Michael Beasley: Historia – jeszcze – ku przestrodze


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 4 grudnia 2013

Gary Coronado / newspix.pl

Pochodzenie z małego miasteczka ma swoje zalety. Cały świat jest większy od twojego pierwszego świata. Cały świat jest piękniejszy od twojego osiedla i twojej ławeczki pod blokiem. Zawsze będę traktował pochodzenie z małego miasteczka jak błogosławieństwo, bo w przeciwieństwie do moich przyjaciół z różnych wielkich skupisk miejskich tego świata, umiem docenić te wielkie skupiska miejskie tego świata. Tak więc, nie, nie mam w dupie małych miasteczek.

Moje małe miasteczko wydało na świat Józefa Młynarczyka, Krzysztofa Kilijańskiego i Magdalenę Różczkę. Szanse, że wyda na świat kogoś jeszcze są raczej małe. When 2 niggas making it out had never sounded logical, 3 niggas making it out, that’s mission impossible. Wciąż, moje małe miasteczko może pochwalić się 40-tysięczną populacją. Są mniejsze miasteczka na świecie. Na przykład Seat Pleasant w Maryland.

4542 mieszkańców. Wyobrażam sobie tablicę przy wjeździe, na której kredą wyskrobano tę liczbę.

Jakie są szanse na to, że akurat w takim miasteczku, w małej hali gimnastycznej w wieku 11 lat trenować będą dwie przyszłe gwiazdy NBA? Jakie są szanse, że obaj zaliczą potem rok w słynnej, „koszykarskiej” szkole średniej Oak Hill? Obaj będą dysponować niezwykłą kombinacją warunków fizycznych? Obaj dołączą do zespołów z konferencji  Big 12 NCAA, a tam w swoim pierwszym roku gry bić będą kolejne rekordy swoich uczelni? Obaj po pierwszym roku przystąpią do draftu NBA i dołączą do ligi wybrani z numerem drugim?

Małe.

Jakie są szanse, że obaj będą mieli tę samą osobowość, która pozwoli im stać się liderami nowej generacji gwiazd NBA?

Zbyt małe.

Pizza dude’s got 30 seconds

Tę historię powinniście już znać. Rok 2000 – Seat Pleasant Activity Center, na trening miejscowej drużyny PG Jaguars, wpada mały łobuziak. Nie umie grać w kosza. Tak przynajmniej wszystkim się wydaje, a więc stosunkowo szybko zostaje wyproszony z hali. Kiedy znika, znika też dopiero co zamówiona przez zespół wielka pizza.

W takich okolicznościach Kevin Durant poznaje Michaela Beasleya.

Pomimo – przyznacie sami – kiepskiego pierwszego wrażenia, trenerzy drużyny zapraszają Beasleya na kolejne treningi, a ten szybko czyni postępy. Ostatecznie PG Jaguars stają się absolutną sensacją wśród drużyn AAU złożonych z graczy pomiędzy dziesiątym i czternastym rokiem życia. Pomyślcie o tym sami – mają swoją stronę na Wikipedii. Jakikolwiek zespół, w jakim kiedykolwiek grałem, najbliżej Wikipedii był, gdy na lekcjach informatyki w liceum stworzyliśmy profil jednego z kolegów z drużyny. Nie przytoczę fragmentów.

Wyobraźcie to sobie. Mali Kevin Durant i Michael Beasley w jednym zespole. Obaj już w tym wieku grający w innej lidze niż reszta kolegów. Już wtedy również pokazujący najważniejsze cechy swoich charakterów. Jak wspominała mama Duranta, Kevin był tym poważnym, a Michael szukał we wszystkim okazji do dobrej zabawy. Ich drogi rozeszły się, gdy dołączyli do innych zespołów w wyższej kategorii wiekowej. W tym miejscu zostawmy też Kevina.

I’m Bart Simpson. Who the hell are you?

Michael Beasley występował w barwach sześciu różnych szkół średnich. Nie miało to nic wspólnego z wynikami w nauce, bo nastolatek nie miał z nimi problemów… jeśli tylko potrafił się choć na chwilę skupić. Problem leżał gdzie indziej. Jak wspominał Ty Lawson, jego kolega z zespołu w Oak Hill Academy, Michael był niczym Bart Simpson – wszędzie szukający okazji do żartów.

Występ w konkursie wsadów w czapce w kształcie kanciastych portek Sponge Boba? Zaliczone. Przechadzka po korytarzach szkolnych w piżamie? Dlaczego nie? Znaleźć trochę czasu, by porzucać patykami w domy nauczycieli? Zawsze. Uciec w nocy z dormitorium i organizować zabawę w chowanego? Możesz na to liczyć.

Michael Beasley nie był łobuzem z potencjałem na kryminalistę. Był łobuziakiem. Tego typu łobuziakiem, którego znał każdy z nas. Tego typu łobuziakiem, którym było wielu z nas. Problem polegał na tym, że był tym łobuziakiem, jednocześnie będąc diablo utalentowanym koszykarzem, od którego oczekiwano bardziej odpowiedzialnego podejścia do życia.

Wielu dziennikarzy, którzy – oczywiście – hobbystycznie parają się psychologią, próbuje tworzyć teorie o tym, że to brak ojca i „męskiego wzoru zachowania” stał się przyczyną takiego zachowania młodego Michaela. Ja, jako psycholog hobbystycznie – oczywiście – parający się dziennikarstwem nie podpiszę się pod tego typu pomysłami. Może znam zbyt dużo łobuziaków?

Oak Hill Academy miała być ziemią obiecaną dla tułającego się od szkoły do szkoły nastolatka. Ilość żartów przekroczyła jednak granice znośne dla władz szkoły, a miarkę przebrał… zakład pomiędzy Beasleyem i Lawsonem, którzy postanowili sprawdzić, kto będzie w stanie złożyć swój autograf na większej ilości rzeczy na terenie szkoły. Michael wygrał:

Najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłem. Ty był mądrzejszy niż ja. Podpisywał się na nogach od łóżek i innych miejscach, które nie mogły sprawić, by miał kłopoty. Ja podpisywałem się na sufitach, drzwiach, kranach, ścianach w łazienkach, wszędzie.

Dyrektor wezwał do szkoły matkę Michaela i przy synu wytłumaczył jej, że zmiana zachowania to dla niego ostatnia szansa, by pozostać w szkole na kolejny rok. Dwa dni później na masce swojego samochodu znalazł napis „MB-Easy”. Beasley zarzekał się, że stworzył to dzieło jeszcze przed obietnicą poprawy, ale nie miało to znaczenia.

Well, maybe it is stupid, but it’s also dumb

Nie żeby doświadczenie to zmieniło coś w jego nastawieniu. W szkole Notre Dam Prep tolerowano go, bo już wtedy wszyscy wiedzieli, że jest właściwie pewniakiem, by grać zawodowo w koszykówkę, a o jego usługi dopominały się wszystkie najlepsze uniwersytety. Rok ten kosztował jednak trenera zespołu Billa Bartona wiele z jego zapasów cierpliwości.

Eli Saston w Washington Post w jednym z pierwszych większych materiałów na temat Beasleya przytaczał, na przykład, taką historię:

Na treningu przed miesiącem, Bill Barton zebrał swoich graczy, by podzielić się z nimi informacjami na temat następnego rywala. Za mniej niż dwadzieścia cztery godziny drużyna grać miała jeden z najważniejszych meczów w sezonie. Barton stał nieruchomo z piłką pod pachą i cicho tłumaczył: „Słuchajcie uważnie, bo to bardzo ważne”. Jego zawodnicy nachylili się w jego kierunki. Wtedy Beasley zaczął krzyczeć:

„Hej trenerze, podaj piłkę! No dalej, nie bądź samolubem! Podaj! Jestem niekryty!

Jednocześnie jednak Beasley zawsze był lubiany przez innych graczy. Bezpośredni i wygadany szybko zdobywał przyjaciół. Widać to świetnie w pamiętnym filmie dokumentalnym nieodżałowanego Adama Yaucha Gunnin’ for that #1 spotgdzie możemy go zobaczyć, jako żartownisia (gdy ściąga spodnie Jerrydowi Baylessowi) i gadułę, ale przede wszystkim sympatycznego i lubianego gościa. Jak wspominał Bobbito Garcia:

Zdobywał tutaj przyjaciół. [do siedzących na trybunach gwiazd NBA] Mówił: ‚za dwa lata będziecie mi podawać piłki’.

What do you usually do when I’m gone?

Wait for you to come back

Michael Beasley był w stanie dokończyć edukację w szkole średniej i rozwinąć się w dominującą siłę na parkietach NCAA w dużej mierze dzięki jednemu z trenerów, których spotkał na swojej drodze. Był nim Curtis Malone – postać podobnie jak Beasley bardzo kontrowersyjna.

Malone stworzył podstawy pod potęgę rozgrywek AAU zespół D.C. Assault, w którym Beasley występował od trzynastego roku życia. Pomimo tego, że już w latach 90. miał kłopoty z prawem (a w tym roku został aresztowany po raz kolejny za handel narkotykami), dla całej generacji zawodników i trenerów z okolic Waszyngtonu stał się mentorem i przyjacielem. Dla Michaela Beasleya Malone był wręcz przybranym ojcem.

W czasach gry w D.C. Assault Beasley zaprzyjaźnił się z Nolanem Smithem (później Duke i Trail Blazers), którego przybranym ojcem (w tym wypadku dosłownie) był Curtis Malone. Całkiem na marginesie historia Nolana Smitha i jego ojca Dereka (mistrza NCAA dokładnie 30 lat przed synem i byłego gracza NBA) warta jest oddzielnego artykułu.

Beasley spędzał mnóstwo czasu w domu swojego trenera, a ten polubił młodzieńca na tyle, by służyć mu pomocą w znajdowaniu nowych szkół, gdy żegnano się z nim w kolejnych miejscach. Michael być może jeszcze bardziej przywiązany był do jego asystenta Dalonte Hilla, którego nazywał starszym bratem. Kiedy Hill odszedł z D.C Assault, by zostać asystentem trenera na Uniwersytecie Północnej Karoliny w Charlotte, Beasley z miejsca zadeklarował chęć gry dla 49ers, by zdecydować się na Kansas State, gdy tylko Hill dostał tam kolejną pracę.

Kansas State byli zresztą bardzo blisko utraty Beasleya, gdy przed jego debiutanckim sezonie wahali się, czy zatrzymać Hilla w swoim sztabie. Ostatecznie na kampusie w Manhattanie szybko zorientowano się, o co toczy się gra i zrozumiano, że Michael Beasley nie zawaha się zagrać dla innej uczelni, gdyby jego ulubiony trener miał zmienić pracę. Gra warta była świeczki, ale chyba najwięksi optymiści w Kansas nie spodziewali się, jak dobry jest ich nowy zawodnik.

Excellent

W barwach Kansas State Beaseley został najlepszym zbierającym (12,4) i trzecim punktującym (26,2) pierwszej dywizji NCAA. Pobił rekord Carmelo Anthony’ego w ilości double-double wśród pierwszoroczniaków (28) i aż 13 razy zaliczył 30 punktów i 10 zbiórek (3 razy przekraczając barierę 40 punktów).

Właściwie od początku sezonu pewnym było, że Beasley podąży w ślady swojego przyjaciela z dzieciństwa Kevina Duranta i przystąpi do draftu po roku gry na uczelni. Obok Derricka Rose’a szybko stał się też faworytem do wyboru numer 1. W drafcie jedynkę wylosowali Chicago Bulls i wielu ekspertów było przekonanych, że Byki zdecydują się jednak  na dominującego skrzydłowego. Dziś trudno w to uwierzyć, ale Beasley był uważany za gracza bardziej gotowego do gry w NBA niż ówczesny rozgrywający Memphis. Co do jego wyższości nad resztą tej klasy draftu (m.in. Russell Westbrook, Kevin Love, Brook Lopez) nikt nie miał żadnej wątpliwości.

Beasley był przyszłą gwiazdą NBA i po niezwykłym sezonie na parkietach NCAA trudno po prostu było wierzyć, że będzie inaczej. Okres gry w Kansas State pozwolił zapomnieć wszystkim o jego poprzednich kłopotach, a trener zespołu Frank Martin rozwiewał wszelkie wątpliwości:

Byłem jego fanem numer 1, kiedy go rekrutowałem, byłem jego fanem numer 1, kiedy go trenowałem i zawsze już będę jego fanem numer 1. (…) Zapytajcie kogokolwiek w moim sztabie. On ma serce wielkości tej planety i był najłatwiejszym dzieciakiem do trenowania, jakiego znałem. Słuchał. Robił to, o co go proszono. Bardzo łatwo dawał się trenować. Nigdy nie zrobił niczego, by kogokolwiek skrzywdzić. Jeśli zapytacie jego profesorów na uniwersytecie, też potwierdzą, że nie był półgłówkiem.

Ostatecznie Chicago Bulls zdecydowali się na „miejscowego” Derricka Rose’a. Heat nie zastanawiali się zbyt długo i wzięli kolejną najlepszą opcję (albo jak sądzili niektórzy – po prostu najlepszą opcję). Była jednak w organizacji osoba, która do tego wyboru nie była całkowicie przekonana…

Do you smell it? It’s smell, the kind of smelly smell. The smelly smell that smells smelly

Pat Riley obserwując Michaela Beasleya w czasie treningów przed draftem miał złe przeczucia. Chłopak z pewnością był utalentowany. Być może bardziej niż którykolwiek z jego kolegów. Jednocześnie jednak było w jego zachowaniu coś, co nie wróżyło dobrze. Będąc w miejscu, które już niebawem miało stać się miejscem jego pracy, Beasley zachowywał się jakbym był na podwórku wśród kumpli. Zamiast koncentrować się na pokazaniu z najlepszej strony, żartował i „dobrze bawił się” na parkiecie. To wróżyło problemy z profesjonalnym nastawieniem i Riley miał przeczucie, że powinien odpuścić sobie ten wybór. Ostatecznie jednak przekonany został przez resztę członków zarządu klubu. Na delikatne wskazówki, że Beasley nie podchodzi do swojego zawodu do końca poważnie, wzruszano jedynie ramionami.

Michael Beasley nie dał mu długo czekać na potwierdzenie wcześniejszych obaw. W czasie obozu orientacyjnego dla pierwszoroczniaków o drugiej w nocy w jednym z pokojów włączył się alarm przeciwpożarowy, a przybyłe na miejsce służby stwierdziły, że miejsce pełne jest dymu z marihuany. Zgodnie z pierwszymi doniesieniami winnymi całego zamieszania byli Mario Chalmers i Darrell Arthur, a NBA szybko zareagowała usuwając ich z obozu. Niektóre źródła sugerowały, że w całą sytuację zamieszany miał być również Beasley, ale początkowo nie było na to dowodów. 2 tygodnie później Michael pod presją Pata Rileya przyznał, że również był w pokoju, lecz udało mu się wymknąć przed przybyciem policji.

Był to pierwszy znak, że Beasley może sprawiać problemy. Kolejne, które pojawiały się w trakcie sezonu klub starał się trzymać w tajemnicy i dopiero kilka miesięcy później Erik Spoelstra przyznał, że Michael był karany wielokrotnie za różnego typu inne odstępstwa od reguł.

Pracownicy Heat mieli już podobno dość nieformalnej grupy dowcipnisiów której przewodził Michael (w jej składzie byli też Chalmers, Daequan Cook i Joel Anthony). Doszło wręcz do tego, że klub poprosił dziennikarzy, by nie wspominali w swoich artykułach nazwy, którą Beasley i reszta się określali (Goof Troop), by nie zachęcać ich do dalszych ekscesów.

W tym czasie wszyscy już przypomnieli sobie o jego poprzednich wybrykach. Henry Abbott na blogu True Hoop w świetnym artykule podsumował obawy, które zaczęły w tym czasie towarzyszyć Beasleyowi:

Nie wiem, czy przed jego pierwszym meczem w karierze, mamy już powód, by sądzić, że Michael Beasley może być bohaterem opowieści ku przestrodze. Wiem jednak, że każdy 19-latek z tak nieziemski talentem powinien być świadomy, że pociąg ku sławie może szybko się wykoleić.

Prawdziwa bomba wybuchła latem po debiutanckim (całkiem zresztą udanym) sezonie. Pod koniec sierpnia Beasley wrzucił na swojego twittera zdjęcie, na którym wprawne oczy internautów doszukały się woreczków z marihuaną. Kiedy media rozpoczęły swoje „śledztwo”, na jego koncie pojawiły się kolejne niepokojące wpisy:

Dlaczego czuję, że cały świat jest przeciwko mnie?

Czuję, że to nie ma sensu.

To już koniec.

Niebawem rozeszła się wiadomość, że skrzydłowy Heat trafił do ośrodka odwykowego w Houston. Nikt właściwie nie wiedział, jaki tak naprawdę był powód tego pobytu. Najbliżsi Beasleya zapewniali, że nie chodzi o narkotyki. Jeśli cofniemy się w czasie, by przeszukać prasę w poszukiwaniu informacji, natkniemy się na cały szereg hipotez z uzależnieniem i depresją na czele.

Trudno dociec dzisiaj, co tak naprawdę wydarzyło się w życiu Michaela Beasleya w sierpniu 2009 roku. Raczej na pewno była to jednak sprawa bardziej skomplikowana niż sugerowały to portale plotkarskie. Cokolwiek jednak by to było, Heat przekonali się, że Michael nie powinien być elementem odbudowy klubu i właściwie jego los w Miami został już wtedy przesądzony.

You are a sad, strange little man, and you have my pity

Przed sezonem 2010/11 Miami Heat musieli wreszcie pozbyć się Michaela Beasleya. Choć próbowali – bez powodzenia – wymienić go wcześniej, tym razem sprawa była poważniejsza, bo pieniądze płacone skrzydłowemu musiał spaść z listy płac zespołu, by dołączyć do Heat mogli LeBron James i Chris Bosh.

Ostatecznie niedawny drugi wybór w drafcie i niedoszła gwiazda NBA przeniósł się do Minnesoty w zamian za 2 wybory w drugiej rundzie draftu i odrobinę gotówki. Beasley mógł odczytać to jako brak szacunku – nie tylko ze strony swojego byłego już klubu, ale także innych drużyn w lidze, które nie próbowały go pozyskać (nawet za tak niską cenę). Michael zdążył dostać już łatkę „zgniłego jabłka” i nawet bardzo dobry drugi sezon nie był w stanie zmienić tej percepcji.

Warto zwrócić uwagę na to, że nawet David Kahn – menadżer Timberwolves, który zdecydował się na pozyskanie Beasleya, całkiem nieświadomie podkreślił tę łatkę, mówiąc o swoim nowym zawodniku:

Jest młodym, niedojrzałym dzieciakiem, który palił zbyt dużo marihuany. Powiedział mi, że już nie pali.

To, co był w stanie powiedzieć jedynie David Kahn, myślało pewnie wielu menadżerów i trenerów NBA. Potencjalne ryzyko przerosło już w tym momencie potencjalne zyski z zatrudnienia Beasleya.

Michael ze swojej strony zapowiadał, że świat wreszcie będzie miał okazje zobaczyć, że jest w nim dużo więcej niż głosi potoczna opinia. Początki w barwach Timberwolves zdawały się to potwierdzać, bo Beasley wyrósł nagle na jednego  z najlepszych ofensywnych graczy ligi. Niestety były to jedynie dobre złego początki.

No, no, no, no, no no!

Jeszcze przed swoim drugim sezonem w barwach Wolves, Beasley przypomniał o swoich wcześniejszych problemach z narkotykami i dał złapać się w samochodzie z torebką pełną marihuany. Michael, jakimś cudem, wybronił się, mówiąc, że narkotyki należały do jego znajomego, ale zły smak pozostał. Wraz z kłopotami poza parkietem przyszła też znacząca obniżka formy.

Beasley z miesiąca na miesiąc grał gorzej, a co za tym idzie krócej. Po wygaśnięciu jego debiutanckiego kontraktu, Minnesota nie była zainteresowana zatrzymaniem go w składzie. Na wolnym rynku również nie znalazł wielu wielbicieli swojego talentu. Większość zespołów nie była po prostu chętna, by ryzykować. Pomocną dłoń wyciągnęli do niego dopiero Phoenix Suns.

Beasley był już jednak w tym momencie w bardzo ciemnym miejscu. Jeszcze przed początkiem 2013 roku zdołał stracić miejsce w wyjściowym składzie słabej drużyny z Arizony, a następnie z każdym miesiącem staczał się jeszcze niżej, kończąc sezon – w wielu opiniach – jako jeden z najgorszych graczy w lidze.

Beasley w barwach Suns rzucał za dużo, pudłował za dużo, nie bronił, a przede wszystkim nie wyglądał, jakby zależało mu na tym, by się poprawić. Kompletna apatia i pasywność.

Kiedy latem usłyszeliśmy o tym, że Beasley po raz kolejny złapany został na posiadaniu marihuany, myślę, że nawet się nie zdziwiliśmy. Maciek podsumował to wtedy jednym, bardzo mocnym akapitem:

Michael Beasley niestety jest marihuaną – jest jej stereotypem, który nie byłby łatwym tematem dla środowisk starających o jej legalizację. Odwyk w 2009 roku, zatrzymanie w aucie z niemałą ilością w 2011, czy już niewywietrzony pokój na swoje dzieńdobry z NBA podczas „Rookie Transition Program” – lubi zapalić. Raz jeszcze – nic w tym złego. Inna rzecz, że przy tym jego kariera w NBA zmierza po równi pochyłej. Od sezonu w NCAA porównywanego z tym Kevina Duranta, przez bycie wybranym z nr 2 draftu, dobry sezon debiutancki w Miami, ławkę rezerwowych w Minnesocie, aż po siedzenie na jej końcu w jednej z najgorszych drużyn ligi.

Phoenix Sun nie zastanawiali się długo nad podjęciem oczekiwanej przez wszystkich decyzji i Lon Babby krótko pożegnał swojego skrzydłowego:

Suns byli zdecydowani pomóc Michaelowi Beasleyowi w osiągnięciu sukcesu w Phoenix. Mimo wszystko jednak jest kluczowym byśmy wymagali najwyższych standardów zachowania w życiu prywatnym i profesjonalnym, jeśli chcemy zbudować mistrzowską kulturę. Dzisiejsza decyzja odzwierciedla nasze przywiązanie do tych standardów.

Wielu wróżyło, że te słowa mogą zwiastować również koniec kariery Beasleya w NBA. Na jego szczęście upomniał się o niego ktoś, kto jeszcze kilka lat wcześniej obawiał się właśnie takiego rozwoju jego kariery.

What do you want to do tonight? 

The same thing we do every night, Pinky – try to take over the world

Pat Riley lubi odbudowywać. Pat Riley często nie ma wyboru, jak tylko odbudowywać. Odbudowywać graczy, którzy wydają się być już na wylocie z ligi. Ta jego mała klinika na Florydzie od kilku lat działa całkiem wydajnie i jej kolejnymi projektami stali się Rashard Lewis, Chris Andersen, Greg Oden i Michael Beasley.

Miami Heat są w tej specyficznej sytuacji, że nie są w stanie płacić sensownych pieniędzy swoim graczom zadaniowym. Mają też jednak tę jedną wielką przewagę nad rywalami, że ich organizacja i kultura panująca w klubie stały się synonimem „mistrzostwa”. Erik Spoelstra przy pomocy swoich największych gwiazd (i wsparciu Rileya) zbudował w szatni Heat silną grupę wsparcia. Nie ma tu miejsca na „ja”, choć w składzie są przyszli członkowie Galerii Sław. Jest tu miejsce jedynie na zespół i w zamian za zaufanie, trener Spoelstra odwdzięcza się tym, że w Miami naprawdę każdy ma szansę się pokazać i walczyć o miejsce w rotacji.

Michael Beasley przystępował do sezonu w Miami w charakterze ostatniego gracza w organizacji. Bez gwarantowanego kontraktu i bez żadnych gwarancji gry. Jedyne, co mu obiecano to szansę. Jest być może zbyt wcześnie, by wysnuwać takie wnioski, ale już przedsezonowe wypowiedzi Michaela kazały myśleć, że coś mogło w nim pęknąć.

Kiedy przychodził do Timberwolves mówił:

Czuję, że jest jeszcze wiele rzeczy, których świat o mnie nie wie. Wiele moich umiejętności na parkiecie nie jest jeszcze znanych. Duża część mojej osobowości nie była do tej pory pokazana. Czuję, że to nowy początek i świeży start. Jestem gotowy, by zacząć moje życie.

Gdy pojawił się w Phoenix:

Zdałem sobie sprawę, że 10 minut dobrego samopoczucia nie jest warte ryzykowania mojej kariery i mojego dziedzictwa. Mówię z pełnym przkoenaniem, że ta część mojej kariery, ta część mojego życia jest skończona i już nie powróci.

Po powrocie do Miami:

Wiem, że ten zespół mnie nie potrzebuje. Chcę im tylko pokazać, że mogę pomóc. Chcę tylko, aby mnie chcieli.

Nie wiem, w jaki sposób to czytacie, ale mnie uderza tu olbrzymia zmiana tonu. Koniec z zapowiedziami i obietnicami. Prawda między oczy, nic więcej. Miami Heat nie potrzebują Michaela Beasleya, a on zdaje sobie z tego sprawę. Erik Spoelstra również niczego nie obiecywał. Pozwolił jednak powrócić mu do szatni Heat i dał szansę, by odegrał w niej całkiem nową dla siebie rolę.

Być może po raz pierwszy w swojej karierze Michael Beasley jest uczniem. Po raz pierwszy tak naprawdę jest debiutantem – z którym nie wiąże się wielkich nadziei, który ma szansę rozwijać się w spokoju.

Michael Beasley nie był nigdy typem kryminalisty czy gangstera. Był raczej dzieciakiem i wraz z olbrzymim talentem przynosił do szatni swój brak odpowiedzialności i doświadczenia. Na gruncie profesjonalnej ligi zawodowej musiało się to skończyć bolesnym upadkiem.

Beasley to taki trochę sympatyczny łobuziak, który może niszczyć kulturę organizacji w młodej drużynie takiej jak Suns, lub być ulubieńcem kolegów w szatni już pełnej charakteru jak ta w Miami. Być może po raz pierwszy w karierze Michael ma szansę być w miejscu, gdzie zasady są już jasno wypisane i nie ma miejsca, by je naginać.

Jak skończy się ta historia? Nie założę się, że Michael Beasley pogra jeszcze kilka lat w tej lidze. Wymagałoby to od niego olbrzymiej dozy samozaparcia, by zapomniano o jego wcześniejszych wybrykach. Cieszy mnie jednak, że Miami Heat dali mu szansę, a on po pierwszym miesiącu rozgrywek wykorzystuje ją w 100%

Ta historia ma w tej chwili mały happy end:

Beasley gra w tym sezonie po 16 minut w meczu, ale już zdążył przebić się do rotacji. Notuje PER 21 i trafia 54% swoich rzutów. Prawie połowę z nich oddaje spod kosza. Zgodnie z danymi z Synergy jest 27. najbardziej efektywnym w ataku graczem ligi i 67. najlepszym jej obrońcą (na wybitnym poziomie broniąc zagrania pick’n’roll). Oficjalne statystyki NBA mówią nam, że z nim na parkiecie Heat są lepsi od swoich rywali o prawie 16 punktów na 100 posiadań, a to najlepszy wynik w całej drużynie. Kiedy nie ma go na parkiecie natomiast Heat są gorsi zarówno ofensywnie jak i defensywnie.

Michael Beasley pisze po cichu najbardziej budującą historię tego sezonu. Nie wiem, jak historia ta się skończy, ale kibicuję jej z całego serca, bo gdy był jeszcze w szkole średniej uwielbiał do rana patrzyć przez okno na światła miasta. To chyba taka wspólna cecha ludzi z małych miasteczek. Patrzymy na światła miasta.

PS. Tak, Michael Beasley uwielbia kreskówki.


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni120 zł

1

Komentarze

  1. Tommy

    4 grudnia 2013 o 01:56

    1. Jeden z najlepszych tekstów na 6G.
    2. Serce kibicuje za piękny koniec tej historii (nie tylko na końcu tego sezonu, ale np. za 5-8 lat na końcu jego wreszcie udanej kariery…
    3. Rozum mówi – ciekawe kiedy będzie aneks do tego tekstu mówiący o tym, że znowu kolega MB został złapany z worem zielska…

    PS. korekta się nie popisała w tym tekście.

    Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      4 grudnia 2013 o 02:17

      To nie korekta, to autor. 8 stron A4 jest czasami trudne do ogarnięcia o pierwszej w nocy. Dzięki mimo wszystko za czujność. Przeczytałem jeszcze dwa razy i mam nadzieję, że udało mi się już wyłapać większość literówek, powtórzeń i błędów.

      Lubię to: 0
  2. Nobrainer

    4 grudnia 2013 o 02:43

    swietny tekst, Miami REHAB, nie Heat..

    Wierze ze Oden sie odbuduje, Heat dizeki temu beda miec dobry matchup na4/5

    Lubię to: 0
  3. liwar

    4 grudnia 2013 o 08:24

    Historia z przestrogą i happy endem? Trzeba czekać może Hollywood to nakręci :), świetny tekst.

    Lubię to: 0
  4. ClydeGlide

    4 grudnia 2013 o 09:25

    Pięknie się to czytało o synu maenotrawnym. Ja bym dodał że potrzebuje
    jeszcze jakiejś rozsądnej kobiety i wyjdzie na ludzi :)

    Lubię to: 0
  5. Grigory11

    4 grudnia 2013 o 09:28

    Rewelacyjny tekst. Oprócz typowych analitycznych artykułów sensu stricto, 6gracz powinien mieć właśnie takie teksty, opisujące sylwetki koszykarzy, ich życie, itp. W końcu to też ludzie. Mój postulat – zróbcie z tego osobną sekcje. Może nawet czytelnicy tacy jak ja mogliby cos do niej przygotować?

    Ps. od wczoraj mam Beasleya w Fantasy i z Detroit wykręcił całkiem fajne statystyki ;)

    Mam jeszcze parę osobistych zdań do autora. Wydaje mi się, ze jesteśmy w podobnym wieku (chyba jestem trochę starszy), więc pozwolisz że będę zwracał się do Ciebie bezpośrednio. Zaznaczam, że jest to moje zdanie. Take it, or leave it. Kiedy w zeszłym roku powstawał 6gracz kosztem Zawsze po pierwsze napisałeś coś, co w moim odczuciu było całkowitym brakiem szacunku do nas, czytelników. Coś takiego nie mogło pozostać bez reakcji. Ale od jakiegoś czasu w Twoich tekstach i wypowiedziach w Przerwie na Żądanie zauważam zmianę. Pierwsza myśl: Przemek Kujawiński spokorniał/wydoroślał? Nie pytam o odpowiedz, to Twoja osobista sprawa. Faktem jest, że Twoje artykuły i wypowiedzi są teraz bardziej spójne,wyważone, przemyślane, spokojniejsze, mniej przekombinowane. Moim zdaniem – bezsprzecznie lepsze. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że jestem anonimowym czytelnikiem i nie licze na to że „obejdzie” Cie to co pisze. Ale wiedz, że kontynuując to co robisz teraz odzyskujesz mój szacunek, szacunek czytelnika. Może to nic, a może bardzo dużo.

    Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      4 grudnia 2013 o 11:52

      Dzięki za opinię. Nie chcę wchodzić w głębsze dyskusje tutaj, ale należy Ci się komentarz.

      „Kiedy w zeszłym roku powstawał 6gracz kosztem Zawsze po pierwsze napisałeś coś, co w moim odczuciu było całkowitym brakiem szacunku do nas, czytelników” – Rozumiem, że odnosisz się do mojego komentarza na facebookowej stronie ZP1. Było to dla mnie wielką tajemnicą, dlaczego opinia, którą wyraziłem wtedy została przyjęta w tak różny sposób. Od reakcji entuzjastycznych typu „teraz rozumiem i jestem gotowy wykupić dostęp do 6G”, aż do reakcji takich, jak Twoja. Moją intencją nigdy nie było kogokolwiek urazić w tamtym momencie – raczej wytłumaczyć czytelnikom naszą – autorów – rzeczywistość (choć rozmawiałem wtedy z kilkoma osobami, które uświadomiły mi, że część mojego komentarza mogła faktycznie zostać odebrana w taki sposób, w jaki Ty to odebrałeś. „Szacunek”, czy „brak szacunku” to bardzo nadużywane zwroty, które właściwie w zakresie tak zwanych trudnych tematów (a takim chyba tematem było założenie płatnego portalu) oznaczają tylko i wyłącznie „zgadzam się” i „nie zgadzam się” (to moja opinia, w żadnym wypadku brak szacunku wobec Twojej opinii).

      Miałeś jednak prawo odczytać moje słowa na swój sposób i jest to jeden z przywilejów i jednocześnie przekleństw zwracania się do szerszej publiczności.

      Co do moich opinii – nie, nie zmieniły się i mam nadzieję, że nigdy się nie zmienią. Myślę, że jeśli coś się zmieniło, to fakt, że umiem dużo bardziej świadomie wybierać tematykę i wiem, kiedy warto, a kiedy nie opinie te przedstawiać (co możesz nazywać właśnie „wydorośleniem”).

      Obchodzi mnie to, co piszesz (tak, jak obchodzi mnie, co pisze którykolwiek z moich czytelników). Mam wrażenie – choć nie wiem, czy się z tym zgodzisz – że przenosiny z ZP1 na 6G pozwoliły również na podniesienie poziomu komentarzy i dyskusji pod tekstami, a co za tym idzie nam-piszącym pozwala na większy kontakt z czytelnikami (możesz sobie wyobrazić, że trudno wchodzić w jakiekolwiek dyskusje, które kończą się bluzgami i wyzwiskami – o wiele łatwiej odpisuje się komuś, kto jak Ty wyraża swoją opinię, a nie swoje emocje).

      Mam też nadzieję, że w tym wszystkim widać, że rozwijam się jako piszący i moje teksty (pomijając tematykę, czy wyrażane w nich opinie) są technicznie lepsze niż kiedyś, bo w gruncie rzeczy, to mój jedyny cel.

      Pozdrawiam

      Lubię to: 0
      • Grigory11

        4 grudnia 2013 o 14:33

        Dziękuje za odpowiedz. Mimowolnie odgrzebałem temat okoliczności powstania 6gracza, co nie do końca było moim celem. Pozwolę sobie jednak na krótki komentarz. Pierwsza kwestia kwesta to powody dla których zdecydowaliście się założyć płatny portal. Powody te dla mnie od początku były oczywiste i zrozumiałe, a Maciek Kwiatkowski dodatkowo je potwierdził. Natomiast druga kwestia to sposób w jaki dokonaliście przejścia z Zawsze po Pierwsze do 6gracza. Zdaje sobie sprawę, że ta uwaga nie dotyczy bezpośrednio Ciebie, a założycieli 6gracza. Jako czytelnik zostałem postawiony przed faktem dokonanym, a nikt tego nie lubi. Brakło, moim zdaniem, czegoś co można by określić mianem „konsultacji społecznych”, a konkretniej – na powiedzmy miesiąc przez planowanym terminem zmian poinformowania czytelników o planach i parę słów wyjaśnień. Dla mnie reakcja czytelników była zrozumiała i możliwa do przewidzenia. Mój odbiór całej sytuacji można podsumować w następujących pytaniach: „Czy czytelnicy poradzą sobie bez Zawsze po Pierwsze/6gracz? Odpowiedz brzmi – tak, będzie gorzej, trzeba będzie zdobywać informacje z różnych stron i trzeba będzie poświęcić na to więcej czasu. Ale czy 6gracz poradzi sobie bez czytelników wykupujących abonament? Odpowiedz brzmi – nie. Co więcej, konieczna jest określona liczba subskrybentów by projekt płatnego portalu się zwyczajnie „opłacał”. Zakładam, że pomysł płatnego portalu zrodził się ze względu na sporą liczbę czytelników i liczyliście, że większość z nich stanie się abonentami 6gracza. Więc powinniście ich docenić i „uszanować” – co oznacza odpowiednią akcje informacyjną. W świetle powyższego mam nadzieje, iż rozumiesz dlaczego Twój komentarz został przeze mnie (lub innych) negatywnie odebrany. Z Twojej wypowiedzi wnioskuje, ze prawdopodobnie nie miałeś złych intencji, więc zamknijmy temat na spokojnie.
        Dla jasności, nie twierdze że Twoje opinie się zmieniły. Ale zgadzam się z Toba, że sposób w jaki je wyrażasz uległ zmianie. Jak najbardziej, moim zdaniem, rozwinąłeś się pod względem technicznym jako autor i komentator NBA. To właśnie próbowałem Ci przekazać, w domyśle dodając że moim skromnym zdaniem jest to właściwa droga. Oczywiście masz prawo do własnych opinii, ale ważne jest żebyś je podpierał argumentami. Mogę się z Twoją opinią nie zgadzać, mogę z nią polemizować ale od niedawna przestałem ją ignorować właśnie dzięki ewolucji Twojego podejścia (jeśli mogę się tak wyrazić, mam nadzieje że rozumiesz o co mi chodzi). Nawet jeśli nie doszlibyśmy do konsensusu, to jak mawia Shaq „Let’s agree to disagree”.
        Dla mnie już dawno koszykówka przestała być „tylko sportem”, stała się „nauką” łączącą swym zakresem takie dziedziny jak: fizjologia, psychologia, statystyka, taktyka. Wszystko to sprawia, że koszykówka w wykonaniu NBA jest tak interesującym sportem. Ekipa 6gracza ma ogromną wiedze na temat NBA. Co do tego nie mam wątpliwości. Zgadzam się z Toba, że 6gracz podniósł poziom komentarzy i dyskusji, ale co więcej zauważam też coraz wyższy poziom artykułów. Moja wiedza „koszykarska” jest jeszcze na zbyt niskim poziomie (od 3 lat jestem „neofitą” NBA po 10 latach zapomnienia), żebym mógł w tej chwili dyskutować z wami o niektórych tematach.
        Oczywiście oczekuje, że 6gracz będzie coraz lepszy, zarówno merytorycznie jak i technicznie. Dotyczy się to także Twoich artykułów. Wszedłeś na pewien poziom, którego nie powinieneś obniżać. Moim zdaniem, reszta ekipy też trzyma podobne standardy. Macie we mnie wiernego czytelnika i czekam na następne artykułu.
        Pozdrawiam

        Lubię to: 0
        • likeabosh

          5 grudnia 2013 o 00:11

          Skąd założenie, że autor bloga który udostępnia treści za darmo, jest zobowiązany do konsultacji z czytelnikami w kwestii jakiejkolwiek zmiany? Darujmy sobie sentymenty. Ja pamiętam dość jasny komunikat, który po krótce brzmiał: „Chcemy to robić dalej, ale to jak drugi etat tyle, że bez siana”. Tych dobrych parę lat na ZP1 to był wystarczający okres, żebyś Ty i inni, jednak mieli wybór: Czy content tego bloga jest wart tych ‚X’ PLN’ów, które chłopaki sobie krzyczą, czy nie?

          Ba! Moim zdaniem powinni to zrobić wcześniej, tym bardziej jak wchodzę na wp.pl/sport gdzie arty Kwiatkowskiego wyglądają na tle innych jak reportaże Kapuścińskiego w dziale ‚kulinaria’.

          Lubię to: 0
          • Grigory11

            5 grudnia 2013 o 09:54

            Do likeabosh.
            Mam wrażenie, że nie zrozumiałeś sensu mojego przekazu (to moje zdanie, bez urazy). Jeszcze raz podkreślę, całkowicie rozumiem powody dla których chłopaki podjęli decyzję o założeniu płatnego portalu. Zdaje sobie sprawę ile pracy, czasu i wysiłku trzeba włożyć żeby na bieżąco oglądać oraz komentować NBA, a do tego pisać artykuły. Jasne, że mogli a może nawet powinni zrobić to wcześniej. Nie w tym jednak rzecz. Sposób w jaki dokonali przejścia był, moim zdaniem, niewłaściwy. Piszesz, że autor bloga który udostępnia treści za darmo nie jest zobowiązany do konsultacji z czytelnikami w kwestii jakiejkolwiek zmiany. Moim zdaniem, w 90% masz racje. Dlatego nigdy nie wymagałem czegokolwiek od ZP1, nie obruszałem się za brak dniówki czy innych obiecywanych artykułów. Uważałem że nie mam do tego prawa, bo chłopaki robią bloga z własnej, nieprzymuszonej woli. A do tego nic z tego nie mają. Ale zmiana taka jak wprowadzenie opłaty za korzystanie z portalu to już zupełnie inna sprawa. 6g to już nie jest blog prywatny, to płatny portal informacyjny o NBA. Portal, który bez czytelników wykupujących abonament nie ma racji bytu. Nie ma chyba wątpliwości, że 6G to przedsięwzięcie także komercyjne (zaznaczam – nie mam z tym problemu, trzeba za coś jeść, opłacić rachunki, itp.). W związku z czym, powinno się zrobić wszystko żeby zachęcić czytelników do wykupienia abonamentu (przykład – aktualne promocje na abonament), a nie ich zniechęcać. A mnie sposób przejścia (z dnia na dzień), brak wcześniejszej akcji informacyjnej i późniejsze niektóre komentarze – po prostu zniechęciły. Może innych czytelników też? Tego nie wiem. Jeśli tak, to oczywiście odbiło się to na ilości wykupionych abonamentów – a tym samym na przychodach chłopaków. Wiem jednak, że można było tego uniknąć w bardzo prosty sposób i to jest konkluzja moich komentarzy.
            Pozdrawiam

            Lubię to: 0
  6. Archie Panjabie

    4 grudnia 2013 o 09:33

    Krótko – WOW!

    Lubię to: 0
  7. dawidsrw@gmail.com

    4 grudnia 2013 o 09:34

    Świetny artykul! Propsy Przemek!

    Lubię to: 0
  8. AlienDeg

    4 grudnia 2013 o 09:39

    No to pozdrowienia z leżącego nieopodal Nowej Soli Lubięcina

    Lubię to: 0
    • Przemek Kujawiński

      4 grudnia 2013 o 11:54

      Lubięcin AKA „najdłuższa ulica w województwie”. Mam dużo dobrych wspomnieć z tym miejscem. Pozdrawiam również:)

      Lubię to: 0
  9. vipmen4

    4 grudnia 2013 o 11:55

    Super tekst i oby takich więcej.

    Lubię to: 0
  10. WekT4

    4 grudnia 2013 o 12:27

    Świetny tekst. Czytało się z przyjemnością.

    Fajnie by było jakbyście mogli zrobić jakieś zestawienie wyborów w drafcie z ostatnich kilku lat i napisać co się z nimi dzieje, albo np statystyki ilu średnio wychodzi na all starów etc ile było porażkowych wyborów.

    bo po kilku latach już się zapomina kto był np w klasie 2010 a kto 2011. to by było dobra przypominajka.

    Pozdrówki

    Lubię to: 0
  11. Paweł Moras

    4 grudnia 2013 o 13:59

    Szacun za tekst!

    Lubię to: 0
  12. janiuu

    4 grudnia 2013 o 14:02

    Swietny artykul, dla takich tekstow warto miec abonanment!
    P.S. czekam teraz na artykul o wspomnianej historii Nolana Smitha i jego ojca Dereka :)

    Lubię to: 0
  13. shevcu

    4 grudnia 2013 o 23:26

    top5 artykułów na 6graczu!!!

    Lubię to: 0
  14. kurak55

    7 grudnia 2013 o 22:36

    Nice one

    Lubię to: 0

Skomentuj