Londyńska impresja, czyli NBA spotyka zNYKającego (i nie jest na to gotowa)


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 19 stycznia 2013

fot. źródło własne

W czwartek 17 stycznia liga NBA zawitała do Europy na jeden mecz sezonu regularnego. Grali New York Knicks, mniejsza o to z kim, bo skoro grali Bockers, to musiał tam być zNYKajacy.

Przygotowania

Decyzja o wyjeździe do Londynu zapadła na forum publicznym Nowojorskich Impresji, ale miała także swój akt w zaciszu redakcyjnej alkowy Szóstego Gracza na ul. Finlandzkiej. Maciek zaprosił mnie do siebie i powiedział, że po długich przemyśleniach, analizach i wewnętrznym biciu piany zostałem wytypowany przez redakcyjny kolektyw 6G do wyjazdu służbowego.

Cel? Uczestniczenie, przywiezienie wrażeń i napisanie relacji ze spotkania Knicks – Pistons, jakie miało się odbyć w Londynie w dniu 17 stycznia 2013 r. w ramach promocji światowego touru NBA. Po czym z puszki po cukrze wyciągnął kilka banknotów z podobizną królowej brytyjskiej, wręczył mi je i mruczał coś o konieczności wyliczenia i przywiezienia reszty. Podpisałem lojalkę i pokwitowanie na odbiór zaliczki na delegację służbową. „Trzeba, żebyś nie zmarniał”, powiedział Współnaczelny Maciek, ale kanapki  lepiej z domu weź. Po tym zapewnieniu wiktu i opierunku Maciek wyciągnął mapę Londynu. Jak zawodowy generał wygrzebał linijkę, cyrkiel, kilka pinezek i rozrysował strategię działania – pokazując tu Londujesz, tu jest hala O2, tu metro, tu będziesz spał. Wszystko naszkicowane i dokładnie opisane. Miałem iść jak po sznurku, krokiem energicznym i sprężystym. Po odprawie przyszedł czas na pytania i wolne wnioski.

„Maciek, pytam, jak byś chciał żebym podszedł do tematu? Co uważasz za istotne z punktu widzenia przygotowywanej relacji? Co czytelników chwyci za serce? Czy idziemy w relację refleksyjną? Czy dodajemy wątki związane z rocznicą obchodów powstania styczniowego? Czy próbujemy wpleść jakieś kadry z filmu Pani Gargas? Wiesz, mówię, ludzie są już dziś bardziej oczytani i inteligentni. Wielu przeżyło na swojej skórze Euro 2012, wielu uczestniczyło w meczu na wodzie z Anglią. Musimy zakładać, że to jest bardzo wyrobiona grupa docelowa. Wydaje mi się, że opis kwestii organizacyjno- logistycznych – typu czy kontrola na bramce była dość intensywna, czy ruch przy odbiorze pakunków w szatni był wahadłowy, może nie być najistotniejszy”.

„Wiem” – powiedział Maciek – „Musisz mieć oczy szeroko otwarte, elastyczną głowę i szukać rodzynków w cieście”. Masz być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym””.

Będę” – zadeklarowałem.

Jeszcze raz, na wszelki wypadek, przeliczyliśmy otrzymany deputat gotówkowy, serdecznie się uścisnęliśmy i życzyliśmy sobie powodzenia.

Zacząłem się pakować.

Operacja Londyn rozpoczęta!

Od lat praktykuję wyjazdy sportowe z Przyjacielem, który jest niezawodnym kompanem eskapad, nawigatorem i logistykiem w jednym. Nie na darmo ma skończony kurs motorowodniaka. Nikt tak nie przetacza benzyny przez słomkę. Tym razem też nie mogło go zabraknąć. Do tego wciągamy na pokład Sąsiada (wiernego czytelnika i orędownika) i jego Narzeczoną. Potężna z nas gromadka.

Szczerze mówiąc, eskapada nasza miała ogromne szanse zakończyć się na lotnisku na Okęciu. Nie wiem, czy wciągnął mnie wysublimowany smak kawy zbożowej w kantynie, czy zahipnotyzował widok człowieka podobnego do Wielkiej Stopy, ale w pewnym momencie z rozmarzenia wybił mnie mechaniczny głos Pani – „Pasażerowie – i tu padają moje i Przyjaciela personalia – są proszeni o niezwłoczne udanie się do samolotu lecącego do Londynu”.

Na twarzy lekka konsternacja i obawa. Wzajemne spojrzenia. Pytania – „Ty, to o której jest ten lot?” No nic. Na rozliczanie przyjdzie czas za chwilę. Biegniemy. Dużo akcji skrzydłami. Na granicy wyjścia poza linię boiska. Dobiegamy do punktu kontroli paszportów. I tu zaczyna robić się naprawdę nerwowo. Przed nami obywatelka Kolumbii. Właśnie przyleciała z Mediny. Zaczyna tłumaczyć, że ten biały osad na górnej wardze to cukier puder po faworku, który zjadła, a nie to, co ta Pani w mundurze myśli. Zaczyna się to wszystko nieprzyjemnie przeciągać. W drugim okienku Panie celniczki sprawdzają intensywność koloru szminki i szlif spiłowanego paznokcia. Grę psychologiczną na nasze spojrzenia zbolałego spaniela po leczeniu kanałowym zbywają chłodną obojętnością.

Kolumbijka tymczasem zaczyna mieć ciepło. Światła rzucane przez skaner operujący na jej paszporcie mogłyby oświetlić Sieradz. Jest źle. Panie z drugiego okienka  odstawiają, na szczęście, pudernice i lokówki do rzęs. Przechodzimy. Gramy z Przyjacielem pick and rolla z pewną Koreanką. Przyjaciel rozkłada przy tym ręce – „Sorry teraz my” –  mówi do niej i rolowany przechodzi na stronę, za którą już tylko pstra łaska pilota. Dobiegamy do bramki. Pani grozi nam palcem: „Panowie prawie bez Was odlecieliśmy. Mieliście szczęście.” Teraz tylko przetrwać nienawiść w oczach wszystkich współpasażerów. Jesteśmy z definicji ich ulubieńcami. Robimy głupie miny, udajemy, że to wszystko wina kartelu z Mediny. Na twarzach irytacja, niezrozumienie. „Byle szybko podali drinki” myślę. Tylko Sąsiad się śmieje.

Londyn

Nie przedłużając. Jest godzina 18.00. Stajemy pod halą O2. Cmokamy. Obiekt przypomina odwrócony ser biały zrobiony na sitku z powtykanymi w środek gomóły słonymi paluszkami. Typowa chora konstrukcja tworzona z nudów o 6 rano po imprezie przez ludzi, którzy czekają na pierwszy autobus do domu. Ogromne to, wielkie. W środku strasznie dużo miejsca i infrastrukturalnie wydaje mi się, że są tam jeszcze duże powierzchnie do adaptacji. Może boisko do minigolfa? Albo międzykontynentalna stacja lotów balistycznych? Projekt chyba nie jest do końca zamknięty. Ci ze Stadionu Narodowego mogą odetchnąć. W środku powoli pączkuje tłum. Przewaga „Nowojorczyków”. Dlugi w mniejszości. W pierwszej kolejności idę „na sklepy” i sprawiam sobie nową czapeczkę Knicksów, bo w starej przecież nie mogę już chodzić. Boję się, że deszcz rozmyje autografy.

Baron Lee

Idę do Slug&Lettuce na spotkanie z moją czytelniczą czeredą Nowojorskich Impresji. Poznaję tych którzy do tej pory byli tylko nickami. Jest morfig, azzazel666 (spóźniony!), onceaknick, airbobo (my love!), NYKamil, Dlugi, weterani – Rzepka (ze swoją lepszą częścią), Kriss (ciągle nieujawniony) i mój ulubieniec kuba1809. Są wspominki. Krótki wieczorek literacki. Jest kolejka redakcyjna. Ale Maciek spokojnie, nie poszło z redakcyjnych. Jest toast oczywiście za stefana3344. Następny raz jedziesz z nami. Leje się jęczmień. Jest miło. Na twarzach wypieki, oczekiwanie. Jak to będzie zNYKajacy, co sądzisz? Ty byłeś. Ty już wiesz.

Ten gwar podniecenia osiąga zenit, kiedy do klubo-kawiarni wpada nagle Spike Lee w asyście tego… no… no… no… (właśnie – i tu mam wielki problem, kogo – byłego już koszykarza? Pieszczoszka mediów alternatywnych? Człowieka, który próbuje rewitalizować swoją karierę za pomocą kamery VHS?) Barona Davisa.

Są jak święci Mikołaje. Zadają pytania, czy są tu kibice NYK? Wiara odpowiada stanowczo, że tak. Czy wszyscy byli wiernymi kibicami i czy pacierz kończą „Go Knicks?”. Kilka osób patrzy na mnie z wyrzutem. Ty chyba nie możesz tego o sobie powiedzieć zNYK. Pąsowieję. Na szczęście Spike i Baron odwracają skutecznie uwagę od mojej osoby. Krzyczymy “Defense”, “Go NY York”,We are the New York Knicks”, i tak wkoło. Pranie mózgu. Sekta. Davis to wszystko nagrywa, przytula się do Lee. Tańczą na stole. Wielka Przyjaźń. Łapię kontakt wzrokowy z reżyserem. Mój wzrok miażdży. Dostaję podpis na wewnętrznym daszku. Potem łapię w podwójnego nelsona wzrok Davisa i mam autograf na zewnętrznymi daszku.

Bierzemy udział w dosyć niecodziennym zdarzeniu. Rzepka zdejmuje swojego Ewinga, dostaje wpis na Facebooku i… zaczyna spór z jakąś kobietą… która twierdzi, że to była jej koszulka. Sytuacja groteskowa, która w jednej chwili grozi zamieszkami. Znacie Rzepkę. Jest twardy, Rzepka nie puszcza, krzycząc It is mine!! Dziewczyna szarpie. Dzięki zbiorowej akcji wypychamy ją z painta. Jest ejection. Rzepka szybko zakłada koszulkę i jest już nietykalny.

Baron Davis pokazuje, że czyta Nowojorskie Impresje i prezentuje specjalnie przygotowaną na tę okazję koszulkę wyjazdową. Zdjęcie jest zamazane, bo wzruszenie odebrało ostrość obiektywowi, który zaszedł łzą. Wychodzę. Trochę po angielsku. Tu nic więcej się nie zdarzy. Najwyżej B. Davis zrobi numer na J. Borysewicza. Ale ja jakoś nie gustuję w męskich obnażeniach. Mam inne misje do wykonania i wiem, że jedyna szansa, żeby to zrobić to czas przed meczem. Gra w bakalie.

Wstydzę się tego. Ale w ogromnej kolejce do wejścia podchodzę z boku i przyklejam się ciałem do jakiejś grupy udając, że jestem z nimi. Wątpiących w to odstraszam groźnym spojrzeniem. Mam niezłe miejsca. Nie jest to courtside, ale tych z courtside’u klepię po plecach. Przechodzę wewnętrzny mur, jestem w pałacu. Mam właściwie nieograniczony dostęp do wszystkiego, co się rusza na parkiecie i w jego okolicach. Bliżej mi już do czterdziestki niż trzydziestki i czuję, że zaczynają falować mi kolana i nogi robią za telegraf. Mimo to… idę dalej.

Sfinks

Zaczynam skromnie. Widzę to wielkie chłopisko o twarzy wioskowego inteligenta. Bohater Rancza. Jest równie zwalisty w ruchach, co elokwentny. Garnitur raczej nie szyty na miarę, ale kupiony w Tesco. Wielki milczący Sfinks front office’u – Glen Grunwald. Podchodzę bez ceregieli. Ściskam wielką misowatą dłoń. Wejście z nim w jakąś dłuższą rozmowę byłoby naruszeniem tej aury minimalizmu, który go otacza. Nie potrzeba mi baroku. W żołnierskich słowach rzucam tylko komendę – „Good Job Glen”. Grunwald odpowiada – „Dziękuję”. Tworzy się między nami jakaś więź. Tak jakby to miało jakieś większe znaczenie.

Idę dalej.

Misja

W związku z tym londyńskim wjazdem przyjąłem na siebie misję, o której nie mówiłem prawie nikomu, bo uznałem, że lepiej będzie napisać, że udało się ją wykonać, niż grać na trąbie oczekiwań, a potem zejść ze sceny przy głosie beczących dudów.

Walt Frazier to powód, dla którego dałem się uwikłać w cały ten Nowy York Knicks. Ten głos, to oderwanie od rzeczywistości, humor, pogoda ducha. Człowiek spełniony. Szczęśliwy. Jestem mu gdzieś za to wdzięczny. Pamiętam Paryż, gdy wykrzyczany przeze mnie podszedł do płotu, zamienił kilka słów, podpisał się na koszulce, dał sfotografować. Był przy tym naturalny, cierpliwy. Chciałem mu się za to odwdzięczyć. Dlatego razem z hatamoto77 wpadliśmy na pomysł, żeby namalować dla niego koszulkę, na której będzie on w asyście jakiś polskich akcentów. Że on taki nasz swojski. Ubraliśmy go w strój krakowski – napisaliśmy From Poland with Love (polecam prace hatamoto77) i ja miałem wykonać zadanie listonosza.

Podchodzę. Clyde w szarym garniturze w paski. Świecąca koszula, grafitowy krawat, kowbojki – dziewczyny z rewii by się nie powstydziły. Siedzi za monitorami jak kapitan James Tiberius Kirk. Wyciera czoło. Lekki make up poduszką o wielkości tortu.

„Dzień dobry Panie Frazier! Jak się Pan masz!

Mówię mu, że miałem przyjemność spotkać go w Paryżu, że pamiętam tamtą chwilę i w podziękowaniu za tamto i każdą noc, kiedy pracuje na stanowisku redaktora i umila mi czas, mam dla niego mały prezent w postaci koszulki w polskim stroju ludowym. Walt jest naprawdę zaskoczony i szczerze poruszony. Dopadają go inni ludzie. Chwilę rozmawia, ale nie traci mnie z oczu. Rozdaje cierpliwie autografy i wraca do mnie. Pyta czy chcę zrobić zdjęcie jego i koszulki. Mówię jasne. Strzelam zdjęcie po czym… chowa ją do reklamówki, którą ma pod stołem. Skromność. Jest nadal potężny. Ale kościsty i żylasty. Umawiamy się, że następnym razem zobaczymy się w Wine&Dine w Nowym Yorku. Żegnamy się. Choć wiem, że się jeszcze zobaczymy. Wkrótce rzucam na odchodnym – Pierz ją poniżej 40 stopni.

Misja zrealizowana. Mam kilogram bananów przyczepiony do twarzy.

Idę dalej.

Zderzenie z konwojem

Obchodzę parkiet dookoła i nagle wpada na mnie stado… galopujących Tłoków. Wybiegają z szatni. Uskakuję przed Drummondem, który wygląda jak pociąg towarowy, który stracił kontrolę nad torami. Migają mi, przelatują. To są naprawdę wielcy ludzie. Zaczyna się rozgrzewka. Zawodnicy Knicks wpadają z drugiej strony. Zostawiam ich. Napatrzę się na nich przez 48 min. Nie są przecież aż tak ciekawi.

Idę dalej.

Żywa Legenda

Patrzę i … oczom nie wierzę. Widzę George’a Blahę. Nie mogę sobie odmówić przyjemności, chociaż krótkiej konwersacji.

„Lays it up, lays it in! I cannot believe this! Mr George Blaha himself! The legendary voice of Detroit Pistons here in London”.

Facet zaskoczony. Rozpływa mi się na rękach. Po pierwsze, wiem kim jest, po drugie żongluję jego tekstem. Wstaje. Serdecznie się wita. Pyta, skąd jestem? Jak mam na imię? Jest naturalnie. Sympatycznie. Trwa to dobre kilka minut. Robię fotkę. Strasznie miły gość. Od razu widać, że musi być z Polski. Żegnamy się, życzę mu dobrego wieczoru i dobrego odbioru. Kończę słynnym „With the bunny!” Puszczam oko.

Idę dalej.

Diva courtside’u.

Trafiam wreszcie na moją Gwiazdę. Tina Cervasio. Patrzeć jak się pudruje, maluje i poprawia to wszystko, co w niej jeszcze naturalne (zdecydowana mniejszość) – bezcenne. Podchodzę i mówię „Cześć Tina”. Podobnie jak Blaha – zaskoczona. „Oooh, hi!” – odpowiada. Mówię, że spotkaliśmy się dwa lata temu w Paryżu, że wołaliśmy na nią, a ona zdziwiona odwróciła się i odmachała. „Taaaak, naprawdę? To już było dwa lata temu”. Raczy mnie uśmiechem zębów, za które ich wykonawca kupił condo na Manhattanie.

Mówię:  Tina jesteś piękniejszą częścią nowojorskich nocy, słodyczy Twojego głosu zazdrości Tomek Camel.

Nie wyszło to najlepiej, bo ona, zdaje się, nie zna naszych celebrytów i porównania z wielbłądem nie odebrała zbyt dobrze. Zwłaszcza że ona jest dwugarbna, jeżeli rozumiecie co chcę powiedzieć. Odstaw już te pachnidełka . Wyglądasz już świetnie. Zobaczysz, przedobrzysz.. Naprawdę?, pyta z troską. Naprawdę! Możesz już iść do pracy. Ale nim się pożegnamy Darling powiedz mi proszę ,czy wiesz gdzie siedzą te dwa łobuzy Frank Isola i Mark Berman?. Wiesz nie wiem dokładnie, ale wydaje mi się są w tamtej części. Dzięki Tina. Miłego wieczoru. Do zobaczenia w MSG.

Idę dalej.

Włoch

Poznał mnie. Trochę się przerzedził na czubku. Ale ciągle ma ten mocny włoski styl. Zdaje się był pierwszy lifting w okolicach małżowin. Frank, my man, how are you?. Robimy małego Misia Uszatka. Ballotelli dojechał?(Isola ma kompletnego hyzia na jego punkcie – prześledźcie Twittera) „No nie za bardzo”, mówi z kwaśną miną. Pytam, co słychać. Rozmawiamy o cenach biletów. Ale widzę, że nie ma dla mnie czasu. Jest mile nieuprzejmy. Pytam, czy jest Gruby? Jest. Isola pyta czy  chcę, żeby mu mnie przedstawić. Mówię, że I would love to. Potem rzuca  Spotkamy się po meczu. Co Ty opowiadasz Frank, mówię – jakie „po meczu”? „No w przerwie. Dobra, mówię – I will be back”. Poszedłem po połowie, ale Frank zachował się dziwnie. Widzę, że pisze. Pytam jak mu idzie robota. Zakrył laptopa. Zrobił nadętą minę. Wiesz co, mówię, Frank nie chce mi się z Toba gadać. Wracaj do pisania. Obiecuję nie podebrać Twoich rymów. Koniec przyjaźni. Idę dalej.

Grubas

Wiedziałem, że jest draniem, ale nie wiedziałem, że aż takim. Napuchnięty, nieogolony, z jednym diamentem w uchu (airbobo i tak nie przebija – bo bobo ma dwa J). Kwintesencja dziennikarskiego buca. Wiem, że nawet na mnie nie spojrzy. Obiecałem sobie jednak, dawno temu, że powiem mu pewną frazę w twarz. Podaję mu rękę I recytuję The Famous Mark Berman the most sceptic journalist in Big Apple– a man who can’t recover after the transfer of Zach Randolph and Jamal CrawfordMark, really, it is time to move on! Patrzy przez sekundę na mnie jak na idiotę. Potem puszcza mi spojrzenie – a odpieprz się Pan ode mnie. Uśmiecham się niewinnie jakbym niczego nie rozumiał i trzepoczę powiekami. Odwraca się do mnie bokiem. Siemka Czesiu.

Idę dalej.

Łokieć

Nagle pada na mnie cień. Krew mrozi mi się w żyłach. Obok mnie człowiek góra. Bill Laimbeer. Patrzę oniemiały. Bill przesuwa się w stronę front courtu.

I potem ma miejsce zdarzanie groteskowe. Jeden z ochroniarzy zagradza mu drogę i mówi – „Ticket please”. Laimbeer zdziwiony. Podchodzę i mówię do swetra – Czy Ty zwariowałeś? To jest Bill Laimbeer najtwardszy łokieć w historii NBA, uważaj, stary, nie wiesz z kim tańczysz? Sweter patrzy na mnie. Bill odwraca głowę. Ja – kamienna twarz. Ciągle je masz (łokcie), prawda Mr. Laimbeer? I łapię go za rękę. Jakbym dotknął ramy okna w Kościele Mariackim. Sure, odpowiada Bill i robi taki przyruch ramieniem. Ochroniarz go puszcza. Bill dziękuje. Podaję mu rękę. Zdejmując czapkę Knicks, skłaniam głowę,– mówię Great respect.

Trochę mi ich żal. Jego i Johna Starksa. Obaj są wleczeni jak takie małpy w cyrku. Pod koniec drugiej kwarty, w czasie przerwy – wychodzą na parkiet i robią machanie ręką a’la miss publiczności w Słupsku na lokalnym konkursie piękności. Jest to jakieś rozmienianie się na drobne, kiedy musisz obściskiwać się ze zwycięzcą rzutów wolnych z zawiązanymi oczami i pozwolić mu na siebie wskoczyć. Ale może nie umieją inaczej związać końca z końcem. Dziwne. Mało, kto to wie, ale Bill Laimbeer nie przyjechał tu z Detroit tylko z Knicks, jako że jest zatrudniony przez Właściciela Dolana w Garden of Dreams – fundacji na rzecz m. in. pomocy dzieciom.

Idę dalej.

Prawie Jurek

W pewnym momencie znajoma twarz. To człowiek, który postanowił powtórzyć ławkową karierę Jerzego Dudka. Łukasz Fabiański. Stoi tak z boku, widzę, że się kręci koło Fraziera. Śmiałości nie ma. Przebiera nogami. Co potwierdza mój osąd o nim, że „he is a good goalkeeper, but a little bit shy”. Staram się pomóc. Zaradzić. „Panie Łukaszu Pan wie, kto to jest?”

No nie bardzo właśnie.

To jest Walt Frazier, jeden z najwybitniejszych Knicks w historii, zdobywca dwóch mistrzostw NBA – zaczynam wykład. – Niech się Pan nie boi. Niech Pan podejdzie. On jest miły. Na pewno zrobi sobie z Panem zdjęcie.

Pan Łukasz podchodzi. Clyde się uśmiecha. Jest foto. Puszczam oczko.

W ogóle Arsenal bardzo mocno reprezentowany. Odpłynąłem już jakiś czas temu od piłki i znam te twarze słabo i bez przekonania. Podaję Wojtkowi Szczęsnemu rękę – mówię jako niebieskokrwisty – ale coś Pan puści w niedzielę ,prawda? Jest Koscielny, Sagna (facet z jajecznicą na głowie) z dawnych gwiazd Pires, Vieira, Henry. Tylko ten biedny Ashley Cole wygwizdany… Do tego gwiazdy innych londyńskich klubów.

Rodzynki pomniejsze

Przez chwilę stoję obok Allana Houstona, miga mi Adam Silver. Przyznaję, nie widziałem Davida Sterna, ale to dlatego, że był tak otoczony przez ochroniarzy jakby był chodzącym Fortem Knox. Ściskam mokrą dłoń Spero Dedesa (uwierzycie, że gość cały mecz trzymał rękę na oparciu Clyde’a?). Po połowie udaję rasowego dziennikarza, stanowczo wyciągam rękę i wyszarpuję boxscore’a którego wnikliwie analizujemy w 3Q.

Mecz jak mecz. Mało co widać było. Najciekawszy był chyba tip-off. Detroit nie dojechało.

Spotkanie się kończy. Na koniec jeszcze eye contact z cheerleaderką i łapię rzuconą koszulkę, przedstawiającą zupełnie nie wiadomo co. Przyjaciel szczęśliwy. Sąsiad też. Nasi wygrali w ręczną z Serbią. Nie rozumiem ich. Przelecieli na NBA, a grzali się występem Szmala. Patologia.

Wychodzimy. Z wielkiego tłumu szybko przedostajemy się do metra. Hotel. Długo nie mogę zasnąć.

Cholera, i znowu nie mam czapeczki do noszenia.

Idę dalej…


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni120 zł

1

Komentarze

  1. wojgrudzien@gmail.com

    19 stycznia 2013 o 16:47

    Genialna reklama portalu 6G. Świetny tekst a moment z dwugarbnym wielbłądem poprostu mega!

    Lubię to: 0
  2. kuba1809@wp.pl

    19 stycznia 2013 o 17:16

    Jak zwykle świetny tekst. Pozdrawia wierny czytelnik :)

    Ps. teraz pora na MSG

    Lubię to: 0
  3. jakub.gocol@hotmail.com

    19 stycznia 2013 o 17:42

    Pozdrowienia Jak zwykle 10/10 :)

    Lubię to: 0
  4. hatamoto77@gmail.com

    19 stycznia 2013 o 18:54

    Znyk, dzięki za ten teskt. Kto wie, czy przeczytanie go nie jest lepsze od tego, gdybym był tam osobiscie :) W dodatku mission accomplished. Walt a day!

    Lubię to: 0
  5. andylesniak@o2.pl

    19 stycznia 2013 o 20:11

    aahhaha miazga doszedłem do połowy żeby zostawic sobie resztę na deserek
    nie ma co komentowac bo na kazdy akapit potrzeba było by osobne rozwinięcie 5/5!

    Lubię to: 0
  6. blackarol

    19 stycznia 2013 o 20:41

    Genialny tekst! Jeśli co roku nba będzie przyjeżdżać z meczem sezonu regularnego to trzeba będzie się wkońcu wybrać ;]

    Lubię to: 0
  7. Zawsze Po Drugie

    19 stycznia 2013 o 23:19

    ale jak można było nie poznać Billa, to nie mam pojęcia:)

    Lubię to: 0
  8. rafalo

    20 stycznia 2013 o 14:08

    Dzięki Ci Szósty Graczu za odkrycie dla mnie zNYKa :)

    Lubię to: 0
  9. Maciek

    22 stycznia 2013 o 01:26

    Tekst rewelacja

    Lubię to: 0
  10. pdxpl

    23 stycznia 2013 o 21:53

    Prosba. Panie ZnyK pisz Pan wiecej.Masz Pan talent

    Lubię to: 0
  11. pwoloszun

    27 stycznia 2013 o 23:41

    @zNYK: nie wiem co Ty chlopie palisz, ale to chyba nie jest ten sam majeranek, ktory Zen Masta fundowal swoim podopiecznym?

    Lubię to: 0

Skomentuj