Dawid nie może wygrać


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 9 lipca 2014
http://www.fsk-boxing.com/

http://www.fsk-boxing.com/

2 lipca 1921 roku w Jersey City odbyła się walka bokserska. Bilety, by usiąść na wybudowanym specjalnie z tej okazji stadionie, wykupiło rekordowe 81145 osób. Zyski po raz pierwszy w historii przekroczyły granicę miliona dolarów. W przeciwległych narożnikach stanęli mistrz świata wagi ciężkiej Jack Dempsey i mistrz Europy wszechwag Georges Carpentier. „Walka stulecia”. W ten sposób reklamowano starcie.

W rzeczywistości był to pojedynek Dawida z Goliatem. Dempsey nie był olbrzymem we współczesnym tego słowa znaczeniu. Nie był Lennoxem Lewisem, nie był Evanderem Holyfieldem, nie był braćmi Kliczko. Choć może w 1921 był nimi wszystkimi. Z pewnością zaś wciąż był większy i lepszy od Georgesa Carpentiera, nawet jeśli nie miał równie interesującego życia.

Dempsey był Goliatem. Carpentier był Dawidem. Wiedzieli o tym wszyscy.

W drugiej rundzie Carpentier zadał zaskakująco silny cios. Dempsey się zachwiał. Przez kilkanaście sekund zapowiadało się na cud. Zapowiadało się na powtórkę starej historii. Historii, która nigdy się przecież nie wydarzyła.

Goliat zawsze wygrywa.

Carpentier padł na deski w czwartej rundzie. Po walce okazało się, że złamał kości w dłoni. Nie miało to wielkiego znaczenia. Dempsey był lepszy. Po prostu.

Goliat zawsze wygrywa, bo w innym przypadku nie byłby Goliatem. Dawid zawsze przegrywa, bo w innym wypadku nie byłby Dawidem. Nie w naszej – nieliterackiej – rzeczywistości. Dawid jest słabszy, więc nie może wygrać. To niespodziewana idea, którą bawię się dzisiaj.

To nowa opinia w mojej „książce opinii”. Przekonał mnie Heywood Broun – jeden z zapomnianych mistrzów amerykańskiego dziennikarstwa sportowego, który po pojedynku Dempseya z Carpentierem napisał krótki esej zatytułowany Sport for Art’s Sake„. Dowodził w nim, że „walka stulecia” była najbardziej inspirującym spektaklem, jaki od lat widziała Ameryka. Nie, pomimo porażki Carpentiera, ale wręcz dzięki niej:

Nie wzięlibyśmy w zamian biletów na Goliata i Dawida. Pamiętamy, że w tamtym przypadku mały człowiek wygrał, ale był to spektakl mniej doskonały w swoim artyzmie przez fakt, że nie przystawał do rzeczywistości. Tradycja, że Jaś, wchodzi po pędach fasoli i zabija olbrzyma, a Czerwony Kapturek przechytrza wilka, a także inne historie są ograniczone w swojej zdolności do inspirowania przez fakt, że nie są prawdziwe. Są to historie, które człowiek wymyślił, by pocieszyć się w zimowe wieczory z tego powodu, że on sam jest mały a wszechświat ogromny. Carpentier pokazał nam coś dużo bardziej fascynującego. Wszyscy z nas, którzy go widzieli, wiedzą teraz, że człowiek nie jest w stanie pobić Losu, nieważne jak bardzo płonąć będzie jego wola, ale może go zadziwić, jeśli w uderzenie włoży całe swoje serce i ramiona.

Lubimy kibicować teoretycznie słabszym sportowcom. To takie ludzkie i naturalne, że nawet jeśli nasze kibicowskie serca są przy potencjalnym faworycie, to w momencie, gdy pojawia się szansa na zwycięstwo „mniejszego”, „gorszego”, „słabszego”, to przez chwilą mamy ciche sny o niespodziance. Przez chwilę tego chcemy. Chcemy tego momentu, tych kilkunastu sekund, gdy wydaje nam się, że jesteśmy na skraju ujrzenia cudu. Jeśli jednak potencjalny Dawid wygrywa, to nie zawsze jesteśmy już zachwyceni, bo Dawid nie wygrywa w realnym życiu, a więc nie jest już Dawidem. Miałem dziś taką myśl, dzięki Heywoodowi Brounowi, że tak naprawdę chcemy jedynie, by ktoś przez chwilę zadziwił Los.

To zdarzało się też w koszykówce.

Walka Dempseya z Carpentierem przypomniała mi kilka innych przykładów, gdy koszykarscy Dawidowie mierzyli się i przegrywali ze swoimi Goliatami.

Jednym z nich był Tommy Kearns (jego historię przybliżył w fantastyczny sposób David Halberstam).

W 1957 roku w finale turnieju NCAA zmierzyły się zespoły uniwersytetów Kansas i North Carolina. Faworytem byli gracze Kansas, w których składzie grała przyszła legenda NBA Wilt Chamberlain (nawet pomimo tego, że Tar Heels byli w tamtym sezonie dotychczas niepokonani). Tommy Kearns grał w barwach North Carolina. Przed meczem, trener jego drużyny Frank McGuire zapytał swojego mierzącego niecałe 180 centymetrów – najniższego w drużynie – obrońcy, czy nie obawiałby się skakać o pierwszą piłę przeciwko potężnemu centrowi rywali. Ten odpowiedział: „Nie, do cholery!”

Przed rozpoczęciem spotkania, ku zdziwieniu wszystkich na hali, Kearns ustawił się ramię w ramię z Wiltem Chamberlainem, a następnie zszedł nisko na nogach i napiął wszystkie mięśnie tak, jakby naprawdę wierzył w to, że może wygrać. W oczekiwaniu na rzut sędziowski nikt zapewne nie przewidywał, że może tak się stać. Nie było takiej możliwości. Nie na tym świecie.

Kearns przez kilka sekund zaszczepił jednak we wszystkich myśl, że oto może właśnie przed ich oczami urzeczywistni się marzenie o wygranej Dawida.

Tak, 25 lat później w świetnym artykule o tamtej drużynie Tar Heels pisał na łamach Sports Illustrated Frank Deford:

(…) i wtedy fani zaczęli mrugać oczami i chichotać, gdy pojawił się Kearns, 175 centymetrów z groszami, i zaczął przepychać się łokciami do centralnego koła naprzeciw Chamberlaina. Duży człowiek spojrzał w dół. Kearns odegrał to, jeśli ma to jakąkolwiek wartość, prężąc się i schodząc w dół, jakby potrafił wystrzelić sześć metrów w górę.

Kearns oczywiście nie dał rady odebrać piłki swojemu rywalowi. Miał jednak swój moment, gdy na chwilę zadziwił Los, gdy wyszedł na parkiet i bez lęku zmierzył się z Chamberlainem. Nikt nie wie tego na pewno, ale wielu chce do dziś wierzyć, że była to chwila, która natchnęła graczy z Północnej Karoliny do zwycięstwa w tym meczu. Sam zainteresowany, który może pochwalić się tym, że w czasie swojej krótkiej kariery w NBA miał stuprocentową skuteczność z gry (1/1), zagrał w filmie z Seanem Connerym i zrobił karierę w finansach, śmieje się dziś, że to był moment, który zdefiniował jego życie.

Scott Fowler (dziennikarz Charlotte Observer) w swojej książce na temat losów byłych graczy Tar Heels pisze, że inicjatorem całego pomysłu był asystent McGuire’a Buck Freeman, który widział podobną sytuację w jednym z meczów drużyn młodzieżowych. Było to zagranie psychologiczne, które miało zirytować Chamberlaina i najwyraźniej podziałało, bo ten jeszcze wiele lat później wspominał tę chwilę, mając wręcz żal do Franka McGuire’a i prosząc go o wyjaśnienie tej sytuacji, gdy ten trenował go już w NBA.

Kearns i Chamberlain zostali po latach bliskimi przyjaciółmi. Nie raz wspominali wspólnie to, co wydarzyło się tego dnia w Kansas City. North Carolina wygrała ostatecznie w dramatycznych okolicznościach po trzech dogrywkach i, co ciekawe, to Kearns był ostatnią osobą, która dotknęła tego dnia piłki. Przy jednopunktowym prowadzeniu Tar Heels, na dwie sekundy do końca, przechwycił skierowane do Wilta podanie i wyrzucił piłkę wysoko pod kopułę hali. Tym razem to on był zwycięzcą.

Nie był już Dawidem.

Wilt Chamberlain w trakcie swojej kariery w NBA zdobył 31419 punktów. Tommy Kearns zdobył 2. W 1957 roku to również Chamberlain był lepszy, gdy obaj stanęli oko w oko przed rozpoczęciem meczu, ale przez kilka sekund, to Kearns zadziwił Los i pokazał nam prawdziwe piękno sportu.


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni44 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni139 zł

0

Komentarze

  1. PeLe

    9 lipca 2014 o 07:31

    Fajny artykuł, który porusza BARDZO CIEKAWY temat. Nigdy wcześniej chyba nie zastanawiałem się nad kwestią Dawida-i-Goliata pod tym kątem…

    Lubię to: 0
  2. Filon

    9 lipca 2014 o 08:07

    Bardzo miły początek dnia… i Dodany do „moje ulubione” :)

    Lubię to: 0
  3. Lucek71

    9 lipca 2014 o 08:12

    Nie specjalnie zgadzam się z postawioną tezą, ale w trakcie czytania przypomniał mi się C.Paul kryjący K.Duranta w tegorocznych PO :).

    Lubię to: 0
  4. Nobrainer

    9 lipca 2014 o 21:50

    Goliatem jest CP3, wiec sie zgadza

    Lubię to: 0
  5. Tomundo

    9 lipca 2014 o 21:50

    Świetny artykuł, skłaniający do refleksji nad istotą sportu i życia. Nad tym że w człowieku nadzieją umiera ostania. Pytanie nie związane z artykułem jaki standing reach ma Sim Bhullar?

    Lubię to: 0

Skomentuj