dzieciakom. Nie tylko chłopakom z Gonzagi, ale również pozostałym. Jak to możliwe, że przy prowadzeniu +22/+24 masz nadal w oczach niepokój i martwisz się o awans do Final Four.

Historie…

Karnowski, Goss, Jordan Mathews, Zack Collins z ławki, Josh Perkins, Silas Melson. Był poziom, ale gdzieś po cichu przyczajony niczym akwizytor Jonathan Williams III jest najlepszym graczem Zags w tym Turnieju. Chodzi o effort, o energię i tak – również o 19 punktów, 8 zbiórek, 3 bloki i 2 przechwyty, które Williams zrobił na Xavier. Miał 5 desek na atakowanej tablicy, zbiegał z góry wymuszając pomoc, przede wszystkim hustlował te najważniejsze małe rzeczy.

Gonzaga jest w Final Four. Awansowali po raz pierwszy w historii szkoły, ucinając dyskusje, czy rzeczywiście należą do elity. Mark Few stworzył na swój sposób koszykarski powerhouse, odstający oczywiście marketingowo od potężnych marek UNC, Kentucky, Kansas, nawet UCLA. Nadal twierdzę, że Gonzaga powinna grać w lepszej Konferencji, ale jak widać, od kilku lat potrafią odnaleźć się na wielkich scenach. I nie zrozum mnie źle czytelniku – w tym roku też trochę drabinka ułożyła się dość przyjaźnie. Zags ominęli teoretyczny match-up w Elite 8 z Arizoną, a w Final Four nie zagrają np. z Villanovą. Dla jednych to game changer, dla drugich żaden konkretny fakt.

To oczywiście gdybanie, najważniejsze jednak jest to, że Bulldogs pokonali swojego najgroźniejszego rywala – awans do Final Four, który prześladował ich od kilku dobrych lat. Fajnie, że to wszystko tak się potoczyło w kontekście Przemka Karnowskiego, który po ciężkiej kontuzji zdołał się pozbierać. Ameryka nim teraz żyje – zasłużył na swoje pięć minut, a mało kto wie jak wiele musieli poświęcić jego rodzice, aby w ogóle Przemo wyjechał grać do Stanów.

To kolejna mała historia marca, nasz Przemo w Final Four.

Dziękuję, czekam na Ciebie z cytrynówką.

Alert – John Stockton i Adam Morrison nie grali nigdy w Final Four. Robert Sacre nie grał nigdy w Final Four! Nikt z wielkich postaci Zags nie grał nigdy w Final Four, nie wygrał tylu meczów co skromny chłop z Torunia, który zbudował swoje legacy w Spokane. To jest naprawdę duża rzecz w odczuciu fanów w Stanach.

Chwilo trwaj…

2. Polowanie na kaczki

Nikt nie strzelał do zwierzyny. To zwierzyna pogoniła myśliwego.

Fenomenalny mecz Oregonu z Kansas, w którym Ducks kontrolowali wydarzenia jakoś po 10-tej minucie tego spotkania, wygrywając nie tak nieoczekiwanie z Jayhawks 74:60.

60 punktów Franka Masona i spółki. W trzech poprzednich meczach Turnieju Jayhawks rzucali średnio po 96 punktów rywalom.

W sobotę… 60!

Twardy perimeter defense, który wymuszał na Franku Masonie dość zaskakujące wjazdy (21 punktów, 8/20 z gry) i powodował lekką frustrację, kiedy Mason przestał widzieć kolegów i w opcji hero ball, sam chcąc wyciągnąć ten mecz, kiedy Ducks byli już na +18.

Do gry solidnie przyszedł oczywiście Josh Jackson (10 punktów, 12 zbiórek, 5 asyst), który w pewnym sensie poderwał Kansas do walki, a kiedy Svieta Mykhailiuk (10 punktów, 4/7 z gry) trafił trójkę na 60:66, pomyślałem – ocho, zaczyna się. Posiadanie później, w izolacji, po swojemu, Mr March Tyler Dorsey (27 punktów, 5 zbiórek, 6/10 za trzy) trafił daggera na 69:60 i Kansas już nie wrócili, a 80% sprzyjającej im pełnej hali ucichło.

Ducks wygrali ten mecz nie tylko przez dobrą organizację i próbę zatrzymania Masona z Grahamem (0/7 z gry!), co im się oczywiście udało, ale również przez trzy najprostsze ofensywne opcje jakie istnieją w koszykówce:

Pick and rolle – kiedy Dorsey albo pełniący rolę w „pseudo big ballu” Dillon Brooks (17 punktów, 5 zbiórek, 4 asysty) nie szukali na siłę ludzi, tylko albo po step backach odpalali, albo liczyli na kontakt bliżej obręczy.

Pick and popy – kiedy świetny Peyton Pritchard lub Dylan Ennis grali je z Dorseyem lub Brooksem w small ballu, który umiejętnie ustawiał coach Dana Altman.

Give and go – Chryste, kiedy proste podania do MVP Wszystkiego Jordana Bella (11 punktów, 13 zbiórek – 7 ofensywnych, 4 asysty, 8 bloków!) zostały zamieniane na łatwe punkty po backdoor cuts.

Czy można prościej wygrać mecz koszykówki? Obejrzyjcie go koniecznie, oglądało się to świetnie.

Historie…

Oregon Ducks po 77 latach przerwy wracają do Final Four. Już w poprzednim roku było naprawdę bardzo, bardzo blisko, kiedy w Elite 8 przegrali z Oklahomą i fantastycznym wtedy Buddym Hieldem mimo, że byli faworytem rozstawionym z pierwszym seedem.

I może trochę przesadził Tyler Dorsey mówiąc, że przez cały Turniej byli underdogami. Nie, nie byli. Należeli do grona faworytów i zrobili po prostu swoje. Ten ich small ball, czasami rzucane przez ręce, ale prosto wykreowane trójki oraz cichy defense na obwodzie – Ducks grali to przez cały sezon, raz lepiej raz gorzej, ale w tym momencie weszli na swój najwyższy poziom.

Zagrają w Final Four z UNC. Wow…

3. Podwyżka Króla Kurczaków

Yup…

Znowu. Historie…

South Carolina Gamecocks jeszcze nigdy w historii szkoły nie grali w Sweet 16 – odhaczone.

Jednak grali, w latach 1971-73. Dziękuję Krzychu za podpowiedź. Ubzdurało mi się, że nie grali…

South Carolina Gamecocks jeszcze nigdy w historii szkoły nie grali w Elite 8 – odhaczone.

South Carolina Gamecocks jeszcze nigdy w historii szkoły nie grali w Final Four – odhaczone, Martin i świta jadą do Phoenix!

Jeżeli szukałeś najlepszej historii spośród czterech ekip z worka Final Four to masz ją na widelcu. Program, który zagubił się totalnie w ostatnich latach wewnątrz Konferencji SEC. Program, który kojarzył mi się tylko i wyłącznie ze świetnymi latami Devana Downeya i w końcu – program, który ostatni raz do Draftu NBA wypuścił w 2006 roku Renaldo Balkmana…

Dzisiaj Gamecocks triumfują, pieją, są na fali. Zasłużenie, ponieważ ten team znowu pokazał, że ich cały defensywny sług fest jest wart awansu do najlepszej czwórki w kraju. I znowu – jak to bywało w poprzednich meczach, Gamecocks zrobili to po przerwie, zatrzymując gorącą Florydę (7 trójek do przerwy), ostatecznie wygrywając 77:70.

Sindarius Thornwell – niesamowita kariera od ciężko pracującego freshmana do ciężko pracującego seniora. Droga przez krew, pot i łzy. Wczoraj Thornwell zaczął naprawdę mocno, kończąc pierwszą połowę z dorobkiem 15 punktów, ale potem trochę ucichł i… wrócił oczywiście w crunch time, zapewniając kozacką pomoc na obwodzie i przy zbieganiu do wysokich. 26 punktów, 7 zbiórek, 2 przechwyty i masa fenomenalnych decyzji.

Gamecocks mają po prostu umiejętność zamykania spotkań po cichu, w samych końcówkach, kiedy Gators zupełnie nie wiedzieli co się dzieje i nie mogli w dobry sposób poukładać swojej ofensywy. Justin Leon (18 punktów, 3/9 za trzy) szarpał co mógł, Kasey Hill walił głową w mur, a KeVaughn Allen nie miał tak dobrego dnia jak z Wisconsin (wczoraj 4/12 z gry).

Solidny freshman Maik Kotsar z Estonii na 12 punktów i kilka ważnych rzutów  końcówce. Pachnie kolejną dobrą europejską historią. Hustlujący Chris Silva na 9 zbiórek, w tym 4 ofensywne i w końcu… gotujący P.J. Dozier na 17 punktów z 11 rzutów.

Nie znajdziesz w tym teamie talentu. Znajdziesz zaangażowanie i walkę do ostatniego gwizdka, o czym powinna pamiętać Gonzaga. Gamecocks są na fali, naprawdę dużej fali. Miejmy to na uwadze w Phoenix. Oni nic nie muszą, zrobili ponad stan najlepszy wynik w historii szkoły.

Brawa dla Marka White’a za naprawdę świetny sezon Florydy. W Gainesville powoli zapominają o sukcesach Billy’ego Donovana.

4. Lucky Luke i jeden strzał

Widziałem już małe rzeczy wewnątrz ACC. Mieszanka Tylera Hansbrougha i braci Wear z dobrych czasów. Luke Maye przez cały sezon był bardzo solidnym wyrobnikiem Roya Williamsa, momentami dając energię swoim Tar Heels, kiedy tylko tego potrzebowali.

Historie… Cały czas historie…

Luke Maye w tym sezonie grał średnio po 14 minut jako sophomore, kiedy w swojej świeżej kampanii 2015/16 nie przekraczał nawet 6 minut. Typowa gra białego skrzydłowego – sporo dobrego hustlingu, zbiórki, twarde zasłony i… niezły rzut z dystansu mierzącego 204 cm chłopaka z małej mieściny Huntersville.

Maye wczoraj dał UNC jeden z najlepszych meczów w swojej karierze, robiąc 17 punktów, 3 zbiórki i 2 asysty. Rundę wcześniej miał 16 punktów i 12 zbiórek z Butler. Olać linijki – Maye trafił najważniejszy rzut swojego życia, po tym jak Malik Monk (12 punktów, 4/10 z gry) odpalił przekozacki rzut za trzy, który dał remis po 73 w starciu Tytanów.

Ostatnie 3-4 minuty pierwszej połowy – nie widziałem czegoś gorszego w tegorocznym NCAA Tournament. Manna spadła z nieba w crunch time, ale głównie dlatego, że w drugiej połowie Kentucky poderwał Bam Adebayo (13 punktów, 7 zbiórek), który w końcu dostawał jakieś piłki na dół. De’Aaron Fox po monstrualnym meczu z UCLA miał tylko 5/14 z gry, ponieważ ten ogromny line-up Tar Heels w paint straszył długością ramion. Ogólnie sam obwodowy match-up zawiódł. Monk i Fox ssali, łapiąc szybko przewinienia. Joel Berry II (4/12 z gry) z podkręconą kostką też ssał, a Justin Jackson (19 punktów, 7/17 z gry) cały czas szukał swojej gry na 5-6 metrze.

Kabarat się ciągnął i kiedy Isaac Humphries (12 punktów, 5 zbiórek) trafił zaskakująco lekki jumper na 64:59 dla Wildcats, Kokainowy Cal widział The Momentum. Przez ostatnie cztery minuty wymiana trochę nieprzemyślanych ciosów i w końcu – pierwsza ważna trójka Monka na 70:71, potem layup Jacksona na 73:70 + późniejszy przestrzelony rzut wolny. Nogi latały…

Resztę zobaczcie sami…

Niesamowicie przytomny Theo Pinson – te małe rzeczy dla UNC, co nie Maciek?!? Mega, mega, mega. Ponoć Tar Heels ćwiczyli podobne sekwencje na treningach.

Mamy w Final Four jedna wielką markę – UNC, którzy rok temu przegrali jakże dołujący finał z Villanovą, mając Wildcats niemalże na widelcu. Roy Williams mówił w trakcie sezonu, że Tar Heels w tym roku są takim Redemption Team, który chce zgarnąć wszystko.

Plan minimum wykonali – jadą do Phoenix, gdzie spotkają się z gronem debiutantów (Gonzaga, South Carolina) i prawie debiutantów (77 lat Oregonu), a szanse na tytuł wg Vegas oczywiście mają największe.

Do zobaczyska w sobotę. Czekamy!

35

Komentarze

  1. Luke

    27 marca 2017 o 10:51

    Nie ma nic lepszego od dzikiego okrzyku radości o 1:20 po rzucie Luke’a Maye’a.
    Marzec!

    Lubię to: 2
  2. qbeq

    27 marca 2017 o 11:24

    Okrzyk po rzucie Maye’a obowiazkowo, ale te dwie hero trojki Monka pod koniec tez byly imponujace.
    Teraz przynajmniej UNC ma szanse na redemption, ale Berry i Jackson na drugi taki meeh mecz w F4 sobie pozwolic raczej nie moga.

    No i Przemo, Zags, historia. Wszystko sie moze zdarzyc.

    Lubię to: 0
  3. Mac

    27 marca 2017 o 11:41

    Monk jest niezly kot, w poprzednim meczu z UCLA tez niezle siekal te trojeczki,
    czyzby Sacto mialo zgarnac w koncu kogos bardzo dobrego drafcie?

    Lubię to: 0
    • grasshooper

      27 marca 2017 o 12:29

      Kolejny SG do Sacramento?Tam teraz na dwójce mają większy tłok niż Philly na pozycji centra.

      Lubię to: 0
      • Mac

        27 marca 2017 o 12:40

        racja, to nie w ich stylu dublowac pozycje przy okazji draftu.. :)

        Lubię to: 23

Skomentuj