Noah and Noah


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 6 lutego 2015
ICON SPORT / Newspix.pl / Chris Sweda / newspix.pl

ICON SPORT / Newspix.pl / Chris Sweda / newspix.pl

Kiedy 5-letni Joakim po raz pierwszy wziął do ręki rakietę tenisową, przypadkowi przechodnie poczuli, że są właśnie świadkami czegoś szczególnego. Dokoła kortu szybko zebrał się tłum gapiów, którzy z uwagą obserwowali każdy ruch chudego dzieciaka. Możemy sobie jedynie wyobrazić szeroko otwarte oczy i szeptem wymieniane opinie. Być może ktoś pomyślał o tym, że właśnie ogląda narodziny nowej gwiazdy. Być może ktoś inny układał już sobie w głowie anegdotę, którą miał zamiar opowiadać przez kolejnych kilka lat w czasie spotkań z przyjaciółmi. Dziś chwila ta już jest jedynie częścią mitologii rodziny Noah, powtarzaną i przetwarzaną setki razy na łamach gazet i w programach telewizyjnych. Tego dnia Yannick Noah po raz pierwszy wziął swojego syna ze sobą na kort, by dać mu lekcję gry w tenisa.

Nie powinniśmy mieć wątpliwości, że każdy, kto przystanął, by choć przez chwilę spojrzeć w stronę glinianej nawierzchni, wiedział dokładnie, jaka scena rozgrywa się przed jego oczami. We Francji Yannicka Noah znali wszyscy. Nie trzeba było być miłośnikiem tenisa, by rozpoznawać charakterystyczne dready i przerwę między zębami.

Kończyły się lata 80. i Yannick wciąż postrzegany był jako bohater narodowy po tym, gdy w 1983 roku jako pierwszy (i do dziś jedyny) Francuz w erze open zwyciężył  w turnieju tenisowym na kortach Rolanda Garrosa. W utrwalaniu jego popularności nie przeszkadzał wizerunek wojownika na boisku i playboya poza nim. Gazety rozpisywały się o szybkich samochodach, narkotykach i pięknych kobietach, które miały umilać mu wolny czas. Sympatię zaś pośród ludzi wciąż budziła jego owiana legendą droga z improwizowanego kortu koło domu jego dziadka w Kamerunie na szczyty świata sportu.

Ta historia dobrze się sprzedawała. Był 1971 roku, kiedy najsłynniejszy czarnoskóry tenisista w historii Artur Ashe odwiedził Afrykę. Będąc w Kamerunie przypadkiem zobaczył chudego 11-latka, który wymachiwał zrobioną z deski rakietą i nie dawał najmniejszych szans rywalom. Ashe, który już wtedy miał na koncie zwycięstwa w US Open i Australian Open, dał się nakłonić na krótki sparing z chłopcem. Tak wspominał to po latach:

Najpierw zaserwował tuż koło mnie. Chwilę później trafił czysto w wolne miejsce na korcie. Ten mały człowiek w kolorze czekolady odbijał piłkę bez żadnego respektu. Zapytałem sam siebie, co to ma być? Odbijał piłkę dokładnie tak samo, jak robi to dzisiaj. Z tym, że dziś jest olbrzymem. Naszą kolejną Wielką Czarną Nadzieją.

Na pożegnanie Ashe obdarował małego Yannicka prawdziwą rakietą i obietnicą, że szepnie kilka dobrych słów na jego temat w tenisowym świecie. W ten sposób wiadomość o „samorodnym geniuszu” rakiety trafiła do Philppe Chartiera szefa francuskiej federacji, który skontaktował się z rodzicami chłopca i nakłonił ich do wysłania go do Europy.

Media lubiły podkreślać wątki łączące Yannicka i Ashe’a. To dobrze do siebie pasowało. Jedna z twarzy walki o równouprawnienie czarnych i biedny afrykański chłopiec dostający od losu szansę jedną na milion. Nie miało większego znaczenia, że rzeczywistość wyglądała nieco inaczej.

Choć anegdota na temat ich pierwszego spotkania jest autentyczna, to Ashe nigdy nie był promotorem Noah. Ot, po prostu wspomniał francuskiej federacji o utalentowanym chłopcu. Z czasem tenisiści zaprzyjaźnili się i mieli bliską relację aż do tragicznej śmierci tego pierwszego, który stał się jedną z głośnych ofiar AIDS na początku lat 90. Wspólnie skompletowali też „czarnego wielkiego szlema” (Ashe wygrał również Wimbledon), co nadawało tylko uroku historii ich pierwszego spotkania.

Również fragment o „biednym afrykańskim chłopcu” nie miał dużo wspólnego z prawdą. Yannick Noah pochodził z uprzywilejowanej rodziny lokalnych przywódców i nie był nawet do końca synem Afryki. Urodził się w Sedan, gdzie jego ojciec odnosił sukcesy jako piłkarz miejscowych Ardennes w latach 60. (w 1961 roku zdobył Puchar Francji), a jego matka była białą Francuzką.

Te informacje nie zawsze jednak wyglądały tak dobrze w druku, jak historia „wojownika z buszu”. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia. Yannick Noah był postacią „większą niż życie”, więc kilka poprawek w jego biografii nie było istotną kwestią. Podobnego traktowania mógł spodziewać się jego pierwszy syn. Poczuł to, gdy tylko po raz pierwszy wziął do ręki rakietę tenisową:

Ludzie zatrzymywali się, żeby popatrzeć. W takiej chwili chcesz się tylko dobrze bawić. Nie chcesz, żeby ludzie porównywali cię z kimś i mówił „Och, to przecież syn Yannicka Noah”.

Mały Joakim nie chciał tego zainteresowania. Nie chciał więc grać w tenisa, jeśli to oznaczać miało, że zmuszony zostanie, by być częścią tego szalonego świata. Kiedy był już starszy i lepiej rozumiał, kim jest jego ojciec, zapragnął swojego własnego świata, w którym nie musiał być „czyimś synem”:

Nie chcę, żeby ludzie myśleli o mnie, jako o kimś, kto ma sławnego ojca, czy cokolwiek w tym rodzaju. Chcę robić moje własne rzeczy. To właśnie motywuje mnie, by w każdym meczu dawać z siebie wszystko. Chcę być sobą. Nie zrozumcie mnie źle. Kocham mojego ojca bardziej niż kogokolwiek innego. Jestem dumny z wszystkiego, czego dokonał. Mój ojciec jest moim najlepszym przyjacielem i miał na mnie ogromny wpływ. Jest moim wzorcem. Nie chcę jednak, żeby ludzie myśleli o mnie tylko jako o jego synu.

Dwie siły, które zazwyczaj rządzą relacjami synów z ojcami wyglądają dokładnie w ten sposób. Z jednej strony chcemy być tacy jak nasi ojcowie. Dążymy do tego, by upodobnić się do tego pierwszego wzoru męskości. Pragniemy zainteresowania z ich strony i oczekujemy, że zostaniemy docenieni, jeśli pójdziemy drogą, którą dla nas wyznaczyli. Z drugiej strony przychodzi moment, gdy zaczynamy nienawidzić myśli, że patrząc w lustro zobaczymy naszych ojców. Nie chcemy być jedynie gorszą kopią kogoś innego. Zaczynamy poszukiwać naszej własnej, unikalnej drogi, która pozwoliłaby nam upewnić się, że jesteśmy kimś więcej niż tylko synami naszych ojców.

To trudna bitwa, którą od wieków toczą młodzi mężczyźni. Jak każdy z nas stoczył ją również Joakim Noah. W jego przypadku jednak odbyła się ona w świetle reflektorów i na trzech kontynentach, a jego rywal z pewnością nie był po prostu zwykłym ojcem. Curry Kirkpatrick na łamach Sports Illustrated pisał o nim:

Jego podobiznę znajdziecie na okładkach magazynów, plakatach i ścianach w sypialniach paryskich dziewcząt. Studiuje filozofię na Sorbonnie, gra na gitarze w zespole reggea, spotyka się z modelką z Boulder w Kolorado, prowadzi program w telewizji u boku Annie Girardot i spogląda z opakowania popularnych herbatników. Jedyny produkt, którego Yannick Noah w swoich krótkich dreadach może nie być w stanie sprzedać na terenie Francji to spray do włosów.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

2

Komentarze

  1. corso

    6 lutego 2015 o 20:24

    Świetny artykuł, Przemku. Ale zastanawiam się – byłeś we Francji na tym Roland Garrosie..? Bo jak nie, to tak nie można pochopnie :-D

    Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      6 lutego 2015 o 20:30

      Byłem. Byłem nawet na Florydzie. Ale całkiem wypadło mi z głowy, że nigdy nie udało mi się odwiedzić Kamerunu:( No nic, kasuję i myślę nad czymś innym. Jakiś gracz NBA urodził się w Poznaniu?

      Lubię to: 0
  2. corso

    6 lutego 2015 o 20:34

    Tak, ale dopiero w ostatnią środę.. ;)

    Lubię to: 0
    • jamjack

      6 lutego 2015 o 20:54

      Rozumiem, że można gratulować koledze? ;)

      Lubię to: 0
      • corso

        6 lutego 2015 o 20:59

        Nieee, aż tak precyzyjny bym nie był w komentarzu :) joking:) pewnie lepiej byłoby napisać, że po zlocie pojawi się ich wielu.. Ale dziękuję serdecznie:)

        Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      6 lutego 2015 o 20:59

      Czyli mam zbierać materiały do artykułu Corso & Corso?:)

      Lubię to: 0
      • corso

        6 lutego 2015 o 21:09

        Hm, zasadniczo patrz wyżej :) a mały Corso już jest na świecie czas jakiś i w wieku 7 lat ma 132 cm.. Tylko ta cholerna poznańska indoktrynacja, że tylko Kolejorz;)

        Lubię to: 0
        • Przemek Kujawiński

          6 lutego 2015 o 21:53

          Damn, walcz o niego! To święta wojna!

          Lubię to: 0
        • Tomasz

          7 lutego 2015 o 03:20

          @corso
          to znajdź i puść juniorowi jak kijek i reszta grali przeciwko jugoplastice i reszcie, może się nawróci? :)

          Lubię to: 0
  3. jamjack

    6 lutego 2015 o 20:56

    Aaa da się dodać do ulubionych na komórce? Jak nie, to obym nie zapomniał w domu, świetny art! :) A Kamerun Przemku jeszcze przed Tobą, głowa do góry! ;)

    Lubię to: 0
  4. psiepole@poczta.onet.pl

    6 lutego 2015 o 21:05

    i tylko smutno, że AŻ jeden raz potrafił się zmobilizować do występu w kadrze.

    Lubię to: 0
  5. Bubu Zwierz

    6 lutego 2015 o 21:48

    Swietny art. Przemku, przyzwyczajasz nas do jakości w swoich artykułach ale co jakiś czas przypominasz nam WHY! great stuff

    Lubię to: 0
  6. seba

    6 lutego 2015 o 22:26

    Drogi Przemku czytam twoje teksty i przenoszę sie w lata 90te gdy w szkole czytałem Magic Basketball zamiast Przegladu Sportowego☺. Nie było internetu i takie teksty zostawały w glowie na lata.
    Teraz pomimo, że ten artykuł jest świetny jutro dostanę od chłopaków porcję statystyk typu kto w jakiej części boiska kozluje piłkę którą ręką i pojutrze nic juz o Noahu wiedziec nie bede.

    Szczęśliwi ci ktorzy pamiętają że internetu nie było.

    Lubię to: 0

Skomentuj