Największy grzech Michaela Jordana


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 4 sierpnia 2015
Kevork Djansezian / AP Photo

Kevork Djansezian / AP Photo

Ty pierdolona cioto! Pieprzone dotknięcie, to nie jest faul, pierdolona cioto! Nie przynoś tutaj tego pedalskiego gówna. Bierz swój pieprzony tyłek z powrotem na parkiet i graj. Nie chcę więcej słyszeć od ciebie tego pierdolonego gówna. Bierz swój tyłek z powrotem i graj cioto!

Była jesień 2001 roku, gdy, zbierający materiały do swojej nowej książki, dziennikarz The Washington Post Michael Leahy był świadkiem powyższej tyrady. Jej autorem był sam Michael Jordan. Ostre słowa kierowane do kolegów z drużyny nie były dla niego niczym nowym. Opowieści o tego typu sytuacjach krążyły po lidze od lat. Wszyscy wiedzieli, że His Airness nie toleruje zawodników, którzy dają z siebie mniej niż 100%. Leahy rozumiał jednak, że tym razem jest świadkiem czegoś więcej i skrupulatnie zanotował wyzwiska, które padły z ust najlepszego gracza w historii. Zrobił to, bo ich adresatem był Kwame Brown – dzieciak tuż po szkole średniej, którego raptem kilka miesięcy wcześniej Jordan wybrał z pierwszym numerem w drafcie.

Tuż po naborze Jordan wydawał się rozumieć, że minie sporo czasu, zanim Brown będzie w stanie rywalizować na najwyższym poziomie:

Nie wiemy, do czego jest zdolny i nie wiemy, kiedy możemy się spodziewać zysków, ale po tym gdy zobaczyliśmy, jak trenuje, wydało nam się oczywiste, że ma umiejętności i pasję. Pochodzi z rodziny, gdzie nic nie było mu dane za darmo. Doszedł do wszystkiego dzięki ciężkiej pracy i marzeniom.

W podobnym tonie wypowiadał się ówczesny trener Wizards Doug Collins:

Nie oczekujemy, że Kwame przyjdzie tutaj i będzie skończonym produktem. Wiemy, że to trochę potrwa, ale nie mam problemu, żeby rozwijać młodych graczy. Jedną z rzeczy, które w nim kocham jest to, że po drugim treningu dla nas spojrzał mi prosto w oczy i powiedział „Obiecuję, że jeśli mnie wybierzecie, nigdy nie będziesz tego żałował”.

Co się zmieniło, że już kilka miesięcy później Brown wysłuchiwał steku wyzwisk? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Trzy miesiące o drafcie Michael Jordan zdecydował, że raz jeszcze chciałby zagrać w NBA. To zaś oznaczało, że Washington Wizards nie byli już zespołem, który ma czas, by spokojnie inwestować w rozwój młodych graczy. Jordan nie chciał być jedynie mentorem dla młodzieży. Chciał wygrywać. I oczekiwał, że ten niepospolity talent, w który zainwestował całą swoją reputację, będzie mu w tym pomagał.

Problem polegał na tym, że Kwame Brown na żadnym poziomie nie był na NBA gotowy. Z każdym dniem mniej osób w klubie miało w tej kwestii jakiekolwiek złudzenia. Pierwsze problemy pojawiły się jeszcze latem, kiedy uszkodził sobie rękę w czasie bójki w klubie. Później przyjechał na obóz przygotowawczy z nadwagą i bez kondycji, tłumacząc, że za radą znajomych chciał przybrać kilogramów, by poradzić sobie ze starszymi graczami. To zaczęło niekończącą się spiralę problemów zdrowotnych. W pierwszym meczu sezonu skręcił kostkę. Wkrótce okazało się, że jego ciało, które robiło tak wielkie wrażenie na skautach, po prostu nie było gotowe na reżim treningowy w NBA. Pierwsze poddały się plecy, kolejne były płuca, które… nie były wystarczająco rozwinięte, bo Kwame nigdy w swoim życiu nie musiał tak ciężko trenować.

Jordan wciąż jednak wierzył lub chciał wierzyć, że jest w stanie sprawić, że chłopak zacznie robić postępy. Od pierwszego dnia wziął go pod swoje skrzydła. Zabierał na obiady, pomagał w wyborze ubrań i zapraszał na wspólne treningi. Jak w książce „When Nothing Else Matters” pisał Leahy:

Wyglądało to tak, jakby Jordan widział w Brownie przyszłą gwiazdę, która zasługuje na to, by mieć z nią bliską relację. „Kiedy przyjechał na obóz, wydawało się, że Kwame zasłużył już w oczach Michaela, by być częścią jego grupy”, mówił jeden z pracowników Wizards, który miał okazję obserwować ich na co dzień. „Więc Michael dopuścił go do siebie. Przynajmniej na jakiś czas”.

Nie minęło jednak dużo czasu, gdy również Jordan zaczął mieć dość nastolatka, który nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Szczególnie, że w tym samym czasie nastolatek ten poczuł się w jego towarzystwie zbyt swobodnie.

Zauroczenie Jordana jego protegowanym zaczęło słabnąć. Wydawało mu się, że Brown jest zarozumiały i czasem nie okazuje mu należnego szacunku, szczególnie gdy nastolatek męczył go pojedynek jeden na jednego, dając mu do zrozumienia, że czeka go klęska. W końcu Jordan zgodził się na mecz. Brown szczerzył się przekonany, że jego młodość i wzrost będą bronią, na którą dwa razy starszy i niższy od niego facet nie będzie miał odpowiedzi. Na początku meczu, myśląc, że udało mu się wytrącić Jordana z równowagi, dzieciak odważył się powiedzieć „ty sięgasz, ja uczę” [org. You reach, I’ll teach]. Jordan się wkurzył. „Ty uczysz, a ja usadzę cię na twoim pieprzonym tyłku”.

Następnie upokorzył Browna, wyśmiewając go, trafiając z każdej pozycji i odmawiając pomocy, kiedy nastolatek upadł na parkiet. Jordan zdecydowanie wygrał i w samej końcówce zaczął wrzeszczeć na Browna, by ten uznał jego wyższość przed całym zespołem: „Lepiej mów do mnie tatusiu matkojebco”.

To był ważny moment, bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej Jordan był zachwycony tym, że dzieciak chce wyzwać go na pojedynek. Przed draftem Wizards zorganizowali trening, na który zaprosili Browna i Tysona Chandlera. Chandler był w tym czasie faworytem do wyboru z numerem jeden. Gwiazdor szkoły średniej Dominguez od lat przygotowywał się do gry w NBA. Miał 15 lat, gdy telewizja CBS poświęciła mu segment słynnego programu 60 minutes. Szybko stał się lokalną sensacją. Każde lato spędzał, grając przeciwko zawodowcom i wierzono, że spośród wszystkich zgłoszonych do draftu graczy ze szkół średnich, to on jest najlepiej przygotowany na NBA.

W czasie treningu obaj gracze wykonywali te same ćwiczenia, by na koniec zmierzyć się w pojedynku jeden na jeden. Przed meczem uśmiechnięty Chandler chciał podać rywalowi rękę, ten jednak nie był w nastroju do koleżeńskich pogaduszek. Jak opowiedział później Sports Illustrated:

To wyglądało, jakby już go trenowali. Krzyczeli „Dajesz Tyson!”, jakby już był ich graczem. Więc wyszedłem na parkiet i go zabiłem. Zabiłem go.

Po imponującym pokazie swoich możliwości Brown podszedł do Jordana i powiedział:

Jeśli mnie wybierzesz, nigdy cię nie zawiodę.

Po czym dodał:

Ciebie też pokonam.

Jordan był zachwycony. Widział w nastolatku siebie samego. On sam przecież mógłby być autorem słów, którego padły z ust Browna w wywiadzie dla New York Timesa:

Ja po prostu lubię rywalizację. Po prostu lubię wygrywać. Jeśli położysz karty na stole, to będę chciał grać i będę chciał wygrać. Jeśli położysz na stole Uno, cokolwiek, Monopoly, będę chciał wygrać. Jeśli więc szukasz kogoś, kto będzie rywalizował, to ja jestem tą osobą.

Jednocześnie Kwame wydawał się mieć dobrze poukładane w głowie i w lidze pełnej młodych graczy pozujących na gangsterów, jego wypowiedzi na temat pieniędzy i stylu życia robiły odświeżające wrażenie i bardzo dobitnie pokazywały, w jakim środowisku się wychował.

Nie noszę biżuterii. Po co? Żeby ludzie byli zazdrośni o to, co noszę i zabili mnie za to? Widziałem takie rzeczy. To się zdarza każdego dnia. Nie jestem tym zainteresowany.

Widziałem chłopaków, którzy zostali zabici przez dziewczyny. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek był wart takiego ryzyka.

Tamten trening i tamte słowa miały być najważniejszym powodem, dla którego Washington Wizards postawili w drafcie na Browna. Jordan był przekonany, że znalazł właśnie nieoszlifowany diament. Wierzył w niego tak bardzo, że odmówił, gdy za pierwszy pick Chicago Bulls proponowali mu Eltona Branda. Tak przynajmniej brzmi najczęściej powtarzana wersja wydarzeń, choć David Falk w swojej książce „Tha Bald Truth” przekonywał, że jego klient był gotowy dokonać tej wymiany, ale został przegłosowany przez resztę zarządu Wizars. Jakakolwiek byłaby prawda, to wciąż Jordan został twarzą tego ruchu. A co za tym idzie na ramiona Kwame Browna spadła wielka presja. Nastolatek zdawał sobie z niej sprawę i tuż po wyborze mówił:

On podjął najprawdopodobniej największe ryzyko w swoim życiu, wybierając z jedynką gracza ze szkoły średniej. Jestem świadomy tego, że jeśli zawalę, to zepsuję jego reputację.

W tamtym czasie wydawało się, że Brown bardzo dobrze rozumie, z czym będzie musiał mierzyć się po przyjściu do NBA. Robił takie wrażenie choćby przez sam fakt, że… do NBA wcale nie chciał przychodzić. Wiedział, że nie jest jeszcze na to wystarczająco dojrzały. Jego pierwszym wyborem była gra dla Billy’ego Donovana na Uniwersytecie Florydy, kiedy jednak na wiosnę 2001 roku świetnie zaprezentował się na dwóch kolejnych meczach gwiazd z udziałem najlepszych graczy szkół średnich z całego kraju, zdał sobie sprawę, że ma szansę na wybór z wysokim numerem draftu. Co więcej zdała sobie z tego sprawę jego rodzina. Brown nie ukrywał, że ostatecznie chodziło o pieniądze. Jego matka zaczęła mieć w tym czasie problemy z plecami i nie mogła pracować i Kwame postanowił się poświęcić. Dokładnie tak to nazywał. „Poświęceniem”. Jak w tej rozmowie z Chrisem Broussardem na potrzeby artykułu do New York Timesa:

Chciałem iść do szkoły. To było poświęcenie się dla mojej mamy. Ona poświęcała się dla mnie przez wiele lat, więc czułem, że powinienem to dla niej zrobić. Zawsze mogę wrócić do szkoły później.

Muszę o nią dbać. Nie możesz dać swojej mamie wystarczająco dużo. To ona zmieniała twoje pieluchy. Jestem jednym z ośmiorga dzieci, a ona nigdy nas nie zawiodła. Zawsze tam była. Nie miała wiele, ale zrobiła, co mogła, z tym co miała. Mojego ojca przy nas nie było, więc musiała być dla nas ojcem i matką. Jest najsilniejszą kobietą, jaką znam.

1,5 miesiąca wcześniej w wywiadzie dla St. Petersburg Times mówił o tym jeszcze dosadniej:

Moja mama mówi mi, żebym podjął swoją własną decyzję i że będzie szczęśliwa, cokolwiek postanowię, ale znam ją. Ludzie mówią jej różne rzeczy. Jeździła tymi wszystkimi limuzynami w czasie meczu gwiazd i widziałem jej twarz. Kochała to. Nie jestem pewny, czy NBA to będzie dla mnie szczęśliwe miejsce, ale zrobię to dla niej.

W tych słowach słychać zwykłego nastolatka, który naprawdę wierzy, że próbuje zrobić dobrą rzecz. Słychać w nich dobrego dzieciaka, który musi mierzyć się z presją. Nie tylko ze strony swojej rodziny.

Kiedy dziennikarze zaczęli opisywać Browna jako sensację i niezwykły talent, w swoim rodzinnym Brunswick na wybrzeżu Georgii z miejsca stał się najbardziej popularnym mieszkańcem. Każdy miał mu coś do powiedzenia. Każdy miał dla niego dobrą radę. Łącznie z lokalną gazetą, która prowadziła internetową sondę zatytułowaną „Co powinien zrobić Kwame?”. Zdecydowana większość czytelników radziła mu, by wybrał szkołę. Problem? W tamtych czasach komputery mieli jedynie bogaci, biali mieszkańcy okolicy:

Komputery, edukacje i pieniądze mają przede wszystkim ludzie z wyższych sfer. Oni nie potrafią mnie zrozumieć. Ludzie, którzy mówią mi, żebym szedł do szkoły, mają pieniądze. Ludzie, którzy mówią mi, żebym przeszedł na zawodowstwo, ich nie mają. Jak możesz mówić, że tu nie chodzi o pieniądze?

Chodziło o pieniądze. W jego głowie chodziło o pieniądze dla matki. W głowach innych ludzi z jego otoczenia zaś rodziły się już myśli o korzyściach dla nich samych. Sąsiedzi, znajomi, dalsi krewni i całkiem obcy ludzie zaczęli nachodzić jego dom, by prosić o przysługi. Lokalni oficjele zapraszali go na różnego rodzaju uroczystości i kazali mu przemawiać. Brunswick to raptem 16-tysięczne miasteczko, w którym prawie każdy chciał przez chwilę poczuć, jak to jest być blisko kogoś, kto odniósł sukces. Wystarczyło zaś, że Kwame odmawiał, a słyszał, że „uważa się za lepszego” i że „myśli, że jest za dobry na swoje rodzinne miasto”.

O absurdzie tamtych dni niech świadczą najlepiej nowo wzbudzone marzenia, o których dziennikarzowi The Washington Times opowiedziało jego rodzeństwo:

W zeszłym roku Tabari zdobywał średnio 3,8 punktu i 2,9 zbiórki na mecz [dla Uniwersytetu Jacksonville]. Mierzy 2 metry wzrostu i grał jako skrzydłowy, ale jest przekonany, że musi zacząć grać jako obrońca, żeby „podnieść swoje szanse w drafcie”.  Po tym, gdy zobaczył, co zdarzyło się jego bratu, Tabari jest przekonany, że mógłby grać w NBA. „Jeśli on może, to ja wiem, że też mogę”, mówi. „Wiem, że mogę”.

Carla, która woli, by nazywano ją jej środkowym imieniem „Yvette”, również wierzy, że ma przyszłość w koszykówce. Nawet pomimo tego, że ma 32 lata. Ma 195 centymetrów wzrostu. Jest rozwiedziona i ma dwójkę dzieci. Pracuje pakując mięso w Smithfield w Virginii, światowej stolicy szynki i chciałaby dostać szansę w WNBA. Jej ostatnie koszykarskie doświadczenie to gra „w jednej z tych małych kobiecych lig w Południowej Karolinie, kiedy była mężatką”.

Reszta jego braci miała bardziej ograniczone wymagania. Wystarczały im pieniądze. Najstarsza dwójka odsiadywała kilkunastoletnie wyroki odpowiednio za sprzedaż narkotyków i napaść i nie miała skrupułów, by naciskać młodszego braciszka. Doug Collins wspominał, że uderzyło go to, że w czasie pierwszych tygodni Browna w Waszyngtonie jego telefon nie przestawał dzwonić:

Telefon dzwonił, a on mówił „To mój brat, który jest w więzieniu i chce pieniędzy”. Myślałem sobie „O mój Boże”.

Kwame pomagał swojej rodzinie, choć jednocześnie podkreślał, że problemy z prawem jego starszego rodzeństwa były dla niego najlepszą lekcją życia:

Dokonali każdej złej decyzji, jakiej potencjalnie możesz dokonać i widziałem, jakie były tego rezultaty. To było jak test, na którym znałem już odpowiedzi. Musiałem jedynie wypełnić puste miejsca. Po prostu robić dokładnie coś przeciwnego niż oni.

Nie było to tak łatwe, jak brzmiało. Jako nastolatek Brown wcale nie był daleko od podążanie drogą, która wydawała się już wtedy klątwą jego rodziny:

Mogłem być już w więzieniu. Wyrosłem w okolicy wielu agresywnych ludzi i jeśli ktokolwiek robił mi krzywdę, biłem go. Zapłatą za wszystko była przemoc fizyczna.

Przemoc była w życiu rodziny Brownów od zawsze. Ojciec Kwame regularnie bił swoją żonę i dzieci, zanim udało im się od niego uwolnić. Ostatecznie wylądował z wyrokiem dożywotniego więzienia za zabicie swojej nowej partnerki. On oczywiście również napisał z więzienia do syna z prośbą o pieniądze. Kwame nie odpowiedział. Wspomnienia tamtych dni nigdy go nie opuściły:

Bił nas wszystkich. Mówił nam: „Oddałem swoje życie diabłu”. Nie mogliśmy powiedzieć słowa o Bogu albo kościele. Podnosił, co akurat miał pod ręką i bił nas. Następnego dnia wracał do domu z pracy z prezentami. Nie wiem, dlaczego. Wydaje mi się, że w ten sposób chciał kupić naszą przyjaźń.

Paradoksem całej jego kariery jest to, że po tego typu doświadczeniach w dzieciństwie i młodości w NBA szybko dorobił się łatki mięczaka. Jak w fantastycznym profilu dla Washington Post w 2002 roku pisała o nim Sally Jenkins:

To, czego nie potrafili dostrzec, to jego wnętrze. Płuca, które były nierozwinięte. Miękkość, która wynikała z tego, że nikt go nigdy nie naciskał, z tego, że nigdy nie mieszkał sam w wielkim mieście i z tego, że nigdy nie żył bez swojej matki. „W środku jest jak papka”, mówi jego pastor z Brunswick John Williams.

Williams wziął Browna pod swoje skrzydła, gdy ten był jeszcze w szkole i rozumiał coś, czego nigdy nie potrafili zrozumieć Michael Jordan i Doug Collins. Kwame był tylko wyrośniętym dzieckiem, które nie miało najmniejszego pojęcia, nie tylko w jaki sposób radzić sobie z wszelkimi oczekiwaniami, które zostały złożone na jego barkach, ale po prostu funkcjonować w dorosłym świecie. Williams mówił o tym jeszcze przed draftem:

On już teraz ma trudności z tym, żeby poradzić sobie z ludźmi, którzy czegoś od niego chcą, a na poziomie NBA to będzie jeszcze trudniejsze. Po raz pierwszy będzie daleko od domu. Będzie musiał znaleźć mieszkanie. Będzie musiał być punktualny. Będzie musiał być odpowiedzialny. Nastolatkowie tacy nie są. Nie wiemy, jaki emocjonalny efekt będzie to miało. Pieniądze nie są lekarstwem na wszystko.

Te słowa były jak przepowiednia. W pewnym momencie jego pierwszego sezonu Wizards zorientowali się, że Brown na każdy posiłek je smażonego kurczaka z jednej z sieci fast foodów. Nie był to jego wybór. Po prostu nie miał pojęcia, gdzie można zrobić zakupy. Jego firma menadżerska wysłała wtedy do niego jednego ze swoich pracowników Richarda J. Lopeza, żeby pomógł mu zorientować się w nowym mieście. Lopez szybko zdał sobie sprawę, że praca, której się podjął, to właściwie opieka nad dzieckiem.

Nauka zakupów była jedynie początkiem. Lopez znalazł Kwame mieszkanie, pomógł kupić samochód, podpiąć kablówkę i zamówić kartę do bankomatu. Opowiadał, że pewnego dnia Brown zadzwonił do niego, mówiąc, że nie ma się, w co ubrać. Lopez zdziwił się, bo wiedział, że jego szafa pełna jest nowych garniturów, które sam pomógł mu kupić. Kiedy przyjechał na miejsce, okazało się, że Kwame nosił każdy po kolei, po czym rzucał w kąt pokoju, nie wiedząc, w jak sposób je wyczyścić i wyprasować.

Collins i Jordan nie mieli obowiązku się tym przejmować. Obchodziło ich jedynie to, co Brown reprezentuje sobą na parkiecie. Na pewnym poziomie rozumieli jednak, że z tym konkretnym nastolatkiem należy obchodzić się nieco delikatniej. To doprowadziło być może do jeszcze gorszej sytuacji. Trener i gwiazdor drużyny zaczęli się bowiem zachowywać bardzo podobnie do ojca Kwame. Jednego dnia krytykowali go i upokarzali, by kolejnego chwalić go w mediach i przekonywać, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Michael Leahy pisał, że Collins potrafił dać Kwame miejsce w pierwszej piątce, by ściągnąć go z parkietu po 12 minutach i po meczu opowiadać, że „nagrodził go, mimo że ten na to nie zasługiwał”. W czasie treningów nieustannie go krytykował, by potem przyznawać przed dziennikarzami, że wie, że powinien podchodzić do niego inaczej:

Prawdopodobnie wykonałem bardzo złą pracę. Widziałem młodego chłopaka z tymi niesamowitymi umiejętnościami i potencjałem i może chciałem od niego za dużo zbyt szybko. Myślę, że jest przytłoczony. Chciałby go podnieść. Chciałbym, żeby znów zaczął czuć się dobrze. Ale musi nauczyć się tej gry. Rozmawiałem z nim niedawno i powiedziałem: Kwame, przepraszam, jeśli w jakikolwiek sposób sprawiłem, że to jest dla ciebie trudniejsze. Nigdy nie trenowałem nikogo prosto ze szkoły średniej. Nie zrobiłem dobrej roboty.

Sally Jenkins w swoim artykule nie pozostawia wątpliwości, że Collins mógł mieć dużo racji w ocenie swojej pracy:

Wydawało się, że Brown nie jest w stanie zadowolić Collinsa. Ten człowiek był tak najeżony jak jego włosy. W jednej chwili był niczym ojciec, w kolejnej krzyczał z niecierpliwości, zanim stawał się kompletnie zimny. Każdy trening był okazją, by popełnić jakiś błąd. Wydawało się, że Collins krzyczał, zanim jeszcze Brown dotykał piłki.

W tym samym czasie do Jordana zaczęło docierać, że Kwame Brown jest zupełnie innym człowiekiem, niż sobie to wyobrażał. Jego niecierpliwość rosła z każdym dniem i wybuchy agresji podobne do tych, który przytoczyłem na wstępie, zdarzały mu się coraz częściej. Brown twierdził, że rozumie, dlaczego jest tak traktowany, ale z jego wypowiedzi wynikało coś jeszcze:

To było trudne. Ale to przecież Michael Jordan. Musisz sobie z tym radzić. Jesteś debiutantem i uczysz się, że nie będziesz dostawał gwizdków. Ale czasem czułem się tam całkiem sam, jakbym był otoczony przez rekiny.

I:

Kiedy tracisz pewność siebie jak ja, część ciebie zaczyna wątpić, czy jesteś dobrym graczem i czy zasługujesz na to, żeby tu być. Jesteś przerażony. Przerażony, by zrobić cokolwiek.

Kolejne kiepskie występy sprawiały, że Brown chciał już jedynie przetrwać do końca meczu bez kolejnego upokorzenia. Na to samo nie mógł jednak liczyć w czasie treningów. Tutaj nie tylko Michael Jordan tracił już do niego cierpliwość. To, co dla Kwame było utratą pewności siebie i zwykłym strachem, dla jego kolegów wyglądało po prostu na zwykłe lenistwo.

W grudniu udało mu się zaliczyć pierwsze double double w karierze, grając przeciwko Timowi Duncanowi i Davidowi Robinsonowi. Wydawało się, że mecz ten mógł być dla niego początkiem zmiany na lepsze. Nic z tych rzeczy, bo Wizards pomimo jego przyzwoitego występu wysoko przegrali. Kolejnego dnia Collins był wściekły i wyładował się, zarządzając ciężki trening. Za ciężki dla Browna. Jak opisała to Jenkins:

Brown nie był w stanie zrobić niczego dobrze. „Nie potrafił złapać piłki, nie potrafił podać, nie potrafił rzucić”, mówił Popeye Jones. W czasie gierki 3 na 3 inni gracze Wizards mocno – specjalnie – go poobijali. „Oberwał całkiem mocno”, mówił Jones. Center Jahidi White przewrócił go na ziemię i upadł na niego. Brown leżał tam oszołomiony i poobijany.

„Wstawaj, nic ci nie jest”, powiedział White.

Collins wciąż nie był zadowolony i zarządził zestaw ciężkich sprintów. Brown się zawahał. „Bolą mnie plecy”, powiedział.

Collins się poruszył. Teraz nastała jego kolej. „Przestań być dzieckiem, dorośnij wreszcie, zacznij grać i zyskaj szacunek swoich kolegów”, wykrzyczał. „Są już tobą zmęczeni. Są zmęczeni tym, że się przewracasz i leżysz. Są zmęczeni tym, że łapiesz się za plecy i za głowę i za paluszek. To ty musisz być w tej szatni i spotkać się z nimi oko w oko”.

Brown wpatrywał się w swoje stopy. „Chcesz grać, czy nie”, Collins stracił panowanie nad sobą. Brak odpowiedzi.

„Złaź z parkietu”, Collins powiedział z obrzydzeniem.

Brown usiadł przy swojej szafce, trzęsąc się i płacząc. To jest to, myślał, ta liga nie jest dla mnie. Jestem straszny. Mój trener myśli, że jestem straszny. Cały zespół myśli, że jestem straszny. Nie umiem grać. Potem wszedł na bieżnię i biegł najszybciej, jak potrafił przez prawie godzinę.

Chwilę później w szatni pojawił się Michael Jordan i zaczął go pocieszyć. Był to jeden z ostatnich razów, gdy chciał jeszcze pomóc Kwame. W tym momencie było już jednak za późno, by ta relacja mogła się poprawić. Brown nigdy nie mógł być pewny, czy ze strony starego gwiazdora czekać będą go miłe słowa czy obelgi, więc zaczął go unikać. Oznaczało to tyle, że nie miał już w drużynie nikogo, z kim miałby regularny kontakt. Nawet dla młodszych graczy był wciąż tylko dzieckiem. Większość wolnego czasu spędzał, grając w gry komputerowe i przestał się łudzić, że uda mu się zakolegować z innymi zawodnikami. Również fizycznie czuł się coraz gorzej. Wkrótce Collins podjął decyzję, by dać mu miesiąc wolnego.

W tym czasie coraz głośniej zaczęło mówić się o tym, że LeBron James może być pierwszym zawodnikiem w historii, który trafi do NBA jeszcze przed skończeniem szkoły średniej. Kiedy New York Times poprosił Browna, by to skomentował, ten w gruncie rzeczy streścił swoje własne doświadczenia:

Zabiją go. Może być świetnym graczem. Słyszałem, że jest naprawdę dobry, ale i tak go zabiją.

Jeśli przychodzisz to po szkole średniej, szczególnie po twoim trzecim roku, to cię zjedzą. Pokażą ci, co znaczy być w tej lidze. Wszyscy będą chcieli wsadzić nad tobą i powiedzieć „witaj w lidze”.

W tej chwili LeBron ma swoją niewinność, ale w tej grze nie ma niewinności. To jest biznes. W tej chwili prawdopodobnie jest gwiazdą w swojej szkole. Tutaj nic nie znaczysz. Z gwiazdy stajesz się nikim. Jesteś obijany na treningach i nie wpuszczają cię na parkiet.

Ale tak to wygląda. Każdego dnia musisz przychodzić do pracy. W szkole średniej ty i twój trener trzymacie się razem. Nie czujesz, jakbyś trenował. Nie trenujesz. Wśród zawodowców masz ciężki mecz albo ciężki trening jednego dnia, a kolejnego musisz wrócić i znów ciężko trenować. Tak to jest. Codziennie musisz trenować. Każdy dzień to praca. To bardzo trudne do zrozumienia dla kogoś ze szkoły średniej. To ciężka praca. Zajęło mi trochę czasu, żeby do tego przywyknąć.

Wciąż się przyzwyczajam. Każdego dnia musisz przychodzić i dawać z siebie wszystko. Twoje ciało boli, nie chcesz już biegać, nie chcesz już robić niczego.

Jego pierwsze miesiące to nie będzie zabawa. Kiedy wychodzisz ze szkoły średniej, chcą cię na siłę doprowadzić do formy. Najpierw musisz zyskać szacunek swoich kolegów z drużyny. Musisz pokazać, że nie jesteś tylko gówniarzem ze szkoły średniej. Będą cię obijali. Będą cię okładali, żeby zobaczyć, w jaki sposób zareagujesz. Będą cię specjalnie faulować i przewracać na ziemię. Nie możesz nic na to poradzić. A potem po meczu będą krzyczeć: „Hej gówniarzu, leć po to czy po tamto”. A ty musisz po to lecieć.

Brzmi jak koszmar? Z pewnością. Ale brzmi też jak narzekanie. Brown mógł twierdzić, że rozumie, że „tak to wygląda”, ale robił też wrażenie, jakby wciąż nie rozumiał, w jaki sposób może odpowiedzieć na takie traktowanie. Nie rozumiał, że najlepszą drogą do tego, by coś zmienić, jest ciężka praca.

Brown wrócił do gry na ostatnie dwa miesiące gry swojego debiutanckiego sezonu i zaczął dawać nadzieje na to, że wreszcie zacznie robić postępy. Nie były to wielkie nadzieje, ale wobec katastrofy, jaką były jego pierwsze miesiące w lidze, wszyscy w Waszyngtonie nawet najmniejszą poprawę brali za dobry omen.

Pierwsze dwa mecze kolejnego sezonu zdawały się wskazywać, że nadzieje te nie były płonne. Brown ponownie przyjechał na obóz przygotowawczy z nadwagą, ale w już w pierwszym spotkaniu zanotował 12 punktów, 18 zbiórek, 5 bloków i 2 przechwyty, by dzień później dołożyć do tego 20 punktów, 6 zbiórek i 6 bloków. Niewątpliwie miał potencjał na gracza NBA.

Wizards wciąż jednak byli przede wszystkim drużyną Michaela Jordana, więc dobre występy Kwame doczekały się jedynie krótkich wzmianek w relacjach ze spotkań. On sam mówił wtedy:

Jestem rok starszy. Założę się, że też nie byliście najlepsi w swojej pracy przez pierwszy rok.

Po dobrych występach przyszły słabsze i tak miało być już przez cały sezon. Po 14 punktach w jednym meczu Brown rzucał tyle samo w czterech kolejnych. Po 20-punktowym występie potrafił skończyć bez punktów dzień później. Doug Collins nie pomagał mu w złapaniu regularności. Wystarczył spudłowany rzut lub niezłapane podanie, by sadzał go na ławce. Często do końca spotkania. W końcu Kwame coraz odważniej zaczął narzekać na takie traktowanie, mówiąc o tym, że w zespole istnieją podwójne standardy i tylko on karany jest za takie rzeczy. Pewnego dnia, schodząc z parkietu po kolejnym nieudanym zagraniu rzucił do trenera krótkie „pierdol się”. Brown nie był już tylko przestraszonym dzieciakiem. Był dzieciakiem, który znów na atak na siebie zaczął odpowiadać agresją.

Z perspektywy czasu bardzo trudno jest ocenić, jak wielki wpływ na późniejszą karierę Browna miał czas spędzony z Michaelem Jordanem i Dougiem Collinsem. To jednak bardzo niszowa co-by-było-gdyby historia, bo Kwame nigdy po prostu nie zyskał w oczach kibiców i ekspertów wystarczająco dużo sympatii, by ci próbowali tłumaczyć sobie, dlaczego jego nigdy nie spełnił swojego potencjału. Wisiała nad nim klątwa wyboru z pierwszym numerem draftu. Do tego dochodzić zaś zaczęły doniesienia o problemach z jego charakterem. Przyczepiano mu etykietkę leniwego, trudnego, „nietrenowalnego” i głupiego. I nie da się ukryć, że Kwame nie zrobił wiele, by ten wizerunek zmienić. Wręcz przeciwnie.

Kiedy w wakacje 2003 roku złapany został za kółkiem po pijaku, jedynie dołożył swoim krytykom argumentów. W trakcie kolejnego sezonu potwierdzał jedynie, że wciąż brak mu dojrzałości. Lub po prostu w ten sposób był pokazywany, bo nie potrafiono już widzieć go w inny sposób. To niesprawiedliwe zjawisko, które musiało dotknąć go przynajmniej w pewnym stopniu. Jego wypowiedzi i zachowania dowodziły z góry przyjętej na temat jego charakteru tezie. I nie potrafiły zmienić tego nawet dobre występy na parkiecie.

Wizards już pod wodzą Eddiego Jordana byli zupełnie innym zespołem, którego najważniejszymi postaciami stali się Gilbert Arenas i Larry Hughes. Brown liczył na to, że wreszcie dostanie większy kredyt zaufania, ale piłka przez większość czasu znajdowała się w rękach dwóch strzelców. Doprowadziło to do konfliktu, którego w mediach Kwame nie był w stanie wygrać.

Brown mówił na przykład:

Jeśli dacie Timowi Duncanowi cztery rzuty, to zobaczycie, jak wyglądać będzie jego linijka statystyczna.

I po innym meczu:

Wydaje mi się, że niektórzy gracze chcą jedynie kolekcjonować numerki. Jeśli spojrzysz na te kilka zwycięstw, które zaliczyliśmy, to zawsze mamy tam ponad 20 asyst. W meczach, które przegraliśmy, mamy zawsze jedną osobę z dobrymi cyferkami, dlatego że rzuca. Nie podajemy piłki. Nie dzielimy się piłką. Nie gramy, jak zespół. Mamy graczy, którzy płaczą i narzekają na ofensywę, a to nie jest koszykówka. Wkurza mnie to.

Wbijał też szpilki po dobrych występach. Jak wtedy, gdy zaaplikował Milwaukee 23 punkty:

Teraz wszyscy mnie doceniają, ale jeśli obejrzysz taśmę, to zobaczysz, że nie robiłem niczego więcej poza staniem w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Moi koledzy penetrowali. Robią to w każdym meczu. Jeśli zawsze penetrowaliby i podawali mi piłkę, w każdym meczu zdobywałbym tyle punktów.

Nie miało wielkiego znaczenia, że Brown miał rację. Kiedy Arenas mu odpowiadał, zawsze pamiętano, kto jest kim i to Kwame wychodził na płaczka i marudę:

To utalentowany dzieciak, ale ma problem z głową. Wszystko jest w porządku z jego fizycznym talentem. Nie możesz jednak w każdych okolicznościach winić innych. Czasem musisz być mężczyzną. W pewnym momencie musisz dorosnąć jako koszykarz w tej lidze i powiedzieć, że to ty zawaliłeś.

I:

Wszyscy dostają tyle samo piłek. Jeśli nie zamieniasz ich na punkty, to nie zamieniasz ich na punkty. Kiedy ostatni raz sprawdzałem, podałem mu 6-7 razy, a on oddał komuś innemu spod samego kosza. Nie wiem więc, skąd mu się to wzięło. Chyba stąd, że nie miał dziś 20 punktów.

To był dopiero 3 sezon w karierze Browna, a już nie miał właściwie żadnego prawa do wypowiadania się w takim tonie. Z prostego powodu. Sam był ogromnym rozczarowaniem i w oczach opinii publicznej nie zasłużył sobie na to, by móc krytykować innych.

W sezonie 2003/04 zdarzały mu się fantastyczne mecze, ale wciąż nie potrafił na dłużej wejść na wyższy poziom gry. W swoim najlepszym występie w karierze w starciu z Sacramento zdobył 30 punktów i 19 zbiórek. W relacji z tamtego meczu Associated Press napisało:

Być może Michael Jordan miał rację…

Wciąż jednak brakowało mu regularności. Dwa dni później przeciwko Atlancie zaliczył 27/11, by w kolejnych dwóch meczach zdobyć łącznie 7 punktów i 10 zbiórek. W całym sezonie notował przyzwoite 11 punktów i 7,4 zbiórki w każdym meczu. To wystarczyło, by Wizards zaoferowali mu przedłużenie kontraktu o wartości 30 milionów dolarów za kolejne 4 lata gry. Kwame nie przyjął tej oferty i już wkrótce miał tego pożałować.

Problemy z kontuzjami znaczyły jego ostatni rok w Waszyngtonie. W między czasie został też zawieszony za odmowę wejścia na parkiet, gdy w czasie jednego ze spotkań dostał ostrą reprymendę od Eddiego Jordana, a w innym prawie pobił się z Brendanem Haywoodem. Nikt nie był zdziwiony, kiedy sezon i jednocześnie swoją przygodę z Wizards zakończył kolejnym skandalem.

W trzecim meczu serii playoffów przeciwko Chicago Jordan ściągnął Browna z parkietu zaledwie po 4 minutach gry i posadził na ławce na resztę spotkania. Wkurzony zawodnik następnego dnia nie przyszedł na trening, tłumacząc się wirusem. Kiedy nie pojawił się również wieczorem, klub postanowił go zawiesić. Brown szybko zaczął twierdzić, że wymyślił chorobę, bo bał się, że… może pobić Gilberta Arenasa, który w jego mniemaniu stał za decyzją Jordana:

To wszystko zaczęło się od tego, że Gilbert powiedział im, żeby nie wpuszczali mnie na parkiet. Nie przyszedłem na trening, bo tylko bym przeszkadzał. Przyznaję, że popełniłem błąd – nie przyjście na trening było błędem – ale nie mogę powiedzieć, że to, co zrobiłbym, gdybym przyszedł, byłoby dobre. Nie przyszedłem, więc nikogo nie uderzyłem. Jeśli kolega z drużyny, pozornie przyjaciel, idzie do trenera i mówi, żeby nie wpuszczał mnie na parkiet, to mogę zrobić mu poważną krzywdę.

Brown twierdził, że Arenas nie podawał mu piłki i naciskał na Jordana z inspiracji agenta Dana Fegana, z którym Kwame nie podpisał umowy. Arenas i Jordan oczywiście wszystkiemu zaprzeczyli. I jakakolwiek była prawda, to znów Brown brzmiał, jakby szukał wymówek swojego zachowania.

Latem Wizards podpisali z Brownem nowy kontrakt i z miejsca wytransferowali go do Los Angeles Lakers. Jeszcze przed sezonem Kwame znów zaczął brzmieć jak ten pewny siebie dzieciak z 2001 roku:

Znów będę bestią. To moje pierwsze lato bez żądnych kłopotów. Nie trafiłem do aresztu za jazdę pod wpływem. Nie złamałem stopy. Nie złamałem drugiej stopy. Już jestem do przodu.

Nie mogę się doczekać nowego sezonu. Jestem szybszy. Jestem silniejszy. Muszę tylko znaleźć rytm. Planuję dobry początek po obu stronach parkietu. Nikt nie może mi odebrać mojego wzrostu, szybkich stóp i nastawienia – niczym u byka. To, co Wizards mówili o moim charakterze to kłamstwo. Czuję, że jestem najpilniej strzeżonym sekretem tej ligi.

Okazało się jednak, że w tym momencie jego kariery były to już jedynie złudne życzenia. Phil Jackson i Kobe Bryant również nie mieli ochoty na to, by być niańkami. Oczekiwali, że weteran z 4-letnim stażem będzie gotów, by pomóc drużynie. I Brown po raz kolejny otrzymał dawkę mieszanych sygnałów. Po najlepszym meczu w barwach Lakers, Bryant publicznie doceniał jego wartość w obronie:

Wykonywał swoją pracę w obronie przez cały rok. Czasem jednak ludzie chcą więcej. Dzisiaj dostali więcej.

W tym samym czasie Jackson regularnie nazywał go „cipką”, a Brian Shaw miał podobno zwyczaj miauczeć za każdym razem, gdy go widział (pussy to również kotek). Kiedy po raz pierwszy powrócił do Waszyngtonu, kibice przywitali go buczeniem i zgotowali owację na stojąco, gdy Sasha Vujacic trafił go piłką w głowę.

Jackson w swojej książce „11 Pierścieni” pisał:

Chwilę po moim powrocie sprowadziliśmy z Waszyngtonu Kwame Browna, mając nadzieję, że dodamy trochę mięśni pod kosz. Wiedzieliśmy, że Kwame był dla Wizards rozczarowującym pierwszym wyborem w drafcie, ale miał 210 centymetrów wzrostu i ważył ponad 120 kilogramów, nieźle grał jeden na jeden i był wystarczająco silny i szybki, by kryć najlepszych wysokich w lidze. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że nie wierzył w swój rzut. W pewnym momencie w meczu z Detroit Kobe podszedł do ławki i zaczął się śmiać. „Równie dobrze możesz posadzić Kwame na ławce”, powiedział. „Właśnie poprosił mnie, żebym mu nie podawał, bo mogą go sfaulować i będzie musiał rzucać wolne”.

To jedyny paragraf, który mu poświęcił. Nie było, o czym mówić, choć przy innej okazji wspominał, że Brown miał dobry wpływ na rozwój Andrew Bynuma w defensywie. W tym momencie jednak Kwame znajdował się już gdzieś na marginesie NBA. Kolejne kontuzje i kolejne problemy z prawem stały się już standardem, więc kiedy w lutym 2008 roku Lakers oddali go w wymianie do Memphis Grizzlies, by pozyskać Pau Gasola, trudno było lepiej wyrazić generalne uczucia kibiców, niż zrobił to dziennikarz ESPN Stephen A. Smith:

Oddali Kwame Browna. Kogo to obchodzi?

(…)

Miast Aniołów powinno się cieszyć. Zorganizujcie paradę już w tej chwili. Nieważne, czy wygracie mistrzostwo czy nie. Ten człowiek był prawdziwą pierdołą. Nie umie grać! To nie jest brak szacunku. Przykro mi, że muszę powiedzieć wszystkim prawdę, że ten człowiek nie umie grać w koszykówkę. Ma małe dłonie. Nie potrafi złapać piłki. Ma złe stopy. Nie potrafi się naprawdę ruszać. Mimo tego, że jest mobilny, tak naprawdę nie wie, co robi. Nie ma ruchów tyłem do kosza, które by pamiętał i potrafił powtórzyć dwa razy z rzędu. Nie potrafi grać. Nie gra w obronie. Nie ma serca i nie ma pasji.

Brown do końca swojej kariery nie zmienił już tej opinii. Choć niespodziewanie szansę postanowiły dać mu dwie osoby, które w pewnym sensie pchnęły jego karierę w tym kierunku. Latem 2010 roku Brown podpisał umowę z Charlotte Bobcats, których właścicielem jest Michael Jordan. Po fatalnych dwóch latach w Detroit nie był to zły sezon w jego wykonaniu. Pomylił się jednak ten, kto spodziewał się, że rozpoczęta 9 lat wcześniej historia znajdzie tu swój happy end. To po prostu nie mogło się wydarzyć, bo jeśli w Kwame Brownie naprawdę drzemał wcześniej ogromy potencjał, to w tej chwili był już dawno pogrzebany w przeszłości.

2 lata później Doug Collins również postanowił dać szansę swojemu dawnemu wychowankowi i lobbował za sprowadzeniem go do Filadelfii. Collins nie tylko chciał Browna w składzie, ale… przekonywał zarząd, by dał mu pięcioletni kontrakt warto 30 milionów dolarów. Szczęśliwie dla 76ers nie udało mu się przeforsować tego pomysłu.

Czyżby Collins czuł aż takie poczucie winy w związku z tym, co działo się w Waszyngtonie? Kiedy Sixers ostatecznie zaoferowali Kwame 2-letnią umowę, mówił:

Myślę, że kiedy ludzie patrzą na Kwame Browna, widzą go jako niewypalony pierwszy wybór w drafcie. My zaś nie podpisujemy go z tego powodu. Trenowałem go w tamtym czasie, gdy miał 19 lat i rozumiem presję, pod jaką się znajdował. Chciałbym wrócić do tamtego czasu i być dla niego lepszym trenerem i lepszym mentorem.

Kiedy kariera Browna w Filadelfii skończyła się po 22 spotkaniach, Collins wciąż twierdził, że wierzy w niego i powtarzał, że miał nadzieję, że uda mu się zbudować wokół niego środowisku, które by mu pomogło. Rzecz w tym, że w tym momencie mówił już o 30-letnim mężczyźnie. Nie o 19-letnim chłopcu.

I ten 30-letni mężczyzna dawno już zapomniał o tamtych czasach, gdy wciąż na czymś mu zależało i obiecywał ciężko pracować. Jak wspominał jeden z lokalnych dziennikarzy Chris Vito:

Zazwyczaj widzieliśmy tylko ostatnich kilka minut treningu, więc było już po wszystkim, kiedy kurtyna szła w górę. W tym momencie gracze najczęściej rzucali wolne. Później część z nich zostawała, żeby jeszcze potrenować kilka rzeczy. Ale nie Kwame. Zawsze był pierwszy w szatni, a potem przynajmniej raz w tygodniu widziałeś go, jak chodził po ośrodku z talerzem pełnym jedzenia w ręku.

Ostatecznie Sixers zwolnili Browna jesienią 2013 roku. Od tego czasu ślad w Internecie po nim zaginął. Żaden zespół nie zdecydował się dać mu kolejnej szansy i wygląda na to, że już nigdy nie zobaczymy go na parkietach NBA. W zamian będziemy go wspominać przy okazji wszelkich zestawień najgorszych wyborów w drafcie w historii. I mówiąc o menadżerskiej karierze Michaela Jordana.

Niewątpliwie Kwame Brown nie wykorzystał swojej szansy w NBA. Warto jednak pamiętać, że jego historia nie składa się wyłącznie z problemów z charakterem. Latem 2001 roku złapany został w pułapkę oczekiwań i presji, które nie były jego wyborem. Czy jego kariera wyglądałaby inaczej, gdyby pieniądze nie były tak istotne dla jego rodziny? Czy wyglądałaby inaczej, gdyby nie został wybrany z pierwszym numerem? Czy wyglądałaby inaczej, gdyby nie został wybrany przez Michaela Jordana… i nie musiał grać u jego boku?

Kwame Brown nie był przygotowany na NBA i nie miał osobowości, która pomogłaby mu lepiej przystosować się do nowego życia. Po drodze popełniał błędy i dokonywał złych decyzji. Jednocześnie jednak ludzie wokół niego i okoliczności, w jakich się znalazł, nigdy nie były jego sprzymierzeńcem. I choć rozumiem, że trudno znaleźć w sobie wyrozumiałość, dla kogoś, kto grając w koszykówkę, zarobił 64 miliony dolarów, to może czasem warto o tym pamiętać.

13

Komentarze

  1. kucio

    10 sierpnia 2015 o 12:34

    Jako fan Bobcats/Hornets nie obrażę się o tekst o Adamie Morrisonie w takim wydaniu jak ten o Brownie!

    Pozdrawiam i 5 gwiazdek poszło!

    Lubię to: 0

Skomentuj