O tych, którym się nie udało


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 12 czerwca 2016
fot. ZUMAPRESS.com

fot. ZUMAPRESS.com

Piotr Kolanowski jest legendą, poza tym piszącym o NBA z najdłuższym stażem. Znacie go z MVP Basketball Magazyn, mogliście zetknąć się z nim już wcześniej m.in. na portalu E-Basket. Jesteśmy niezmiernie dumni z tego, że „MVP” vel. „Kolano” pisał będzie dla czytelników Szóstego Gracza. Liczymy, że Wam się spodoba:)

Piotr Kolanowski

Z różnych względów nie miałem niestety okazji uczestniczyć w II zlocie Szóstego Gracza. Fotorelacje są zawsze mile widziane, ale oczywiście nie oddają w pełni tego, co działo się na miejscu. Dużo więcej można z pewnością dowiedzieć się od samych uczestników. I tak, Maciej, rocznik Dwyane’a Wade’a, uprzejmie doniósł mi, że wśród czytelników nie brakuje fanów oldschoolowych tematów, którzy pamiętają jeszcze NBA z Włodkiem i Ryśkiem,  w szafach wciąż trzymają czapki ze starym logo Charlotte Hornets , a ich pierwszym piwem wypitym po uzyskaniu pełnoletności było 10,5 – i bynajmniej nie mówię tu o niedawnej reedycji tej marki.

Pomyślałem sobie – skoro ludzie tego pragną, to nie wolno ich zawieść. I nucąc pod nosem niczym Jalen Rose „Give the people what they want” O’ Jays, przyjąłem wyzwanie i tak trafiłem na pokład Szóstego Gracza.

Ok, mocno podkolorowałem powyższy fragment. Tak naprawdę to ja pierwszy odezwałem się do Maćka czy nie miałby nic przeciwko, gdybym od czasu do czasu coś tutaj naskrobał. Dawno nie było mnie „w internetach” i trochę się za tym stęskniłem. Jest to jednak najbardziej bezpośrednia forma kontaktów z czytelnikami, którzy mogą  w komentarzach zarówno łechtać Twoje ego, jak i zasłużenie skrytykować. Gdzieś pomiędzy mogą się też trafić jakieś klasyczne hejty, ale to akurat niewielka cena za możliwość przelewania swoich myśli na pap… wróć! Ekran monitora.

Długo zastanawiałem się nad tym debiutem, a właściwie nad tematem jaki powinienem podjąć. Korciła mnie kwestia zawieszeń w historii playoffs (Draymond wciąż w cenie), ale tę kwestię poruszę chyba innym razem, bo przecież jest o czym pisać. Akurat w przypadku Draymonda Greena zawsze jest o czym pisać – począwszy od tego, że za swój „patent Gołoty” powinien być zawieszony, a na tym że przede wszystkim jest świetnym graczem, kończąc.

Wiecie, generalnie uwielbiam nietuzinkowych zawodników, tzn. wyróżniających się wszelkimi „anomaliami” – nie tylko z NBA. Jaram się zatem kimś takim jak Green, który pełni rolę rozgrywającego, choć to power forward, a w niskich ustawieniach nie pogardzi grą na piątce. Uszanowanie w tym miejscu także dla Borisa Diawa. Kiedyś uwielbiałem za to Antoine’a Walkera (przy jego wszelkich patologiach rzutowych) czy nieżyjącego już Anthony’ego Masona. Honorowym patronem tej kategorii jest rzecz jasna Larry Bird. Tak było, jest i będzie.

Za koszykarskie anomalie punkty w skali Kolanowskiego przyznaję również m.in. wszelkim grubym playmakerom (pozdrowienia dla Khalida El-Amina)  czy bardzo niskim centrom , takim jak Jeff Gibbs , który chyba wciąż gra jeszcze w lidze japońskiej, gdzie jego 185 cm nie wygląda może już tak mizernie jak w Europie. Wymienić mogę też Hugh Jonesa, o którym przypomniałem sobie apropo rozpoczynających się właśnie w Polsce eliminacjach do turnieju Red Bull King of The Rock. Jones wygrywał kiedyś kilkukrotnie finały tej imprezy na wyspie Alcatraz. Fanom streetballa znany przede wszystkim z występów z ekipą And1, mi osobiście imponował jednak typowo fizyczną grą przy dość skromnym wzroście. OK, swoje zrobiły też jego liczne barwne pseudonimy – obok najpopularniejszego „Baby Shaq”, były to też mniej znane „The Incredible Hulk” czy „The Punisher” – jako stary fan komiksów nie mogłem przejść obok takich ksyw obojętnie.

OK, dosyć już tego przydługiego wstępu. W ramach przegryzki między kolejnymi meczami finałów, postanowiłem wziąć pod lupę najlepsze ekipy w historii, którym nigdy nie udało się sięgnąć po tytuł.

Ranking oczywiście jak najbardziej subiektywny, co mam nadzieję, zachęci Was do dyskusji w komentarzach. Postanowiłem skupić się tylko na zespołach z ostatnich 30 lat, co ma związek nie tylko z moim wiekiem, ale też z faktem, że nie chcę tym razem zagłębiać się w zbyt odległą historię NBA. I wcale nie dlatego, żeby nie zanudzać. Po prostu liga z wcześniejszych dekad rządziła się swoimi prawami, a i z podejściem samych graczy bywało różnie. Nie będzie więc nic o narkotykach, alkoholu, czy prostytutkach w hotelach. Niniejszy ranking to typowe PG-13, przykro mi.

Nie ma  tutaj zatem żadnego składu Lakers z lat 60-tych, którzy raz za razem byli odsyłani z kwitkiem przez Celtics. Ponadto, pod uwagę brałem tylko zespoły, które awansowały przynajmniej do finałów konferencji. Falstartów typu Sonics ’94 nie uwzględniałem. Tegorocznych OKC Thunder również – po prostu emocje są chyba jeszcze zbyt świeże. Tyle, jeśli chodzi o spoilery, przejdźmy do rzeczy:

1. San Antonio Spurs 2013

Ranking zacznę od najświeższego przypadku. Chyba wszyscy doskonale pamiętają jeszcze końcówkę czwartej kwarty szóstego meczu. Kiedy organizatorzy zaczęli już szykować halę do ceremonii wręczania pucharu graczom Spurs, kiedy zawiedzeni kibice zaczynali opuszczać trybuny, brylantyna Pata Rileya robiła się już mocno nieświeża od potu, a ja opuszczałem swoje wygodne posłanie w celu pozyskania z lodówki kolejnego napoju, wpierw LeBron przywrócił nadzieję, a potem Jezus doprowadził do cudu na Florydzie:

Bang! Po dogrywce Heat wygrali 103:100. Siódma odsłona finałów niewiele mniej ekscytująca. Dopiero w czwartej karcie Heat ostatecznie zapewnili sobie zwycięstwo, a w rezultacie mistrzostwo kosztem Spurs. Szalał na parkiecie LeBron James (37 punktów, 12 zbiórek), D-Wade serwował drinki na plaży (23 i 10), a fajerwerki z ławki odpalał Shane Battier (6/8 za 3).

Spurs byli blisko tytułu jak chyba żaden inny zespół w historii i w związku z tym zajmują pierwsze miejsce na mojej liście.

2. Sacramento Kings 2002

Chyba najciekawsza, a na pewno najefektowniej grająca ekipa w tym gronie. Dodatkowym smaczkiem jest oczywiście afera z Timem Donaghym. Ile prawdy było w tym, że władze NBA preferowały udział  Lakers w finałach pewnie nie dowiemy się już nigdy. Faktem jednak jest, że sędziowanie w tamtej serii było momentami, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne. Czasy to zresztą nie aż tak odległe i można bez problemu przekonać się na własne oczy w jakich okolicznościach Kings przegrywali wówczas z Lakers. Obszerne fragmenty znajdziemy nawet na Youtube.

Na szczęście oprócz pozaboiskowych teorii spiskowych, tamta rywalizacja przyniosła także wiele pozytywnych emocji. Playoffs pełną gębą, bejbe. Obie drużyny spotykały się trzeci rok z rzędu i nie przepadały za sobą. Regularne wrzuty na konferencjach prasowych i inne złośliwości na porządku dziennym. A w międzyczasie Robert Horry w czwartym spotkaniu zrobił to:

Osobiście nie jestem fanem gdybania (Pan Staszewski podpowiada mi, że „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka, gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka…”), ale można chyba śmiało postawić pod zastaw swój ulubiony kubek do kawy, że Kings przejechaliby się po Nets w finałach równie łatwo jak Lakers, a Chris Webber miałby dziś chociaż jeden tytuł na koncie i być może nagrodę MVP.

Dziś pozostał niesmak  i multum highlightów, które przypominają tamten zespół. 61 wygranych było wówczas najlepszym bilansem w lidze, a oprócz C-Webba aż sześciu innych gości osiągało średnio dwucyfrowe wyniki punktowe. Oczywiście w pakiecie z fryzurą Scota Pollarda i jego bokobrodami a’la Wolverine z X-Men.

Temat Kings ’02 zdecydowanie zasługuje na osobny artykuł na łamach 6G. Wzorując się więc na amerykańskich zapowiedziach kinowych, zakończę ten punkt słowami „This summer…”

3. Portland Trail Blazers 2000

O Jail Blazers pisał już szerzej Adam przed kilkoma laty. Podobnie jak w przypadku Kings, myślę, że w ewentualnej alternatywie finałów 2000 Blazers także zdobyliby tytuł przeciwko Indianie. Być może to byłby właśnie moment, w którym Pippen udowodniłby światu i wszystkim przyszłym blogerom, że potrafi to zrobić bez Jordana. Swoją drogą, mogłaby to być świetna seria – chyba o wiele bardziej zacięta niż z udziałem Lakers . Wystarczy spojrzeć na potencjalne matchupy – Sabonis vs. Rik Smits, Sheed i Brian Grant vs. Dale Davis i świetny w tamtych playoffs  Austin Croshere, wreszcie Pippen i „młody gniewny” Jalen Rose, Mark Jackson i Damon Stoudamire, a na deser Reggie vs Steve Smith.

W dodatku oba mecze w sezonie między Blazers i Pacers były bardzo zacięte. Za razem każdym wygrywała ostatecznie Indiana (93:91 na wyjeździe i 127:119 po dogrywce u siebie), ale w końcu playoffs i finały to już zupełnie inna bajka.

Co się stało, że Blazers nie zdobyli tytułu w tamtym sezonie? Ani sezon wcześniej, choć wtedy nie mieli jeszcze w składzie Pippena? Sądzę, że oni też chcieliby to wiedzieć, Stefan…

W finałach konferencji w 2000 nie byli na straconej pozycji. Przegrali wprawdzie pierwszy mecz (dokładnie w dniu tragicznej śmierci Malika Sealy’ego), ale z nawiązką zrewanżowali się Lakers w drugim spotkaniu 106:77 i opuszczali LA z remisem. Nie wykorzystali jednak atutu własnego boiska, a siódmy mecz to już w ogóle była katastrofa.

Blazers dominowali do trzeciej kwarty, prowadząc w pewnym momencie prawie 20 punktami, ale pod koniec coś się zaczęło psuć. Pozwolili  w dużej mierze rezerwowym Lakers odebrać sobie właściwie już pewny awans do finałów. Ostatnia odsłona zakończyła się przegraną aż 13:31, do czego przyczyniło się m.in. 14 spudłowanych rzutów z gry z rzędu.

Co gorsza, nie było wówczas w Polsce transmisji na żywo z tego meczu. Wizja Sport (naprawdę, był taki kanał) pokazała go nazajutrz z odtworzenia, a pan Wojtek i pan Mirosław Alojzy zapewniali, że nie sprawdzali rano jego wyniku.

4. Detroit Pistons 1988

Wszyscy pamiętają o „Bad Boys” – czy kochają, to już osobny wątek. Pamiętamy ich jako koszykarskich zbirów, którzy swoim bezpardonowym stylem gry wywalczyli 2 tytuły z rzędu pod koniec lat 80-tych. Wynik na pewno niezły i budzący respekt, ale mógłby być jeszcze lepszy, bo 3-peat był jak najbardziej w ich zasięgu.

Pistons z 1988 r. przegrali w finale z Lakers dopiero po siedmiu zaciętych meczach. Właściwie jedyną istotną róznicą w składzie tamtej ekipy była obecność Adriana Dantleya, zamienionego rok później na Marka Aguirre’a w dość mało eleganckich okolicznościach. Sam Dantley nie był jednak powodem, dla którego Pistons nie sięgnęli po tytuł w tamtym sezonie. Przeciwnie – grał w serii finałowej świetnie (21,3 pkt. 5 zb. przy blisko 58% z gry), i już w pierwszym meczu rzucił 34 punkty, prowadząc Pistons do wyjazdowego zwycięstwa w hali The Forum, co być może doprowadziło tamtej czerwcowej nocy do niejednej burdy w Inglewood.

Ba! Pistons prowadzili w tamtej serii nawet 3-2, ale szóste spotkanie właściwie przekreśliło ich szanse na mistrzostwo. To właśnie wtedy, w trzeciej kwarcie Isiah Thomas całkowicie postradał zmysły i rzucił w niej 25 punktów, z czego 11 po bardzo poważnym skręceniu kostki (w sumie miał ich 43).

Końcówka spotkania należała jednak do Kareema, którego rzuty osobiste w ostatnich sekundach zapewniły Lakers wygraną 103:102 i doprowadziły do siódmego meczu. Do dziś jednak decyzja, na mocy której Pan Sky-Hook zaliczył decydujące punkty, jest uważana za mocno kontrowersyjną. Wg sędziów był faulowany przy rzucie przez Billa Laimbeera. Powtórki jednak niczego nie potwierdziły, a złośliwi nazwali tamto zagranie po prostu „Phantom Foul”. Zwolennikom wszelkich teorii spiskowych należy się w tym miejscu informacja, że to nie Tim Donaghy sędziował tamto spotkanie. W tamtym czasie na boisku było tylko dwóch arbitrów. Tej nocy byli to panowie Eddie Rush i Hugh Evans.

Pistons nie tylko zmarnowali końcówkę szóstego meczu, ale nie wykorzystali także szansy w siódmym spotkaniu. Swoją drogą równie zaciętym (108:105 dla Lakers) i także nieco dyskusyjnym, jeśli chodzi o końcówkę.

5. Houston Rockets 1986

Zaskoczenie? To była naprawdę konkretna drużyna. Swego czasu odwiedziłem pewien konkurencyjny polski portal o koszykówce, gdzie w jednym z wpisów padło stwierdzenie, że w latach 80-tych Olajuwon nosił jeszcze buty (sznurówki? torby?) za Kareemem. Cóż, nie, nie nosił i był to ostatni raz jak byłem na tej stronie… Jeśli więc, Drogi Czytelniku, byłeś od zawsze fanem Hakeema, a nie miałeś okazji oglądać jego popisów z serii z 1986 r. z Celtics, wiesz już co będziesz robił w pierwszy wolny (deszczowy) weekend po  zakończeniu tegorocznych finałów.

Już w wieku 23 lat (H)akeem Olajuwon był złym skur… centrem był. A może skrzydłowym. A może jednym i drugim, bo niestety Ralph Sampson kompletnie spalił się w te serii, choć zaliczył swój debiut w KSW w kategorii open z Jerrym Sichtingem. Ewidentnie zazdrościł swojemu młodszemu koledze wyczynów z wcześniejszej serii z Lakers.

OK, Sampson nie był wcale taki zły. Ostatecznie to jednak on zapewnił Rockets awans do finałów.

Tyle, jeśli chodzi o Twin Towers.

Tamta seria to w ogóle był festiwal  nie gorszy niż w Opolu, jeśli chodzi o podkoszowych. Po drugiej stronie w swojej życiowej formie i robiący doktorat z wszelakich zwodów Kevin McHale, niezniszczalny Robert Parish czy odrodzony po kontuzjach Bill Walton – najlepszy rezerwowy tamtego sezonu. Jeśli tego nie lubisz, nie lubisz koszykówki NBA.

Rockets może nie byli czarnym koniem playoffs ’86, ale na pewno ich awans do finałów był sporą niespodzianką. W dodatku wcale nie zostali w nich jakoś szczególnie  zdominowani przez Celtics, którzy mieli właśnie za sobą jeden z najlepszych sezonów w historii (bilans 67-15 z czego 40-1 u siebie) i we wcześniej fazie playoffs wygrali 11 z 12 meczów (przegrali tylko czwarte spotkanie z Hawks w półfinale, w którym Bird i McHale trafili razem 12 z 38 rzutów). Ostatecznie finały zakończyły się po sześciu meczach.

Co jeszcze warto wiedzieć o tamtych Houston Rockets? Mieli w składzie kilku naprawdę ciekawych i niekoniecznie znanych graczy. Z ławki wchodzili chociażby Mitchell Wiggins (z tych Wigginsów, choć Andrew nie było oczywiście wtedy jeszcze na świecie) oraz Craig Ehlo, kojarzony głównie z późniejszych czasów w Cavs, gdy bronił się przed „The Shot” Jordana.

Z pierwszej piątki uwagę przykuwali także wszechstronni Rodney McCray oraz skrzydłowy Robert Reid. Ten drugi miał nawet w piątym meczu 17 asyst – do dziś najlepszy wynik w historii playoffs wśród graczy z innej pozycji niż rozgrywający.

6. Phoenix Suns 1993

W tego typu rozważaniach nie można nie wziąć pod uwagę zespołu, który miał najlepszy bilans w lidze, a jego liderem był MVP sezonu. Jednak ani 62 wygrane, ani będący u szczytu możliwości Charles Barkley nie zapewniły mistrzostwa w Arizonie. Sama seria finałowa na pewno jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) w latach 90-tych. Nie brakowało gwiazd, które stanęły na wysokości zadania (średnie Jordana to 41 punktów, 8,5 zbiórki, 6,3 asysty przy odpowiednio 27,3 pkt, 13 zb. oraz 5,5 as. po stronie „Chucka”), meczów rozgrywanych tak długo, dopóki woźny nie zgasi na sali światła (3 dogrywki w game 3) czy wreszcie rzutów na miarę tytułu.

Tak naprawdę powyższa akcja być może stała się katalizatorem kluczowych transferów w kolejnych latach. Gdyby Paxson nie trafił, a Suns wygraliby tę serię, być może Jordan nie zakończyłby kariery, Barkley nigdy nie odszedłby do Houston, a sami Rockets niekoniecznie zostaliby mistrzami w latach 94-95. Znowu zaczynam jednak nucić Kazika, co oznacza, że pora chyba przejść do kolejnego punktu.

7. New York Knicks 1994

Cóż mam więcej napisać – Anthony Mason grał w tamtej ekipie. Mało? Pewnie, że mało. Wiele osób twierdzi, że finały ’94 były wyjątkowo nudne, a ja akurat bardzo lubię wracać do tamtej serii, nie tylko ze względu na Olajuwona i Ewinga. Było twardo i nieustępliwie. Było typowo… 90’s (w tej chwili autor idzie do przedpokoju rzucić okiem na swoją najnowszą parę Reeboków Pump Omni Lite).  Do tego w tle afera z OJ Simpsonem i hala MSG wypełniona po brzegi, zapewne w sporej mierze także polskimi emigrantami.

Starsi kibice Knicks chyba nigdy nie będą potrafili odżałować tego, że ich zespół nie wykorzystał swojej szansy w jordanowskim „okienku”. Zresztą nie tylko oni. Podobnie John Starks i jego 0/11 w rzutach za 3 w siódmym meczu.  Podobnie Pat Riley, któremu nie udało się nawiązać do wcześniejszych sukcesów z Lakers. I podobnie Patrick Ewing ze swoimi marnymi 36% z gry przeciwko Olajuwonowi (choć nie można zapomnieć też o jego 30 blokach w całej serii).

Później Knicks już tylko raz udało się awansować do finałów i to z prawdziwą pompą, bo z ósmego miejsca w 1999 r. Jednak tytułu byli zdecydowanie bliżej właśnie w serii z Rockets niż później ze Spurs.

8. Detroit Pistons 2005

Kolejni Bad Boys na liście. Mając do wyboru ich oraz Lakers ’04, postawiłem jednak na Pistons. Byli w końcu bardzo blisko back 2 back, a o wszystkim zadecydował dopiero siódmy mecz w San Antonio. Sam sezon mieli równie udany, co wcześniejszy zakończony tytułem (identyczny bilans – 54 wygrane).

Finały z 2005 r. nie były może jakoś szczególnie porywające. Pierwsze 4 mecze były właściwie wzajemnymi pogromami. Dopiero w piątym spotkaniu akcja nabrała nieco rumieńców.

Gruba lady nie zaśpiewała jednak zbyt szybko. Kiedy pudrowała nos w garderobie Pistons zdobyli południowy Teksas i doprowadzili do siódmego spotkania. Jeszcze po trzech kwartach na tablicy widniał remis po 57, ale ostatnia odsłona należała już do Spurs. Bardzo słabo w ataku spisał się tamtego dnia cały backcourt Pistons – Chauncey Billups, Rip Hamilton i Lindsey Hunter trafili łącznie tylko 11 z 34 rzutów. To właśnie wtedy teoria o nieparzystych latach Spurs zaczynała przybierać na sile.

9. Utah Jazz 1998

Po porażce z Bulls sezon wcześniej, Jazz przystępowali do rewanżu z przewagą własnego boiska. Wygrali nawet mecz otwarcia po dogrywce i nie byli bez szans w tej serii. Bulls zdecydowanie zbliżali się do finiszu swojej dominacji, a napięcia wewnątrz klubu mogły odbić się postawie zespołu. Tak się jednak nie stało i całą teorię można było wyrzucić do kosza.

Nie wiem czy Jazz mieli jakoś szczególnie dużo fanów w Polsce w tamtym czasie, ale jednak duet Malone’a ze Stocktonem napędził chyba trochę stracha kibicom Bulls. A może nie? Mimo to, trudno pominąć w rankingu zespół, który 2 lata z rzędu awansował do finałów.

10. Orlando Magic 1995

Z ostatnią pozycją miałem najwięcej problemów. Ostatecznie wybór padł na Orlando Magic ’95. Być może wpływ na moją decyzję miał niedawno obejrzany dokument 30 for 30. A może po prostu zadziałała magia Shaqa, Penny’ego oraz gogli Horace’a Granta. Właściwie równie dobrze mogłem tu ująć San Antonio Spurs z tego samego sezonu. Wszyscy pamiętają o nich z racji Davida Robinsona, wówczas MVP ligi, który został „zjedzony”  przez Olajuwona w finałach konferencji. Niemniej to właśnie Spurs mieli w tamtym roku najlepszy bilans w lidze, w czym spory udział miał także Dennis Rodman.

Kusili też Blazers ’92 lub ’90, a także Celtics ’87. Wybrałem jednak Orlando. Dlaczego? Podobnie jak w przypadku Suns, być może porażka Magic w finałach przesądziła o odejściu z zespołu w kolejnym roku  czołowej gwiazdy ligi, a to nie zdarza się codziennie. Poza tym Orlando to jedyna drużyna lat 90-tych, która odesłała w playoffs na wakacje Bulls z Jordanem w składzie (nie licząc Pistons w 89/90). Nie można też zapomnieć o ich „pasiakach”. Tak, to chyba właśnie ten ostatni argument przesądził o miejscu Magic w dziesiątce.

Tyle ode mnie na dzień dobry. Zachęcam oczywiście do dyskusji w komentarzach. Piszcie kogo byście uwzględnili i dlaczego lub kogo Waszym zdaniem zabrakło. Dzięki, że dotrwaliście do końca!

3

Komentarze

  1. krypod@vp.pl

    12 czerwca 2016 o 14:22

    A co Seattle Supersonics z 1996? Payton i Shawn Kemp. Dla mnie to pierwsza druzyna, ktora przychodzi na mysl razem z phoenix bakleya i utah jazz 97

    Lubię to: 0
  2. Pitras

    12 czerwca 2016 o 14:24

    Lubię gdybanie, zwłaszcza gdy znasz już historię.

    W finałach konferencji 1993 na Wschodzie Knicks prowadzili już 2-0 z Bulls i mieli przewagę własnego parkietu, a przegrali. Szkoda, bo gdyby awansowali do finałów to albo Ewing albo Chuck skończyliby z pierścieniem.

    Gdyby nie Nick Anderson nie zrobił na linii rzutów wolnych tego co zrobił, to na pewno Magic mieliby więcej „zapału” żeby walczyć z Rockets, tak to uszło z nich powietrze. Może Shaq by został?

    A John Starks w finale 1994 to najstraszniejsza rzecz ever. Oglądasz ten mecz nawet teraz na youtube i nie wiesz co się w ogóle dzieje.

    Lubię to: 1
    • railwayman

      12 czerwca 2016 o 19:00

      Co do Orlalndo Nick po tych 4 wolnych nietrafionych był już done do końca seri a to był ich ważny gracz, psycha mu siadła.

      Lubię to: 1
      • Pitras

        12 czerwca 2016 o 20:19

        Dokładnie tak. A co gorsze, wydaje mi się że wtedy psycha siadła całemu zespołowi. Bo przegrać mecz finału w TAKICH okolicznościach to naprawdę duża sztuka.

        Lubię to: 1
  3. DrinkTeam

    12 czerwca 2016 o 14:27

    witaj na 6G!

    wyłapałem „skoro ludzie tego pragną, to nie wolno ich zawieźć.”

    sie wkradł chochlik z tym zawodzeniem

    Lubię to: 0
  4. libidinously

    12 czerwca 2016 o 14:57

    Absolutnie fenomenalne zdjęcie tytułowe

    Lubię to: 0
  5. Wisznu

    12 czerwca 2016 o 15:07

    Mi na myśl przychodzi Sacramento z 2002. Ta drużyna miała wszystko, takie GSW początku XXI wieku bez tak wielu trojek.

    Lubię to: 0
  6. kamil22kp@onet.pl

    12 czerwca 2016 o 16:18

    Co do Lakers z lat 60. to pamietam jakis filmik na youtube , w którym była mowa o tym , że jednym rzutem mogli sobie zapewnić tytuł (chyba na początku tamtej dekady ,bodaj lata 60-62)w ostatniej sekundzie i piłka powędrowała nie do Westa czy Baylora , ale jakiegos wysokiego białego skrzydłowego , który ponoć był niezłym strzelcem.

    On spudłował ,a Celtics zgarnęli tytuł.

    Lubię to: 0
  7. psiepole@poczta.onet.pl

    12 czerwca 2016 o 16:52

    1994 – najlepsze trójkąty ever
    Bulls przekręceni bo Knicks UCZCIWIE nie powinno być w finale.

    Lubię to: 0
  8. wal123q@gmail.com

    12 czerwca 2016 o 16:57

    4 wolne Andersona
    nigdy nie zapomnę tej nocki
    moim zdaniem to zmieniło historię

    Lubię to: 0
    • ClydeGlide

      12 czerwca 2016 o 23:31

      oglądałem na małym biało czarnym telewizorze i modliłem się żeby Houston wygrało ten mecz :)

      Lubię to: 0
    • Torquemada

      12 czerwca 2016 o 23:39

      Ja też nie zapomnę, bo poszedłem spać przed końcem meczu pewny, że wygrali :)

      @ClydeGlide: Mój nie był mały, ale też czarno-biały :)

      Lubię to: 0
  9. xmiciek

    12 czerwca 2016 o 17:02

    No właśnie, finały konferencji 1993 Bulls – Knicks, kiedy Charles Smith został w ostatniej akcji 4 razy zablokowany pod koszem.
    https://www.youtube.com/watch?v=4hQ9B66MbxM

    Lubię to: 0
  10. mundo23

    12 czerwca 2016 o 17:14

    ,,Co gorsza, nie było wówczas w Polsce transmisji na żywo z tego meczu. Wizja Sport (naprawdę, był taki kanał) pokazała go nazajutrz z odtworzenia, a pan Wojtek i pan Mirosław Alojzy zapewniali, że nie sprawdzali rano jego wyniku” Był na DSFie

    Lubię to: 0
  11. ToTylkoJa

    12 czerwca 2016 o 22:13

    Fajnie było to sobie powspominać i dzięki za to. Jednak zapowiadało się ciekawie a ostatnie miejsca były już opisane od niechcenia. Szkoda ale i tak dzięki.

    Lubię to: 0
  12. Sebastian Hetman

    13 czerwca 2016 o 09:33

    Uszanowanko Piotruś!

    Lubię to: 0
  13. the_pi@o2.pl

    14 czerwca 2016 o 11:37

    Jeszcze Lakers z Malone’m i Paytonem.

    Lubię to: 0

Skomentuj