Kolanowski: Sacramento Kings Chrisa Webbera, czyli brakująca korona


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 13 sierpnia 2016
fot. AP Photo

fot. AP Photo

Łatwo dziś o tym zapomnieć, ale był taki czas kiedy Sacramento Kings nie byli obiektem żartów w NBA. Patrząc na rok w kalendarzu można odnieść wrażenie, że było to dość dawno, ale na pewno sporo z nas potrafi jeszcze bez problemu z pamięci wymienić skład tamtej ekipy.  Kiedy DeMarcus Cousins wciąż podkradał mleko czekoladowe swoim mniejszym kolegom w podstawówce, Kings byli jedną z głównych ligowych atrakcji i od mistrzowskiego tytułu dzielił ich być może tylko jeden człowiek o nazwisku Tim Donaghy.

Gdyby spojrzeć na dokonania dzisiejszych Sacramento Kings – i to wcale nie samych graczy, ale przede wszystkim zarządu – można by uzyskać sporo materiału do potencjalnego scenariusza  drugiej części filmu „Semi-Pro”. Vivek Ranadive to naprawdę ciekawy gość. Nie kwestionuję jego wiedzy z zakresu biznesu. Nie znam się i zapewne nigdy nie będę miał takiej fortuny jak on. Ciężko jednak zachować powagę, gdy wspomni się jego pomysły z grą w obronie 4 na 5 czy właściwie samodzielne podjęcie decyzji w sprawie wyboru w drafcie Nika Stauskasa.

Niestety, Sacramento Kings przez sporą część swojej historii nie byli traktowani poważnie. Po opuszczeniu Cincinnati w 1972 roku, gdzie grali jeszcze jako Royals (Big O!), nie było wielu powodów do optymizmu. Znaleźli się szybko na ligowych peryferiach. Najpierw Kansas City-Omaha, a później już tylko Kansas City Kings byli w najlepszym razie typowymi średniakami. Jedynie pod koniec lat 70-tych otarli się o czołówkę, wygrywając w dwóch kolejnych sezonach po prawie 50 meczów (odpowiednio 48 i 47 w sezonach 1978/79 i 1979/80), kiedy pierwsze skrzypce grali u nich jeszcze tacy panowie jak Otis Birdsong czy Scott Wedman.

W stosunkowo niewielkim Kansas City, w stanie Missouri, nie było większych szans na stworzenie koszykarskiej potęgi na szczeblu zawodowym. W koszykówce liczyli się w okolicy tylko uczelniani Jayhawks. I tak w połowie lat 80-tych klub został przeniesiony do stolicy Kalifornii. Wiele to nie pomogło (właściwie ich wyniki były jeszcze gorsze niż w Kansas City) i Kings dalej byli pośmiewiskiem NBA. Na nic zdał się obiecujący początek kariery Otisa Thorpe’a oraz zawsze wymuskana fryzura Reggie’ego Theusa. Obaj zdążyli się zresztą ewakuować z Sacramento jeszcze przed końcem lat 80-tych.

Na przełomie lat zmieniali się gracze, trenerzy, nawet barwy zespołu, ale nie kierunek. Ten zwykle prowadził Kings na samo dno. Od momentu przeprowadzki, czyli od 1985 aż do 1996 roku drużyna tylko dwa razy zameldowała się w playoffs i za każdym razem odpadała w pierwszej rundzie.

Żadna szanująca się gwiazda nie marzyła o grze w Sacramento, a ewentualny transfer do tego miasta był traktowany jak najgorsze zesłanie. Z pewnością Mitch Richmond coś o tym wie, chociaż na pocieszenie firma EA Sports dała mu kiedyś okładkę w NBA Live 97. Jednak to nie przyjście, a dopiero odejście z Kings Richmonda można uznać za oficjalny początek nowej ery w tym klubie.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni44 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni139 zł

1

Komentarze

  1. the_pi@o2.pl

    13 sierpnia 2016 o 17:45

    Richmond drugim rzucajacym obronca za Jordanem? Reggie Miller anybody?

    Lubię to: 0
    • Pitras

      13 sierpnia 2016 o 20:53

      Reggie Miller nie, ale Clyde Drexler już chyba tak

      Lubię to: 0
    • Piotr Kolanowski

      13 sierpnia 2016 o 21:23

      Fakt, dla spokoju mogłem też wspomnieć o Millerze. Ze względu na grę w jednym klubie, serie z Knicks, game winnery itd. jego kariera robi lepsze wrażenie i milej się ją wspomina, ale… Uważam, że postawienie Richmonda jako tego drugiego nie jest wcale nadużyciem i ostatecznie ich osiągnięcia wcale aż tak od siebie nie odbiegają (z oczywistych względów nie mam wcale na myśli mistrzostwa z LAL z 2002 r.).

      Pomijając sam styl gry w ataku, gdzie Richmond był znacznie wszechstronniejszy (m.in. ze względu na budowę i siłę – spokojnie grał też tyłem do kosza), jego indywidualne osiągi też są lepsze. Pierwsze z brzegu: był jednak debiutantem roku i – co może najbardziej dziwić – pięć razy był w składach All-NBA (2 razy w trzeciej piątce i 3 razy w drugiej) przy tylko 3 nominacjach Millera (za każdym razem tylko trzeci skład).

      Nie ma też co ukrywać, że Reggie był dużo bardziej jednowymiarowym graczem, ale nie chcę nazywać go przereklamowanym, bo jednak bronią go występy w playoffs.

      Z drugiej strony Richmond miał na pewno pecha, że właśnie swoje najlepsze lata spędził w tak słabym klubie jak Sacramento, przez co jego kariera wygląda jak wygląda.

      Patrząc na całokształt – Drexler na pewno zjada ich obu.

      Lubię to: 0
      • the_pi@o2.pl

        13 sierpnia 2016 o 23:51

        Miller był z kolei chyba znacznie lepszym defensorem od Richmonda. Ale fakt, nie ma znaczącej przewagi żadnego z nich.

        Lubię to: 0
  2. Paszczak

    13 sierpnia 2016 o 19:08

    Mimo wszystko highlighty Williams robia wrażenie :)

    Lubię to: 0
  3. rzepka

    13 sierpnia 2016 o 21:24

    świetny tekst, zostawiam komętkę aby pokazać że przeczytałem z zainteresowaniem. Więcej takich artykułów, proszę

    Lubię to: 0
  4. the_pi@o2.pl

    13 sierpnia 2016 o 22:28

    Jeszcze drobna uwaga – pewnie sporo czytelników to wie, ale chyba warto dodawać, że wtedy pierwszą serię grało się do trzech zwycięstw (przegrana po pięciu meczach nie wiedząc tego ma kompletnie inny wydźwięk).

    Lubię to: 0
  5. Mac

    13 sierpnia 2016 o 23:16

    ehh, szpanowało się podaniem z łokcia, piękne czasy.. a ile razy zjebki były od trenera jak nie wyszło w ważnym meczu :)

    Lubię to: 0
  6. Bubu Zwierz

    14 sierpnia 2016 o 10:40

    Świetny art i miłe wspomnienie Kings.
    Trochę brakuje takich wpisów, szczególnie podczas koszykarskiej posuchy (ekhm…Rio…bleh).

    Top 100 Mack?

    Lubię to: 0
  7. marekdbor@o2.pl

    15 sierpnia 2016 o 05:24

    Elo

    Lubię to: 0

Skomentuj