W szalonej głowie Jezusa


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 7 lipca 2015
Joe Cavaretta / newspix.pl

Joe Cavaretta / newspix.pl

To najbardziej płaski rzut, jaki widziałem.

Wychodząc z sali gimnastycznej szkoły średniej w Dalzell w Południowej Karolinie, Jim Calhoun nie miał wątpliwości, że czeka go dużo pracy z chłopcem, którego właśnie po raz miał szansę oglądać na żywo. Oczywiście pod warunkiem, że chłopiec da się przekonać do gry na Uniwersytecie Connecticut. Calhoun wiedział, że chce mieć go w swoich szeregach. Kiepska technika rzutu wcale go nie zniechęcała. Nie zniechęcał go również fakt, że nastolatek miał już na utrzymaniu córeczkę. Dzieciak był po prostu zbyt dobry.

Być może za dobry.

Był rok 1993, gdy Hartford Courant donosił:

(…) pokazuje ogromne atletyczne możliwości. Zdobywa punkty i atakuje obręcz. Ma talent i styl. Jest tak utalentowany, że rzadko musi poświęcać dużo czasu, by rozwijać swoją grę.

Tę historię dzieliło wielu chłopców. „Zbyt” utalentowani, „zbyt” atletyczni nigdy nie musieli się starać. W konsekwencji nigdy nie osiągnęli pełni swojego potencjału.

On jeden zmienił tę historię.

22 lata później ten chłopiec uznawany jest za najlepszego strzelca w historii NBA, jego rzut pokazywany jest młodym adeptom koszykówki jako ideał, do którego powinni dążyć, a jego etyka pracy obrosła legendą.

Ten „chłopiec” do dziś irytuje się, gdy ktoś wspomina o tym, że dostał swój talent od Boga:

Wkurzam się, kiedy ludzie mówią, że Bóg pobłogosławił mnie pięknym rzutem. Mówię im wtedy: „Nie podważajcie pracy, którą wkładam w to każdego dnia. Nie w niektóre dni. Każdego dnia. Zapytaj kogokolwiek, kto grał ze mną, kto najwięcej rzuca. Popytajcie w Seattle i Milwaukee. Odpowiedź brzmi „ja”. Nie dlatego, że to są zawody, ale dlatego, że tak właśnie się przygotowuję.

Moje przygotowania doprowadzają mnie do szaleństwa. Jestem wykuty z niepokoju o bycie przygotowanym i trafianie moich rzutów, gdy na parkiecie nie ma nikogo poza mną. Czasem mam to złe uczucie, jakby coś mnie swędziało, i muszę się go pozbyć. Muszę wyjść na parkiet i trafiać moje rzuty, żeby przestać się tak czuć. Męczą mnie małe rzeczy.

Niektórzy ludzie mają gdzieś, czy trafią rzut z wyskoku albo rzut wolny. Ja wybrałem, by się na tym skupiać. Grałem w bejsbol, futbol i piłkę nożną i byłbym najlepszy w tych sportach, na jakiejkolwiek pozycji, którą bym wybrał, bo tak bym sobie postanowił. Mam umysł, ciało, dwie ręce i dwie nogi – tak, jak miliony innych ludzi, ale wyróżniają się tylko ci, którzy chcą tego wystarczająco mocno.

Nie, Ray Allen nie otrzymał daru z niebios. Jeśli już, został obłożony klątwą. Obsesją, która przez całe życie nie pozwalała mu przejść obojętnie wobec krzywo powieszonego obrazu… lub nietrafionego rzutu. Kiedy miał 8 lat, nie potrafił wyjść z hali gimnastycznej, jeśli nie trafił wcześniej pięciu rzutów lewą ręką z lewej strony i pięciu rzutów prawą ręką z prawej strony. Czasem zdarzało się, że wyganiano go, zanim udawało mu się to zrobić. Wracał wtedy do domu zapłakany, nie mogąc przeżyć tego, że nie pozwolono mu skończyć. I nie rozumiejąc, dlaczego tak bardzo mu to przeszkadza:

Wstydziłem się tego. Kiedy byłem mały, to zawsze pulsowało w mojej głowie i starałem się zrozumieć, kim jestem.

Z czasem nauczył się, że jedyną drogą do uspokojenia swojego umysłu jest porządkowanie świata wokół siebie. Nikt się temu nie dziwił. Ostatecznie był dzieckiem mechanika pracującego w amerykańskiej armii. Porządek, dyscyplina, kontrola – to były pierwsze słowa, które przychodziły na myśl, gdy opowiadał o dzieciństwie spędzonym w bazach wojskowych w USA, Anglii i Niemczech. Rzecz w tym, że wychowanie było jedynie pozornym wyjaśnieniem jego stanu. Dopiero wiele lat później Allen zrozumiał, że za jego zachowaniem stoją niezdiagnozowane zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.

Jeszcze przed przyjściem do NBA mówił:

Poczucie kontroli to właściwie jedyny cel, jaki mam w życiu. Muszę panować na wszystkim i podejmować moje własne decyzje.

Po części z tego powodu, wybierając pomiędzy Uniwersytetami Kentucky i Connecticut, Allen zdecydował się na ten drugi. Rick Pitino wydawał się nie przejmować tak bardzo potrzebami swoich graczy. Istotny okazał się również fakt, że asystent Calhouna Howie Dickenman jako pierwszy zapukał do drzwi domu Allenów, gdy rozpoczął się okres rekrutacji. Było w tym więcej szczęśliwego przypadku niż przemyślanej strategii. Dickenman miał przyjechać później, ale z powodu opóźnień w lotach, zmienił swoją trasę.

To był szczęśliwy przypadek również dla Allena, który w Calhounie znalazł wyrozumiałego motywatora, a w nowych kolegach z drużyny Kevinie Ollie’m i Donnym Marshallu mentorów. To oni zainspirowali go, by zaprzągł swoje obsesje do pracy nad koszykarskim rzemiosłem. Allen zaczął pojawiać się na hali 2-3 godziny przed każdym treningiem. Na efekty nie trzeba było czekać długo. Chłopiec z płaskim rzutem trafiał w kolejnych sezonach 40%, 45% i 47% swoich prób z dystansu. Powtórzenie za powtórzeniem, dzień za dniem, wywalczył sobie wybór z piątym numerem jednego z najsilniejszych draftów w historii.

NBA ze swoim szalonym terminarzem i mieszanką charakterów okazała się trudnym miejscem dla kogoś, kto przede wszystkim pragnie kontroli i porządku. Allenowi nie wystarczały już zwykłe treningi, potrzebował kilkunastu miesięcy, by znaleźć rutynę, która pomogła mu odnaleźć się w tym chaosie.

11:30 – 13:00: drzemka

14:30: obiad (kurczak z ryżem)

15:45 – 16:30: dojazd na halę, rozciąganie i golenie głowy

16:30 – trening rzutowy

Zmieniały się kluby, miasta i hale, ale przez 19 lat ten rozkład dnia meczowego się nie zmienił. To był jego porządek. Musiał to robić. Musiał też siedzieć zawsze na tym samym miejscu w samolocie i parkować na tym samym miejscu na parkingu. Musiał też zawsze wyglądać schludnie i mieć dobrze dobraną garderobę, co podpatrzył u Michaela Jordana i uznał, że jest to element niezbędny, by być jednym z najlepszych.

Nie wszyscy potrafili to zrozumieć. Jego trener w Milwaukee George Karl drwił z niego i nazywał go „Barbie”, twierdząc, że nie ma charakteru, by być wielką gwiazdą:

To świetny gracz, ale za bardzo przejmuje się swoim stylem, efektownymi zagraniami i byciem cool. W koszykówce nie chodzi o bycie cool. To twardy sport pełen rywalizacji i aby wygrywać, musisz być wredny. Musisz być zabójcą, a Ray nim nie jest.

Już w czasach mistrzowskiej drużyny Boston Celtics, Paul Pierce nie umiał pojąć, dlaczego jego kolega zawsze potrzebuje siedzieć w tym samym miejscu:

On jest szalony. Pewnej nocy wsiadł do samolotu i mówi: „Paul siedzisz na złym miejscu”. Odpowiedziałem: „Człowieku, sto miejsc jest wolnych, zostaw mnie w spokoju”.

Allen nigdy nie ukrywał, że robi takie rzeczy. Sam opowiadał historię o tym, jak Antonio Daniels zaparkował na jego miejscu:

Wchodzę i mówię: „Dlaczego stoisz na moim miejscu?”. Udawał, że nie wie, o czym mówię. Tej nocy graliśmy z Knicks. Mam już chyba 40 punktów, ale wciąż jestem wściekły. Daniels podchodzi do mnie, kiedy rzucam wolne i mówi: „Muszę częściej parkować na twoim miejscu”. Trafiam rzut, odwracam się w jego stronę i krzyczę: „Trzymaj się z daleka od mojego miejsca!”.

Czasem wystarczającym powodem zrujnowanego dnia była nawet zmiana w zachowaniu któregoś z kolegów. Nawet tak mała, jak inne wsady wykonywane w czasie przedmeczowej rozgrzewki. Tak, jak wtedy, gdy Paul Pierce bez żadnego wytłumaczenia zaczął robić dunki z obrotem o 360 stopni. Allen nie potrafił tego zrozumieć:

Wygrywaliśmy. Dlaczego zmieniał cokolwiek, skoro wygrywaliśmy?

Dużo poważniejsze konflikty rodziły się, gdy ktoś ingerował w jego rutynę. Jak wtedy, gdy Doc Rivers przeniósł trening rzutowy z poranka na godziny przed meczem. Dokładnie na czas, który Allen rezerwował na swoje prywatne przygotowania.

To wszystko nigdy nie ułatwiało nawiązywania dobrych relacji i budowania chemii w drużynie. Szczególnie, że Ray nie był w stanie nigdy poświęcić swoich przyzwyczajeń:

To czasem się zdarza. Zdarzają się dni na wyjeździe, kiedy chłopaki chcą wyjść wspólnie albo grać razem w karty, a ja mówię: „Ja odpadam”. Czasami muszę oczyścić głowę, wziąć prysznic, porozciągać się i odpocząć.

Jeśli masz zespół, w którym gracze pochodzą z różnych generacji, zdarza się, że masz chłopaków po 22-23 lata, którzy mówią: „Hej, o co chodzi?”. Nie chcę, żeby koledzy z drużyny myśleli, że nie trzymam się z nimi, ale czasem muszę po prostu zrobić swoje rzeczy.

Nawet w czasach „Wielkiej Trójki” w Bostonie jego osobowość zawsze stanowiła problem. Jak wspominał w niedawnym wywiadzie Paul Pierce:

To była dziwna relacja. Na parkiecie byliśmy dobrymi kumplami, ale Ray zawsze robił swoje rzeczy. Taki po prostu był. Nawet kiedy graliśmy razem i jedliśmy całą drużyną obiad, Ray się nie pojawiał. Chodziliśmy na jego imprezy charytatywne, ale on nie przychodził na nasze. (…)

Na parkiecie mieliśmy świetną relację, ale nawet tamtego roku, gdy wygraliśmy, po meczu umawialiśmy się, żeby pójść coś zjeść z grupą starszych graczy i przychodziliśmy ja Kevin i Sam, ale nie Ray. W wielu aspektach ja, Sam i Kevin byliśmy naszą „Wielką Trójką”. (…)

Doszło do tego, że po prostu mówiliśmy: „To przecież Ray. Nie ma się, o co obrażać”.

W tym samym czasie „szalone” metody Allena znalazły swoich zwolenników. Na każdego kolegę zirytowanego jego perfekcjonizmem i brakiem elastyczności znajdował się taki, którego takie zachowanie inspirowało do cięższej pracy. W każdym kolejnym klubie Allen zmieniał kulturę treningu i coraz więcej graczy naśladowało jego nawyki. W Miami doszło do tego, że klub zmuszony był podstawiać trzeci – wcześniejszy autobus, by gracze nie musieli brać taksówek, by pojawiać się na hali wcześniej. Jak opowiadał Erik Spoelstra:

Mieliśmy dwa autobusy, ale Ray przyjeżdżał wcześniej taksówką. Inni gracze zaczęli jeździć z nim. LeBron pojechał kilka razy, Mike Miller, J.J. Birdman. Wtedy powiedzieliśmy: „Zaraz, zaraz, jeśli w tych taksówkach jeżdżą gracze warci miliony dolarów, organizacja musi podstawić dla nich nowy autobus. Przez 18 lat mieliśmy 2 autobusy. Teraz z powodu Raya Allena mamy trzeci. Nazywamy go wczesnym autobusem strzelców.

Allen inspirował, bo uczynił sztukę z trafiania do kosza. Mało kto jednak rozumiał, że wcale nie chodziło o to, by trafiać. Chodziło o to, by nie pudłować:

Nie ekscytują mnie trafione rzuty, bo wiem, że powinienem je trafić. W osłupienie wprawiają mnie pudła. Rzucanie nie jest moją drugą naturą. Jest pierwszą.

Uzależnienie od pracy nad sobą przynosiło Allenowi sukcesy nie tylko na parkiecie. Jego rola w pamiętnym „He Got Game” Spike’a Lee nie bez przyczyny przyniosła mu dobre recenzje krytyków i uznanie reżysera filmu:

Przyjrzeliśmy się wszystkim graczom w lidze i zapytaliśmy sami siebie, kto wygląda, jakby wciąż mógł być w ostatniej klasie szkoły średniej. Wielu z tych zawodników nie chciała przyjść na przesłuchanie. Chcieli, żebym po prostu dał im tę rolę. Powiedziałem: „Nie ma mowy”. Ray przyszedł na przesłuchanie i pracował nad sobą. Zaczął pracę jeszcze 8 tygodni przed pierwszym klapsem. Był świetny.

Ostateczne potwierdzenie tego, że jego rutyna przynosi efekty, przyszło jednak 18 czerwca 2013 roku w meczu numer 6 Finałów NBA pomiędzy Miami Heat i San Antonio Spurs. Ten rzut pamiętamy wszyscy. Rzut nazywany później „cudownym”, „niesamowitym”, „niemożliwym”. Ray Allen nie lubi żadnej z tych nazw. Dla niego bowiem był to po prostu jeden z tysięcy rzutów, jakie oddał w czasie swoich przygotowań.

Nie było niczego niesamowitego w tym, że cofając się w pełnym biegu zmieścił stopy pomiędzy linią końcową i linią rzutów za trzy punkty. Nie było niczego niesamowitego w tym, że w idealnym rytmie wyszedł w powietrze i trafił pewnie do kosza, pomimo bardzo płaskiej trajektorii lotu piłki.

Jeszcze jako młody gracz w Milwaukee Allen wymyślił ćwiczenie, w czasie którego leży na linii rzutów wolnych, po czym wstaje i tyłem biegnie do narożnika, gdzie dostaje piłkę i rzuca za trzy. Kiedy zdziwiony Erik Spoelstra zobaczył je po raz pierwszy, Ray wyjaśnił mu, że przygotowuje się w ten sposób na rzuty po zbiórkach ofensywnych, gdy nie będzie czasu na to, by patrzeć na to, czy znajduje się za łukiem.

Jak mówił Gregg Popovich:

Zrobił to, bo robił to milion razy wcześniej. Całe życie czekał na ten rzut.

Historia Raya Allena, wbrew temu, jak często się ją sprzedaje, moim zdaniem, nie nadaje się na motywacyjną przypowiastkę. Jeśli już miałbym szukać w niej motywacji do pracy nad sobą, to nie szukałbym jej w godzinach, które Allen spędził na sali treningowej. Prawdziwą wartością, którą w niej znajduje, jest bowiem to, w jaki sposób przekuł swoje słabości w siłę.

Wciąż warto pamiętać o tym, że za prawdziwym mistrzostwem nigdy nie stoi jedynie talent. Jeśli zdarza wam się o tym zapominać, powieście sobie gdzieś w widocznym miejscu ten cytat Raya Allena:

Bóg ma gdzieś to, czy umiem trafiać do kosza.

20

Komentarze

  1. Grigory11

    7 lipca 2015 o 18:21

    Panie Kujawiński – świetny tekst!!!

    Lubię to: 0
  2. orson_dzi

    7 lipca 2015 o 19:18

    Prośba ode mnie. Nie pomijajcie zawodników, którzy coś w lidzie znaczyli, a skończyli kariery. Brakowało mi podsumowania po końcu kariery Granta Hilla, a teraz fajnie byłoby poczytać o Shawnie Marionie.

    A czy Allen nie miał jakiegoś lekkiego autyzmu, czy jego przyzwyczajenia, to zwyczajna nerwica?

    Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      7 lipca 2015 o 21:15

      Planuję jakiś większy tekst o Marionie niebawem.

      Lubię to: 0
  3. Olo

    7 lipca 2015 o 19:18

    Szacun Przemo! Niesamowity tekst :)

    Lubię to: 0
  4. Bizkit3

    7 lipca 2015 o 19:36

    Świetny tekst!

    Lubię to: 0
  5. Krzysztof

    7 lipca 2015 o 20:49

    Przemek skądy ty bierzesz pomysły na takie teksty. Jestem pod wrażeniem. Brawo.

    Lubię to: 0
  6. daveknot

    7 lipca 2015 o 21:34

    Ray „Sheldon-Cooper/Adaś-Miauczyński” Allen.

    Przemo, za takie teksty z chęcią cię karnę z 8km na rowerze przy twoim następnym maratonie. Cudo! :)

    Lubię to: 0
  7. RAdek

    7 lipca 2015 o 21:38

    33×5 and counting

    Lubię to: 0
  8. Julius

    7 lipca 2015 o 21:45

    Fajnie, przyjemnie, nietuzinkowo.

    Pachnie sezonem ogórkowym :)

    Lubię to: 0
  9. Tomasz

    8 lipca 2015 o 02:13

    „sami wiecie kto” może być GOAT ale Jesus jest tylko jeden :)

    Lubię to: 0
  10. Wisznu

    8 lipca 2015 o 08:18

    Tekst jak perła w koronie 6g

    Lubię to: 0
  11. sygula@autograf.pl

    24 lipca 2017 o 18:03

    Wiecej takich!

    Lubię to: 0

Skomentuj