Top 100 koszykarzy w historii NBA: #91 Bob Lanier


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 30 sierpnia 2016
fot. hoopchina.com

fot. hoopchina.com

ROZPOZNANIE: 20/10 w 14-letniej karierze
POZYCJA: Center
STREFA ZAGROŻENIA:W promieniu 4 m. od obręczy
SPECJALIZACJA: Pełny, lewy hak
KRYTYKA: Nic nie wygrał

Luty, rok 1980, Cleveland. Trwa przerwa meczu NBA. W szatni drużyny gości 39-letni Don Nelson uwija się z mazakiem przy tablicy. Ogromny i spocony nowy center Milwaukee Bucks wstaje ze swojej szafki, powolnym krokiem zbliża się do trenera i klepie go w plecy. „Masz ognia?”. Wraca na swoje miejsce z odpalonym papierosem.

Kilka dni wcześniej kamera lokalnej telewizji z Detroit pokazuje go w terminalu lotniska. Siedzą razem z żoną. Łka, gdy odpowiada na pytania nachalnego dziennikarza. Bob Lanier został właśnie przehandlowany z drużyny, w której spędził całą dekadę lat 70-tych, do zespołu, z którym wygra może te 60 i 55 spotkań w dwóch następnych sezonach, ale to już nie będzie to samo. W jego żyłach płynie krew Pistons. Bill Laimbeer zdąży jeszcze od niego oberwać w twarz, a kibice w Detroit obrzucą go przez to kubkami z piwem, zanim i Pistons, i Bucks zastrzegą numer z jakim grał – „16”. Lanier jeszcze długo jednak będzie borykał się z tym, że nigdy nie zdobył mistrzostwa, że jego wszystko to było za mało, a pytany po latach o dekadę spędzoną w Detroit – dekadę ośmiu trenerów i tylko dwóch wygranych rund play-offów – ugryzie się w język i powie „Nie, nie chcę o tym mówić”.

Był definicją „Gentle Giant”. Leworęczny, mierzył tylko 208 cm wzrostu, ale ważył 115-120 kilogramów i miał tę jedną rzecz, której mój trener, też center, nigdy nie wbił mi do głowy, a która jest tak ważna – Lanier miał jumper z 3 do 5 metrów. Gdy był ustawiony na prawym bloku, nie było dla niego aż tak istotne czy obręcz znajdowała się półtora metra czy trzy i pół za jego plecami. Co robisz 3,5 metra od kosza, gdy przeciwnik zostawia ci metr miejsca? Andre Drummond robi kroki, Lanier obracał się przodem do kosza i trafiał jumper o deskę.

Lanier miał skill. Jego znakiem rozpoznawczym na boisku był brzydki, lewy hak, wyciągany ciężko, jakby z korzeniami. Ale pozostałe elementy jego gry w ataku były znacznie bardziej finezyjne. Jeśli obrońca podszedł bliżej, potrafił zrobić zwód ramionami, minąć go i wjechać dwutaktem, który kończył czasem już po pierwszym kroku, a często fingerrollem. Nie był jednym z tych dużych, o których żartuje się, że nie potrafią naraz chodzić i żuć gumy.

Jego znakiem rozpoznawczym poza boiskiem był nr stopy „22” w amerykańskim rozmiarze – ponoć największy w historii NBA. Buty o tym numerze nosiło ponoć tylko pięciu graczy, w tym Shaq, ale wszyscy oni byli wyżsi niż Lanier. Tylko jeden z tej piątki ma swój but w Galerii Sław w Springfield.

Nie byłem nawet w stanie doszukać się ile to „22” na nasze, ale matematyka podpowiada, że to coś w okolicy numeru 56… I to właśnie przez tę kaczą długość stóp „Buffalo Bob” został jeszcze jako 11-latek (miał wtedy 45) wyrzucony ze szkolnej drużyny – nie ma szans, aby taki pingwin stał się dobrym atletą. Był zbyt niezdarny, zbyt nieskoordynowany – tłumaczył po latach Nick Mogavero, jego trener ze szkoły średniej w Buffalo, to dlaczego i on podziękował młodemu Robertowi. Gdy to wspominał, Lanier był już 8-krotnym All-Starem. Odludek, zawstydzany w dzieciństwie przez wzrost i pytania o rozmiar buta, siedział w rogu szatni Bucks i ćmił szluga.

Spośród centrów, którzy w całej historii NBA spędzili na parkiecie minimum 30,000 minut, czyli ok. 12-14 sezonów, tylko dwóch trafiało minimum 75% rzutów wolnych – Lanier i Laimbeer. „Zbyt niezdarny”… Jego 22,7 punktów na mecz pozostaje na razie niezagrożone na szczycie najlepszych strzelców w historii Detroit Basketball przed Davem Bingiem, Grantem Hillem, Isiah Thomasem i Georgem Yardley. Po tym jak pożegnał się z boiskiem w 1984 roku, było tylko trzech centrów, którzy zaliczali średnio 20/10 przez całą karierę – The Dream, Admirał i Shaq.

Ta kariera mogła być jeszcze lepsza, gdyby nie być może najbardziej traumatyczna chwila w jego sportowym resume – marzec 1970 roku, gdy jako senior, w meczu o awans do Final Four turnieju NCAA, zerwał więzadło MCL. Kiedy niedługo później rzutem monetą Pistons wygrali z San Diego loterię draftu, jeszcze przed samym draftem pobiegli do Laniera i podpisali z nim kontrakt. Nie przeszkadzało im to, że ten siedział na wózku. Po latach Lanier mówił, że gdyby nie spieszył się z powrotem na boisko i odczekał do stycznia, zamiast wracać już cztery miesiące po kontuzji, byłby jeszcze mniej …niezdarny? Na pewno nie musiałby potem poddać się aż czterem następnym operacjom kolan. Sam twierdzi, że już wtedy stracił na mobilności, nawet jeśli trener Mogavero i nieznany na jego szczęście z nazwiska wuefista bili głowami w blaty, patrząc na płynność z jaką młody Bobby porusza się w NBA.

W jego pierwszym roku gry w koledżu „Bonnies” rozpoczęli sezon od serii 22 zwycięstw. Pestka. W jego pierwszym roku gry w NBA (1970/71) Pistons poprawili się o 14 wygranych i zaliczyli pierwszy zwycięski sezon od czasu, gdy Fred Zollner w 1957 roku przeniósł drużynę z Fort Wayne. Szczyt kariery Laniera miał miejsce w 1974 roku. Pistons wygrali 52 spotkania i w play-offach ich los przeciął się z jedną z najbardziej niedocenionych przez historię drużyn, czyli Chicago Bulls Dicka Motty z Bobem Love, Chetem Walkerem i Jerrym Sloanem. Pistons przegrali jednak w siódmym meczu 94:96, po tym jak podanie z autu Stu Lantza – tego samego, który komentuje dziś mecze Lakers – zostało przechwycone przez graczy Chicago. Rok później zmienił się właściciel – Bill Davidson zastąpił Zoellnera – ale pokłócił się szybko z Bingiem. Ten został przehandlowany i Pistons wpadli w turbulencje, które wypluły Laniera do Bucks w sezonie, w którym w lewej kolumnie Pistons mieli tylko „16”.

Lanier miał już 32 lata, gdy 24-letni Marques Johnson i 23-letni Sidney Moncrief prowadzili team Dona Nelsona do bilansu 60-22 w pierwszym jego pełnym sezonie w Milwaukee (1980/81). Więcej po latach zachowało się właśnie meczów Bucks ze zdezelowanym kolanem Laniera, niż jego taśm z Detroit. Można go jednak na szczęście oglądać w Meczach Gwiazd, które są łatwo dostępne.

Po zakończeniu kariery Lanier został przy lidze. Gdy odchodził z niej był prezydentem Związku Graczy, który w 1983 roku negocjował z właścicielami umowę CBA z pierwszym w historii salary-cap. Pamiętasz pewnie lub widziałeś w starych klipach logo kampanii „Stay In School” – to Lanier nadzorował ten program na zlecenie komisarza Davida Sterna. Do tego doszły koszykarskie kliniki w Afryce, Ameryce Łacińskiej, Azji – setki wyjazdów i konferencji, w których brał i wciąż jeszcze bierze udział.

W gronie legend Pistons Lanier jest tą największą bez pierścienia. Jego prime rozminął się z tym Binga, bo dzieliła ich różnica pięciu lat. Po transferze Binga drugą połowę dekady lat 70-tych spędził za to z Marvinem „Bad News” Barnesem – grającym m.in. z trzyletnim wyrokiem w zawieszeniu – i z szukającym drogi życia Dickiem Vitale jako trenerem, który przyszedł po bracie Larry’ego Browna, Herbie, który z kolei skonfliktował ze sobą całą drużynę. Gracze o nazwisku „Money” kłócili się o pieniądze, inni o rolę w zespole, skład rotował się niczym drzwi w saloonie, a Duży Bob siedział sobie w rogu i cmokał ćmika.

Pół-hak, jumper, zbiórki, bloki – koszykarsko kompletny. 14 lat gry w NBA, w tym wiele długich tygodni gry z bólem kolan – charakter męski. Ciężka praca nie przyniosła rezultatu w postaci pierścienia czy nawet wizyty w finałach konferencji, ale to o takich graczach jak Lanier mówi Shaq, gdy oddaje hołd wysokim sprzed lat. To właśnie na śladach „Buffalo Boba” zbudowana została późniejsza twardość drużyn z Detroit. Dziś Lanier jest tylko lokalną, ale legendą midwestu – od Buffalo, Detroit po Milwaukee.

2

Komentarze

  1. Bubu Zwierz

    30 sierpnia 2016 o 18:51

    Lanier!! Mack jest wielki!

    Sam jeden zawiesił cały internet w powietrzu!

    Lubię to: 0
  2. rzepka

    1 września 2016 o 15:20

    Za każdym razem jak pojawia się ksywa „Bad news” Barnes uśmiecham się. W obecnych czasach taki gość byłby żyjącą legendą mediów społecznościowych.
    Ps. Cykl trzyma poziom, aczkolwiek przewiduję, że do top 10 dojdziemy w 2018 roku, bo zaraz Maćka przygniecie regular season. W zeszłym roku (?) była zapowiedz autorskiego systemu analitycznego z info, że będzie o tym więcej, a potem wiatr oknem skrzypnął a garbaty anioł zniknął ;)

    Lubię to: 2
    • Dudek

      10 października 2016 o 10:53

      „Ps. Cykl trzyma poziom, aczkolwiek przewiduję, że do top 10 dojdziemy w 2018 roku”

      Optymista ;]

      Lubię to: 0
  3. pwoloszun

    3 września 2016 o 22:12

    Swietny tekst. Dziekuje

    Lubię to: 0

Skomentuj