Top 100 koszykarzy w historii NBA: #92 Paul Westphal


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 29 sierpnia 2016
fot. Bright Side of the Sun

fot. Bright Side of the Sun

ROZPOZNANIE: Najlepszy guard drugiej połowy lat 70-tych
POZYCJA: Rzucający obrońca
STREFA ZAGROŻENIA: (Backdoor) cuts
SPECJALIZACJA: Bycie najmądrzejszym na boisku
KRYTYKA: Grał w zapomnianej erze

Czy w czasie między połączeniem się NBA z ABA, a przyjściem do ligi Larry’ego i Magica istniała w ogóle zawodowa koszykówka? Czy wybudzony ze snu w samym środku nocy potrafiłbyś powiedzieć kto zdobył mistrzostwo w 1978 i 1979 roku?

To właśnie na lata 78 i 79 przypadł prime mojego drugiego po Billu Waltonie ulubionego gracza tamtej ery. Albo ulubionego z tych, których genetyka nie pokarała stopami 80-latka. Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że w avi/mkv-podróży od lat 50-tych do teraz, nie miałem ochoty przeskoczyć wprost z najlepszych finałów przed wprowadzeniem linii za trzy (1977) do początku Showtime’u. Dużo lepiej czytało się o tamtych czasach rozdział po rozdziale, niż oglądało się je mecz po meczu. Ile tak naprawdę spotkań współczesnych Hawks jesteś w stanie obejrzeć z rzędu?

W NBA były wtedy gwiazdy, jak Kareem, Dr J czy George Gervin. Problem ligi – bo oglądalność spadała – polegał na tym, że porozrzucane były one po 22 zespołach i nie było synonimów dla składów, które dziś określamy mianem superdrużyna. Najlepsze zespoły koszykówki, takie jak Washington Bullets, Seattle SuperSonics czy Phoenix Suns to były koszykarskie organizmy – grupy bardzo dobrych graczy, którzy symbiotycznie tworzyli coś więcej, niż suma ich talentów. Nawet Portland Trail Blazers byli właśnie takim zespołem, przy czym Walton sprawiał, że mogli stać się dynastią (i niestety sprawił też, że nią nie zostali). Były to drużyny w pewien sposób podobne do teamów New York Knicks Reda Holzmana – podające sobie dobrze piłkę i bez ludzi kradnących rzuty innym – ale nie było w ich składach graczy tak magnetyzujących po obu stronach parkietu jak choćby Walt Frazier. Tamte trzy sezony pomiędzy 1976, a pojawieniem się w 1979 roku Magica i Larry’ego to dobry argument do wysunięcia przeciwko tym, którzy krytykują grupowanie się gwiazd NBA w Miami czy Golden State. Przeciwko tym, którzy najchętniej widzieliby NBA jako ligę podobną do NFL, gdzie przed sezonem zwykle jedna czwarta, czy nawet jedna trzecia ligi może realnie myśleć o mistrzostwie. Dziś lata 70-te kojarzą się z ABA. Wielu nie wie natomiast, że przed Magicem i Larrym odbyły się trzy sezony dwóch już połączonych ze sobą lig. Niesamowite, ale chyba nigdy w życiu z nikim nie rozmawiałem na temat tych lat dłużej niż dziesięć sekund. I nie dlatego, że chciałbym.

Red Auerbach nie jest już z nami, ale nawet gdyby żył nie chciałby przyznać, że przehandlowanie w 1975 roku 26-letniego guarda, który rok wcześniej wszedł z ławki i wygrał Celtics – w ich drodze do tytułu – mecz nr 7 finałów Wschodu w Milwaukee, było jednym z jego największych, jeśli nie największym błędem w karierze GM’a. Cztery lata później mógł już o tym nie pamiętać, ale dopóki do NBA nie przyszedł Larry Bird, za najbardziej wszechstronnego gracza ligi uchodził inny król oburęczności, zapomniany dziś jako zawodnik, za to pamiętany lepiej jako trener Suns z 1992 roku – czy nawet niedawno Kings – Paul Westphal.

Historia pamięta go przede wszystkim jako tego, który na jedną sekundę przed końcem drugiej dogrywki legendarnego – przez wielu uznawanego za najlepszy – meczu nr 5 Finałów 1976 błysnął refleksem, spokojem i znajomością przepisów. Leaner Johna Havlicka na sekundę przed końcem odbił się od tablicy i wpadł do kosza. Gracze Celtics przy 111-110, myśląc, że to koniec meczu, pobiegli w kierunku szatni. Na parkiet wbiegli bowiem paradą oczywiście tifosi Bostonu i jeden z nich – prawdopodobnie ze szczęścia! – zdołał nawet rzucić się w tym szczęściu na Richiego Powersa, jednego z arbitrów. I w całej tej bostońskiej manifestacji krocza, już po tym jak lokalsi zorientowali się, że na zegarze pozostała jeszcze jedna sekunda, Westphal poinstruował trenera Suns Johna MacLeoda, że nie mając już timeoutów, Suns powinni wziąć kolejny.

Tak – powinni wziąć kolejny, po to by oddać za karę Bostonowi jeden rzut wolny, ale wprowadzać piłkę nie zza linii końcowej boiska, tylko z połowy. Cały ten mejhem można obejrzeć w szczegółach, więc otwórz w nowym oknie. To właśnie po tym zdarzeniu, Garfield „Gar” Heard, przy 110-112, trafił rzut „Heard Round The World”. Prawdopodobnie widziałeś tego tęczowego, a nie widziałeś meczu – spróbuj. Tak jak i kiedyś poszukać najlepszej serii play-offów, o której nikt nie słyszał – finały Zachodu w tamtym roku, Suns kontra Golden State Warriors i pojedynki Westphala z Rickiem Barrym.

Jego kariera nie trwała długo. Jeszcze w koledżu w 1972 roku zerwał więzadło ACL, a w 1981, kilka miesięcy po transferze pięciolecia (Westphal za Dennisa Johnsona) już jako gracz SuperSonics złamał kość w stopie i potem już nigdy nie był zdrowy. 5-krotny All-Star, 3-krotny członek All-NBA 1st Team – Westphal nie był zawodnikiem, który dominował mecze, ale jest jednym z tych, którzy sprawiają, że żałuję tego, że nie mamy dostępu do statystyk +/- sprzed 2000 roku. W meczach, które widziałem, niemal za każdym razem, gdy wchodził na parkiet, Suns byli na plusie. Tak go zapamiętam i ciężko mi Westphala sprzedać inaczej, niż analitycznie. A że analityki z tamtych czasów nie ma – mam problem.

Nie było rzeczy, którą Westphal robił nawet średnio. Nie było lepiej poruszającego się gracza bez piłki, a jego ścięcia do paint, layupy i floatery prawą i lewą ręką, stały się jego znakiem rozpoznawczym. Miał bardzo dobry jump-shot, potrafił grać w post, a po drugiej stronie boiska był obrońcą, który po prostu nie popełniał błędów. Westphal był jak dużo lepsza wersja Mike’a Dunleavy’ego. Ale był bardziej atletyczny, mawiano o nim „White Guard who plays black”. Wyszkoleniem przewyższał jednak czarnoskórych.

„Najlepszą rzeczą w koszykówce jest to, że kiedy uprawiasz ją dobrze, to nieważne jak dobry jest przeciwnik – zawsze znajdziesz coś co utrudni rywalowi życie. Jeżeli mają w składzie dominującego wysokiego, to jego atutem może nie być szybkość. Można to wykorzystać. Jeśli mają wielkiego shootera, to może nie podaje tak dobrze, albo nie umie minąć w lewo. W koszykówce chodzi o to aby atakować słabości rywali, a jednocześnie potrafić zamaskować swoje.

Ale w tym całym przerzucaniu się ruchami i odpowiedziami na nie, jest masa miejsca na kreatywność. Na to, aby artystyczne umiejętności jednostki dały znać o sobie. Koszykówka jest jak szachy, ale jest jak szachy z duszą” – mówił w 1980 roku.

Trudno zdefiniować jedną rzecz, która go wyróżniała. Być może to sprawiło, że został zapomniany. Westphal był jak ten, który umiał wszystko bardzo dobrze, ale w niczym nie był elitarny. W meczach, w których go oglądałem, stawał się najlepszym zawodnikiem na parkiecie dopiero wtedy, gdy zauważyłem, że jest tam gdzie powinien być w obronie. Trudno wymagać jednak, aby to akurat było tak dobrze rozumiane przez kibiców wtedy, gdy „replay” kojarzony był głównie z tym, że mecze były puszczane z powtórek. Westphal był trochę dla koszykarskich świrów.

Trudno też nie rozumieć lepiej weteranów, którzy kręcą nosem słysząc ‚nowoczesność’, kiedy wiele rzeczy obecnych dziś w NBA, miało już dawno temu swoje odpowiedniki. GM Suns Jerry Colangelo był jeszcze przed czterdziestką, kiedy zbudował w Phoenix zespół z niewysokim centrem grającym w high-post, ale niestety często kontuzjowanym Alvanem „Białym Diawem” Adamsem – chodzącym 18/9/5 w meczu – którego otaczali ludzie nurkujący w wolne miejsce pod koszem. Team, który w 1976 roku dotarł do finałów i nazywany był „Senderella Suns”, był nawet gorszy (42-40), niż ten z Westphalem, Adamsem i już też z królem midrejndżu Walterem Davisem, który w siódmym meczu finałów Zachodu 1979 zatrzymał się na SuperSonics.

Miałem pisać o konkretnych elementach i ulubionych ruchach graczy, ale patrząc na koszykówkę teraz, trudno jest wynieść jedną rzecz z techniki użytkowej Westphala ponad inne, czy przede wszystkim wznieść ją ponad historię ligi, jak np cross-over Tima Hardaway’a. Porównując ery, jest jednak szokujące – jak pewnie dla kogoś może być dalsza część tego zdania – jak dużo lepiej wyszkolonym graczem był w połowie lat 70-tych Westphal, niż w połowie lat 60-tych byli Oscar Robertson i Elgin Baylor.

Westphal jest jednym z najbardziej niedocenianych zawodników ery, w której w 1979 roku zanotowany aż 26-procentowy spadek oglądalności w TV. Ery, która dziś przynosi nam koszykówkę w jakości dającej się zaskakująco nieźle oglądać i drużyny, nad którymi puryści mogliby spędzać dnie i noce. To era, o której na pewno nie raz myślałeś, era, która jeszcze tu wróci i era, którą niektórzy idealiści chcieliby wyciągnąć za uszy i powiedzieć gówno się znacie. Są jednak powody, dla których pamiętana jest gorzej i są powody, dla których NBA stała się tak popularna dopiero kilka lat później. Bliżej jej było do Atlanty, niż Cleveland.

Ludzie nie przychodzili na mecze oglądać Paula Westphala. Wierzę jednak, że musieli być wśród nich chociaż tacy, którzy albo podnieceni bo coś zrozumieli, albo już potem przyzwyczajeni do tego co już wiedzą, mówili kibicom obok „Wrócił Westphal i patrz teraz na wynik, patrz co się będzie działo”. Mam wrażenie, że to dla nich grał.

Dziś Westphal, który wtedy widział i wiedział więcej niż inni, byłby chyba tylko jednym z wielu. Dlatego to właśnie Westphal jest prawdopodobnie tym graczem w historii NBA, który byłby dużo lepiej pamiętany, gdyby to nas przenieść do lat 70-tych.

paul westphal2

4

Komentarze

  1. MPH

    29 sierpnia 2016 o 20:13

    Niedowierzanie, dezorientacja… Strach!!! Szybko, szybko jakakolwiek gównoburza dla przykrycia zakłopotania. Proszę.

    Lubię to: 0
  2. zNYKający

    29 sierpnia 2016 o 22:31

    Nie miałem szans…

    Lubię to: 0
  3. 30+

    30 sierpnia 2016 o 00:23

    kicp trafił, gratki!

    Lubię to: 0
    • kicp

      30 sierpnia 2016 o 05:43

      a dzięki! kojarzyłem gościa po dobrych statystykach (głównie po quizach Sporcle) no i trenerskiej „pracy” w Suns

      Lubię to: 0
  4. kigenx@gmail.com

    30 sierpnia 2016 o 16:04

    Maćku jeden twoj artykuł zapewnił mi rozrywke na kilka godzin zaglebianiu sie w ciemną ere NBA. Dzięki! Sam mecz finałów 1976 robi piorunujące wrażenie ale też nie da sie uciec od tego jak bardzo koszykówka zmieniła się od tamtego czasu i jak wiele dobrego dla niej zrobiło wprowadzenie linii rzutów za 3 punkty.

    Lubię to: 0
  5. deltron

    30 sierpnia 2016 o 20:17

    Świetnie widzieć powrót cyklu!

    Lubię to: 0

Skomentuj