Bernard King – król pierwszego dnia świąt


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 25 grudnia 2014
G. Paul Burnett/Associated Press

G. Paul Burnett/Associated Press

Wszyscy wiedzieli o tym, co zrobi Bernard King, gdy dostanie piłkę. Wszyscy wiedzieli, że znajdzie sobie pozycję, na którymś ze skrzydeł, najchętniej w low post, a następnie rzuci po obrocie. Wszyscy wiedzieli, że będzie szukał kontaktu z broniącym go zawodnikiem, że zamiast odchylać się od kosza, by nie dać się zablokować, z pełną premedytacją starał się będzie oprzeć na rywalu. Wszyscy znali te jego krótkie jump shoty wzdłuż linii końcowej, kiedy piłka opuszczała jego palce zanim jeszcze dobrze się wybił.

W Madison Square Garden nie było zawodnika, trenera i kibica, który nie wiedziałby dokładnie, co zamierza zrobić Bernard King. Nikt jednak nie był w stanie go powstrzymać.

W pierwszy dzień świąt 1984 roku Bernard King rzucił New Jersey Nets 60 punktów i stał na szczycie koszykarskiego świata.

Nikt w NBA nie był zaskoczony. W 1984 roku Bernard King był maszyną do zdobywania punktów. Dokładnie zaprogramowaną maszyną, której nie dało się zatrzymać. Na archiwalnych taśmach nie widać wirtuoza, który zachwyca gracją swoich ruchów. Widać koszykarza, który wie dokładnie, co musi zrobić, by trafić do kosza. Koszykarza, który z uporem maniaka dostaje się w swoje ulubione miejsca na parkiecie i jak walec przejeżdża w tym czasie po rywalach. Jak mówił o nim inny świetny niski skrzydłowy z tamtej epoki Mark Aguirre:

Bernard King miał tylko 3 ruchy w swoim arsenale. Rzecz w tym, że nie byłeś w stanie zatrzymać żadnego z nich. Po prostu cię mordował i nie było w tym nic delikatnego.

W sezonie 1983/84 Bernard King zdobywał średnio 26,3 punkty, trafiając 57% swoich rzutów. Był to jego drugi sezon w barwach New York Knicks. 27-letni już wtedy weteran po 7 burzliwych latach w lidze dorobił się opinii zmarnowanego talentu. Nowy Jork był jednak jego miastem i powrót w rodzinne strony coś w nim zmienił. Jak sam później mówił:

Kiedy zakładam na siebie tę koszulkę, reprezentuję historię Knicks. Reprezentuję Brooklyn. Reprezentuję miasto. Reprezentuję dom.

W playoffach w 1984 roku King zadziwił ligę w półfinałach konferencji, prowadząc Knicks do siedmiomeczowej serii z Boston Celtics. W pierwszej rundzie w pięciu meczach przeciwko Detroit Pistons czterokrotnie przekroczył barierę 40 punktów. W swoim „najgorszym” meczu numer 1 miał ich… 36. W pojedynkach z Celtics, w których toczył zaciekłe boje z Larrym Birdem, dołożył kolejne dwa czterdziestopunktowe występy.

O tamtej serii z Pistons Isiah Thomas mówił:

Nigdy wcześniej nie widziałem rzeczy, które nam zrobił. Złapaliśmy go w środku trzyletniego okresu, kiedy grał lepiej niż jakikolwiek inny niski skrzydłowy w historii tej gry. To nie było tak, że zdobywał 45 punktów z 40 rzutów. Zdobywał 45 punktów tylko z 22.

Na koniec roku znalazł się w pierwszej piątce NBA wraz Isiah Thomasem, Magikiem Johnsonem, Larrym Birdem i Kareemem Abdulem-Jabbarem. To oni mieli rozdawać karty w tej dekadzie. King wchodził właśnie w najlepszy okres swojej kariery i nikt nie miał wątpliwości, że na wiele lat zajmie miejsce w tym elitarnym gronie. Byli tacy, którzy sądzili, że był w tamtej chwili najlepszym koszykarzem w całej lidze.

W sezonie 1984/85 poza „świątecznym występem” jeszcze 12 razy przekraczał barierę 40 punktów i ze średnią 32,9 w meczu był najlepszym strzelcem NBA. 23 marca 1985 roku w meczu z Kansas City miał już na koncie 36 oczek, gdy jeden niefortunny upadek na parkiet postawił całą jego karierę pod znakiem zapytania. King popędził do obrony za uciekającym w kontrze Reggie’em Theusem. Już po chwili zwijał się na parkiecie uderzając w bezsilności dłonią w parkiet.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

0

Komentarze

  1. bigus2

    25 grudnia 2014 o 13:22

    Świetny tekst, jak zwykle z resztą :)

    Lubię to: 0
  2. DuzyJot

    25 grudnia 2014 o 14:40

    ziew, 5 gwiazdek, nastepny poprosze.

    Lubię to: 0
  3. Pablo

    25 grudnia 2014 o 16:53

    Świetny tekst!

    Lubię to: 0
  4. rzepka

    25 grudnia 2014 o 17:18

    Dlugo sie zbieralem z tym komentarzem, ale musze przyznac ze w tym sezonie bardziej czekam na Twoje teksty niz Kwiatka. Pelen szacun za ten tekst, a jako fan Knicks przyznaje Ci dodatkowe punkty charyzmy ;). Wesolych swiat!

    Lubię to: 0
    • Wolver

      25 grudnia 2014 o 19:01

      Przemek odpuść i zjedz pieroga… Ja tu nażarty siedzę i z bananem na mordzie czytam kolejny fajny tekst o ‚starej’ nba, a z tyłu głowy obija się wyrzut, że przez takich jak ja, Święta mijają Tobie koło nosa :)

      Lubię to: 0
      • Przemek Kujawiński

        25 grudnia 2014 o 20:30

        Ale ja to lubię!

        Lubię to: 0
        • Wolver

          25 grudnia 2014 o 21:06

          Heh, kończę narzekanie. W sumie układ idealny: Ja plus pracoholik-masochista piszący o NBA 24h na dobę :)

          Lubię to: 0
  5. Tomasz

    25 grudnia 2014 o 20:02

    do ulubionych :)

    Lubię to: 0
  6. Martin W.H.

    25 grudnia 2014 o 22:49

    Nie podoba mi się! Słaby tekst pismaka z polski. Co ty wiesz o Nowym Jorku i Knicks z tamtego okresu?!

    Lubię to: 0
    • Ojgin

      26 grudnia 2014 o 09:48

      Witamy i zegnamy;) Wesolych!

      Lubię to: 0
    • Wolver

      26 grudnia 2014 o 14:13

      Jak widać pan Marcin Harasimowicz a.k.a. Martin W(illiam) H(arris) nadal nie podniósł się po krytyce tej mizerii o Lebronie, którą popełnił :)

      Lubię to: 0
  7. Tommy

    26 grudnia 2014 o 14:26

    Dziękuję. Dla takich tekstów płacę abonament. Pięknie się czytało.

    Lubię to: 0

Skomentuj