Polubić Reggie’ego Millera


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 30 września 2015
Bill Kostroun / Associated Press

Bill Kostroun / Associated Press

„Human paper cut”. Tak 15 lat temu Selena Roberts nazwała Reggie’ego Millera. Jedna z wielu małych szpilek latami wbijanych przez nowojorskie media w legendę Indiany Pacers. Dziennikarze z Wielkiego Jabłka krzywili się na myśl o Millerze, jak krzywimy się na myśl o kartce papieru tnącej naszą skórę pomiędzy palcami. Nie byli w tym odosobnieni, choć mieli więcej powodów niż ktokolwiek inny.

Ja też krzywię się na myśl o Reggie’m Millerze. Jest jak paznokieć drapiący szkolną tablicę. Jak sól na popękanych ustach. Jak nieopatrznie przygryzione sreberko od czekolady. Ta dziecięca twarz prosto spod ręki komiksowego rysownika. Ten uśmieszek żyjący pod jego nosem. Ten irytujący głos. Nieznosząca sprzeciwu brawura, z którą wypowiada swoje opinie. I fakt, że wszystko to robi całkiem świadomie. Ostatecznie mówimy o kimś, kto swoją autobiografię zatytułował „Kocham być wrogiem” i nigdy nie ukrywał, że na parkiecie odgrywa po prostu pewną rolę:

Kocham być czarnym charakterem. Musisz pamiętać, że NBA to rozrywka jak Billy Joel albo Michael Jackson. Kiedy wychodzimy na parkiet, musimy grać i zabawiać ludzi. Kocham, kiedy na mnie buczą. To mnie nakręca. Od złych chłopców wymaga się, by chodzili ubrani na czarno. Nie ma problemu. Będę złym chłopcem.

To była dla niego idealna rola, bo Miller od zawsze miał predyspozycje do tego, by irytować. Zaświadczy wam o tym jego siostra Cheryl – według wielu najlepsza koszykarka w historii. Zaświadczy najlepszy koszykarz w historii. Potwierdzi Kobe Bryant. Nie wspominając nawet o biednym Johnie Starksie.

Przez 18 lat swojej kariery Reggie Miller zachodził za skórę i wchodził do głów swoim rywalom z parkietu. Potem zaczął zachodzić za skórę mi. Wzdrygam się, gdy słyszę kolejną tyradę na temat tego, że „kiedyś było lepiej”. Skręca mnie, gdy po raz kolejny słucham o „bezwartościowej analityce”. I myślę, że nie lubię Reggie’ego Millera, bo jest dla mnie twarzą tego, co złe w patrzeniu na koszykówką.

Ale potem myślę jeszcze trochę. I przypominam sobie te wywiady, kiedy uświadamiałem sobie, że Reggie Miller nie jest głupi i być może po prostu wciąż gra pewną rolę. Tę samą, którą kiedyś grał na parkiecie jeszcze jako samozwańczy „Hollywood” – chłopak z Kalifornii – który swój niespodziewany dom znalazł w pełnej pól kukurydzy i koszykówki Indianie.

I przypominam sobie, że NBA też w końcu zrozumiała, że dla Reggie’ego liga była sceną. Kiedy w 2005 roku kończył karierę, nowojorska publiczność skandowała jego imię i zgotowała mu owację na stojąco. Kiedy kilka tygodni później Detroit Pistons odbierali mu ostatnią nadzieję na mistrzostwo, ich trener Larry Brown wziął dodatkową przerwę na żądanie w końcówce meczu tylko po to, by pożegnać Millera. Zawodnicy Pistons przyłączyli się do owacji – choć raptem kilka miesięcy wcześniej obie drużyny brały udział w najsłynniejszej bijatyce w historii ligi. Tak traktowani wcześniej bywali jedynie najwięksi. Z pewnością nie zaledwie 5-krotni All-Stars.

W czasie tego ostatniego meczu jeden z kibiców trzymał transparent z napisem: „Cóż za długa i dziwna podróż”.

I nie da się ukryć, że była to długa i dziwna podróż.

Moja mama rozpłakała się, kiedy się urodziłem. Moje nogi i biodra były poskręcane i powyginane, jakby ktoś próbował je zawiązać w węzeł. Lekarze powiedzieli, że być może nigdy nie będę chodził. Powiedzieli też, że mogę zapomnieć o uprawianiu sportu.

W ten sposób ponad 30 lat później Reggie Miller wspominał w swojej biografii dzień swoich narodzin. Kiedy Carrie Miller płakała nad losem swojego czwartego dziecka i przekonywała sama siebie, że lekarze nie mają pojęcia, o czym mówią, raptem kilkadziesiąt kilometrów na zachód od jej rodzinnego Riverside w Kalifornii rodziło się coś jeszcze. Nie człowiek. Idea. A jej podstawy były równie pokręcone, co nogi małego Reggie’ego.

Burmistrz Buena Park Dennis Murphy do początku lat 60. marzył o stworzeniu własnej ligi futbolowej. Udało mu się nawet zorganizować trochę pieniędzy i ludzi, zanim został uprzedzony przez Lamara Hunta i jego AFL. Murphy był jednak marzycielem i miał rozmach. Skoro USA było zbyt małe na kolejną ligę futbolu, stwierdził, że z pewnością wystarczy w nim miejsca dla kolejnej ligi koszykówki. Swoje przekonanie oparł na prostym fakcie, że ówczesna NBA liczyła „zaledwie” 12 drużyn. Musiało znaleźć się miejsce dla jeszcze kilku. Musiało znaleźć się miejsce dla jeszcze jednej ligi. O czym Dennis Murphy nie miał pojęcia, to że większość klubów traciła pieniądze, a sama koszykówka przegrywała pod względem popularności z innymi sportami i nie mogła liczyć na wsparcie telewizji.

Dennis Murphy nie miał pojęcia, że druga liga zawodowej koszykówki nie miała najmniejszego sensu. I najmniejszych szans powodzenia.

Dennis Murphy był jednak marzycielem. I zebrał wokół siebie innych marzycieli. Choć możecie ich również nazwać krętaczami i szaleńcami. Jednym z nich był Dick Tinkham, prawnik z Indianapolis i były kapitan zespołu koszykówki na Uniwersytecie DePauw. Tinkham po latach – w wywiadzie do książki Terry’ego Pluto „Loose Balls” –  nie pozostawiał złudzeń, że w tamtych dniach nikt nie miał pojęcia, co robi:

Nie mieliśmy planu. Żadnego. Chcieliśmy stworzyć drugą ligę koszykówki i zmusić NBA do połączenia się z nami. To był nasz cel. Ale plan? Nie mieliśmy żadnego. Improwizowaliśmy i wymyślaliśmy go na poczekaniu. Jeśli jakaś zasada nam nie pasowała, to ją zmienialiśmy lub ignorowaliśmy. Jeśli ktoś miał jakiś pomysł, nieważne jak głupi, zazwyczaj go próbowaliśmy.

W ten sposób na świecie „pojawiły się” kolorowe piłki, rzut za trzy punkty i konkurs wsadów. A także powołana do życia przez Tinkhama Indiana Pacers, która pierwsze miesiące swojego istnienia „spędziła” w wynajętych pomieszczeniach na tyłach sklepu jubilerskiego. Pierwszym w historii wybranym w drafcie graczem Pacers został gwiazdor uczelni Providance Jimmy Walker. Kiedy kompletnie zignorował nową ligę i podpisał kontrakt w NBA, Tinkham i spółka wreszcie zorientowali się, jak trudnego zadania się podjęli.

W 1967 roku wydawało się, że Indiana Pacers nigdy nie zagrają meczu koszykówki. Podobny los pisany miał być Reggie’emu Millerowi. Kto mógł wtedy przypuszczać, że po latach Miller biegał będzie po parkietach NBA z logiem Pacers na piersi?

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni120 zł

1

Komentarze

  1. @mopearls_15

    30 września 2015 o 20:20

    Uufff…swietny art i kawal swietnej historii.
    Uwielbialem Millera, jego bute i arogancje na boisku, niewazne czy naprzeciwko byl Starks czy MJ, i te jego trojki…ehhh…tluklo sie pozniej bez konca te rzuty na asfaltowym boisku chcac „byc jak Reggie” a nie jak Mike.
    Ale to byly czasy „hej tu enbiej” i troche uluda mlodzienczej wyobrazni oraz lizania NBA przez strone 265 telegazety;)
    Ogladajac te pamietne mecze z Knicks mozna bylo pomyslec,ze to best shooter ever..,kilkanascie lat pozniej przyszly game logi i adv.statsy i czar prysl…

    I’ll miss you Reggie…

    Lubię to: 0
  2. Bubu Zwierz

    30 września 2015 o 20:30

    Przemek znowu w Top formie.

    Dzięki za świetny artykuł i aż zachciało mi się obejrzeć świetne 30for30 ESPNu który jest jak najbardziej wskazany do ww lektury.

    Lubię to: 0
    • @mopearls_15

      1 października 2015 o 09:06

      Mam podobnie.

      NYK z tamtej dekady to moj ulubiony team ever,ale Miller byl wcieleniem „someone you love to hate” i na jakims poziomie kibicowalem mu bo te jego swietne mecze niejako legitymizowaly jakosc tamtych Knicks.

      Tamta koszykowka powoduje u ludzi ogladajacych ja „live” inny rodzaj emocji-z wiadomych wzgledow.
      Jednak na poziomie atletycznym, a przede wszystkim taktycznym to przy dzisiejszej lidze troche mezozoik, choc oczywiscie gracze kalibru „all time” jak Miller czy Ewing dominowaliby i dzis.

      Ps.
      Ogladalem ostatnio ECSF 97 Miami-Knicks i midrange Ewinga to jest chyba najlepszy rzut w historii wsrod wysokich graczy.

      ??

      Lubię to: 0
  3. @mopearls_15

    30 września 2015 o 20:46

    :)
    30for30 z Millerem -klasa, i to jego: „I’m not talking trash,I’m a nice guy”
    Hi hi…

    Lubię to: 0
  4. qbeq

    30 września 2015 o 20:58

    Idealne dopełnienie do 30 for 30, dzięki!

    Lubię to: 0
  5. Angel of Goodness

    1 października 2015 o 08:16

    Jako nastoletni chłopak nie znosiłem go oglądać. Był maksymalnie irytujący. Jak skórka przy paznokciu, piłowany styropian czy włos w zupie, którą trzeba zjeść żeby nie sprawić przykrości mamie. Z tym swoim chudziutkim ciałkiem, zapadniętymi oczkami i wiecznie wyciągniętymi do góry w obronie wątłymi rączkami, na tle pozostałych zawodników, wyglądał jak jeniec obozu koncentracyjnego.
    Prekursor flopu – ale trzeba mu przyznać że robił to świetnie aktorsko. Mordował i upokarzał moich ukochanych Knicksów.
    Ale do cholery to był Killer-Miller.
    Zawodnik z jednym z najlepszych rzutów w historii ludzkości.

    Wtedy mecze oglądałem na małym telewizorku a wyniki sprawdzałem na telegazecie.
    Teraz w salonie stoi 60 calowy telewizor a na biurku trzy monitory.
    Jest internet, zaawansowane statystyki i możliwość obejrzenia powtórek – każdy może zostać analitykiem, rozbijając poszczególne zagrania na 1000 elementów statystycznych.
    Super atletyczni zawodnicy grają nowoczesny, szybki smallball.

    Może to wiek, zagonienie i wieczny brak czasu, a może, mimo tych wszystkich udogodnień wokół, to jednak sama gra sprawia, że oglądanie koszykówki NBA nie daje mi już takiej przyjemności jak za czasów Millera.
    Czegoś brakuje.

    „Kiedyś było lepiej.”

    Lubię to: 0
    • PaulGacol

      1 października 2015 o 11:01

      Trochę rozumiem twój ból egzystencjalny związany z zagadnieniem „kiedyś było lepiej”. Tak to już w życiu bywa że czujemy sentyment do pewnych rzeczy z przeszłości, choć na pozór teraz wszystko jest milion razy lepsze.

      Ale ja nie o tym.. bóle egzystencjalne swoja drogą, ale sposób w jaki przemyciłeś informację o swoim 60 calowym TV i 3 monitorach na biurku wzbudził mój szacunek a nawet (nie boje się uzyć tego słowa) podziw ;)… i do tego masz internet! Niektórym to się powodzi :)

      I’m just kidding :D:D:D

      Lubię to: 0
    • Chyzio

      1 października 2015 o 11:27

      Mam tak samo tylko telewizor mniejszy. Ale to chyba nie jest kwestia koszykówki, bo nic nie sprawia mi już takiej radości jak kiedyś. Popioł i kurz ;)

      Lubię to: 0
  6. Angel of Goodness

    1 października 2015 o 11:32

    Wiesz, wszystko dla dzieci . . . :)
    I tak 90% czasu lecą na nim kreskówki, a ja jak już siądę przed nim o tej
    10 wieczorem to najczęściej za chwilę zasypiam. Tak naprawdę to żona go kupiła a ja dowiedziałem się niedawno że jest aż tak wielki, he he
    Monitory na biurku są do roboty, a ja zamiast pracować czytam blogi o koszykówce, uhhh . . .

    Wiesz, tak naprawdę chodziło mi o to że teraz wreszcie, mam m in lepsze warunki do oglądania koszykówki a nie sprawia mi to aż takiej radochy jak kiedyś.

    Niby produkt lepszy, dopracowany prawie do perfekcji, a jednak brakuje mi tych emocji jakie dostarczała mi NBA w młodości.

    Ględzenie starego piernika, hej

    Lubię to: 0
  7. Paweł Moras

    1 października 2015 o 13:35

    „Ilu spędziło 18 lat w jednym klubie z małego rynku i nie próbowało na starość ścigać tytułu w innym miejscu?
    Tylko jeden. Reggie Miller”.

    WRONG!!! JOHN STOCKTON, BABE. ;-)

    Lubię to: 0
    • tomekmikiciuk@onet.eu

      1 października 2015 o 21:29

      John Stockton nie bił się z Jordanem i Bryantem. Nie ściągał też z trybun Artesta.

      Lubię to: 0
  8. rzepka

    1 października 2015 o 23:02

    Czapka z glow za ten art. Kilka dni temu przedluzalem abonament na 6G i ten tekst potwierdzil mi ze warto bylo wydac kase. Jestes wielki, chyba nawet lepszy niz Maciek :). Taka analogia mi sie nasuwa ze sezon 2014/15 to byl Twoj rok bycia MIP, ale teraz osiagnales juz poziom MVP i bede trzymal kciuki za Ciebie w tym sezonie jak za S. Currego, aby nikt nie mowil ze to fluke i ze wszyscy sa znudzeni dominacja LBJ :D

    Lubię to: 0
  9. rekin

    1 października 2015 o 23:43

    da się napisać ciekawy tekst poza sezonem? da się
    jest o czym? jest

    brawo Przemek!

    Lubię to: 0
    • pwoloszun

      5 października 2015 o 13:43

      Własnie!

      Czy na serio warto poswiecac sierpien na pisanie o dramach Tristana Thompsona i Markieffa Morrisa???

      Lubię to: 0
  10. pwoloszun

    5 października 2015 o 13:31

    Mówcie co chcecie, ale ja zawsze jak słyszę Pacers, w pierwszej chwili widzę przed oczami Reggiego

    Lubię to: 0
  11. PaulGacol

    6 października 2015 o 12:14

    Ale przeciez Spike Lee krzyczal do Reggiego w tym pamietnym meczu, ze w tym meczu byl choke Reggiego, wiec jak pozniej pokazywal mu w odwecie nawiazywalo do konkretnych slow Spike’a.

    Lubię to: 0

Skomentuj