Miał powody, by być skromnym


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 27 lutego 2016
Nhat V. Meyer / Newspix.pl

Nhat V. Meyer / Newspix.pl

Dwie kule trafiły go w tył głowy. Nie miał szans, by dostrzec, kto do niego strzela. Nie zdążył zorientować się, że umiera. Dr Malcom Kerr przeszedł 12 kroków od windy w kierunku swojego gabinetu na trzecim piętrze Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie, kiedy dwójka zamachowców pojawiła się za jego plecami. W ułamku sekundy było po wszystkim. Zginął o 09:10 rano 18 stycznia 1984 roku. Ostatnią godzinę jego życia New York Time opisał tak skrupulatnie, że wiemy nawet, że w chwili śmierci w jednej ręce trzymał teczkę, a w drugiej parasol.

Ogarnięty wojną Liban pierwszej połowy lat 80. nie był miejscem, które przyciągałoby Amerykanów. Dla Kerra jednak przyjazd do Bejrutu w 1982 roku, by objąć rolę rektora uniwersytetu, był spełnieniem marzeń. W rozmowie z Timesem jeden z jego przyjaciół prof. Edwin T. Prothro mówił:

Malcolm od dziecka chciał zostać rektorem A.U.B. Kiedy wreszcie mu się to udało, wiedział, że jego życie może być w niebezpieczeństwie. Mówił mi o tym kilka razy, ale przyjął pracę, ponieważ kochał to miejsce i chciał tu zbudować coś specjalnego. Został zabity nie za to, kim był lub co zrobił, ale za to, co symbolizował dla tych, którzy nigdy go nie znali.

Od czasu rozpoczęcia wojny domowej w 1975 roku uniwersytet nie był bezpiecznym miejscem. Pod koniec lat 70. nieznany sprawca zastrzelił dwóch pracowników naukowych. W lipcu 1982 roku porwany został, sprawujący obowiązki rektora uczelni, David S. Dodge (uwolniono go rok później). Antyamerykańskie nastroje na Bliskim Wschodzie nie były zaskoczeniem dla nikogo, kto choćby pobieżnie interesował się tematem i miał w pamięci kryzys w Teheranie, gdzie w ambasadzie USA przez 444 dni przetrzymywano ponad 60 zakładników. Malcolm Kerr wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny.

Przyjmując pracę w Bejrucie Kerr zdawał sobie sprawę, że czyhające na niego niebezpieczeństwo jest większe niż może się wydawać postronnym obserwatorom. Jak w swoim dzienniku  w tamtych dniach pisała jego córka Susan:

W ostatnich miesiącach w gazetach kontrolowanych przez Syryjczyków pojawiły się artykuły o tacie – wszystkie całkowicie sfabrykowane, oparte na kłamstwach, mówiące o wywiadach, które nigdy nie miały miejsca etc. – które przedstawiają go jako wroga! Ekstremiści na każdym rogu uważają, że nie jest wystarczająco pro-arabski. Będzie tam niebezpiecznie nie tylko przez wzgląd na pogarszającą się wojnę domową, ale też dlatego, że tata jest szczególnie widocznym celem. Rozmawialiśmy z Johnem o tym, jak bardzo jest to niebezpieczne, ale kiedykolwiek próbujemy rozmawiać o tym z mamą i tatą mówią tylko: „Tak wiemy, że jest tam bardzo niebezpiecznie, ale nie możemy odrzucić tej propozycji”.

Malcolm otwarcie powiedział córce, że szanse na to, że zginie w Bejrucie ocenia na 25%. Mimo wszystko zdecydował się na przeprowadzkę. Jak po latach mówiła jego żona Ann:

Tak bardzo wierzył w A.U.B. i tak bardzo kochał Liban, że nie mieliśmy większego wyboru. Żyliśmy w bąbelku nietykalności, aż coś się wydarzyło.

Kerr liczył prawdopodobnie na to, że jego sympatia i zrozumienie dla świata arabskiego ostatecznie uchronią go przed niebezpieczeństwem. Liban był nie tylko jego tematem jego prac naukowych. Przede wszystkim był jego domem. Nie drugim. Pierwszym. To tam się urodził. Tam się wychował. Tam rodziły się jego dzieci. Jego wieloletni współpracownik Kamal Salabi tuż po jego śmierci opowiadał o tym, że powrót do Bejrutu był dla niego misją:

Malcolm Kerr był przyjacielem Libanu, przyjacielem Arabów i przyjacielem Islamu. Był najlepszym Amerykaninem, jaki przybył na Bliski Wschód. Razem z Ann powiedzieli mi niedawno, że wrócili do Libanu, żeby odbudować A.U.B., a robiąc to, dołożyć swoją cegiełkę do odbudowy Libanu. W czasach gdy trudno było mieć taką wizję, miał wizję, w której A.U.B. był wspaniałą instytucją,

William B. Quandt ekspert od spraw Bliskiego Wschodu w administracji Jimmy’ego Cartera podkreślał, że śmierć Kerra nie miała logicznego wytłumaczenia:

Malcolm był jednym z najbardziej szanowanych specjalistów od arabskiego świata swojego pokolenia. Napisał kilka ważnych książek na temat relacji wewnątrz tego świata, a także odwiedził Izrael i nawiązał tam kontakty. Miał dobry analityczny umysł i był uczciwy. Był obiektywny w stosunku do świata arabskiego i jego problemów, jednocześnie wykazywał wobec nich empatię. Opierał się na poczuciu humoru i zrozumieniu, które pomagało mu łagodzić konflikty Arabów z Izraelem. Biorąc pod uwagę jego sympatię wobec Palestyny, to ironia, że zabił go akurat Arab.

Malcolm Kerr doczekał się kilku artykułów na swój temat, wzmianki w programach informacyjnych, krótkiego oświadczenia ze strony prezydenta Ronalda Reagana i jednego telefonu w swojej sprawie do biura francuskiej agencji prasowej w Bejrucie. Głos w słuchawce przedstawił się jako członek organizacji Islamska Święta Wojna, po czym wziął odpowiedzialność za zabójstwo. Służby nigdy nie potwierdziły, że organizacja taka faktycznie istnieje. Rodzina Kerrów nigdy nie zobaczyła twarzy mordercy. Jedyne co im pozostało, to opis chwili, w której pocisk wchodził w tył głowy Malcolma.

Najstarsza wśród dzieci państwa Kerr Susan 24 lata później w swojej książce „One family’s response to terrorism: A daughter’s memoir” pisała:

Inny obraz, który jeszcze przez wiele lat po śmierci taty miał do mnie wracać, to obraz pocisku, który tego środowego poranka trafił go w tył głowy. Wyobrażałam sobie, jaką drogę przebył. Najpierw zniszczył jego fantastyczny mózg, a następnie wyszedł czołem, niszcząc rogowe oprawki jego okularów. Widziałam, jak odbijał się od ściany wydziału i trafiał moją matkę, która wbiegała właśnie po schodach, by zobaczyć, co stało się z jej mężem. Odbił się od niej mocno i trafił mojego najmłodszego i najbardziej wkurzonego brata Andrew, który w szkolnej kafeterii kilka ulic dalej słuchał właśnie w radiu o śmierci swojego ojca. Wydawało mi się, że ten pocisk żyje i ma niekończącą się groźną zdolność do poruszania się i zadawania ran. Trafił mojego brata Johna, który dzień później przyjechał z Kairu, i na zawsze odcisnął ślad na jego twarzy. Odbił się ponownie i pozbawił mnie przytomności, kiedy w czasie miesiąca miodowego na Tajwanie odebrałam telefon i usłyszałam, jak moja mama delikatnym głosem przekazuje mi złe wieści. Mojego brata Steve’a trafił z taką siłą, że wypchnął go na ulice Tucson w Arizonie i zmusił do tego, by biegał bez zatrzymania przez pół nocy.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

4

Komentarze

  1. melquiadesmo

    27 lutego 2016 o 21:49

    Jego wystąpienia na mistrzowskich paradach w Chicago oraz Oakland zapamiętam na zawsze. Dystans do siebie i swoich osiągnięć definiuje według mnie najlepszych. Dzięki autorowi za tekst!

    Lubię to: 0
  2. rekin

    27 lutego 2016 o 22:30

    dobry ziomek Steve

    https://youtu.be/vSWpeDQmaOc?t=151

    dziękuję za napisanie

    Lubię to: 0
  3. wesoły

    28 lutego 2016 o 05:38

    To co Stefka gra to jest inny sport!!! 5sek do konca, lapiesz pile i… spokojnie przekraczasz linie srodkowa! Reszta jest milczeniem=-O

    Lubię to: 0
  4. PrzEMO

    28 lutego 2016 o 14:35

    Warto przypomnieć tekst Michała sprzed dwóch lat, który wg mnie bardzo ładnie uzupełnia się z powyższym artykułem

    szostygracz.pl/2014/11/09/serdeczny-usmiech-kerra-to-tylko-fasada/

    Oczywiście 5 gwiazdek i dzięki za swietny art :)

    Lubię to: 0
  5. rzepka

    29 lutego 2016 o 12:05

    ktoś nie dał 5 gwiazdek bo pewnie za dużo czytania było

    Lubię to: 0
  6. Mixek

    1 marca 2016 o 23:54

    Jeżeli miałbym kogoś zachęcać do oglądania NBA, czy koszykówki w ogóle pierwsze co bym zrobił to podstawił pod nos ten artykuł. Świetny! Niezliczone historie krążą wokół ligi.
    Inspiracja, paleta kolorów, życie, NBA!
    Dzięki za napisanie, kapitalna robota.

    Lubię to: 1
  7. mariu7

    26 listopada 2017 o 10:25

    ten artykuł do którego wróciłem po jakimś czasie to powinna być
    pozycja obowiązkowa dla młodych adeptów koszykówki.
    10/10 , thx

    Lubię to: 0

Skomentuj