Ten pierwszy raz Celtics


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 22 marca 2015
goldenrankings.com

goldenrankings.com

Zanim ktokolwiek się spostrzegł, Ben Kerner leżał już na parkiecie Kiel Auditorium w St. Louis.

A może nie leżał?

Zajście miało miejsce 58 lat temu i dziś trudno z całą pewnością powiedzieć, co wydarzyło się tamtego dnia. Świadkowie są raczej zgodni, że to Red Auerbach wyprowadził cios jako pierwszy. Reszty szczegółów nie można być pewnym. Bob Pettit wspominał, że na jednym uderzeniu się nie skończyło i panowie tarzali się jeszcze przez chwilę po parkiecie. Bob Cousy zarzekał się, że wystarczył jeden prawy hak Auerbacha, by Kerner się wywrócił. Według innych wersji wydarzeń był to lewy prosty, który rozbił nos właściciela St. Louis Hawks.

Wiemy raczej na pewno, co było powodem awantury. Ponownie – w zależności od osoby, który opowiada tę historię, brzmi ona trochę inaczej. Mógł to być Bob Cousy, mógł Bill Sharman, mogli obaj. Ktoś w czasie rozgrzewki zauważył, że kosze zawieszone są nieco niżej niż przepisowe 10 stóp. Auerbach opowiadał później, że jego obrońcy byli zdziwieni, bo nagle okazało się, że są w stanie doskoczyć do obręczy. Oni sami opowiadali o tym w nieco inny sposób. Cousy twierdził jedynie, że „czuł”, że coś jest nie tak.

Tyle wystarczyło, by Red Auerbach zaczął węszyć spisek. Już chwilę później stał pod koszem i wrzeszczał na przedstawicieli Hawks. Marty Blake, człowiek od wszystkiego w klubie, zaczął mierzyć wysokość, na jakiej zawieszona była obręcz, gdy interweniować postanowił właściciel drużyny Ben Kerner.

Dla Kernera koszykówka była pasją. Swoją drużynę prowadził niczym jednoosobowe przedstawienie, w którym zawsze chciał odgrywać główną rolę. Zmieniał trenerów jak rękawiczki, a w czasie spotkań wyzywał sędziów, graczy i trenerów innych drużyn. Klub kupił jeszcze w 1945 roku i od tego czasu zdążył przenieść go z Buffalo do Moline, stamtąd do Tri-Cities i przez Milwaukee aż do St. Louis. Nie miał innego źródła zarobku i choć ledwo wiązał koniec z końcem, Hawks byli jego życiem i był gotów o nich walczyć. Nawet jeśli oznaczało to zostać znokautowanym przez Reda Auerbacha przed pełną widownią podczas próby ratowania honoru swojego klubu.

Były lata 50. i mała bójka przed meczem na nikim nie robiła wrażenia. Kerner z rozbitym nosem wrócił na trybuny, Auerbach powędrował na ławkę, z parkietu starto krew i mecz się rozpoczął. Dopiero kilka dni później liga ukarała trenera Celtics grzywną w wysokości 300 dolarów.

Auerbach znał Kernera bardzo dobrze. Zanim Celtics zaoferowali mu posadę trenera, pracował dla niego w Tri-Cities. Te kilka miesięcy nazwał później „długą, ciężką zimą”. To nie był udany związek, bo obaj pragnęli całkowitej kontroli nad klubem. Przez kilka kolejnych lat nie mogli też udowodnić sobie, kto był lepszy, bo ich drużyny nie odnosiły żadnych sukcesów w playoffach. Być może dlatego właśnie, gdy wreszcie spotkały się w finałach (debiutując tam jako ostatnie z tworzącej ówczesną ligę ósemki), konfrontacja była nieunikniona.

Bill Sharman był przekonany, że Auerbachem kierowało coś więcej niż przedmeczowe emocje:

Wierzę, że chciał nam pokazać, że nie cofnie się przed niczym. Wiedział, że St. Louis to ciężkie miejsce do grania, a kibice byli do nas wrogo nastawieni. Pomimo tego na oczach widowni znokautował ich właściciela.

Nie było w tym grubej przesady. Z trybun Kel Auditorium leciały nie tylko wyzwiska ale też jajka i inne przedmioty. Jeśli jednak Red Auerbach naprawdę próbował wyzwolić w swoich zawodnikach dodatkową motywację, to tego wieczora mu się to nie udało. Hawks wygrali po zwycięskim rzucie Boba Pettita.

To był trzeci mecz finałów w 1957 roku. St. Louis Hawks prowadzili w tym momencie 2-1 i obolały Ben Kerner miał swoją chwilę satysfakcji.

Drogi Bostonu i St.Louis do finału diametralnie się różniły. Paradoksalnie jednak ich początek miał miejsce dokładnie w tym samym momencie, gdy prawie 11 miesięcy wcześniej w Nowym Jorku z drugim numerem draftu Hawks postawili na czarnego centra z Uniwersytetu San Francisco. Center ten nazywał się Bill Russell i już niebawem miał zmienić oblicze koszykówki.

Russell dwukrotnie doprowadził USF do mistrzostwa NCAA i z pewnością nie był w NBA anonimową postacią. Wartość graczy w tamtych czasach wciąż jednak mierzono przede wszystkim ilością zdobywanych przez nich punktów. To był zaś jedyny element koszykarskiego rzemiosła, w którym młody center nie zachwycał. Wielu dziennikarzy twierdziło wręcz, że z tego powodu w lidze zawodowej będzie skazany na porażkę.

Pamiętajmy, że mecze nie były właściwie nagrywane, a właściciele i menadżerowi klubów NBA nie mogli sobie pozwolić na zatrudnianie skautów, którzy jeździliby oglądać młodych zawodników. Pozostawały jedynie statystyki i poczta pantoflowa. Red Auerbach miał dobry kontakt ze sztabem trenerskim USF, gdzie Phil Woolpert preferował bardzo podobny styl gry do Celtics.  Miał też sporo szczęścia, bo w czasie Meczu Gwiazd graczy z ligi akademickich Russell nie zaprezentował się z najlepszej strony. Tam zaś jedyną okazję, by go oglądać, miał właściciel Rochester Royals Lester Harrison. To Royals właśnie dysponowali pierwszym wyborem w nadchodzącym drafcie. Harrison wspominał, że nie był zachwycony tym, co zobaczył:

Oczywiście wiedziałem, kim jest Russell i czego dokonał jego zespół, ale to był pierwszy raz, kiedy go zobaczyłem. Wyglądał jak przybłęda. Nie robił niczego nadzwyczajnego. Jeden z nowojorskich dziennikarzy napisał artykuł, w którym twierdził, że będzie miał szczęście, jeśli w ogóle dostanie się do ligi. Naprawdę miałem uczynić go moim pierwszym wyborem?

Ostatecznie więc Royals jeszcze przed draftem zdecydowali się wybrać obrońcę Sihugo Greena. Wokół ich wyboru z upływem lat narosło wiele historii. Według jednej z nich Russell grał wtedy słabo, bo nie chciał trafić do Rochester. Inna mówiła, że Harrison nie miał po prostu pieniędzy, by mu zapłacić. Jeszcze inne źródła podają, że taki obrót sprawy był wynikiem umowy, którą Royals zawarli z właścicielem Celtics Walterem Brownem. Być może w każdej z tych opowieści jest odrobina prawdy. Można mieć pewność jednak co do jednego. Rochester Royals nie potrzebowali Billa Russella, bo mieli już w składzie innego szalenie utalentowanego centra – Maurice’a Stokesa.

Stokes trafił do ligi rok wcześniej i wydawało się, że to on zostanie pierwszą czarną gwiazdą NBA. Mierzył niewiele ponad 2 metry, ale był wystarczająco dobrze zbudowany, by grać pod koszami i dominować walkę o zbiórki. W tym samym czasie miał też umiejętności typowe dla obrońców. Świetnie kozłował i podawał. Ci którzy widzieli go w akcji twierdzili, że mógł stać się jednym z najlepszych w historii. W swoim pierwszym sezonie notował średnio 17 punktów, 16 zbiórek i 5 asyst w każdym meczu. W kolejnym był już najlepszym zbierającym i trzecim asystującym ligi. Niestety jego trzeci rok gry miał być ostatnim.

W ostatnim meczu sezonu 1957/58 Stokes uderzył głową o parkiet i stracił na chwilę przytomność. W czasie upadku doznał obrażeń, które kilka dni później w czasie lotu powrotnego z pierwszego meczu playoffów spowodowały paraliż całego ciała. Przez kolejnych 12 lat, aż do śmierci, znajdował się pod opieką swojego kolegi z drużyny Jacka Twymana. Nigdy więcej nie wybiegł już na parkiet.

W 1956 roku Stokes był wciąż fantastycznie zapowiadającym się środkowym, więc Royals mogli z czystym sumieniem odpuścić wybór Russella. Pierwsza przeszkoda na drodze Auerbacha do pozyskania swojego wymarzonego gracza została usunięta. Rzecz w tym, że Celtics mieli dopiero szósty wybór w drafcie i nie mogli liczyć na to, że z najlepszego gracza Final Four 1955 zrezygnują kolejne cztery drużyny. Auerbach wpadł więc na zupełnie inny pomysł.

Swój wybór w pierwszej rundzie w ramach tak zwanego draftu terytorialnego wykorzystał na Tommy’ego Heinsohna z uczelni Holy Cross. Do 1965 roku kluby miały prawo zrezygnować z wybierania w pierwszej rundzie, by w zamian zapewnić sobie prawo do gracza z jednej z lokalnych uczelni. W większości miast koszykówka akademicka była po prostu dużo bardziej popularna od NBA, więc liczono na to, że miejscowe gwiazdy przyciągną więcej kibiców.

Heinsohn dziś znany jest jako komentator, który lubi ponarzekać na sędziów. Jeśli już wspomina się go jako koszykarza to raczej w roli twarzy swojej epoki – mało atletycznego, białego, z wojskową fryzurą i z papierosem w zębach. Nie ma znaczenia, że palili wtedy prawie wszyscy, a Heinsohn w swoim pierwszym roku zaliczał średnio 16 punktów i 10 zbiórek i to on – nie Russell – został uznany debiutantem sezonu. Nie ma znaczenia to, co zrobił w meczu numer siedem finałów w 1957 roku.

Uprzedzam fakty. Był mecz numer 7.

Mając w kieszeni Heinsohna, Auerbach podniósł słuchawkę i wykręcił numer. Po drugiej stronie usłyszał głos Bena Kernera. To jego St. Louis Hawks mieli wybierać jako drudzy. Przepisy nie powalały na wymienianie wyborów. Nie mówiły jednak nic o handlowaniu świeżo pozyskanymi zawodnikami. Auerbach miał świadomość, że Hawks nie są zainteresowani Russellem, ale wiedział też, że następni w kolejce są Minneapolis Lakers, którzy poszukiwali następcy George’a Mikana. Jedynym wyjście pozostawało przekonanie Kernera, by wziął Russell, a następnie wymienił go do Bostonu.

Hawks być może chcieliby pozyskać centra USF, gdyby nie ich specyficzna sytuacja. St. Louis wciąż uchodziło za bardzo rasistowskie miasto. „Czarnuchy” i „małpy” dobiegające z widowni były tam codziennością, a czarni gracze nie byli obsługiwani w restauracjach i hotelach. Russell pochodził z Luizjany i choć dużą część życia spędził na zachodnim wybrzeżu, był bardzo świadomy dyskryminacji rasowej w USA. Przed draftem zapowiedział więc podobno otwarcie, że nie chce grać w St. Louis.

Walka o prawa Afroamerykanów dopiero się rozpoczynała. Kilka miesięcy wcześniej Rosa Parks odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie w Montgomery. W następstwie tego wydarzenia kraj usłyszał o Martinie Lutherze Kingu, który został twarzą protestów w tej sprawie. Malcolm X podróżował od miasta do miasta zakładając nowe ośrodki swojej organizacji „Nation of Islam” i w świadomości opinii społecznej pojawić się miał dopiero w kolejnym roku.

Pierwsi czarni gracze pojawili się w NBA w 1950 roku. Nie było to ogromnym  wydarzeniem, bo barierę rasową w zawodowym sporcie 3 lata wcześniej złamał bejsbolista Jackie Robinson. Nie oznaczało to jednak, że Chuck Cooper, Earl Lloyd i Nat Clifton, którzy pojawili się wtedy w lidze, mieli łatwe życie. Pomijając to, w jaki sposób traktowani bywali poza parkietem, trenerzy wciąż nie wierzyli, że Afroamerykanie mogą pełnić w swoich drużynach znaczące role.

Bill Russell był pierwszym przedstawicielem nowej generacji czarnych koszykarzy, którzy znali swoją wartość i rozumieli, że właściciele drużyn nie robią im łaski, zapraszając ich do swoich drużyn. Nie wszyscy biali zdawali sobie jeszcze z tego sprawę. W ten właśnie sposób szanse na pozyskanie go stracili słynni Harlem Globetrotters.

W latach 50. popularni Trotters wciąż przyciągali większą uwagę niż NBA. Wiele klubów zapraszało ich wręcz do swoich hal, mając nadzieję, że przyciągną więcej widzów. Co ciekawe, dla wielu właścicieli drużyn, to właśnie było największą przeszkodą w zatrudnianiu Afroamerykanów. Bali się, że Abe Saperstein, który potęgę swojego zespołu oparł właśnie na czarnych graczach, obrazi się i zrezygnuje z promowanie ligi.

Saperstein był oczywiście zainteresowany Russellem i mógł zapłacić mu więcej niż jakikolwiek klub NBA. Nie docenił jednak intelektu i dumy młodego zawodnika i zraził go do siebie już podczas pierwszych odwiedzin:

Powiedział mi tylko dzień dobry i do widzenia. Rozmawiał tylko z Woolpertem. Opowiadał mu, co Globetrotters mogą dla mnie zrobić i jak dużo pieniędzy mogę zarobić. Nie odezwał się do mnie słowem. Traktował mnie jak idiotę, który nie potrafił zrozumieć, o czym toczy się rozmowa. Zdecydowałem, że nigdy nie zagram dla tego człowieka.

Celtics w oczach Russella byli inni. Pamiętał, że to oni jako pierwsi wybrali w drafcie czarnego zawodnika. Gdy jeden z innych właścicieli zapytał wtedy Waltera Browna, czy nie wie, że gracz, którego chce wybrać jest „kolorowy”, ten powiedział coś, co utkwiło w pamięci Russella:

Nie obchodzi mnie czy jest w paski, w kratkę czy w kropki! Boston Celtics wybierają Chucka Coppera z Dusquene!

Plan Auerbacha był więc już bliski realizacji. Pozostawało zaoferować Hawks wystarczając dużo. Tu znów uśmiechnęło się do niego szczęście. Kerner był szczególnie zainteresowany jedną z gwiazd Bostonu, centrem Edem Macauleyem.

Macauley pochodził z St. Louis i był gwiazda na tamtejszym uniwersytecie. Co więcej był All-Starem, więc pozyskując go Kerner potencjalnie upiekłby dwie pieczenie na jednym ogniu: uczynił drużynę lepszą i wypełnił halę. Auerbach z gotową wymianą udał się więc do właściciela drużyny Waltera Browna. Tu pojawił się kłopot.

Brown był jedną z osób, które stały za powstaniem NBA. Jego rodzina zarządzała Boston Garden i choć jego pierwszą miłością był hokej, to próbował znaleźć sposób na zapełnienie hali w dni, kiedy nie grali miejscowi Bruins. W ten sposób narodzili się Celtics. Choć Brown szybko zakochał się w koszykówce, nie miał wielkiego pojęcia  o zarządzaniu klubem i w ciągu pierwszych pięciu lat swojego istnienia zespół przyniósł prawie pół miliona dolarów strat. Aby uratować drużynę, zastawił dom i sprzedał swoje udziały w rewii na lodzie. Do interesu dołożył się również Lou Pieri, który właśnie zlikwidował inny zespół Providence Steamrollers. Jest to o tyle istotne, że to on właśnie miał zarekomendować Brownowi Reda Auerbacha.

W przeciwieństwie do Kernera, Brown był gotów oddać kontrolę nad klubem w ręce swojego nowego trenera. Miał jednak jedną cechę, która mogła pozbawić Celtics szans na pozyskanie Billa Russella. Choć miał wybuchowy charakter i regularnie wrzeszczał na swoich graczy, to był też człowiekiem honoru. Auerbach wspominał, że wszystko załatwiali na słowo i nigdy nie musiał podpisywać żadnego kontraktu. Zawodnicy uwielbiali go, bo nigdy nie kłamał. Kiedy więc pojawiła się możliwość wymiany, zanim podjął jakąkolwiek decyzję, udał się wprost do Eda Macauleya i zapytał go, czy ten zgadza się na zmianę klubu.

Wiem, że Red bardzo chciał dokonać tej wymiany i zrobiłby awanturę, ale Walter Brown nie pozwoliłby na nią bez mojej zgody.

Macauley zgodził się, bo jego mały synek cierpiał na porażenie mózgowe i chciał leczyć go w swoim rodzinnym St.Louis. Wydawało się, ze Auerbach dopiął swego, ale Kerner zdążył się już zorientować, jak bardzo Celtics zależy na Russellu i w ostatniej chwili poprosił o jeszcze jednego gracza. Miał nim być Cliff Hagan.

Hagan był gwiazdą pod okiem legendarnego Adolpha Ruppa na Uniwersytecie Kentucky, z którym w 1951 roku wygrał turniej NCAA. Jako senior nie mógł jednak grać, bo jego drużyna została wykluczona z rozgrywek w wyniku olbrzymiego skandalu z ustawianiem spotkań. Nikt w NBA nie mógł być więc pewny, jak dobry zawodnikiem będzie. Celtics wykorzystali na niego swój wybór w trzeciej rundzie w 1953 roku, ale Hagan zdecydował się wrócić do Kentucky, by rozegrać jeszcze jeden sezon w barwach Wildcats. Jego fantastyczne występy potwierdziły jedynie, że Auerbach znów miał nosa. Jego debiut w NBA został jednak ponownie odsunięty, gdy powołano go na dwa lata do armii. W momencie wymiany do Hawks, Hagan był więc już 25-letnim debiutantem. To ułatwiło Auerbachowi decyzje, bo nie miał pojęcia, że oddaje właśnie przyszłego członka Galerii Sław.

W ten sposób Bill Russell trafił do Boston Celtics.

Z perspektywy 11 tytułów mistrzowskich z całą pewnością możemy powiedzieć, że Red Auerbach ubił fantastyczny interes. W 1956 roku sprawa nie była jednak wciąż tak jasna, a jak pokazały kolejne lata Hawks wcale nie byli w tej wymianie przegranymi. Boston i St. Louis mieli spotkać się się w finałach cztery razy w ciągu kolejnych pięciu lat.

Po latach rywalizacji obu drużyn próbuje się często nadać podtekst rasowy. Fakt, Russell nie był chętny, by grać w St. Louis. Fakt, Ben Kerner chciał zadowolić swoją publiczność, więc niechętnie zatrudniał czarnoskórych graczy (w 1958 roku Hawks wygrają mistrzostwo jako ostatnia całkiem „biała” drużyna). W gruncie rzeczy jednak łatka rasistowskiego klubu przylgnęła do nich dopiero kilka lat później.

W drafcie w 1961 roku Hawks w pierwszej rundzie zdecydowali się postawić na czarnego obrońcę Cleo Hilla. Hill atletycznie wyprzedzał swoje czasy (pisano nawet o tym, że dunkował z linii rzutów wolnych) i miał potencjał, by stać się jedną z największych gwiazd ligi. W swoim debiucie rzucił 26 punktów, a trener Paul Seymour dał mu na parkiecie wolną rękę. To miało nie spodobać się weteranom z Bobem Pettitem i Cliffem Haganem na czele, którzy zaczęli protestować, a następnie po prostu przestali podawać do debiutanta. W tej sytuacji Seymour zapowiedział grzywny dla każdego, kto będzie ignorował Hilla. W odpowiedzi na to starsi zawodnicy udali się prosto do Bena Kernera, który nie wahał się zwolnił trenera. Od tej pory Hill grywał już tylko ogony i po sezonie został zwolniony. Żaden inny zespół nie dał mu już szansy.

Pettit w swojej autobiografii nazwał tę sytuację „najbardziej nieszczęśliwym incydentem w swojej karierze”. Hagan twierdził po prostu, że Hill był za słaby. Podtekst rasowy zawsze jednak wisiał już w powietrzu. Nawet jeśli sam Hill mówił:

To nie był rasizm. Chodziło o punkty.

Marty Blake próbował zaś później tłumaczyć:

Cleo Hill zgubił się gdzieś po drodze. Nie wiem, czy był zniechęcony, czy też czuł, że nie został potraktowany sprawiedliwie. Faktem jest, że w swoim drugim roku miał swoje szanse. Nie wiem, co się z nim stało. Był cieniem samego siebie.

Kto zaoferowałby mu miejsce w składzie, jeśli myślałby, że jest wystarczająco dobry. Do tej ligi wzięliby mordercę, jeśli umiałby grać.

Oczywiście nigdy nie dowiemy się już, co naprawdę działo się w St. Louis w tamtym sezonie. Zarzucając Benowi Kernerowi i graczom Hawks rasizm warto jednak pamiętać o kilku rzeczach. Ben Kerner zanim przeniósł się do St. Louis wraz z Lesterem Harrisonem jako pierwszy złamał barierę rasową w amerykańskim sporcie.  Niewiele osób o tym pamięta, bo działo się to jeszcze w lidze NBL. Kiedy Harrisson postanowił zatrudnić dwóch czarnych graczy Dolly’ego Kinga i Popa Gatesa. Kerner wyszedł z inicjatywą, którą miała mu to ułatwić. Jak wspominał Harrison:

Ben powiedział „Les, będziesz cierpiał z powodu tych dwóch chłopaków. Pozwól mi wziąć jednego z nich do siebie, wtedy będziemy w tym razem i będziemy silniejsi, jeśli pojawią się kłopoty”.

Był rok 1946 i Jackie Robinson dopiero kilka miesięcy później miał zadebiutować w barwach Brooklyn Dodgers, więc z pewnością był to akt dużej odwagi.

Zaledwie rok po Cleo Hillu w St. Louis pojawiły się dwie czarne gwiazdy w osobach Lenny’ego Wilkensa i Zelmo Beaty’ego. Hawks tamtych czasów nie byli więc do cna zepsutym rasistowskim klubem, jak chce się ich często przedstawiać.

Podobnie Celtics nie byli krystalicznie święci w tej kwestii.

W finałach 1957 roku grał tylko jeden czarny zawodnik – Bill Russell. Poza nim Celtics byli również „białym” klubem. Dopiero w kolejnych lata dołączyć do niego mieli jego kolega z San Francisco K.C. Jones i Sam Jones. Pierwszy sezon Russella nie był też pozbawiony problemów na tle rasowym. Red Auerbach rozumiał to i starał się pokazać mu, że kolor jego skóry nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, ale większość zawodników nigdy nie grała w drużynie z Afroamerykaninem i nie do końca wiedziała, jak ma się zachowywać. Russell stał więc na początku gdzieś z boku i nie integrował się z resztą kolegów. Nie pomógł mu fakt, że dołączył do klubu dopiero pod koniec grudnia (wcześniej grał w reprezentacji na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne). Bostoński klimat w kwestiach rasowych nie różnił się też bardzo od tego, co działo się w St. Louis. Co najwyżej było w nim więcej hipokryzji. Miejscowi Red Sox zatrudnili czarnego gracza dopiero w 1959 roku – jako ostatni zespół w całej lidze.

Boston Celtics podczas pierwszych sześciu sezonów pod wodzą Reda Auerbacha zawsze wygrywali minimum 50% spotkań i mieli czołową ofensywę ligi. Drużyna nie była jednak w stanie awansować do finałów NBA. Celtics grali szybko i zdobywali bardzo dużo punktów, ale nie posiadali graczy podkoszowych, którzy pomogliby im w walce na tablicach. Liga zdominowana była przez George’a Mikana i jego Minneapolis Lakers i Auerbach zdawał sobie sprawę, że bez wybitnego centra nie ma szansy na sukces. Dokładnie z tego powodu jego pierwszą ważną decyzją było… niewybranie w drafcie Boba Cousy’ego.

Cousy był gwiazdą uczelni Holy Cross i miejscowe media i kibice nie potrafili sobie wyobrazić, by mógł grać w jakimkolwiek innym mieście niż Boston. W tym samym czasie Auerbach nie był zachwycony jego „popisami” i zdecydował się przeznaczyć swój pierwszy wybór na centra Charlie’ego Share’a. Cousy wybrany więc został jako trzeci przez – a jakże – Bena Kernera i jego Hawks. Być może więc historia potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby nie to, że Bob Cousy był bardzo obrotnym młodym człowiekiem. Tuż po skończeniu szkoły otworzył  stację benzynową i szkołę nauki jazdy. Interes szedł na tyle dobrze, że najzwyczajniej w świecie nie był zainteresowany grą w koszykówkę, jeśli miało to oznaczać, że musiałby opuścić Boston. Hawks, nie mogąc podpisać z nim umowy, sprzedali go do Chicago Stags. Klub ten upadł miesiąc później i nagle Cousy był bez klubu. Nie to, żeby szczególnie się tym przejmował:

Spędziłem lato 1950 ucząc prowadzić starsze panie. Pewnego dnia zadzwonił do mnie jeden dziennikarz, mówiąc, że Tri-Cities sprzedali mnie do Chicago. Powiedziałem, że nie mam z tym problemu. Nie miałem grać w Chicago ani jakimkolwiek innym mieście poza Bostonem. Miesiąc później zadzwonili do mnie i powiedzieli, że klub z Chicago upadł. Sezon jeszcze się nie rozpoczął, a ja byłem już w dwóch zespołach i najwyraźniej zmierzałem do trzeciego.

Pozostałe drużyny dostały możliwość przejęcie graczy Stags i wydawało się, że tym razem Auerbach nie będzie miał już wyboru i weźmie Cousy’ego. Nic z tych rzeczy. Na „rynku” było jeszcze dwóch obrońców Max Zaslofsky i Andy Phillip (najlepszy asystujący ligi poprzedniego sezonu) i to oni znajdowali się na celowniku Celtics. O ich usługi ubiegali się również Knicks i Warriors. Nie mogąc się dogadać, ostatecznie zdecydowali się na wrzucenie ich nazwisk do kapelusza i ciągnięcie losów.

Bob Cousy trafił do Boston Celtics, bo Red Auerbach przegrał losowanie.

Pierwszy element mistrzowskiej dynastii Boston Celtics znalazł się w zespole przez absolutny przypadek i niejako wbrew trenerowi. Kolejne były już jednak częścią genialnego planu.

Auerbach chciał grać szybko. Cousy był stworzony do gry w kontrataku, potrzebował jednak partnera w zbrodni. Tym już wkrótce stał się Bill Sharman. Było to zaskoczenie dla całej ligi, bo Celtics by go pozyskać oddali tego samego Charlie’ego Share’a, którego jeszcze rok wcześniej wybrali zamiast Cousy’ego. Sharman zaś grał na zapleczu Brooklyn Dodgers w bejsbol i z tym sportem chciał związać swoją przyszłość. Auerbach przekonał go, że jego miejsce jest w koszykówce.

Cousy i Sharman stworzyli wspólnie jeden z najlepszych backcourtów w historii ligi. Obaj wyprzedzili swoją epokę. Cousy był genialnym podającym, który zrewolucjonizował grę na swojej pozycji. Sharman był prototypowym rzucającym obrońcą, który w ciągłym ruchu szukał wolnej pozycji do rzutu. Jako pierwszy również zaczął stosować poranne treningi rzutowe i programy treningowe, zadziwiając rywali swoim przygotowaniem fizycznym.

W 1954 roku NBA zdecydowała się na wprowadzenie zegara 24 sekund. Pomysłodawcą był właściciel Syracuse Nationals Danny Biasone. Dziś wydaje się to czymś oczywistym. Wtedy była to rewolucja, która uratowała koszykówkę. Sprawiła też, że nagle szybki styl gry preferowany przez Reda Auerbacha zaczął przynosić jeszcze lepsze efekty. Problem polegał jednak często na tym, że aby wyprowadzić szybki atak, należało najpierw zebrać piłkę na własnej tablicy. Z tym zaś Celtics wciąż mieli ogromne problemy.

W tym samym czasie Hawks pogrążeni byli w kompletnym chaosie. W ciągu pięciu lat Kerner przetestował sześciu różnych trenerów. Kolejne wysokie wybory w drafcie okazywały się zaś niewypałami. Wszystko zaczęło zmieniać się, gdy w 1954 roku do St. Louis trafił wybrany z numerem drugim draftu Bob Pettit.

Pettit szybko stał się jedną z największych gwiazd ligi. Już w swoim drugim sezonie zdobył nagrodę MVP i był najlepiej punktującym i zbierającym graczem NBA. Żył na atakowanej tablicy i linii rzutów wolnych, ale równie groźny był jego rzut z wyskoku. W tamtej epoce nie było lepszego silnego skrzydłowego.

Hawks wciąż jednak przegrywali. Słynny z późniejszych sukcesów z New York Knicks Red Holzman wytrwał rekordowe 2,5 sezonu zanim Kerner stracił cierpliwość w połowie sezonu 1956/57. Po wymianie z Knicks i pozyskaniu Macauleya i Hagana oczekiwania w klubie były ogromne, tymczasem drużyna miała bilans 14-19 i miejsce w playoffach wydawało się oddalać.

Kerner nie chciał szukać trenera na zewnątrz i zaproponował tę rolę Pettitowi. Ten nie był chętny, więc właściciel próbował namówić do tego kolejnych graczy. W końcu zmusił do tego Slatera Martina. Martin był jednym kluczowych wzmocnień przed sezonem. Przed przyjściem do St. Louis zdobył cztery tytuły mistrzowskie w roli rozgrywającego Lakers i Hawks liczyli na jego zdolności przywódcze i umiejętności dostarczania piłki wysokim.

Martin spełniał oczekiwania na parkiecie, ale nie był zadowolony ze swojej nowej roli. Zaczął więc namawiać Kernera, by dał szansę Alexowi Hannumowi. Hannum miał już 33 lata i grzał koniec ławki. Był jednak jednym z najtwardszych graczy w zespole i – przede wszystkim – był zainteresowany karierą trenerską. Kerner nie chciał się zgodzić, bo… całkiem otwarcie go nie lubił. W tamtym czasie nie mógł się jeszcze domyślać, że aż do końca lat 60. tylko Hannum będzie w stanie złamać hegemonię Reda Auerbacha.

Ostatecznie właściciel ugiął się po namowami Martina. Pod wodzą Hannuma Hawks nie zaczęli nagle wygrywać, ale nowy trener dokonał jednej kluczowej zmiany, która miała zaprocentować już w niedalekiej przyszłości. Przestawił Cliffa Hagana na jego naturalną pozycję niskiego skrzydłowego. Jak wspominał Bob Pettit:

Złamałem rękę i musiałem opuścić kilka tygodni, więc Alex dał Haganowi szansę. Hagan jako obrońca był jak ryba wyciągnięta z wody i mówiło się nawet o tym, że może zostać zwolniony. Wszyscy poza Alexem Hannumem twierdzili, że Hagan jest za niski, żeby grać jako skrzydłowy, a on okazał się fantastyczny w tej roli. Trudno powiedzieć, co by się z nim stało, gdyby nie Alex.

Hagan miał niewiele ponad 190 centymetrów wzrostu, ale dysponował świetnym rzutem hakiem i był też jednym z najtwardszych graczy w lidze. Poza parkietem zdawał się być dystyngowanym dżentelmenem, który grywał na pianinie i kolekcjonował antyki. Na nim zamieniał się w zabijakę, który radził sobie z dużo większymi zawodnikami.

Hawks zakończyli sezon z bilansem 34-38 – zaledwie o 3 wygrane lepszym niż najgorsi w lidze Rochester Royals. To jednak wystarczyło do zajęcia ex aequo pierwszego miejsca w dywizji zachodniej. Taki sam bilans mieli Pistons i Lakers i zgodnie z zasadami o ostatecznej kolejności zadecydowały mecze barażowe. Hawks wygrali oba, co dało im bezpośrednią przepustkę do finałów dywizji, gdzie bez straty meczu uporali się ponownie z Lakers.

Celtics nie mieli takich problemów. Zanim jeszcze Bill Russell dołączył do drużyny, mieli już bilans 16-8 i zdecydowane prowadzenie w lidze. Russell zadebiutował tuż przed świętami 1956 roku w meczu z – a jakże – St. Louis Hawks. To była pierwsza zapowiedź tego, co zdarzy się w finałach. Hawks przed rozpoczęciem czwartej kwarty prowadzili szesnastoma punktami, ale ostatecznie przegrali 93-95 po rzucie Billa Sharmana w ostatniej sekundzie. Russell miał 6 punktów i 16 zbiórek. W czwartej kwarcie przedstawił się Bobowi Pettitowi blokując trzy jego rzuty.

Podopieczni Reda Auerbacha zakończyli sezon z najlepszym bilansem w lidze i podobnie jak Hawks awansowali do finałów bez przegranej w playoffach. Tam nie miało być już jednak tak łatwo. Zanim jeszcze Ben Kerner zszedł z parkietu z rozbitym nosem, jego drużyna zszokowała Celtics w Bostonie wygrywając po dwóch dogrywkach dwoma punktami. Pettit miał 37 punktów, Sharman 36, ale Russell musiał opuścić parkiet z powodu fauli.

Celtics udało się pozbierać w wygranym 20 punktami meczu numer 2. Ten należał do rezerwowego Celtics Franka Ramseya. Ramsey uznawany jest dziś za pierwszego oryginalnego szóstego gracza. Auerbach dawał mu wolną rękę i wręcz nakazywał rzucać, gdy tylko dochodził do piłki. Jego koledzy na ławce często zakładali się, ile czasu będzie potrzebował, aby oddać pierwszy rzut. Tego dnia nikt nie rzucił więcej punktów.

Mecz numer 3 w St. Louis postawił Celtics pod ścianą. Choć Hawks wygrali dwa mecze różnicą zaledwie czterech punktów, to mieli przed sobą kolejne spotkanie na własnym terenie i szanse na objęcie zdecydowanego prowadzenia w serii. Na to jednak nie pozwoli już Bill Russell, który po meczu numer cztery obwieścił światu, że odkrył sekret grania przeciwko Hawks. 17 punktów i 20 zbiórek to jego najlepszy do tej pory mecz finałowy.

Na kolejny mecz seria powróciła do Bostonu i wydawało się, że Russell wiedział, co mówi, bo Celtics ponownie zdmuchnęli Hawks z parkietu. Cousy zaliczył 21 punktów i 19 asyst, Russell dołożył 14 punktów i 23 zbiórki. Bob Pettit zaliczył kolejny świetny występ, ale wydawało się, że jego drużynie nie pomoże już nawet własna hala.

Hawks nie mieli zamiaru pozwolić, by ta seria skończyła się zbyt szybko. Pettit trafił tylko 8 z 24 rzutów, ale aż 22 razy stawał na linii. Z drugiej strony kolejny wielki występ zaliczył Russell, który od meczu numer cztery pokazywał, co czeka ligę w ciągu następnych kilku lat. Tym razem jego 17 punktów i 23 zbiórki nie wystarczyły. Zwycięskie punkty dobitką w ostatnich sekundach zdobył Cliff Hagan. Gracze Celtics jeszcze długo po końcowej syrenie kłócili się z sędziami, twierdząc, że na zegarze pozostał jeszcze czas, by mogli rozegrać ostatnią akcję. Swoją wyższość musieli jednak udowodnić w meczu numer siedem w Bostonie.

To tutaj właśnie rozpoczęła się legenda Billa Russella, który nigdy nie przegrał meczu numer siedem. Nigdy też nie był bliżej. Przed meczem był tak zdenerwowany, że do uspokojenia nie wystarczyły nawet jego rytualne wymioty w szatni. Ponoć zastanawiał się, czy w ogóle pojawić się na parkiecie od pierwszej minuty spotkania. Cousy i Sharman trafili razem zaledwie 5 z 40 rzutów. Ten pierwszy w kluczowym momencie meczu nie dorzucił też do obręczy z linii rzutów wolnych.  Russell zaliczył 19 punktów i 32 zbiórki. Dużo ważniejsza była jednak jedna z jego akcji pod koniec czwartej kwarty. Tommy Heinsohn nazwie ją potem „najwspanialszym zagraniem w historii koszykówki”:

Russell był z przodu, próbując złapać podanie od Cousy’ego. Nie był w stanie uzyskać pełnej kontroli nad piłką i jego próba wsadu odbiła się od obręczy, a on siłą rozpędu wpadł na konstrukcję podtrzymującą kosz. Zbiórka doleciała do linii rzutów wolnych i wystarczyło jedno podanie, żeby Coleman był sam na sam z koszem i mógł wyprowadzić ich na prowadzenie. Ja byłem po drugiej stronie parkietu i nie miałem szans go złapać, kiedy nagle Russell przeleciał tuż koło mnie, jakbym się nie ruszał. Dogonił Colemana i zablokował jego rzut. To uratowało nam mistrzostwo.

Heinsohn grał mecz życia, zaliczając 37 punktów i 23 asysty, ale po drugiej stronie 39 punktów i 19 zbiórek miał niezawodny Pettit. W regulaminowym czasie gry nie udało się rozstrzygnąć wyniku. Remisem zakończyła się również pierwsza dogrywka. O tytule mistrzowskim zadecydowała dopiero druga dogrywka siódmego meczu serii.

Na 2 sekundy przed końcem Celtics prowadzili dwoma punktami. Hawks wyprowadzali piłkę spod własnego kosza i wydawało się, że wszystko jest już stracone. Alex Hannum miał jednak plan. Ed Macauley opowiadał później:

Alex powiedział „dobra, ja wprowadzę piłkę do gry. Pettit, chcę, żebyś stał na linii rzutów wolnych. Rzucę piłkę przez całe boisko w ich tablicę. Ty ją zbierzesz i dobijesz do kosza”. Dokoła Hannuma stało dziewięć osób i wszyscy kiwaliśmy głowami, jakbyśmy wiedzieli, o czym mówi. Wszyscy jednak myśleliśmy to samo. Alex miał problemy z trafieniem w tablicę z pięciu metrów, więc w jaki sposób ma zamiar trafić ją z prawie trzydziestu?

Szalona część tej historii? Alex Hannum trafił w tablicę, a odbita piłka trafiła prosto w ręce Boba Pettita. Jego rzut wytoczył się z obręczy…

Ten jeden raz Red Auerbach nie zapalił swojego cygara zwycięstwa. Nie miał kiedy. Był kwiecień 1957 i Boston Celtics po raz pierwszy w swojej historii zdobyli mistrzostwo NBA. Reszta ligi powoli zaś zaczęła orientować się, że ten dumny center, który nie umie rzucać na ich oczach zmienia definicję tego, czym jest koszykówka.

Celtics zdobyli 10 z 12 kolejnych tytułów. Dwa pozostałe przypadły w udziale drużynom trenowanym przez Alexa Hannuma. W 1958 roku Hawks dokonali rewanżu, choć fani z Bostonu do dziś przypominają, że Bill Russell grał z kontuzją. W 1967 „swój” tytuł wydarł Wilt Chamberlain z Philadelphią Warriors.

Bob Pettit zakończył swoją karierę w St. Louis, wciąż będąc w pełni formy. Okazało się, że jeden z banków zaproponował mu dobrą pracę. Był rok 1965 i takiej okazji nie można było przepuścić. Niebawem Kerner z olbrzymim zyskiem sprzedał klub, który niebawem został przeniesiony do Atlanty. W ciągu 18 sezonów, gdy był właścicielem, zatrudnił… 17 różnych trenerów.

Za kilka tygodni Hawks i Celtics ponownie mogą zmierzyć się w playoffach. Na takie emocje nie mamy jednak, co liczyć. Żaden trener nie wejdzie na parkiet, by przyłożyć właścicielowi drużyny przeciwnej. Te chwile żyją już tylko w opowieściach sprzed lat.

3

Komentarze

  1. BigTeppa

    22 marca 2015 o 07:35

    Świetnie się czytało. Thx

    Lubię to: 0
  2. przemo8891

    22 marca 2015 o 09:54

    Zajebisty art. Jeden z lepszych jakie czytalem na 6g. Genialna robota

    Lubię to: 0
  3. Nobrainer

    22 marca 2015 o 13:24

    WOW, swietny art widac ze duzo pracy w niego wlozone. Good Job, good effort.

    Mozna gdzies zobaczyc ten sprint i blok Russela ? Tez rzut o deske tez bym obczail, bym sobie mogl zoobrazowac historie.

    Przemek moj 1st pick w MVP race #6gracz

    Lubię to: 0
  4. Zdzichu

    22 marca 2015 o 13:28

    Rewelacyjny artykuł

    Lubię to: 0
  5. Josh

    23 marca 2015 o 18:26

    Dla takich arytułów mam wykupiony abonament na 6G :)

    Lubię to: 0

Skomentuj