Najdłuższe 3 sekundy w historii koszykówki


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 21 lipca 2014

usrrusa

To miały być „radosne zawody”. Igrzyska Olimpijskie w 1972 roku w Monachium miały być dla Niemiec okazją do pokazania światu, że nie mają już nic wspólnego z krajem, który, raptem 36 lat wcześniej, w cieniu swastyk rozdawał medale, by 3 lata później „zorganizować” Europie całkiem inny rodzaj gier. Niemcy robili wszystko, by zamazać pamiętne sceny z Berlina z 1936 roku i z przewrażliwienia specyficznie podeszli do kwestii ochrony wioski olimpijskiej, nie chcąc dopuścić, by „ludzie z bronią” przywołali jakiekolwiek złe skojarzenia.

To miał być beztroski koniec lata. Ta beztroska okazała się być ważniejsza od bezpieczeństwa zawodników.

Z początku wszystko szło po myśli gospodarzy, a Mark Spitz i Olga Korbut sprawili, że wydawało się, że będą to niezapomniane Igrzyska. Amerykański pływak zadziwił wszystkich, zdobywając siedem złotych medali. Białoruska gimnastyczka – „wróbelek z Mińska” – udowodniła, jak bardzo ekscytująca może być jej dyscyplina. O tak, to musiały być niezapomniane Igrzyska.

Były.

Z zupełnie innych powodów.

W nocy z 4 na 5 września ośmiu przebranych za sportowców członków ruchu Czarny Wrzesień, walczącego o niepodległość Palestyny, wtargnęło do wioski olimpijskiej i udało się na ulicę Conolly’ego 31, gdzie mieszkali sportowcy z Izraela. W trakcie gwałtownego ataku zamordowali dwie osoby, a kolejnych dziewięć wzięli do niewoli.

Po całodziennych negocjacjach Palestyńczycy zdecydowali się wraz z zakładnikami opuścić Monachium i poprosili o transport na lotnisko i samolot, który miałby wywieźć ich do Egiptu. Niemiecka policja postanowiła wykorzystać sytuację, by zastawić na nich pułapkę. Na skutek błędów w planowaniu i niekompetencji policjantów historia miała tragiczny finał. W strzelaninie na lotnisku zginęli wszyscy porwani sportowy.

Kilka godzin później legendarny amerykański komentator sportowy Jim McKay, który całkiem niespodziewanie dla siebie zmuszony został do przejęcia roli głównego reportera telewizji ABC z frontu wydarzeń i relacjonował „monachijski kryzys” bez przerwy przez 14 godzin, ze łzami w oczach wypowiedział jedne z najbardziej pamiętnych słów w historii amerykańskiego dziennikarstwa:

Kiedy byłem dzieckiem, mój ojciec mawiał, że nasze największe nadzieje i najgorsze obawy rzadko się spełniają. Nasze najgorsze obawy spełniły się dzisiaj. Dowiedzieliśmy się, że było 11 zakładników, dwóch zostało zabitych w swoich pokojach wczoraj rano, dziewięciu zostało zabitych dziś na lotnisku. Wszyscy nie żyją.

Przez chwilę świat stanął w miejscu. Ogromna grupa sportowców i dziennikarzy była przekonana, że kontynuowanie Igrzysk nie ma najmniejszego sensu, że w takiej sytuacji należy udać się do domów i pogrążyć w żałobie. Innego zdania był przewodniczący MKOL-u Avery Brundage, który zdecydował się na to, że „zawody muszą trwać”.

Decyzja Brundage’a nie przyniosła mu popularności, szczególnie, że w swojej mowie postawił obok siebie terroryzm Czarnego Września i wykluczenie z Igrzysk Rodezji (co zrobił z niechęcią pod naciskiem innych państw afrykańskich, które groziły bojkotem, jeśli rządzony przez białą mniejszość kraj pojawi się w Monachium). 85-letni już wtedy Brundage, w swoim mniemaniu, starał się walczyć o depolityzację i dekomercjalizację Igrzysk, ale jego krytycy sugerowali, że podstawy większości jego decyzji stanowiły jego własne uprzedzenia wobec Żydów i czarnych. Jeszcze w 1936 roku stał na czele frakcji MKOL-u, która popierała pomysł organizacji Igrzysk w nazistowskich Niemczech, a podczas Igrzysk w Mexico City w 1968 roku wydalił z wioski olimpijskiej złotego i brązowego medalistę biegu na 200 metrów, Tommiego Smitha i Johna Carlosa, którzy w czasie dekoracji weszli na podium na bosaka i z opuszczonymi głowami podnieśli w górę dłonie ubrane w czarne rękawiczki w geście solidarności z ruchem o prawa czarnoskórych Amerykanów.

Sportowcy byli podzieleni. Część z nich odbierała decyzję o kontynuowaniu Igrzysk jako brak szacunku dla zamordowanych kolegów. Inni, wręcz przeciwnie, twierdzili, że dokończenie zawodów udowodni wyższość sportu nad terroryzmem. W każdym wypadku nikt nie był obojętny. Ostatecznie dramatyczne wydarzenia miały miejsce właściwie na ich oczach.

Młodzi reprezentanci Stanów Zjednoczonych w koszykówce byli zakwaterowani w bezpośredniej bliskości z mieszkaniami Izraelczyków. Podobno część z nich widziała wszystko ze swoich okien. Napastników w maskach z karabinami. Zakładników wywlekanych za włosy do okien. Przez kilkanaście godzin koszykówka przestała się liczyć.

Przed przyjazdem do Monachium Amerykanie wygrali wszystkie możliwe mecze w swojej historii startów na Igrzyskach. Pomimo wysyłania na turnieje „amatorów” z NCAA zaliczyli 55 wygranych z rzędu i zdobyli wszystkie siedem dotychczasowych złotych medali. Do czasu masakry na ulicy Connolly’ego dołożyli do tego kolejnych siedem zwycięstw.

Zespół prowadzony był przez legendarnego Henry’ego Ibę, który już dwukrotnie wcześniej prowadził USA do złota. Tym razem jednak miano wątpliwości, czy to dobra decyzja. 68-letni już trener miał opinie konserwatysty, którego styl prowadzenia gry nie przystawał już do „nowych czasów”. Iba zmuszał swoich graczy do spowalniania gry i pomimo tego, że dysponował dwunastką rozbieganych młodzieńców, wolał, by gra toczyła się według „starych zasad”, gdzie przed oddaniem rzutu zalecano wykonanie przynajmniej siedmiu podań.

Nawet jeśli jednak ktokolwiek wyrażał swoje wątpliwości co do starego trenera, to nie przewidywano, żeby miał przegrać. Amerykanie wciąż dominowali nad innymi krajami wyszkoleniem technicznym, atletyzmem, a w 1972 roku dysponowali też bardzo wysokim składem. Byli faworytami nawet pomimo tego, że z gry w kadrze zrezygnował niekwestionowany król uniwersyteckich parkietów Bill Walton, który tłumaczył się kontuzjami, ale podejrzewano, że nie chciał grać dla swojego kraju z powodów ideologicznych (przyszły mistrz NBA w barwach Blazers i Celtics był wielkim przeciwnikiem wojny w Wietnamie).

Dzień po wznowieniu Igrzysk Amerykanie zmierzyli się w półfinale turnieju z Włochami, których rozbili różnicą 30 punktów. W finale czekać mieli na nich reprezentanci ZSRR. To miał być wymarzony rywal.

Przypomnijmy, był 1972 rok i choć kilka miesięcy wcześniej Richard Nixon jako pierwszy amerykański prezydent odwiedził Moskwę, to zimna wojna trwała w najlepsze, a żołnierze wciąż ginęli w lasach Wietnamu. W obu krajach pojedynek miał charakter prestiżowy, a fakt, że Sowieci wcale nie odstawali poziomem od „studentów” z USA dodawał rywalizacji jeszcze większego posmaku.

Reprezentacja ZSRR miała tę olbrzymią przewagę, że jej zawodnicy od lat już grali ze sobą we właściwie niezmienionym składzie. Ich największą gwiazdą był Siergiej Biełow. Obrońca, który o lata wyprzedził swoją epokę i gdy reszta jego kolegów wciąż zachowawczo kozłowała piłkę z rzadka, zazwyczaj starając się chronić ją ciałem, on wyglądał jak radziecka odpowiedź na Jerry’ego Westa, rzucając z wyskoku po koźle, prześlizgując się po zasłonach i trafiając z każdego miejsca na parkiecie. Najlepszą rekomendacją dla niego niech będzie fakt, że w 1991 roku FIBA wybrała go najlepszym graczem w całej historii europejskiej koszykówki, a rok później został pierwszym graczem spoza USA przyjętym do Koszykarskiej Galerii Sław w Springfield.

U jego boku dorastał raptem 20-letni skrzydłowy Aleksander Biełow. Nadzieja radzieckiej koszykówki i już wtedy jeden z najbardziej zaufanych ludzi trenera Władimira Kondraszyna. Do dziś jedna z największych co-by-było-gdyby historii europejskiej koszykówki. Biełow zmarł w wieku zaledwie 26 lat na rzadką odmianę raka krwi. To, czego dokonał do tego czasu wystarczyło, by znalazł się na liście 50 najlepszych graczy w historii FIBA.

Sowieci od pierwszych minut naskoczyli na Amerykanów i raz za razem wymuszali straty. Po drugiej stronie parkietu ich atak pozycyjny funkcjonował jak w dobrze naoliwionej maszynie. Nie było linii rzutów za trzy, gra toczona była na dużo mniejszej powierzchni, właściwie nie używano zasłon dla kozłującego i wszystko razem wyglądało to, jak jakieś dziwne, toczące się na kilku metrach kwadratowych rugby bez kontaktu, ale trzeba przyznać, że Sowieci wyglądali w tym wszystkim dużo lepiej od swoich rywali, którzy byli jedynie grupką chłopaków w śmiesznych spodenkach.

Siergiej Biełow był absolutnie on-fire, trafiając (jeśli się nie mylę) swoje pierwsze 5 rzutów,  w większości po koźle, wisząc w powietrzu ponad bezbronnymi obrońcami. ZSRR szybko odskoczyło na kilka punktów, a Amerykanie nie wyglądali jakby mieli jakikolwiek pomysł na grę w ataku. W bardzo sztywnej koncepcji Iby powoli przemieszczali się pod atakowany kosz, wymieniając podania, które nie prowadziły do czystych pozycji strzeleckich – nie mając jednocześnie indywidualności pokroju Biełowa, która potrafiłaby wykreować cokolwiek samemu.

Iba był przekonany, że musi wykorzystać wzrost swoich podkoszowych i zmuszał swój zespół do gry w ataku pozycyjnym, ale nie miał żadnej odpowiedzi na Biełowa, który wyglądał jak z innej koszykarskiej ligi. Od początku nie wyglądało na to, żeby w wolno toczonym meczu którykolwiek zespół miał zdobyć więcej niż 50 punktów w całym meczu. Sowieci odskoczyli już na 10 punktów i choć na koniec pierwszej połowy przewaga ta stopniała do pięciu oczek, to byli wyraźnie lepszym zespołem.

Komentujący to spotkanie dla stacji ABC Frank Gifford i Bill Russell nie mieli wiele do powiedzenia na temat tego, co takiego mogliby zrobić Amerykanie, by móc jeszcze zwyciężyć. Pomimo niskiego prowadzenia, nie wyglądało na to, by cokolwiek mogło się zmienić w tym nierównym pojedynku.

Inna sprawa, że Gifford, który jest jednym z najsłynniejszych komentatorów futbolu amerykańskiego (przez lata tworzył słynne trio z Howardem Cossellem i Donem Meredithem w programie Monday Football Night, który kładł podwaliny pod sportową potęgę telewizji ABC), nie czuł się dobrze, mówiąc o koszykówce i wyraźnie widać, że nie był przygotowany na to, co może go czekać w finale olimpijskim. Russell po prostu nigdy nie był dobrym komentatorem.

Druga połowa miała przynieść egzekucję i na to dokładnie się zapowiadało. W początkowych fragmentach w bójkę pod koszem wdali się Dwight Jones i Mishako Korkia. Sędziowie zadecydowali o usunięciu obu z parkietu. Dla Amerykanów był to cios. Jones był ich najlepszym strzelcem i zbierającym. Korkia dla odmiany właściwie nie pojawiał się wcześniej na parkiecie, co sprowokowało teorię o tym, że był to celowy ruch ze strony ławki trenerskiej ZSRR. Korkia miałby więc wejść na boisko tylko po to, by zainicjować wymianę ciosów z Jonesem.

Chwilę później na podopiecznych Henry’ego Iby spadł kolejny cios. Tym razem po niefortunnym upadku, ze wstrząśnieniem mózgu, parkiet opuścić musiał inny podstawowy podkoszowy Jim Brewer (prywatnie wujek Doca Riversa). Sowieci szybko powiększali przewagę i Amerykanie musieli coś zrobić, jeśli chcieli myśleć o nawiązaniu walki.

Iba, w desperacji, zdecydował się wreszcie na to, by pozwolić „swoim chłopcom” (jak ich nazywał) biegać, do tego ordynując pressing na całej długości parkietu. Rozgrywającym ZSRR życie uprzykrzać mieli dwaj niezmordowani, biali obrońcy: Kevin Joyce i Doug Collins. Obaj z pasją rzucili się na swoich rywali, nie pozwalając na swobodne rozgrywanie akcji i wymuszając przechwyty.

Amerykanie, goniąc w szaleńczym tempie, zdołali wrócić do gry. Na kilkadziesiąt sekund przed końcem meczu Siergiej Biełow miał jeszcze szansę odstawić mecz do „zamrażarki”,  ale spudłował rzut wolny, który dałby ZSRR bezpieczne 4-punktowe prowadzenie. W odpowiedzi Amerykanie trafili, ale wciąż tracili 1 punkt, a w posiadaniu piłki byli przeciwnicy, którzy teoretycznie mogli grać już do końca bez potrzeby oddawania rzutu. To, co stało się później przeszło już do legendy.

Radzieccy koszykarze wymieniają podania, oczekując niechybnego faulu. Amerykanie wciąż mają nadzieję na przechwyt i nie chcą jeszcze posyłać rywali na linię. W tym momencie błąd popełnia Aleksander Biełow, najpierw oddając niepotrzebny rzut, a następnie po swojej zbiórce próbując podać do któregoś ze swoich kolegów, stojących daleko od kosza. Do piłki dopada Collins i rusza z kontratakiem. Nie zastanawiając się długo z całym impetem wpada na czekającego na niego pod koszem obrońcę, po czym spada na parkiet i uderza głową o podstawę kosza.

Collins wyglądał przez chwilę, jakby stracił przytomność i na amerykańskiej ławce zaczęto się już zastanawiać, kto będzie wykonywał rzuty wolne za niego. Iba krótko uciął dyskusję, mówiąc, że jeśli Doug jest w stanie chodzić, to ma rzucać.

Doug Collins był w stanie chodzić. Podszedł na linię i bez mrugnięcia okiem wyrównał stan meczu pierwszym rzutem. Po chwili dostał piłkę po raz drugi i ponownie, nie zastanawiając się, umieścił ją w koszu.

Do końca meczu pozostały zaledwie 3 sekundy i kibice amerykańscy rozpoczęli już celebrację, bo Sowieci zmuszeni byli wyprowadzać piłkę spod własnego kosza. Robią to szybko i Siergiej Biełow w desperacji próbuje przebiec całą długość parkietu z piłką. Kiedy dobiega do linii środkowej, sędziowie nagle zatrzymują grę. Nikt do końca nie wie, co się stało.

Dojście do tego, co naprawdę wydarzyło się przez kolejnych kilka minut w Monachium jest niezwykle skomplikowaną sprawą, bo w różnych wspomnieniach scenariusz wydarzeń był kompletnie inny. Spróbujmy to jednak odtworzyć na podstawie najbardziej wiarygodnych źródeł.

Sędziowie zatrzymują grę, gdy Biełow próbuje oddać ostatni desperacki rzut na zwycięstwo, ponieważ – jeszcze gdy Collins wykonuje swój drugi rzut – do stolika sędziowskiego podbiega Siergiej Baszkin – asystent trenera Kondraszyna (w tym czasie słychać też syrenę, którą techniczni próbują zatrzymać grę). Baszkin gorączkowo próbuje wytłumaczyć sędziom technicznym, że Sowieci już wcześniej sygnalizowali, że będą brać czas na żądanie pomiędzy rzutami Collinsa. Natomiast z jakiegoś powodu nie został on im przyznany.

Brazylijski sędzia Renato Righetto słyszy syrenę i podbiega do stolika, żeby wyjaśnić całe zamieszanie, ale gra nie zostaje zatrzymana, więc zawodnicy myślą, że rozgrywają właśnie ostatnie sekundy meczu. Righetto zatrzymuję grę, kiedy na tablicy zostaje już tylko jedna sekunda i próbuje dowiedzieć się od obsługi stolika, co tak naprawdę zaszło. Problem polega na tym, że… przy stoliku wszyscy mówią po niemiecku, którego to języka Brazylijczyk nie potrafi zrozumieć.

Dopiero wiele godzin po meczu wyjaśniono, że Sowieci najprawdopodobniej zasygnalizowali przerwę na żądanie za pomocą specjalnego przycisku, który zapalał lampkę na stoliku sędziowskim, jeszcze zanim Collins podszedł do wykonywania rzutów wolnych. Zgodnie z regułami mogli to uczynić aż do momentu, kiedy zacznie wykonywać swój drugi rzut i mieli prawo wybrać, czy chcą przerwę przed rzutem numer 1 czy 2.

Kiedy Kondraszyn zasygnalizował przerwę, obsługa stolika miała kiwnąć do niego głową i na „migi” zapytać, czy chce ją wziąć jeszcze przed rzutami. Trener ZSRR miał kiwnąć głową, że nie – co miało w jego opinii świadczyć o tym, że „nie chcę jej teraz, ale przed drugim rzutem”. Stolik zrozumiał, że nie chce jej wcale… (zgodnie z mniej popularną wersją, za którą stoi jeden z Niemców obsługujących stolik – Sowieci mieli problem z obsługą przycisku do sygnalizowania przerw i zrobili to po prostu za późno).

Kiedy tylko Righetto zorientował się mniej więcej w sytuacji, zdecydował, że nie może przyznać Sowietom czasu (musiałby anulować jeden rzut Collinsa), więc po prostu gra zostanie wznowiona od momentu, kiedy ją zatrzymał – czyli na sekundę przed końcem. Jednocześnie nie ukarał faulem technicznym Baszkina – mimo że zgodnie z przepisami powinien był to zrobić, gdyż ten opuścił ławkę, w czasie gdy piłka była w grze.

Wszystko wydawało się jasne, ale w tym momencie doszło do kuriozalnej sytuacji. Z trybun na parkiet zbiegł sekretarz generalny FIBA Renato William Jones i… kazał sędziom zmienić decyzję i, zamiast jednej, przyznać ZSRR trzy sekundy na rozegranie akcji.

Ostateczna decyzja była więc taka, że ZSRR nie może wziąć przerwy na żądanie, ale pozostanie mu 3 sekundy na rozegranie akcji. W konsekwencji, zespoły nie miały prawa w tym momencie przeprowadzić zmiany, gdyż oficjalnie piłka była wciąż w grze. Mimo tego Kondraszyn wykorzystał zamieszanie i wprowadził na parkiet Ivana Edeszko, który w jego opinii miał większą szansę, by wykonać dokładne podanie przez całą długość parkietu (Sowieci zdecydowali, że tak właśnie wyglądać będzie ich ostatnia akcja).

Po długiej chwili chaosu zawodnicy wrócili na parkiet. Wprowadzanej do gry piłki bronić ma mający 211 centymetrów wzrostu – przyszły kongresmen – Tom McMillen. Iba uczula go, by nie pozwolił na dalekie podanie i ten wywiązuje się z zadania znakomicie, zmuszając Edeszko do podania do najbliższego kolegi. Chwilę później brzmi końcowa syrena i Amerykanie rzucają się sobie w ramiona. Frank Gifford, spokojnym – jak na okoliczności – głosem, ogłasza swoich rodaków mistrzami olimpijskimi. Wydaje się, że mecz wreszcie się skończył.

Nic z tych rzeczy.

Po pierwsze, syrena brzmi podejrzanie szybko – co większość obserwatorów interpretuje w ten sposób, że sędziowie jednak przyznali ZSRR jedynie sekundę. Po drugie, co świetnie widać w relacji telewizyjnej, na tablicy wyników wyświetla się… 50 sekund do końca. Jak się okazuje, sędziowie zbyt szybko wznawiają grę i stolik nie jest w stanie na czas nastawić zegara. Szybka syrena zaś jest jedynie znakiem, że to właśnie się stało i grę należy przerwać.

Amerykanie są wściekli i grożą bojkotem meczu, ale Renato William Jones – który całkiem już przejął władzę na parkiecie – grozi im dyskwalifikacją, jeśli nie wrócą na boisko.

Sowieci podchodzą do trzeciej próby rozegrania ostatnich 3 sekund spotkania. McMillen po raz kolejny ustawia się naprzeciwko Edeszki, chcąc przeszkadzać mu w dalekim podaniu. W tym momencie dzieje się jednak coś dziwnego, drugi sędzia Artenik Arabadijan… sygnalizuje mu, aby odsunął się od podającego. McMillen, jak później powie, bojąc się faulu technicznego, odsuwa się od Edeszki i od tej pory właściwie nie broni już nikogo. Arabadijan będzie się potem tłumaczył, że jego gesty nie były skierowane do McMillena i również nie rozumiał, dlaczego Amerykanin się odsunął.

W każdym razie Edeszko zostaje sam i rzuca piłkę przez całe boisko, w kierunku znajdującego się pod koszem Aleksandra Biełowa. Rosjanin jest kryty przez dwóch rywali, ale nieoczekiwanie obaj się przewracają i Biełow zostaje  – trochę zaskoczony – kompletnie sam pod koszem. Po chwili trafia łatwy rzut i tym razem to Sowieci padają sobie w ramiona.

Reklamacje Amerykanów nie zdadzą się już na nic. ZSRR zostaje mistrzem olimpijskim w koszykówce.

Amerykańska federacja złożyła oczywiście oficjalny protest, argumentując, że mecz trwał 40 minut i 3 sekundy, a więc o 3 sekundy za długo i ani sędziowie, ani nawet sam sekretarz FIBA nie mieli prawa anulować nawet sekundy z czasu trwania spotkania. Jury odrzuciło protest stosunkiem głosów 3-2, lecz wzbudziło to jeszcze więcej kontrowersji, gdy wyszło na jaw, że przeciwko USA głosowali przedstawiciele krajów socjalistycznych: Węgier, Kuby i Polski.

Amerykańscy zawodnicy szybko zdecydowali, że nie przyjmą srebrnych medali i wylecieli z Monachium pierwszym samolotem. Komitet Olimpijski do dziś nakłania ich do zmiany zdania (pod warunkiem, że wszyscy członkowie zespołu opowiedzą się za zaakceptowaniem wyniku meczu finałowego), ale nawet jeśli część graczy z wiekiem zaczęła być skłonna do przyjęcia medali, to niektórzy nie biorą pod uwagę takiej możliwości (rozgrywający Kenny Davis umieścił wręcz w swoim testamencie zapis, że żaden z członków jego rodziny nie będzie mógł się nigdy na to zgodzić).

Nawet po ponad 40 latach okoliczności tamtej porażki wciąż są dla Amerykanów trudne do przełknięcia. Pomijając fakt, że w przekroju całego spotkania byli słabszym zespołem, mają prawo czuć się potraktowani niesprawiedliwie – szczególnie, że winę za wszystko, co się wydarzyło, ponoszą przede wszystkim „stolikowi”, którzy nie przyznali Sowietom przerwy na żądanie i sędziowie, którzy nie potrafili zapanować nad chaosem. Oczywiście znajdują się też głosy, które mówią, że sędziowie niewiele więcej w tym całym zamieszaniu mogli zrobić. Ostatecznie w innej sytuacji oszukana czułaby się reprezentacja ZSRR.

Kilka dni po tym jak niewybaczalne błędy policji i niemieckich władz sprawiły, że odbicie izraelskich zakładników zakończyło się katastrofą, podobne „w sportowej skali” błędy doprowadziły do wydarzenia, które sprawiało dla wielu Amerykanów wrażenie nawet większej „tragedii”. Niestety, dużo częściej wspominanej „tragedii”.

Co ciekawe, ta porażka amerykańskiej koszykówki ostatecznie doprowadziła do tak dużej chęci rewanżu, że kto wie, czy nie była pierwszym krokiem na drodze do powstania Dream Teamu (taką opinię wyraził kiedyś Doug Collins). Może to nieodżałowany Aleksander Biełow poruszył skrzydłem motyla, który sprawił, że 20 lat później w innej części Europy po jednym parkiecie biegali Magic, Larry i Michael?

Dla zainteresowanych, obszerny skrót tamtego meczu z oryginalnym komentarzem i wspomnieniami jego uczestników:



__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni44 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni139 zł

4

Komentarze

  1. odisio@o2.pl

    21 lipca 2014 o 10:36

    Ładna historia, ale nazwiska rosyjskie podlegają polskiej transkrypcji Panie Przemku. Więcej na ten temat tutaj: http://poradnia.pwn.pl/lista.php?id=11388.

    Lubię to: 0
  2. Vojtazzz

    21 lipca 2014 o 11:00

    Przemku, absolutnie genialne. Nie wiem czy tylko tłumaczyłeś, czy sam do tego wszystkiego dotarłeś, ale zdecydowanie fantastyczny tekst. Czas zapełnić ulubione

    Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      21 lipca 2014 o 12:43

      Nie tłumaczę nigdy. Źródeł było sporo, w razie czego służę.

      Lubię to: 0
  3. rzepka

    21 lipca 2014 o 15:41

    „incydent” z Czarnymi Panterami to rok 1968. Wiecej: http://en.wikipedia.org/wiki/1968_Olympics_Black_Power_salute.

    Poza tym sam art bardzo fajny. Bill Simmons twierdzi ze 2 osobiste Collinsa po faulu to jedne z najbardziej „clutch” osobistych w historii i za to nalezy sie mu dozgonny szacun ;)

    Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      21 lipca 2014 o 16:37

      Wiem, wiem, literówka. Poprawiona już. Było ich dużo więcej niestety, bo tekst kończyłem za wcześnie rano i – biję się w pierś – poszedłem spać zamiast przeczytać raz jeszcze, ale mam nadzieję, że już większość błędów wychwyciłem i teraz jest ok.

      Lubię to: 0

Skomentuj