Kilka słów na temat dopingu w NBA


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 4 listopada 2013

www.nbcbayarea.com

Bardzo kusiło mnie, aby zatytułować ten artykuł: „Ośmiu koszykarzy NBA złapanych na dopingu…”, by następnie w pierwszej linijce tekstu dodać” „…od 2000 roku”. Jest jednak jakiś powód, dla którego nie piszę na Onecie lub na Sport.pl.

To trochę odgrzewany kotlet, bo co kilka miesięcy któryś z poważniejszych amerykańskich serwisów lub blogów na temat NBA do niego wraca dorzucając swoje trzy grosze, które zazwyczaj są dokładnie tymi samymi groszami: w NBA są dopingowicze, polityka antydopingowa NBA jest do bani, właściwie to nikomu w NBA nie zależy na tym, by zidentyfikować graczy, którzy wspomagają się niedozwolonymi środkami. Pomimo tego zdecydowałem się poruszyć ten temat i tutaj, bo ostatecznie, aby dowiedzieć się, jak właściwie NBA walczy z dopingiem, musiałem przesiać cały Internet.

Temat podrzucił mi Tracy McGrady, który w swoim debiucie w Open Court przyznał, że poważnie rozważał sięgnięcie po „wspomagacze”, które pomogłyby mu powrócić do gry po kontuzji. Ostatecznie – jak sam mówi – poczytał trochę o skutkach ubocznych i zrezygnował z tego pomysłu. Zobaczcie zresztą sami:

Wyznanie T-Maca rozpoczęło oczywiście dłuższą dyskusję na temat środków wspomagających w NBA, która bez zaskoczenia płynęła raczej po wierzchu tego ogromnie przecież złożonego problemu. Jedyną osobą, która próbowała przenieść rozmowę poza obszar frazesów i politycznej poprawności był niezastąpiony Steve Kerr, który zadał bardzo ważne pytanie o to, jak właściwie zdefiniować doping. Niestety nie doczekał się odpowiedzi…

Nie doczekał się, ponieważ odpowiedzieć na to pytanie jest niezwykle trudno. Nie ma jednej – ogólnie przyjętej i akceptowanej definicji środków dopingujących. Z zasady powinny być to wszelkie substancje, które mogą pomóc poprawić wyniki sportowe. Można jednak spokojnie dyskutować, że w definicji tej mieszczą się wszelkie suplementy diety, lekarstwa (czy też nowe sposoby leczenia) pomagające w rehabilitacji, czy nawet kofeina. Część z zakazanych środków jest ogólnie dostępna i legalna – o ile nie uprawiasz zawodowo sportu.

Moja prywatna opinia jest taka, że często jedyną granicą między legalnym i nielegalnym dopingiem jest właściwie tylko opinia władz danego związku sportowego, który ustala zasady w swojej dyscyplinie. Co za tym idzie, mrzonką jest myślenie, że jakakolwiek polityka antydopingowa może wyrównać szanse i zawody sportowe zostaną faktycznie sprowadzone jedynie do rywalizacji pomiędzy dwoma „sportowymi talentami”. Wydaje mi się, że wszelkie sporty – w mniejszym lub mniejszym stopniu są niczym formuła 1, gdzie szuka się przewag w każdym możliwym elemencie przygotowań, a „talent kierowcy” może jedynie lepiej lub gorzej stworzone mu warunki wykorzystać (odnieście się do tego porównania w odpowiednich proporcjach).

Nie ma w tym nic złego.

Często bawię się myślą, czy nie lepiej byłoby po prostu znieść wszelkie zakazy…

Rzeczywistość jest jednak inna. Pewne substancje, z różnych – czasem arbitralnych (a czasem wizerunkowych) powodów – są zakazane w zawodowym sporcie i to jest punkt wyjścia do naszej dyskusji. Jeśli jesteście zainteresowani, lub po obejrzeniu Breaking Bad kręci was chemia, tutaj możecie sprawdzić pełną listę środków dopingujących zakazanych w NBA (zgodnie z nową CBA, w każdej chwili mogą zostać do niej dodane kolejne substancje).

Fakt, że NBA zakazała pewne substancje, oznacza,w teorii, że chce się upewnić, że nie są one używane przez jej zawodników – a co za tym idzie ma intencję, by sprawdzać, czy używane są. Jeśli zostawić to w tym miejscu i założyć, że intencja ta jest szczera, to biorąc pod uwagę wyniki testów możemy dojść do jednego z dwóch wniosków:

1. NBA jest czysta od zakazanego dopingu.

lub

2. System antydopingowy jest nieskuteczny.

Jak wspomniałem już bowiem na wstępie od 1999 roku (a więc od kiedy NBA oficjalnie włączyła środki dopingujące do swojego programu antynarkotykowego) zaledwie ośmiu koszykarzy zostało złapanych na dopingu (nie liczę tu oczywiście graczy karanych za narkotyki). Oto kompletna lista:

Don MacLean (Miami Heat) – 2000 – sterydy (niesprecyzowane) –  5 meczów zawieszenia (tłumaczenie: zakazany środek znajdował się w jednym ze specyfików mającym pomóc mu z kontuzją kolana – nie był świadomy, co bierze)

Matt Geiger (Philadelphia 76ers) – 2001 – sterydy (niesprecyzowane) – 2 mecze zawieszenia (tłumaczenie: środek, który stosował, jako suplement diety trafił na listę zakazanych substancji w tym samym sezonie – miał przestać go stosować w tym samym momencie, ale pozostałości wciąż były wykrywalne w czasie testu)

Soumaila Samake (Los Angeles Lakers) – 2002 – nandrolon – 5 meczów zawieszenia (tłumaczenie: nie był świadomy, że środek ten znajduje się w jednym z suplementów diety)

Lindsey Hunter (Detroit Pistons) – 2007 – fentermina – 10 meczów zawieszenia (tłumaczenie: przypadkowo wziął pigułki odchudzające swojej żony)

Darius Miles (Boston Celtics) – 2008 – fentermina – 10 meczów zawieszenia (nie znalazłem tłumaczenia Milesa, najszerzej krążąca opinia jest taka, że wracając po kontuzji chciał szybko schudnąć)

Rashard Lewis (Orlando Magic) – 2009 – DHEA – 10 meczów zawieszenia (tłumaczenie: nie był świadomy, że środek ten jest zakazany i znajduje się w suplemencie diety)

O.J. Mayo (Memphis Grizzlies) – 2011 – DHEA – 10 meczów zawieszenia (tłumaczenie: nie był świadomy, że środek ten znajduje się w jednym z suplementów diety)

Hedo Turkoglu (Orlando Magic) – 2013 – metenolon – 20 meczów zawieszenia (tłumaczenia: jeden z trenerów w Turcji dał mu środek, by pomóc w rekonwalescencji po kontuzji, nie sprawdził, czy znajduje się na liście zakazanych substancji)

8 „wpadkowiczów” w ciągu 14 lat, to naprawdę niewiele, biorąc pod uwagę, jak wiele przypadków dopingu wykryto w tym czasie w innych sportach. Inną rzeczą, która bardzo mocno uderza w tym zestawieniu jest fakt, że nie ma tu właściwie wielkiego nazwiska. Są to właściwie jedynie gracze przeciętni (a często słabsi), z których raptem jeden (Lewis) pojawił się kiedykolwiek w Meczu Gwiazd.

W 2005 roku dr Lloyd Baccus – ówczesny dyrektor medyczny programu antynarkotykowego NBA – zeznając przed Kongresem w swoim wystąpieniu potwierdził, że, zgodnie z jego wiedzą, problem dopingu w lidze jest minimalny. Dodał jednak kilka zaskakujących uwag, które przeszły bez echa:

W czasie mojej pracy na stanowisku dyrektora medycznego, nie zdobyłem żadnego dowodu, który mógłby sugerować coś więcej niż minimalną popularność sterydów i środków dopingujących w NBA. Spośród około 4200 testów na obecność tych substancji, jakie przeprowadziliśmy w ciągu ostatnich sześciu lat, zaledwie 23 wyniki były pozytywne i raptem  3 z nich zostały ostatecznie potwierdzone przeze mnie. Wyniki te nie zaskakują mnie, gdyż nie jest potwierdzone aby tradycyjne korzyści płynące ze stosowania sterydów i środków dopingujących –  takie jak zwiększenie masy mięśniowej, siły i wytrzymałości – były, lub były postrzegane jako, korzystne dla graczy NBA. Cechy fizyczne, na jakich polegają gracze NBA  – przede wszystkim: szybkość, zręczność i zwinność – nie wydają się być wspierane, a często mogą być wręcz zaburzane, przez stosowanie tych substancji.

Trzy przypadki, które ostatecznie zostały zweryfikowane pozytywnie to oczywiście wspomniani już MacLean, Geiger i Samake. Pozostała dwudziestka? Nigdy się już tego nie dowiemy. Jak twierdziły ligowe źródła część z tych graczy dostała rozgrzeszenie, ponieważ potrafili udowodnić, że nielegalne środki trafiły do ich organizmów przypadkowo (miało chodzić przede wszystko o pseudoefedrynę, która znajduje się w składzie wielu leków dostępnych bez recepty) lub po prostu już dawno (w przypadku testów przedsezonowych) znajdowali się poza NBA.

Co szokuje bardziej – niż te 20 dodatkowe pozytywne testy – to fakt, że lekarz – dyrektor medyczny oficjalnie twierdzi, że środki dopingujące nie są w NBA popularne, bo nie są w stanie koszykarzom pomóc, a wręcz mogą przeszkodzić. Jego słowa wpisują się idealnie w pewien mit powstały dokoła koszykówki. Mianowicie ma to być „czysta dyscyplina”, bo jest zbyt oparta na technice – a nie jedynie na wykonywaniu jednej określonej czynności fizycznej. Zgodnie z tą linią myślenia, zawodnik i owszem ma być silny, ale jednocześnie ma być szybki, ma być duży, ale też zwinny.

Nie mam pojęcia, czy David Stern i reszta jego ekipy naprawdę wierzą w tego typu bzdurę (bo jak to inaczej nazwać?). Nie chcę jednak budować od razu teorii spiskowych, załóżmy więc, że jest naprawdę duża grupa ludzi, która po prostu w to wierzy (hej, w końcu są wciąż ludzi, którzy nie kupują ewolucji, ani tego, że ziemia nie jest płaska, słyszałem też o gościu, który nie wierzył w grawitację – o dziwo nigdzie nie odleciał). Aby jednak dyskusja na temat dopingu w NBA miała sens, trzeba sobie zdać sprawę, że jest to mit.

Tak, doping może pomóc koszykarzom, tak, jak i pomagać może w każdej innej dyscyplinie sportowej. Jeśli zaś nadal utożsamiacie doping z kolegami z osiedlowej siłowni, to rzućcie okiem na Lance’a Armstronga. Nie będę się nad tym rozwodził, ponieważ jest to raczej oczywiste, że środki wspomagające mogą być pomocne koszykarzom na każdym etapie treningu, czy rekonwalescencji po kontuzjach.

Drugim często przywoływanym argumentem na korzyść „czystości” NBA jest fakt, że nie ma po prostu tak wielu „wpadek”. Moglibyśmy sądzić, że w czasach, gdy afery dopingowe wybuchają w każdym sporcie i w koszykówce znalazłyby się wielkie nazwiska lub organizacje – przynajmniej publicznie o doping posądzone. Skoro zaś takich przypadków nie ma, to oznacza, że wszyscy są czyści.

Osobiście, bardzo chciałbym, aby tak było. Jednocześnie jednak jestem sceptykiem i bardziej przekonuje mnie argument, że po prostu system antydopingowy w NBA jest chory, a liga i związek graczy nie mają żadnego interesu w jego uzdrowieniu.

Wyobraźcie sobie, że „wpada” któraś z wielkich gwiazd: LeBron James, Kobe Bryanta, Kevin Durant, czy Derrick Rose. Co teraz? Wymazujemy wyniki jego ekipy? Odbieramy mu nagrody indywidualne? Jak przywrócimy zaufanie kibiców? Jeśli najwięksi biorą i ich wyniki i wyczyny są efektem dopingu, jaki jest jeszcze sens oglądać NBA? Jak reagują właściciele „czystych” zespołów? Pozwami? Jak kibice i dziennikarze zaczynają podchodzić do wcześniejszych gwiazd? Jeśli dzisiaj biorą, to kiedyś może też brali?

To byłaby katastrofa na olbrzymią skalę. Jeszcze raz powtórzę – nie chcę tworzyć tutaj teorii spiskowych, bo nie wiem, czy któryś z wielkich bierze (i chcę wierzyć, że nie) i nie posądzam Davida Sterna o zamiatanie tego typu rzeczy pod dywan. Twierdzę tylko, że dla wszystkich bezpieczniej jest zakładać, że dopingu nie ma i nie szukać go z jakąś szczególną intensywnością, co może dziać się nawet całkiem nieświadomie. Daniel Coyle, który napisał kilka książek o kolarstwie i dopingu powiedział:

Świadomie czy nieświadomie wszyscy [w kolarskich władzach] wiedzieli, że jeśli Lance Armstrong zostanie przyłapany, to zarobią dużo mniej na prawach telewizyjnych. Zarobią mniej właściwie na wszystkim. Wpadka gwiazdy kosztowałaby ich dużo pieniędzy. Nie możesz  do tego doprowadzić.

To dokładnie taka sama sytuacja. To kwestia wizerunku i przede wszystkim olbrzymich pieniędzy. Świadomie czy nieświadomie nikt nie chce do tego doprowadzić.

Nieświadome próby zaklinania rzeczywistości mogą wyglądać na wiele sposobów. Pierwszy, który wpada mi do głowy, mając w pamięci to, że między 2000 i 2005 rokiem jedynie 3 z 23 pozytywnych testów zostało ostatecznie potwierdzonych jako doping, to szukanie możliwości uniewinnienia dopingowiczów (lub lekceważenie wyników). Inne to – i w tym David Stern jest naprawdę świetny (patrz sprawa Tima Donaghy) – polityka dezinformacji i zaprzeczania stosowane wobec mediów. Jednym z przykładów tego typy zachowania może być przypadek Dariusa Milesa, o którego wpadce NBA poinformowała kluby ligi w poufnym mailu i przez kilka tygodni trzymała jej szczegóły w tajemnicy przed mediami, nawet pomimo tego, że ówczesna CBA jasno określała, że informacje o pozytywnych testach mają być całkowicie jawne.

Gdy niedawno na fali afery związanej z kliniką Biogenesis (zawieszonych zostało 14 bejsbolistów MLB), temat dopingu w amerykańskich sportach zawodowych rozbrzmiał z nową siłą, w wywiadzie dla NBA.com David Stern stwierdził po prostu: „myślę, że mamy szczęście”.

NBA nie miała właściwie więcej do powiedzenia w tym temacie, pomimo tego nawet, że Porter Fischer – były pracownik kliniki, który rozpoczął całą sprawę, przekazując prasie dokumenty świadczące o tym, że wielu graczy MLB pozyskiwało stamtąd środki wspomagające – przyznał, że wśród klientów Biogenesis byli również zawodowi koszykarze. Adam Silver zaprzeczył, jakoby była to prawda i sprawa umarła śmiercią naturalną.

W kwestii nielegalnych wspomagaczy mamy więc w tej chwili status quo i nie wygląda na to, aby w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić. Jak bowiem wygląda polityka antydopingowa w NBA?

Mówi o tym artykuł XXXIII nowej CBA, który łącznie traktuje o trzech rodzajów środków: dopingu, twardych narkotykach i marihuanie. Na kilkudziesięciu stronach dowiadujemy się między innymi, że NBA i NBPA zlecą zrealizowanie testów zewnętrznej firmie (niewyszczególniona w umowie, ale ostatecznie będzie to laboratorium INRS w Montrealu). Najciekawsza część umowy, to jednak sekcja szósta, która mówi o samych testach. Mogą one zostać zlecone w przypadku wiarygodnego podejrzenia używania zakazanych substancji, ale też wykonywane są losowo w czasie i poza sezonem:

(…) Zawodnik może zostać poddany testom na obecność zakazanych substancji w każdym momencie, bez wcześniejszej zapowiedzi, nie więcej niż cztery razy w sezonie i nie więcej niż dwa razy poza sezonem. W każdym sezonie NBA przeprowadzi nie więcej niż 1525 testów. Poza sezonem NBA przeprowadzi nie więcej niż 600 testów.

Jeśli zawodnik zostanie złapany na dopingu po raz pierwszy, zostanie zdyskwalifikowany na 20 spotkań. Jeśli zdarzy się to po raz drugi, opuści 45 spotkań. W przypadku trzeciej wpadki zostanie zdyskwalifikowany na całe życie. W przypadku przyznania się do winy z własnej inicjatywy zawodnik uniknie kary (w przypadku wykrycie śladów któregoś z „twardych” narkotyków zawodnik zostanie zdyskwalifikowany po pierwszej wpadce). Co ciekawe w NBA nadal badany jest jedynie mocz i CBA zakłada jedynie, że NBA i NBPA mają zasiąść do rozmów na temat wprowadzenia testów krwi (na obecność hormonu wzrostu).

Biorąc pod uwagę, że w NBA w jednym momencie może być do 450 różnych graczy (a w przeciągu sezonu liczba ta może wzrosnąć), nie ma możliwości, by aż czterokrotnie w ciągu sezonu przetestować wszystkich. To pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy po przeczytaniu tego ustępu. W rzeczywistości jednak problem polityki antydopingowej jest dużo bardziej złożony i ma dużo więcej dziur, które wprawnym dopingowiczom mogą bez problemów pozwolić uniknąć przyłapania.

Szef światowej organizacji antydopingowej David Howman krytykował w zeszłym roku otwarcie NBA mówiąc między innymi:

Istnieją różnice pomiędzy tym, co robią i tym, co sugerujemy. Są świadomi naszych sugestii i miałbym nadzieję, że zaczną je dyskutować zamiast odkładać je na bok. (…) Nie czują, aby mieli podobny problem, jak inne ligi zawodowe i co za tym idzie nie podchodzą do niego w podobnym sposób. Myślę jednak, że musisz być bardzo ostrożny, kiedy mówisz, że środki dopingujące nie dają korzyści w jakimś sporcie, ponieważ zostanie ci udowodnione, że się mylisz. I zostanie ci to udowodnione w najmniej oczekiwanym momencie. (…) Wszyscy lubią myśleć, że ich sport jest czysty. My pracujemy z założeniem, że nie ma sportu ani państwa, które są odporne.

Howman nie wchodził w szczegóły rozbieżności między wskazaniami jego organizacji i polityką NBA, ale stosunkowo łatwo domyślić się, że chodzi przede wszystkim o testy krwi i możliwość stworzenia „biologicznych paszportów” koszykarzy. Henry Abbott na ESPN-owskim blogu True Hoop solidnie przekopał się przez temat i wyszczególnił kilka podstawowych niedociągnięć NBA w zakresie testowania dopingu:

1. Brak przejrzystości:

Już znalezienie informacji o tym, jak wyglądają testy antydopingowe w NBA jest nie lada wyzwaniem. Poza informacją, że działania te zlecane są zewnętrznym podwykonawcą oficjalnie nie wiemy właściwie nic więcej. Cała procedura trzymana jest w tajemnicy i monitorowana przez ligę, która ma prawo decydować, na podstawie dostarczonych wyników i innych okoliczności, co tak naprawdę dopingiem jest, a co nie jest. NBA kontroluje swój system antydopingowy, a co za tym idzie powstaje tu konflikt interesów, bo jak pisałem wcześniej odkrycie dopingowiczów wiązałoby się z dużymi stratami.

2. Brak testów krwi:

Związek zawodników bardzo sceptycznie patrzy na badania krwi, argumentując to ich inwazyjnością (podobnie jest w innych ligach zawodowych w USA). Jednocześnie jednak jeden z najbardziej popularnych rodzajów dopingu to ludzki hormon wzrostu (HGH), który wykrywalny jest jedynie w testach krwi. NBA ma go na swojej liście zakazanych substancji… ale nie testuje swoich zawodników na jego obecność.

3. Brak biologicznych paszportów:

Odnosi się to do punktu drugiego, ponieważ stworzenie ich wymagałoby wprowadzenie testowania krwi.

4. Brak sposobu na wykrywanie małych dawek:

Abbott, na przykładzie kolarzy, wyjaśnia, że jednym z najbardziej popularnych sposobów na uniknięcie wpadki było branie małych dawek – szczególnie w godzinach nocnych, kiedy nie testowano zawodników – które do rana były właściwie niewykrywalne. Równie dobrze tego typu sposoby mogą funkcjonować w NBA.

5. Informowanie o testach z wyprzedzeniem:

Teoretycznie żaden z zawodników nie ma prawa wiedzieć, że będzie testowany. Zewnętrzna firma losowo wybiera graczy, a następnie wysyła osoby odpowiedzialne za testy do hali treningowej lub meczowej, aby ta przeprowadziła testy. Jedyną informowaną osobą jest trener, który ma zawołać wybranych zawodników. Jeśli tego dnia któryś z nich znajduje się w innym miejscu (np. w domu), testujący mają obowiązek udać się do niego. Poza sezonem testujący udaje się do miasta, w którym ma przebywać w tym samym czasie zawodnik (gracze NBA mają obowiązek informować o swoich planach), a następnie telefonicznie umówić się z nim na spotkanie (co daje olbrzymią ilość czasu na przechytrzenie testu).

W czasie sezonu gracze mogą liczyć na chwilę, by przygotować się do testu (a w przypadku – teoretycznie – zamieszanego trenera nawet więcej). Poza sezonem mogą właściwie grać z testującymi w kotka i myszkę. Co ciekawe od 1999 roku żaden zawodnik nie został ukarany za unikanie testu (a mogło i z pewnością zdarzyło się to nie raz choćby przez przypadek) – można stąd wysnuć wniosek, że w skrajnych wypadkach zawodnik może wręcz udać, że opuścił już miasto, ale wciąż nie zdążył tego zgłosić, mając świadomość, że nie zostanie to ukarane.

Abbott kończy swój artykuł wiele mówiącym cytatem z książki Tylera Hamiltona i cytowanego wcześniej Daniela Coyle’a „Secret Race”:

Dla nas to nie był właściwie wyścig. To było jak zabawa w chowanego, która odbywa się w lesie, gdzie jest mnóstwo dobrych miejsc, by się schować i gdzie istnieje mnóstwo zasad, które faworyzują chowającego się.

Oto jak przechytrzaliśmy testujących:

  • Wskazówka pierwsza: noś zegarek.
  • Wskazówka druga: miej pod ręką telefon komórkowy.
  • Wskazówka trzecia: wiedz ile czasu po wzięciu substancji będziesz dawał pozytywny wynik.

Co zauważycie, to fakt, że żadna z tych rzeczy nie jest szczególnie trudna do zrobienia, a to dlatego, że testy były łatwe do przechytrzenia. Właściwie nie były to testy na obecność zakazanych substancji. To były bardziej testy dyscypliny i testy na inteligencję. Jeśli byłeś ostrożny, mogłeś brać i mieć 99% pewności, że nie zostaniesz złapany.

Nie jest to szczególnie optymistyczne przesłanie dla fana NBA i zastanawiam się ilu z was przeszła przez głowę myśl: „a może po prostu zostawić to wszystko i nigdy się nie dowiedzieć”. Mi przeszła.

Wciąż się łudzę, że jak mówi David Stern, mamy po prostu szczęście. Jednocześnie jednak milczenie jakie panuje dokoła problemu dopingu w NBA napawa mnie niepokojem. Nie jest to po prostu temat, na który gracze NBA jakoś szczególnie chętnie się wypowiadają. Głośna była sprawa sprzed kilku lat, gdy w czasie rozmowy z magazynem ESPN Derrickowi Rose wymknęło się, że w skali od 1 do 10 problem dopingu ocenia na 7. Ostatecznie szybko wycofał się z tego twierdzenia, zrzucając wszystko na błąd w druku – pytanie, na które odpowiadał miało brzmieć: „jak wielki wpływ doping mógłby mieć„. Nie zaś: „czy doping to spory problem w Twoim sporcie”.

Komentując całe zajście Dwyane Wade powiedział:

Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli problem z dopingiem. Nigdy nie doświadczyłem tego w koszykówce. Nie wydaje mi się, żeby coś takiego miało miejsce.

Dirk Nowitzki dla odmiany w jednym z wywiadów dla niemieckiej pracy podzielił mi Davida Sterna o tym, że doping nie byłby w koszykówce pomocny:

Nigdy niczego nie brałem. Nie wydaje mi się, żeby to było zbyt pomocne w  sportach drużynowych… Być może przy okazji regeneracji… Ale musisz też zachować swoją technikę i inne rzeczy… Nie widzę żadnych korzyści, ale może ktoś mi udowodni, że nie mam racji.

Niezwykle interesujące jest to, że (pomijając kibicowskie fora) brak właściwie głośnych pomówień o zażywanie dopingu. Można by pomyśleć, że gracze tacy, jak np. LeBron James, powinni narobić sobie chociaż kilku wrogów (ironia), którzy chętnie skłamaliby nawet, by tylko sprawić mu kłopot. Tymczasem takie rzecz się nie dzieją. Pytanie, na które nie poznamy długo odpowiedzi, brzmi dlaczego?

Rozmowy pomiędzy NBA i NBPA na temat testów krwi ponoć trwają i Adam Silver przyznał, że może uda się je wprowadzić nawet od przyszłego sezonu. To oczywiście wciąż dużo czasu, ale już jestem niezwykle ciekawy, jakie będą efekty. Mając nadzieję, że największe gwiazdy są czyste, nie mogę uwierzyć, że nikt, absolutnie nikt w tej lidze pełnej chłopaków z nizin nie pomyślał, aby dać sobie odrobinę większą szansę na zdobycie milionowego kontraktu.

 Pożyjemy, zobaczymy. Póki co miejmy jeszcze trochę wiary w naszą ulubioną ligę.

4

Komentarze

  1. zerelik@gmail.com

    4 listopada 2013 o 18:14

    Od zawsze zastanawiała mnie ta kwestia.
    Artykuł co prawda niczego nie wyjaśnia, ale daje kilka wskazówek, jak śledzić ten problem w przyszłości.

    Zważywszy na atletyczne sylwetki koszykarzy, a także szybkość i zwinność z jaką się poruszają mimo „góry mięśni” odpowiedź może niektórym nasuwać się sama.

    Lubię to: 1
  2. highlif3@gmail.com

    4 listopada 2013 o 18:18

    Ej, Mielismy nie poruszac tego tematu… swoja droga jestem ciekaw jak wygladaja testy zawodnikow NBA na np Olimpiadzie. Czyzby Stern > reszta swiata ?

    Lubię to: 0
    • Kowiak

      4 listopada 2013 o 20:37

      Kiedyś krążyła teoria, że dlatego USA tak rzadko zbiera prawdziwy dream team a Ci najlepsi nie chcą grać na IO.

      Lubię to: 0
  3. michal506@o2.pl

    4 listopada 2013 o 18:20

    Fantastyczny tekst. Pytanie tylko czy poza budowaniem masy mięśniowej, tężyzny fizycznej i szybszej regeneracji organizmu ten doping koszykarzom naprawdę by coś dał? Myślę, że techniki, umiejętności dryblingu, trafiania do kosza i wsadów nie można poprawić poprzez przyjmowanie zakazanych substancji. Z drugiej strony spójrzcie na LeBrona, Howarda, Westbrooka… Jak wielka jest różnica pomiędzy ich wyglądem z liceum, a tym jak wyglądają teraz. Co by kto nie mówił, to sterydy na pewno przyjmują, tylko z powodów wizerunkowych i marketingowych nie chcą tego ujawniać. Taka afera nie byłaby korzystna ani dla zawodników, ani dla ligi, ani też dla widzów i kibiców którzy poczuliby się pewnie oszukani. Zbyt duża jest kontrola NBA w tym względzie, abyśmy mogli się o tym dowiedzieć. Tutaj potrzeba kogoś z zewnątrz, w celu przeprowadzenia specjalnych, niezależnych kontroli.

    Lubię to: 1
  4. DuzyJot

    4 listopada 2013 o 19:21

    Kiedyś gdzieś czytałem ze podczas IO zawodników z NBA nie sprawdza sie na takich samych zasadach jak reszty brak badania krwi) i był to warunek ze strony NBA do dopuszczenia koszykarzy do IO (większa oglądalność = większe pieniądze). Ktoś może potwierdzić czy rzeczywiście tak jest?

    Lubię to: 1
    • Przemek Kujawiński

      4 listopada 2013 o 20:35

      Miałem poruszyć ten temat, ale wyszło już za dużo stron i tak, więc to pominąłem. Zakładając, że źródła, do których dotarłem są wiarygodne, to w tej chwili zawodnicy NBA podlegają już takim samym badaniom, jak reszta świata. Wcześniej ponoć było trochę inaczej (brak testów w 92 – ale nie jestem pewny, czy to nie miejska legenda). W 96 ponoć jedynie najlepsi strzelcy w danym meczu byli badani i jest taki cytat z Granta Hilla, gdzie mówi, że nikt nie chciał zdobywać w zespole najwięcej punktów, bo wiązało się to z procedurą testową. Poza tym trudno mi było potwierdzić jakiekolwiek inne informacje na ten temat.

      Lubię to: 0
  5. Paweł

    4 listopada 2013 o 19:36

    myslalem, ze artykul o kibicach :) taki tez bym chetnie przeczytal

    Lubię to: 0
  6. rafalo

    4 listopada 2013 o 20:25

    Ale ten artykuł nie ma oczywiście nic wspólnego z jakże zaskakująco szybkim powrotem Westbrooka do gry, right? :)
    Dałeś nam do myślenia…

    Lubię to: 0
  7. Kowiak

    4 listopada 2013 o 20:35

    Moim zdaniem doping oczywiście jest obecny w NBA, ale wbrew pozorom nie pod postacią sterydów na masę mięśniową. Kalendarz jest tak nieludzko stworzony a cały sezon tak intensywny, że nie wierzę by większość graczy nie brała dopingu przyspieszającego regeneracje organizmu.

    Lubię to: 1
  8. Pikiel

    4 listopada 2013 o 21:12

    Swietny artykul.

    Temat dopingu jest szeroki jak rzeka. Prawda jest taka, ze tacy sportowcy jesli juz biora to dlatego ze moga. Maja pieniadze zeby sie w to bawic, wiec czemu nie. Chca cos osiagnac, zablysnac chociaz na chwile zeby dostac lepszy kontrakt. Ile bylo ostatnio przypadkow takich jednosezonowych przeblyskow po ktorym dostawalo sie duzy kontrakt i w nastepnym sezonie gracz wracal do swojej przecietnosci?

    Zawsze w takich przypadkach zastanawiam sie nad jednym. Skoro doping jest tak latwo dostepny i w teorii wszechobecny, to czy nie latwiej jest go zaakceptowac i zalegalizowac? Zawodnicy i tak to robia na wlasne ryzyko, jednemu sie uda, drugi skonczy jak Pantani.

    Dla nas jako kibicow liczy sie widowisko, emocje i wynik ulubionej druzyny/sportowca. Czy w takim razie ci co nie biora maja byc skazani na sportowcow drugiej kategorii? Ciekawy temat, ale to raczej na inny czas i inna dyskusje.

    Swoja droga jestem ciekaw, coby bylo gdyby taki LeBron zostal zlapany na dopingu…

    Lubię to: 1
  9. maciejk9@gazeta.pl

    4 listopada 2013 o 21:52

    jak mawiał śp Marco Pantani – „Nie da się przejechać Tour de France na chlebie i wodzie…”

    Lubię to: 0
  10. yakka10@wp.pl

    4 listopada 2013 o 22:59

    Panowie, ponieważ intersuje się tym tematem (dopingu) z powodów zawodowych i branzowych to powiem wam jedno. GH czyli hormon wzrostu jest najszybciej „czyszczącym sie” hormonem podawanym z zewnątrz i w momencie w którym przeczytałem (czego nie byłe swiadomy), że nie ma w NBA badan jego stęzenia w osoczu krwi to za przeproszeniem JEBNAŁEM smiechem na cały blok…daje sobie uciąć obie rece i obie nogi, że 90%-95% zawodników w tej lidze było, permanentnie jest lub regularnie do kilku razy w roku stosuje somatotropine iniekcyjnie.

    pzdr

    Lubię to: 1
    • Przemek Kujawiński

      4 listopada 2013 o 23:07

      Mógłbyś rozwinąć temat HGH? Nie zagłębiałem się tak bardzo w samo działanie różnych środków, ale bardzo mnie interesuje to, jak faktycznie doping tego typu może pomagać koszykarzom. Masz jakieś dodatkowe info na ten temat?

      Lubię to: 0
  11. yakka10@wp.pl

    4 listopada 2013 o 23:24

    Mam mnóstwo informacji na ten temat tylko, z racji publikacji raczej medycznych cięzko byłoby mi przesłać Ci opasłe tomiska do Barcelony :P, ale mówiąc powaznie to korzyści wynikające ze stosowania somatotropiny są niewyobrazalne… szczegolnie w wysiłku o charakterystyce siłowo-dynamicznej. Uwierz Przemku, ze nie bez powodu liga szerokim łukiem omija temat. Kolarze i ich zespoły, gdzie doping jest w fazie bardziej zaawansowanej niz w np. w kulturystyce badź, w trójboju siłowym, mimo czestych kontroli (przesadnie częstych) potrafili się czyscić co do dnia, minuty, sekundy z wszelkiej maści kuracji hormonalnych. W momencie gdy nie ma badań krwi lub limfy…hulaj dusza…
    Regeneracja organizmu, w fazie zarówno tkankowej jak i w układzie oddechowym i krwionośnym( np. odbiór zbednych metabolitów powysiłkowych ) przy duzym stęzeniu hormonu wzrostu jest niebotycznie wyższa. Błednym jest dzielenie anabolików bądz androgenów na te „na mase” i „regeneracyjne”. Działanie ich warunowane jest okolicznościami (mikro, makrocyklem treningowym) i dawką.

    ps. Temat rzeka, ale super, że go poruszyłeś w fajnej formie. Jak coś to bede sie starał pomóc i odpowiedzieć na pytania w miare tego co wiem.

    Lubię to: 2
    • Przemek Kujawiński

      4 listopada 2013 o 23:30

      Ekstra. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem, to bym się odezwał już w trakcie zbierania informacji do tego tekstu. Będę miał w pamięci. Może będzie jeszcze okazja, jeśli w końcu zdarzy się jakaś spektakularna wpadka.

      Lubię to: 0
  12. yakka10@wp.pl

    4 listopada 2013 o 23:41

    Służe pomocą, ale wpadka się nie zdarzy :) zauważ jakie przypadki wymieniłeś w tekscie. To zazwyczaj formy „długich” hormonów, których uzywali nieświadomi kolesie( jestem pewien, ze bez „konsultacji” z kimkolwiek). W chwili obecnej w zawodowym sporcie w USA są sterydy na które nie znaleziono lub nie zatwierdzono jeszcze testów które miały by je wykrywac :) nieźle co?
    Marion Jones złapano jak pewnie pamiętasz pare lat wstecz gdy znaleziono próbe do zbadanie dopingu którego wtedy używała :)

    zatem cieszmy sie bo wpadki nie bedzie :)
    w innym wypadku to juz nie bedzie ta sama liga

    Lubię to: 1
  13. Archie Panjabie

    5 listopada 2013 o 09:46

    Przemku brawo za ten tekst! Jeden z lepszych (i bardziej opasłych ), o ile nie najlepszy, tekst jaki do tej pory czytałem na 6g. Czekam na więcej takich perełek :)

    Nie chcę się wypowiadać bo jak sam zauważyłeś, a także moi przedmówcy, że doping jest tematem rzeką…

    Moim skromnym zdaniem niestety, ale problem ten istnieje w NBA i jest skrzętnie i umiejętnie zamiatany pod dywan.

    Czy Pan Silver zaserwuje nam zmiany podobne do tych jakie serwuje papież Franciszek? ;)

    Lubię to: 0
  14. vipmen4

    5 listopada 2013 o 10:28

    Swietny tekst i temat jak wiekszosc Twoich.

    P.S. Lepiej zyc w nieświadomości :)

    Lubię to: 0
  15. maciej.w

    5 listopada 2013 o 11:11

    Szczerze? Dla mnie mogą brać ile im się żywnie podoba, nie specjalnie mi to przeszkadza/przeszkadzało by w oglądaniu NBA. Każdy wierzy w to co chce, ale chyba nie ma naiwnych i każdy zdaje sobie sprawę, że część zażywa „to i owo”. Mówimy tu o USA, kraju gdzie Arnold był gubernatorem, a wiadomo że łykał na potęgę. Zawsze odnosiłem wrażenie, że w Stanach doping jest piętnowany, ale wtedy gdy już cię złapią. Wtedy wiadomo wizyta u Oprah’y (how do u write it?), skruszona mina i z czasem everything gonna be okey. Doping nie pomagałby w koszykówce? You are fucking kidding me right? Ekhem… Wiadomo, że nie nawalą masy jak kulturyści, ale tak nie myśląc długo parę przydatnych efektów dopingu: regeneracja, większa eksplozywność (pierwszy krok i te sprawy), większa siła (post up anyone?, lepszy wyskok, walka na tablicach), lepsza kondycja (vide kolarstwo), łatwiejsze gubienie nadmiaru zbędnych kilogramów… Można by wymieniać dalej, ale każdy kto próbował wie o co w tym chodzi. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że jak się włączy po dopingu GOD MODE ON to nikt i nic cię nie zatrzyma. Na koniec dodam tylko, że branie dopingu samo w sobie nic ci nie da, jeśli nie podeprzesz tego MASĄ pracy/treningów. Mam nadzieje, że da się coś zrozumieć z tego wszystkiego, jestem po nocce w pracy.

    Lubię to: 0
  16. janiuu.bj@gmail.com

    5 listopada 2013 o 13:44

    Super tekst!!

    Lubię to: 0
  17. rafalo

    5 listopada 2013 o 21:32

    Twój tekst to nie tylko świetne pióro. Poruszyłeś w nim niezmiernie ważny i delikatny problem, pozostawiając przy tym sporo miejsca na własną ocenę. Warto było mieć 6 Gracza chociażby ze względu na ten artykuł. Jedyne o co można prosić to: stay touch. Wracajcie do tego tematu przy każdej możliwej okazji.

    Lubię to: 0
  18. kmikoszewski@gmail.com

    9 grudnia 2013 o 21:53

    Ciekawe też, dlaczego nie wyszła żadna książka na ten temat sygnowana nazwiskiem skruszonego grzesznika i przy okazji bankruta :)

    Lubię to: 0
  19. bostoński celt

    15 lutego 2016 o 12:10

    Patrząc na zawodników nba i poziom testów nigdy nie uwierzę że są czyści. Tak jak cały sport zawodowy, jednak odbiorcy przemykają oko i chcą nowych rekordów i lepszych występów. Koło się zamyka.

    Lubię to: 0
  20. wal123q@gmail.com

    23 kwietnia 2016 o 22:34

    NBA się cieszy z gwiazdy Curry’ego
    myślę że wręcz wspomaga jak może żeby błyszczała
    bo chyba dużo mniej ludzi pomyśli ze taki niepozorny człowieczek coś bierze
    Lebron to co innego
    marketing marketing
    a może film reżyserowany od początku
    duzi ludzie mogą(biorą) więcej:)

    Lubię to: 0

Skomentuj