Flopowanie ma długą tradycję


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 9 stycznia 2016
Edward A. Ornelas/San Antonio Express-News/Zuma Press/Icon SMI / Newspix.pl

Edward A. Ornelas/San Antonio Express-News/Zuma Press/Icon SMI / Newspix.pl

Chciałbym raz na zawsze dać do zrozumienia sędziom, trenerom, graczom i kibicom, że oszukańczy, zwodniczy i rażący akt udawania, że zostało się sfaulowanym, podczas gdy żaden kontakt nie miał miejsca lub było go jedynie odrobinę, jest równie oburzająco niesportowy co przewrócenie zawodnika na ziemię. Nigdy nie uczyłbym młodzieży grać w inny sposób niż zgodnie z przepisami, moralnością, etyką i charakterem gry.

Powyższe słowa to jedynie fragment listu, który dziennikarz Boston Globe Bob Ryan otrzymał wiosną 1976 roku. Jego autorem był Dave Cowens, były MVP ligi i lider Boston Celtics, których kilka tygodni później poprowadzić miał do mistrzostwa NBA. W dalszej części swojego wywodu Cowens w pięciu punktach streścił niebezpieczeństwa, które niesie za sobą akceptowanie „udawanych fauli” i ostrzegał, że tolerancja dla takich zachowań doprowadzić może do tego, że zaczną z nich świadomie korzystać wszyscy koszykarze.

Dziś list ukazałby się na łamach The Players’ Tribune i zarobił setki tysięcy lajków na Facebooku. W tamtych czasach Cowens musiał skorzystać z poczty, co kosztowało go 52 centy i początkowo miał jedynie czterech czytelników. Byli nimi szef sędziów w NBA John Nucatola, dyrektor Związku Zawodników Larry Fleisher, wspomniany już Bob Ryan i obrońca Houston Rockets Mike Newlin.

Kilka dni wcześniej w czasie pierwszej kwarty meczu Celtics z Rockets Newlin po zmianie krycia stanął na przed Cowensem, po czym czując kontakt, w teatralny sposób upadł na parkiet. Sędziowie odgwizdali faul ofensywny i oddali piłkę Houston. Sytuacja powtórzyła się w trzeciej kwarcie. W kolejnej akcji Cowens postanowił zademonstrować swoje niezadowolenie i gdy tylko zauważył, że Newlin jest przy piłce, dobiegł do niego i brutalnie powalił na ziemię, po czym krzyknął w stronę sędziego:

I to jest kurwa faul.

Po meczu w szatni Red Auerbach był zachwycony. Mniej zachwycony był Bob Ryan, który pracował wtedy jako nadworny kronikarz zespołu. W swojej kolejnej kolumnie w ostrych słowach skrytykował zachowanie Cowensa. W odpowiedzi dostał wyżej cytowany list, który następnie, spełniając prośbę autora, opublikował na łamach Boston Globe. 40 lat później rozpocząłby w ten sposób ogólnokrajową dyskusję, która zdominowałaby nagłówki. Wtedy?

Wtedy był 1976 rok. „Ciemne wieki” w NBA trwały w najlepsze. Wszechwładny szef redakcji sportowej telewizji ABC Roone Arledge, w ramach odwetu na właścicielach drużyn, którzy kilka lat wcześniej sabotowali jego próby podpisania z ligą nowej umowy, z powodzeniem zabijał w zarodku wszelkie szanse na to, by koszykówka wyszła wreszcie z cienia futbolu i bejsbola. Zarząd ligi martwił się przede wszystkim niedalekim wchłonięciem ABA. Dla kibiców zaś NBA była za „czarna” i choć na pamiętny cios Kermita Washingtona mieli poczekać jeszcze 2 lata, to kolejne bójki i problemy narkotykowe graczy już teraz odstraszały ich od zajmowania miejsc w halach. Czy ktoś więc przejmował się narzekaniami jednego, do tego słynącego z różnych małych ekstrawagancji, koszykarza?

Nie. Oczywiście, że nie. I ja też pewnie przytoczyłbym historię, o której dowiedziałem się z autobiografii Boba Ryana tylko przy okazji wspominkowego artykułu o Cowensie, gdyby nie to, że uderzyło mnie to, że już wtedy coś, co dzisiaj nazywamy „flopowaniem” wywoływało w lidze spore emocje. Te same emocje, które wywołuje dzisiaj. Nawet jeśli kilkadziesiąt lat temu nikt nie słyszał o flopach, a Johnny Most ze swojego stanowiska „wysoko ponad parkietem” Boston Garden swoim zachrypniętym głosem mówił, że w meczu gra dzisiaj jakiś „Stanisławski”.

Jak bardzo te same? Sprawdźmy:

Upadają za każdym razem, kiedy ktoś jest w pobliżu. Jestem już tym zmęczony. (…) To świetni gracze. Nie powinni wpadać w trybuny za każdym razem, kiedy ktoś ich dotyka.

Za każdym razem, kiedy ktoś wchodzi pod kosz, nie atakują piłki, tylko się podkładają. Często upadają, zanim ktoś ich jeszcze dotknie.

Dwa cytaty. Prawie 40 lat różnicy. Pierwszy to Tommy Heinsohn o Houston Rockets. Drugi to Frank Vogel o Miami Heat. Przytoczcie je, kiedy znów usłyszycie o tym, że kiedyś liga była twardsza. „Kiedyś” zanim jeszcze pojawili się w niej „Europejczycy” i nauczyli „naszych twardych chłopców” jak udawać. Wbrew wielu opiniom to, co tak bardzo potrafi nas irytować w NBA, nie jest wcale snem wyśnionym w głowie Vlade Divaca. Ot po prostu dzisiaj widzimy więcej, bo możemy oglądać ligę w niekończącej się kawalkadzie powtórek i ujęć. W latach 70. nie było to możliwe. Co nie znaczy wcale, że ci, którzy obserwowali NBA z najbliższej odległości w tych samych słowach, które dziś padają z ust emerytowanych gwiazd, nie narzekali na aktorskie popisy koszykarzy. I tak jak my dzisiaj mamy Chrisa Paula, tak oni mieli na przykład Jerry’ego Sloana. Późniejszy trener Utah Jazz w czasie swojej kariery w barwach Chicago Bulls doczekał się takiej sławy jako „wyłapywacz” fauli w ataku, że jeden z trenerów miał zacząć karać swoich zawodników grzywnami, gdy ci w odwecie… nie nadepnęli go po tym, gdy im się podkładał.

Pod koniec lat 70. flopowanie miało być tak dużą plagą, że Red Auerbach poświęcił mu jeden ze swoich szkoleniowych filmów, na którym przejęty mówił:

Dzisiejsi trenerzy w szkołach średnich, na uczelniach i wśród zawodowców uczą graczy, jak upadać. To niesamowite. Uczą ich, jak upadać. (…) Jestem bardzo przeciwny tego typu koszykówce. (…) Ten film nie uderza w sędziów. Uderza w trenerów i zawodników. Co z tym zrobimy? Wyczyśćmy to. Nie rańmy gry.

Bill Laimbeer wciąż jeszcze biegał w koszulce Notre Dame, Dennis Rodman zarabiał na życie jako woźny na lotnisku w Dallas, Vlade Divac dopiero za kilka lat miał się doczekać pierwszego zarostu, a Manu Ginobili w wózku uczęszczał na treningi prowadzone w Bahia Blanca przez swojego ojca, a jednak już wtedy liga najwyraźniej nie radziła sobie z zastępami „oszustów”.

Musiał to być więc wymysł tych strasznych lat 70. (flop, drugs and pick’n’roll), bo kto jak kto, ale Red Auerbach z pewnością wiedział coś na temat „prawdziwej” i „czystej” koszykówki. Przecież sam, wygrywając, nie musiał nigdy posiłkować się tego typu sztuczkami. W jego czasach było to nie do pomyślenia. Prawda?

Cóż… Argumentowanie, że „kiedyś liga była czystsza/lepsza/twardsza” miały wówczas tyle samo sensu co i dzisiaj. A może wręcz jeszcze mniej sensu, bo kto jak kto, ale Red Auerbach musiał wiedzieć bardzo dużo o prawdziwym królu floperów, który nie tylko świadomie nabierał sędziów na swoje sztuczki, ale też całkiem otwarcie się tym szczycił.

Frank Ramsey dziś znany jest przede wszystkim z tego, że był prototypem „szóstego gracza”. Auerbach wpuszczał go z ławki i dawał zielone światło do rzucania. Ramsey rozgrzewał się tak szybko, że jego koledzy z drużyny robili zakłady, ile zajmie mu zdobycie pierwszych punktów. Zdobywanie punktów nie było jednak jedyną rzeczą, którą robił szybko:

Frank Ramsey został kiedy sfaulowany tak szybko po wejściu na parkiet, że jego kolega z drużyny Bill Russell powiedział „Frank był wciąż tak zimny, że musiał się porozgrzewać, zanim zaczął rzucać wolne”.

The Players’ Tribune nie istniała również 50 lat temu, więc kiedy Frank Ramsey chciał pochwalić się swoim „wielkim talentem”, udał się do Franka Dedforda ze Sports Illustrated. Panowie wspólnie napisali tekst, w którym przeczytamy na przykład:

Wymuszanie fauli wymaga szczególnej umiejętności odegrania dobrej, rozgrzewającej serce sztuki i pokazania jej odpowiedniej publiczności. Nigdy nie zapominam, gdzie są sędziowie, kiedy zaczynam grać. Nawet najbystrzejszy wzrok wciąż jest zawodny. Szczególnie w obronie, kiedy wszystko inne zawodzi, upadam. Na szczęście jestem stworzony do tej roli, ponieważ mam dziwny styl biegania na piętach ze sztywnymi kolanami. To sprawia, że upadanie jest bardzo proste i wygląda w moim przypadku naturalnie.

Później Ramsey wprowadza nas w arkana sztuki nabierania sędziów („Upadanie to zawsze najlepsza opcja. Zobacz, że upadam, kiedy tylko poczuję kontakt. Reaguję, zanim zrobi to jeszcze gracz w ataku, więc wydaje się, że to jego wina.”), z których dowiemy się, jak najlepiej odgrywać swoją rolę w czasie rzutu, zbiórek pod obiema tablicami, a nawet jak być Jamesem Hardenem:

Rzucanie od spodu wciąż jest klasycznym manewrem, by wymusić faul. Kiedy tylko jestem blisko kosza i ktoś fauluje mnie przez rzutem, wyrzucam piłkę w górę najszybciej, jak umiem.

„Wciąż jest klasycznym manewrem”. Był rok 1963, a Frank Dedford okrasił ten artykuł tytułem: „Mądre ruchy mistrza oszustów”. Dla wielu to były mądre ruchy i w tej kwestii również niewiele się zmieniło, co bez hipokryzji przyznają niektórzy gracze i trenerzy. Tak, jak Steve Kerr:

Jeśli próbujesz dostać się do finałów i jest jedno zagrania, które może ci pomóc, a które będzie cię kosztować 5 tysięcy dolarów, to jest to tego warte.

Czy też LeBron James:

Nie powiesz mi, że w siódmym meczu finałów, kiedy ktoś ma szansę zagrać akcję, to zacznie myśleć: „Cóż, czy wolę te 10 tysięcy czy mistrzostwo?”. Wiecie, o co mi chodzi?

Wiemy, o co ci chodzi.

Oczywiście historia flopowania nie zaczęła się wraz z przyjściem do ligi Franka Ramseya. Śmiało założyć możemy, że jest równie długa jak sama historia koszykówki. Był rok 1942, kiedy w Portland problem rozwiązać miało umieszczenie sędziów w specjalnym gnieździe nad koszem. Jeden z zawodników mówił wtedy:

Już na początku zorientowałem się, że nie będę w stanie użyć niektórych z moich trików.

Bo nawet w 1942 roku koszykarze mieli swoje triki. I mają je do dziś. Nie ma wielkiego znaczenia, gdzie grają. Co nie oznacza oczywiście, że mamy akceptować jawne oszustwa i nie próbować z nimi walczyć. Problem zawsze polegał będzie na tym, że w pewnym momencie granica między bezczelnym udawaniem a „sprzedaniem” sędziemu kontaktu, który naprawdę miał miejsce się zaciera.

To może być jedynie złudzenie, ale wprowadzone kilka lat temu w NBA kary przyniosły skutek, bo choć sama ich wysokość nie odstrasza, to żaden z graczy nie chce być przecież nazywany floperem. Pomimo wszystko każdy od czasu do czasu nie „przyaktorzy”. Dlaczego mieliby tego nie robić? Robili to ich poprzednicy. I poprzednicy ich poprzedników. I może jedyną osobą, która nigdy tego nie robiła była James Naismith. Jego pierwsze zespoły nie musiały go nabierać, bo po prostu mogły tłuc się do nieprzytomności.

0

Komentarze

  1. kocan

    9 stycznia 2016 o 15:06

    Cowens to w ogole byl zajebisty koles. Najbardziej podobalo mi sie jak zrobil sobie przerwe w grze w NBA i pracowal jako taksowkarz ! Mozna by napisac swietny artykul o jego zyciu w NBA i poza parkietem.

    Lubię to: 0
  2. KULA

    9 stycznia 2016 o 15:09

    Lubię bystrzaków w tej grze, którzy korzystają z przepisów czy ze swojego sprytu. Ale wymuszanie, udawanie w stylu Paul i krzyk przy każdym rzucie Gasola to dla mnie porażka. Kiedyś na boisku kolega nauczył mnie, żeby nie krzyczeć przy każdym większy kontakcie, play hard. Do dziś to mam. Choć w tamtym roku pierwszy raz flopowalem i ubaw mialem z tego ja i cala hala we wrocku.

    Lubię to: 0
  3. Ace

    9 stycznia 2016 o 15:33

    Prawda jest taka,że floppowanie zabija rywalizację, jest nie uczciwe i pójściem na łatwiznę.Irytuje to straszne, sam miałem sytuację ,że gwizdali mi faule za to,że gość dotykał mnie ręką krzycząc przy tym jakby umierał.
    Koszykówka to męski sport, floppowanie już raczej nie.

    Lubię to: 0
  4. galon11@wp.pl

    9 stycznia 2016 o 17:12

    flopy w obronie to swego rodzaju spryt i umiejętność bo wkońcu przewagę ma zawodnik z piłką. Jednak flop w ataku kiedy sam wybierasz co chcesz zrobić jak kogoś ogać to ehhh

    Lubię to: 0
  5. Wolver

    9 stycznia 2016 o 23:27

    100% poparcia Przemku, świetny art. Co do hasła ‚kiedyś liga była twardsza’, polecam nawet youtube i highlights z 80 i 90. NBA dawno nie była tak twarda jak teraz. Jak ktoś uważa inaczej, to mało oglądał, tylko powtarza sloganny Barkleya i spółki…

    Lubię to: 0

Skomentuj