Krótka historia supergwiazd Wizards, czyli „co by było gdyby?” i „co będzie jeśli?”


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 29 stycznia 2015
AP Photo

AP Photo

Jednym z największych nieporozumień na temat przeszłości jest przekonanie, że została już napisana. Wychowywani w szarych klasach naszych szkół podstawowych, wzrastaliśmy w pewności, że nie możemy zmienić tego, co już się wydarzyło. Zostaliśmy nauczeni, że przeszłość jest jak muzealny eksponat, na który w najlepszym wypadku możemy w zadumie spoglądać.

Tymczasem przeszłość „dzieje się” dopiero teraz. Dopiero ze wzgórza teraźniejszości jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, co i dlaczego się wydarzyło. Odpowiedź ta nie jest zaś niczym stałym. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że raz opowiedziana historia zostaje już zawsze taka sama. W rzeczywistości jednak zmienia się każdego dnia, być może każdej godziny. Zmienia się odrobinę w głowach jej bohaterów i zmienia się odrobinę w głowach je kronikarzy. Nagle ujawniają się nowe wzory i nigdy wcześniej nie zauważane zależności.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nawet ludzie bezpośrednio odpowiedzialni za tę zmianę, nie są najczęściej w stanie jej zauważyć. To logiczne. Ostatecznie mówimy o „historii”. Zawsze myślę o tym fenomenie w kategoriach podróży w czasie, gdy tylko ktoś reinterpretuje po raz kolejny przeszła wydarzenia, będąc przekonanym w tym samym czasie, że absolutnie nic się nie zmieniło. W pewnym sensie ma rację. Nic się nie zmienia.

13 lutego 2000 roku na parkiet hali Oakland Arena wybiegły składy Wschodu i Zachodu, by zmierzyć się corocznym Meczu Gwiazd. Po jednej stronie Kidd, Bryant, Garnett, Duncan i O’Neal. Po drugiej Iverson, Carter, Jones, Hill i Mourning. Na ławkach wciąż znalazło się miejsce dla Stocktona, Malone’a, Robinsona i Paytona. Pomimo wszystko, gdy tylko rozpoczęła się relacja telewizyjna, kamery powędrowały w stronę trybun, gdzie w w garniturze uśmiechnięty siedział Michael Jordan. Wkrótce na ekranie pojawił się podpis. Wyjątkowo w przypadku Jordana potrzebny podpis, bo wciąż nie wszyscy mogli wiedzieć, w jakiej roli występuje od mniej niż miesiąca:

Michael Jordan
Washington Wizards
President of Basketball Operations

Ze względu na lokaut był to pierwszy Mecz Gwiazd od 1998 roku. Pierwszy od czasu odejścia Michaela Jordana na emeryturę. Pierwszy od czasu, gdy 19 stycznia tego samego roku został mniejszościowym udziałowcem i prezydentem Washington Wizards.

Kamer nie było w okolicy, gdy jeszcze na rozgrzewce Shaquille O’Neal ku uciesze publiczności parodiował swojego kolegę z drużyny Kobe’ego Bryanta. Bryant nie przejął się i już w pierwszej akcji meczu dograł piłkę do swojego centra. Ta historia powróci dopiero kilka miesięcy później, gdy Shaq pojawi się w klubie bez formy i między gwiazdami rozpocznie się otwarta wojna w mediach. W tym momencie wciąż jest to tylko niewinny żart.

Mecz komentował Doug Collins. Nie miał jeszcze wtedy pojęcia, że za kilkanaście miesięcy ponownie zostanie trenerem w NBA, a jego podopiecznym raz jeszcze będzie Michael Jordan. Nikt nie mógł mieć pojęcia. Rzeczy, które pomogły napisać tę historię działy się jednak już w tym momencie.

Równo 13 miesięcy wcześniej, w czasie pożegnalnej konferencji prasowej, Jordan zapytany o to, czy to na pewno koniec, odpowiedział:

Nigdy nie mówię nigdy, ale na 99,9% jestem pewny swojej decyzji.

Nie miał powodów, by mówić inaczej. Wygrał absolutnie wszystko, co mógł wygrać w NBA i odchodził jako najlepszy gracz w historii tej gry. I to jak odchodził! Jego ostatni rzut ponad Bryonem Russellem na 5 sekund przed końcem szóstego meczu finałów w 1998 miał pozwolić odejść mu w glorii zwycięzcy absolutnego. Być może jako pierwsza z największych gwiazd w historii amerykańskiego sportu, miał odejść będąc na szczycie. W tym życiu nie było miejsca dla Trevora Berbicka.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

0

Komentarze

  1. gressiv

    29 stycznia 2015 o 07:23

    Budzę się rano, myślę że będzie kolejny nudny dojazd na uczelnię, a tu taki tekst… Dzięki Przemek, mistrzostwo znowu, leci do ulubionych ;)

    Lubię to: 0
  2. PeLe

    29 stycznia 2015 o 09:03

    Przemek weź już napisz książkę!!! Kupiłbym!

    Lubię to: 0
  3. Lucek71

    29 stycznia 2015 o 09:10

    Zacny tekst Przemku, cała ta narracja na odejście KD z Oklahomy będzie nasilać się
    wraz z oddalaniem się OKC od Play Offów. Gdyby rzeczywiście odpadli, to kto wie co zdarzy się latem 2016?

    Lubię to: 0
  4. airbobo

    29 stycznia 2015 o 09:18

    MJ(38) i KB8 w jednej drużynie? Science fiction;) BTW. Świetny art, thx!

    Lubię to: 0
  5. czardi

    29 stycznia 2015 o 23:43

    Niech Kevin odchodzi i nie marnuje swojego prime’u w tej oklahomskiej pipidówie pod okiem trenera figuranta. Kibicuję tej ekipie od czasu przeniesienia tu drużyny z Seattle, ale chyba nigdzie nie robi się pod górkę zawodnikom jak tutaj. W zdrowej organizacji z normalnym trenerem to mógłby być już marsz po three-peat. Liczę, że za 10 lat, gdy Durant zakończy karierę z kilkoma pierścieniami, będę mógł wrócić do tych rozważań i głosić, że gdyby nie Scott Brooks i Sam Presti, to Kevin przegoniły Jordana w ilości pierścieni :)

    Szkoda, że nie może wziąć ze sobą Russa i Serge’a i to niesamowite trio się rozpadnie :(

    Lubię to: 0
  6. Venom

    30 stycznia 2015 o 00:50

    Uwielbiam takie teksty przesiąknięte życiową filozofią :) I znajduję w tym konkretnym usprawiedliwienie dla swojego dryfowania i lenistwa.

    Albo jak mówi Sigourney Weaver: „Nie mam ambicji. Akceptuję co jest mi dane.”

    Lubię to: 0

Skomentuj