Zawałowe Dzieciaki Jimmy’ego V


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 14 stycznia 2015
JimmyV

http://thefanmanifesto.com/

Przytulamy się. Całujemy się. Kochamy się.

Jimmy Valvano wybiegł na środek parkietu w Albuquerque i z twarzą szaleńca zaczął rozglądać się za Dereckiem Whittenburgiem. Dereck był jednym z jego seniorów. To był jego ostatni mecz w uniwersyteckiej karierze. Kilka sekund wcześniej oddał swój ostatni rzut w barwach North Carolina State Wolfpack. Rzut, który nie doleciał nawet do obręczy. Air Ball. Najważniejszy air ball w historii uczelni. Być może najważniejszy air ball w historii NCAA.

Po zakończeniu każdego z poprzednich ośmiu zwycięskich spotkań Valvano zawsze robił dokładnie to samo. Wbiegał na parkiet i przytulał Whittenburga. Dla obu szybko stało się to rytuałem. Kiedy zabrzmiała końcowa syrena Valvano wiedział, że przez najbliższych kilka sekund kamery będą podążać za nim. Wiedział, że musi szybko znaleźć swojego gracza i odegrać przed milionami telewidzów tę oczekiwaną scenę. Wiedział, że właśnie pisze historię i to, co zaraz zrobi jeszcze przez wiele lat pokazywane będzie przy okazji relacji z każdego kolejnego meczu o mistrzostwo.

Problem polegał na tym, że Dereck Whittenburg ogarnięty szałem radości kompletnie zapomniał o swoim trenerze i trwał pogrążony w uścisku z kimś innym.

Valvano chciał dać widzom klasyczny moment, który mogliby wspominać latami… i udało mu się tego dokonać, choć nie tak, jak sobie to wymarzył. Kiedy zobaczył, że nie uda mu się uściskać Whittenburga, zaczął rozglądać się za kimkolwiek, kogo mógłby przytulić. Nie mógł w to uwierzyć. Właśnie w dramatycznych okolicznościach wygrał mistrzostwo NCAA i nie miał z kim uczcić tej chwili. Dopiero chwilę później dyrektor sportowy drużyny Willis Casey złapał go w swoje silne objęcia i złożył na jego ustach soczysty pocałunek. Tego kamery już nie pokazały.

Jimmy Valvano do dziś biegnie więc po parkiecie w Albuquerque, poszukując kogoś, kogo mógłby przytulić.

James Thomas Valvano. Jim. Jimmy. Jimmy V. Po prostu V.

V był postacią, której nie powstydziłby się Martin Scorsese. Pamiętasz tę scenę z Chłopców z Ferajny, w której Joe Pesci opowiada „zabawną” historyjkę? Gdyby V był tam w tym czasie nigdy byś jej nie usłyszał. Nie przeszkadzałoby ci to. W zamian dowiedziałbyś się o tym, jak V poznał swoją żonę:

Moja żona Pamela Susan Levine. Pierwsza dziewczyna bez wąsów z jaką się umawiałem. Zobaczyła mój nos i pomyślała, że jestem Żydem. Ja zobaczyłem jej nazwisko i myślałem, że kończy się na i. Trzy lata później zorientowaliśmy się, że mamy mieszane małżeństwo. Teraz mamy trójkę wspaniałych dzieciaków. Co moja żona robi na obiad? Rezerwację.

Albo o tym, jak prezydent Ronald Reagan spytał go o to, jak wymawia się jego nazwisko, Val-Vane-O czy Val-Van-O, a on bez mrugnięcia okiem odpowiedział:

Riggin czy Reagan?

Wszystko to zaś dostarczone tym charakterystycznym akcentem Włochów z Nowego Jorku, z pełną gamą gestykulacji i prędkością pocisku.

V nie mógł być inny. Wychował się w Queens w okolicy tak bardzo przesiąkniętej włoską kulturą, że jak później żartował, do czternastego roku życia nie miał pojęcia, że na świecie istnieje ktokolwiek poza Włochami. Z pewnością jednak wiedział już wtedy dużo o koszykówce.

Jego ojciec i wuj trenowali w szkołach średnich i Jim bardzo szybko dowiedział się, co chce robić w życiu. Swoją pierwszą pracę na ławce trenerskiej dostał tuż po zakończeniu studiów na Uniwersytecie Rutgers. Został asystentem przy głównym zespole i wziął pod opiekę pierwszoroczniaków. Przed swoim pierwszym meczem w nowej roli chciał wziąć przykład ze swojego idola Vince’a Lombardiego i skopiować jego przemowę z 1958 roku, gdy ten rozpoczynał pracę w Green Bay Packers.

Packers zakończyli właśnie najgorszy sezon w swojej historii i Lombardi postanowił wstrząsnąć zespołem. Przed pierwszym meczem zostawił zawodników samych, po czym na 3 minuty przed rozpoczęciem wszedł do szatni i powiedział:

Wszystkie oczy na mnie. Panowie! Odniesiemy w tym roku sukces, jeśli skupicie się jedynie na trzech rzeczach: waszych rodzinach, waszej religii i Green Bay Packers.

Po takim początku Packers w kolejnych latach zdobyli pięć tytułów mistrzowskich, a Lombardi przeszedł do historii jako jeden z najlepszych trenerów wszech czasów. V nie przeszkadzało to, że jego scena była dużo mniejsza. Postanowił spróbować. I jak zawsze w przypadku wszystkich opowieści z jego życia, tę również najlepiej usłyszeć w oryginalnej wersji:

Pomyślałem, że to piękne. Zrobię to samo. Wasze rodziny, wasza religia i Rutgers Basketball. To jest to. Miałem to. Słuchajcie, mam 21 lat. Dzieciaki, które mam trenować mają po 19, a ja zamierzam być najlepszym trenerem na świecie. Kolejnym Lombardim. Ćwiczę przed szatnią. Przychodzi menadżer i mówi, żebym wchodził do środka. Jeszcze nie, jeszcze nie. Rodzina, religia, Rutgers Basketball. Wszystkie oczy na mnie. Mam to. Mam to. W końcu mówi „3 minuty”. Mówię „dobra”. Prawdziwa historia. Zamierzam huknąć drzwiami na oścież jak Lombardi. Bum! Nie otworzyły się. Prawie złamałem rękę. Leżę na ziemi, zawodnicy patrzą. Pomóżcie trenerowi, pomóżcie mu. W końcu robię jak Lombardi. Chodzę w tę i z powrotem i odzyskuję czucie w dłoni. W końcu mówię: ‚Panowie, wszystkie oczy na mnie’. Te dzieciaki po prostu chcą grać. Mają po 19 lat. „Do roboty”, mówię. „Panowie! Odniesiemy w tym roku sukces, jeśli skupicie się na jedynie na trzech rzeczach: waszych rodzinach, waszej religii i Green Bay Packers”.

To mógł być pierwszy i ostatni raz w jego karierze, gdy nie wiedział, co powiedzieć. V lubił mówić i umiał mówić. Kiedy w 1975 został pierwszym trenerem na Uniwersytecie Iona, umiejętność tę zaczął przekuwać w konkretne korzyści. Własny program w radio, własna kolumna w gazecie, reklamy lokalnych biznesów, przemowy motywacyjne… To wszystko stało się jego codziennością. Jak twierdził, przygotowywał się na przyszłość. V miał 29 lat i przygotowywał się do życia po koszykówce. Wciąż jednak nosił w kieszeniach marynarki karteczki, na których zapisywał swoje marzenia.

Pierwszym z nich było wygranie mistrzostwa NCAA.

W Iona nie było nadziei na to, by mogło się to szybko udać, bo program był w fatalnym stanie. V nie narzekał. Wręcz przeciwnie, czuł, że to miejsce dla niego:

Wiedziałem, że byłem w domu. Dzieciaki z Iona były z drugiego pokolenia imigrantów. W nocy pompowały paliwo na stacjach benzynowych, żeby być w stanie zapłacić za książki. Były mną.

V był tu gwiazdą. Nie tylko ze względu na swój dar do publicznych występów. V sprawił, że Iona Gaels zaczęli wygrywać. Wystarczyły mu 4 lata, by zespół zbudowany dokoła późniejszej gwiazdy NBA Jeffa Rulanda doprowadził do turnieju NCAA. Wystarczyło mu 5 lat, by zdobył posadę na lepszej uczelni.

W czasie rozmowy kwalifikacyjnej na North Carolina State V szybko pozbył się marynarki i krawata, a następnie oznajmił:

Chcę… tej… pracy… aby… wygrać… mistrzostwo… dla… North… Carolina… State.

Po drugiej stronie siedział Willis Casey. Trzy lata później na parkiecie w Albuquerque złożył soczysty pocałunek na ustach V w podzięce za dotrzymanie obietnicy.

Patrzę na to, gdzie teraz jestem i wiem, co chcę zrobić.

Rzucona z dziesięciu metrów piłka powoli szybowała w powietrzu. Miliony widzów przed telewizorami, kilkanaście tysięcy kibiców na hali, rezerwowi, sztaby trenerskie i dziewięciu zawodników na parkiecie. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu. Tylko jedna osoba na całym świecie nie dała się zaczarować tej chwili.

Lorenzo Charles.

Skrzydłowy Wolfpack nie uczestniczył w ostatniej akcji swojej drużyny, przez większość czasu chowając się gdzieś w okolicach kosza. Wcześniej zdobył zaledwie 2 punkty jeszcze w pierwszej minucie meczu, by spudłować później 5 kolejnych rzutów. Kiedy zobaczył, że rzucona przez Derecka Whittenburga piłka nie doleci do kosza, zrobił najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Złapał ją i wsadem z powietrza zdobył zwycięskie punkty dla swojej drużyny.

Na zegarze pozostawały jeszcze 2 sekundy, ale zawodnicy Houston byli w tak wielkim szoku, że nie poprosili o przerwę na żądanie. NC State zostali jednym z najbardziej nieprawdopodobnych mistrzów NCAA w historii.

Charles mówił później:

W tym czasie nie zdawałem sobie sprawy, jak wielkie to było. Nie miałem pojęcia, co zrobiłem.

Być może dlatego Mike Krzyzewski zapamiętał tę chwilę w ten sposób:

Wydawał się najluźniejszym gościem w całej hali. Tak, jakby własnie wygrał mecz na podwórku.

Z pewnością było to coś więcej.

Wolfpack rzutem na taśmę dostali się do turnieju NCAA. W sezonie przegrali aż 10 spotkań i dopiero zwycięstwo w turnieju ACC zapewniło im awans. Rozstawiono ich dopiero z szóstym numerem w swoim regionie. Nigdy wcześniej drużyna z tak słabym bilansem nie wygrała mistrzostwa.

Nigdy wcześniej żadna drużyna nie wygrała mistrzostwa w takim stylu.

W 7 z 9 turniejowych spotkań NC State przegrywali jeszcze w ostatniej minucie gry. W pierwszej rundzie przegrywali z Pepperdine sześcioma punktami jeszcze na 24 sekundy przed końcem meczu. 5 razy wygrywali różnicą zaledwie dwóch punktów.

Zawałowe Dzieciaki. Tak szybko ochrzcili ich dziennikarze.

W finale przeciwko Houston Cougars to miało nie mieć znaczenia. To byli przecież słynni Phi Slamma Jamma. Najlepsza drużyna w kraju, która przed finałem wygrała 26 spotkań z rzędu. Drużyna, w której grali Hakeem Olajuwon i Clyde Drexler i… żaden z nich nie był nawet jej najlepszym strzelcem. Drużyna, która w półfinale rozbiła właśnie „Doktorów Dunku” z Louisville, zaliczając 14 wsadów w meczu i bijąc rekord oglądalności. W tym turnieju nic lepszego nie miało się już zdarzyć. W finale to oni mieli rozstrzygać wynik wsadami.

Lorenzo Charles miał inne zdanie.

Charles nie był prawdopodobnym bohaterem tego meczu. Sezon rozpoczął od… kradzieży pizzy i minęło sporo czasu zanim odzyskał zaufanie trenera. Owszem, to jego punkty rozstrzygały wcześniej pojedynki z Wake Forrest i Virginią, ale tylko dlatego, że rywale faulowali go w końcówkach, licząc na to, że spudłuje rzuty wolne. Nie pudłował.

Kiedy pojawił się na swoim pierwszym treningu z drużyną, potężnym wsadem połamał tablicę. Nowi koledzy byli przekonani, że mają do czynienia z kolejnym potężnym łobuzem z Brooklynu. Do czasu, aż po treningu zobaczyli, jak bardzo jest mu przykro z powodu tego, co zrobił.

Lorenzo miał posturę Charlesa Barkleya, ale był po prostu miłym chłopcem, który obdzielał wszystkich uśmiechem. Tak zawsze wspominali go koledzy. Jak mówił Dereck Whittenburg:

Był tą pozytywną, ciepłą duszą. Na parkiecie nigdy się nie uśmiechał. Był wojownikiem. Był twardy. Poza parkietem był delikatnym olbrzymem. Zawsze miał na twarzy ten szeroki uśmiech.

Nie inaczej zapamiętał go Sidney Lowe:

Miał największy uśmiech na świecie. Zawsze był podekscytowany, że cię widział. Był zawsze pozytywny.

Charles został gwiazdą dopiero w kolejnych latach. Gdy jego starsi koledzy kończyli szkołę, on został nowym liderem drużyny, co ostatecznie zapewniło mu wybór w drafcie w 1985 roku. Hawks postawili na niego z 41 numerem. W Atlancie rozegrał tylko 36 spotkań, zdobywając średnio 3,4 punktu, by kolejne 15 lat spędzić grając w ligach na całym świecie. W swoich podróżach zahaczył o Włochy, Argentynę, Urugwaj, Turcję i Szwecję. Kiedy wreszcie zakończył karierę, wrócił do Północnej Karoliny i został… kierowcą autobusu.

W ciągu kolejnych lat, zawsze nienagannie ubrany, woził wycieczki, pracowników firm i zawodników drużyn sportowych. Jeśli nie nabrudziłeś w jego autobusie, z chęcią opowiadał ci historie tamtego zwycięskiego dunku. Lubił, gdy ktoś zaczynał ten temat. Kiedy pytano go, czy wozi kogokolwiek znanego, odpowiadał:

Tak, Lorenzo Charlesa.

W 2010 roku zdobył swoje drugie mistrzostwo NCAA. Tym razem z drużyną Lacrosse’a lokalnego rywala z Duke, którą przez kilka lat woził na mecze i szybko stał się nieodłączną częścią zespołu. Przed meczem finałowym trener John Danowski poprosił go, aby podzielił się z jego zawodnikami swoimi doświadczeniami z 1983 roku. Prawdopodobnie zrobiłby to również 3 lata później, gdy Duke zdobywali kolejny tytuł. Niestety nie dożył tego czasu.

W 2011 roku prowadzony przez niego autobus zjechał nagle z autostrady i uderzył o okoliczne drzewa. Charles nie przeżył. Miał 47 lat.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

4

Komentarze

  1. Kuba

    14 stycznia 2015 o 13:56

    klasa Przemek !
    znakomity artykuł, świetna historia, wielki szacun za research i styl pisania ;)
    czekamy na książkę :D
    czapki z głów !

    Lubię to: 1
  2. kamis089

    14 stycznia 2015 o 16:26

    Super!

    Lubię to: 1
  3. El_Hajduko

    14 stycznia 2015 o 17:52

    Światło rozświetlające styczniowe znużenie sezonem, gdzie nawet 50 pkt. Williamsa traktowane jest jak- ok, stało się.
    Klasa sama w sobie.

    Lubię to: 0
  4. czardi

    14 stycznia 2015 o 21:57

    Nie przejmuj się Przemku! Mało komentarzy, bo tu nie ma nic do dodania. Genialna historia, jeden z lepszych tekstów na stronie.

    Wątpię jednak, że byłeś w sypialni Baileyów i widziałeś dziurę po kuli, co czyni twój tekst mniej wiarygodnym, ale niech już ci będzie.

    Lubię to: 0
  5. Krzysztof

    14 stycznia 2015 o 23:32

    Świetne!!!

    Lubię to: 0
  6. patyn

    15 stycznia 2015 o 01:25

    klasa, dzięki za tę historię.

    Lubię to: 0
  7. rekin

    15 stycznia 2015 o 06:54

    5 gwiazdek przed czytaniem.

    Lubię to: 0
  8. Josh

    15 stycznia 2015 o 14:43

    Wymiana Jameera Nelsona (Jameera Nelsona!) 12 komentarzy, wartościowy artykuł – 7 i tldr… Coś tutaj jest nie tak.
    Propsy Przemek jak zawsze, keep up the good work. Tekst o żonie już znałem, ale dzięki za przypomnienie :)

    Lubię to: 0
  9. sian

    15 stycznia 2015 o 15:26

    Odkładałem ten artykuł na później bo długi a dodatkowo nie miałem pojęcia o tej drużynie ale kiedy już się za niego zabrałem to czytało się jak najlepsza książkę :)

    Lubię to: 0
  10. Mixek

    16 stycznia 2015 o 20:17

    Holy Shieeet ciarki, ciarki i jeszcze raz ciarki

    Lubię to: 0
  11. Krzysztof

    25 lutego 2015 o 00:50

    Udało mi się obejrzeć film. Jest naprawdę świetny i wzruszający. Amerykanie umieją robić takie filmy dokumentalne. Dzięki Przemek, że napisałeś ten artykuł, to sprawiło że sprawdziłem „Survive and Advance”. A tak na marginesie w polskim sporcie, też można znaleźć kilka ciekawych tematów.

    Lubię to: 0
  12. luktroc@gmail.com

    28 marca 2015 o 16:59

    genialny

    Lubię to: 0

Skomentuj